środa, 26 kwietnia 2017

"Czereśnie zawsze muszą być dwie" - M. Witkiewicz



Drzewo czereśni potrzebuje innego drzewa, aby rosnąć i dawać owoce. 
Tak jak człowiek, gdy kocha – rozkwita.


Dziś przedstawiam Wam bezapelacyjnie najgorętszą premierę tej wiosny. Wydaje mi się, że każda prawdziwa ksiażkoholiczka lubująca się w prozie naszych rodzimych autorek i wzruszających historiach miłosnych słyszała o tym tytule. Magda Witkiewicz zapowiadała "Czereśnie zawsze muszą być dwie" już od pewnego czasu, skutecznie zachęcając nas do lektury. I powiem Wam, że choć czas dłużył się niemiłosiernie - było na co czekać. "Czereśnie..." to według mnie najlepiej napisana i najbardziej dopracowana powieść autorki. (Chciałam napisać najlepsza i pewnie bym to zrobiła, gdyby moje serce  z uporem nie zwracało się ku "Po prostu bądź".) 

Kiedy Zosia Krasnopolska poznaje panią Stefanię, zupełnie nie spodziewa się, że uda im się zaprzyjaźnić, a potem otrzyma od staruszki w spadku zrujnowaną willę w Rudzie Pabianickiej. Z powodu pewnych okoliczności decyduje się jednak jechać do Rudy i zgłębić jej tajemnicę. Rudera okazuje się domem z duszą uwięzioną w dalekiej przeszłości i przyciąga Zosię jak magnes. Stary dom otoczony sadem staje jej się bardzo bliski i pozwala rozeznać się w tym, czego Zosia chce od życia. A kiedy na jej drodze pojawi się Szymon, Zosia odkrywa najważniejszy sekret: dowiaduje się, czym są prawdziwa przyjaźń i miłość. Zaczyna także rozumieć, że tak jak drzewa czereśni muszą rosnąć obok siebie, by wydać owoce, tak ludzie muszą się kochać, by ich wspólna droga przez życie miała sens. 

Jestem oczarowana, naprawdę. Magdalena Witkiewicz już nieraz pokazała, że potrafi nie tylko bawić, ale też i wzruszać, ale "Czereśnie zawsze muszą być dwie" to książka zupełnie inna od poprzednich - klimatyczna, urokliwa, pełna magii i chwytająca za serce. Może to za sprawą bardzo plastycznego języka, który niesamowicie rozbudza wyobraźnię, a może za sprawą wciągającej fabuły, nie wiem, ale historia Zosi oraz starej willi w Rudzie Pabianickiej mają w sobie "to coś". "Czereśnie..." wciągają do tego stopnia, że mimo objętości około pięciuset stron, pochłonęłam je w dwa popołudnia, a po zakończeniu przez kilka chwil leżałam na łóżku wpatrując się w sufit i nie chciało mi się wracać do rzeczywistości. I chociaż autorka postanowiła tym razem namieszać w życiu głównych bohaterów jeszcze bardziej, niż dotychczas, jest to naprawdę przepiękna, wzruszająca i pełna emocji opowieść. Przez te wzloty, upadki i niespodziewane zwroty akcji w życiu Zosi, podczas lektury przeżywamy prawdziwy emocjonalny rollercoaster - od śmiechu i łez. A historia Zosi niesie ważne przesłanie: nawet najbardziej niepozorna decyzja wpływa na nasze życie, a przeszłość zawsze wybrzmiewa w teraźniejszości.

Jeżeli więc jesteście spragnione lektury, która pochłonie was bez reszty, chwyci za serce, oczaruje i na chwilę wyrwie z tej, szarej, jakże deszczowej i pochmurnej ostatnio rzeczywistości, koniecznie sięgnijcie po "Czereśnie zawsze muszą być dwie". Jest to według mnie najlepiej napisana i najbardziej dopracowana książka Magdy, zupełnie inna od poprzednich, ale chyba właśnie z tego powodu tak bardzo wyjątkowa. Czytanie jest prawdziwą przyjemnością, a fabuła doprowadzi Was i do śmiechu, i do łez. Przygotujcie się tylko na to, że znajdzie się w tej książce też postać, która będzie Was wkurzać i irytować, a na szczęśliwe zakończenie trzeba poczekać nieco dłużej niż w przypadku innych książek autorki. Warto sięgnąć po "Czereśnie zawsze muszą być dwie". I to nie tylko ze względu na piękną, cieszącą wzrok okładkę.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Filia oraz Magdzie Witkiewicz.



sobota, 15 kwietnia 2017

"Koma" - K. Zyskowska-Ignaciak, W. Chmielarz


Współczesna historia Romea i Julii. 


Czekałam na tę książkę. Kiedy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach na stronie wydawnictwa, od razu zapragnęłam ją mieć. Przyciągała mnie zarówno okładka, jak i opis znajdujący się na czwartej stronie oraz nazwiska autorów, które są gwarantem dobrej lektury. Lubię literackie duety i byłam bardzo ciekawa, co mają do zaoferowania Zyskowska-Ignaciak i Chmielarz. Wszystko to sprawiło, że zabrałam się za lekturę, gdy tylko wyjęłam książkę z koperty. Czy jestem usatysfakcjonowana? Bardzo. "Koma" jest wyjątkowa i zupełnie inna od książek, do których przyzwyczaiły nas polskie autorki. To nie jest kolejny obyczaj. Powiedziałabym nawet, że możemy postawić tę książkę na półce z literaturą piękną, co, niewątpliwie, jest jej wielką zaletą. 

Małe miasteczko. Na komisariacie policji zjawia się starsza kobieta, która zgłasza zaginięcie syna - prymusa z okolicznego liceum ubiegającego się o przyjecie na Akademię Sztuk Pięknych. Niemal w tym samym czasie do szpitala trafia pani burmistrz Ewa Kapica. Mąż znajduje ją nieprzytomną na kanapie w salonie i od razu interweniuje, choć niestety, jest już za późno i kobieta zapada w śpiączkę. Wszystko wskazuje na próbę samobójczą, lecz w bagażniku samochodu pani burmistrz policja niespodziewanie znajduje łopatę oraz ślady czyjejś krwi. Czy te dwie sprawy coś łączy? I jak daleko można posunąć się w imię miłości? 

Na okładce "Komy" widnieje bardzo trafnie dobrane hasło: "Kobieta i mężczyzna, współcześni Romeo i Julia, małe, senne miasto i wielkie uczucie, które wymyka się konwenansom. Piękna opowieść, inspirowana najwspanialszą historią miłosną wszech czasów." Prawdę mówiąc te dwa zdania zawierają niemal wszystko, co warto powiedzieć o tej książce, by nie odebrać czytelnikowi przyjemności płynącej lektury. "Koma" to dojrzała, dobrze opowiedziana historia kilku trudnych miłości, będąca jednak nie tylko romansem, ale w pewien sposób i kryminałem. Śledząc efekty policyjnego dochodzenia poznajemy kilkoro zwykłych, niczym nie wyróżniających się ludzi, którzy zupełnie stracili głowę dla miłości, co popchnęło ich do czynów, o które z pewnością wcześniej by się nie posądzali. Ale czy każde uczucie nie ma w sobie czegoś z szaleństwa?

Mówiąc o tej książce, nie można pominąć strony językowej. Naprawdę rzadko zdarza mi się ostatnio zetknąć z tak piękną i dopracowaną prozą, jak w tym przypadku. Czytając "Komę" nie spotykamy się z prostym, potocznym językiem, ale miejscami niemal prozą poetycką, którą czyta się niczym wiersz. Czasem aż zatrzymywałam się na chwilę nad pewnymi sentencjami, by przemyśleć ich treść i zaznaczałam sobie niektóre cytaty, z myślą, że kiedyś na pewno do nich wrócę. Historia Ewy, Szymona i Karola jest też niewątpliwie bardzo dobrze opowiedziana. Jestem zdania, że nie sztuką jest wymyślić oryginalną historię - nie czarujmy się, chyba napisano już o wszystkim, lecz opisać ją w sposób, który zaskoczy czytelnika, namiesza mu w głowie i zaintryguje. Autorom "Komy" z pewnością się to udało. Książka trzyma w napięciu i choć momentami opisy bardzo spowalniają akcję, i tak nie możemy doczekać się tego, jak skończy się ta historia. I choć wcale nie kończy się spektakularnie, to nic - to wciąż dobrze opowiedziana i napisana pięknym językiem historia zakazanej miłości, która jest tak uniwersalna, że na dobrą sprawę mogłaby wydarzyć się wszędzie. 

Nie jestem tylko pewna, czy "Koma" spodoba się fankom literatury, o której mówi się, że "otula niczym ciepły koc" albo "rozgrzewa, niczym herbata z cynamonem". Próżno w niej szukać pełnej emocji i wzruszeń historii o dwójce ludzi, którzy zakochują się w sobie i brną przed siebie mimo przeciwności. "Koma" jest inna, trudniejsza, bardziej wymagająca. Wciąż opowiada jednak o miłości. Z tym, że zakazanej, trudnej i popychającej w stronę granic, których lepiej nie przekraczać. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu: 





czwartek, 6 kwietnia 2017

"Co kryją jej oczy" - Sarah Pinborough



Pod żadnym pozorem nie ufaj tej książce. 
Nie ufaj tej historii. Nie ufaj sobie.


Można powiedzieć, że sięgnęłam po tę książkę przez przypadek. Któregoś dnia, siedząc na wykładzie, wyciągnęłam z torebki czytnik z zamiarem zabrania się za "Metodę" Shannon Kirk (swoją drogą o niej przeczytacie w następnym poście). Opis okładkowy "Metody" bardzo mnie zaintrygował, ale zapomniałam tytułu i przez pomyłkę zaczęłam czytać "Co kryją jej oczy". Planowałam przeczytać tę książkę, ale później. Oczywiście bardzo szybko uświadomiłam sobie, że czytam nie tę historię, którą chciałam, ale akcja wciągnęła mnie tak szybko i tak bardzo, że z wykładu nie pamiętam zupełnie nic, a doczytałam ją zaraz po powrocie do mieszkania. I powiem Wam tak" nie żałuję tej pomyłki i nie żałowałam jej ani przez chwilę. "Co kryją jej oczy" to jeden z lepszych thrillerów, jakie w życiu czytałam a sposób opowiedzenia tej historii zakrawa o mistrzostwo. I nie ma w tym ani grama przesady. 

Adele i David wydają się doskonałym małżeństwem. Mieszkają w dużym domu. David jest cenionym psychiatrą, a Adele zajmuje się domem. Tylko dlaczego David czasem zamyka ją na klucz, gdy wychodzi? I dlaczego Adele ukrywa przed nim swoją nową przyjaciółkę? 
Louise jest samotną matką po rozwodzie i podczas jednej z imprez ląduje w łóżku z przystojnym mężczyzną, który następnego dnia okazuje się jej nowym szefem. Choć oboje z Davidem bardzo starają się zapomnieć o tamtej nocy, wpadają w sidła romansu. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy jakiś czas później Louise zaprzyjaźnia się z jego żoną. I coraz bardziej przekonuje się, że w związku tych dwojga dzieje się coś złego. Nieświadoma, daje się wciągnąć w pewna grę. Nie spodziewa się jednak, jak daleko jest w stanie posunąć się ktoś zakochany na śmierć i życie... 

"Co kryją jej oczy" to wyjątkowo wciągający i napisany z pomysłem thriller, podczas lektury którego czytelnik uczestnicy w swego rodzaju grze. Na szachownicy mamy co prawda tylko trzy postaci: Adele, Louise i Davida, ale w książce dzieje się tak wiele, a autorka tak perfekcyjnie gra naszymi emocjami, że niemal co chwila zmieniamy swoje sympatie i antypatie. W jednym rozdziale jesteśmy skłonni wierzyć biednej Adele i nawet jej współczuć, w drugim rozumiemy Davida i gdyby było trzeba, murem stanęlibyśmy za nim, a jeszcze w kolejnym doskonale rozumiemy pogubioną Louise i to jej przyznajemy rację. Ale to wszystko do czasu, a mianowicie do tak  misternie zaplanowanego zwrotem akcji, który sprawia, że patrzymy na całą historię zupełnie inaczej, niż przez większość lektury. A później jeszcze kolejnym, przez co miałam w głowie jedno wielkie: WOW. Po skończeniu tej książki przez kilka chwil leżałam na łóżku wpatrując się w sufit nie mogąc wyzbyć się myśli, że to naprawdę wyjątkowa książka. I że właśnie takich emocji oczekuję, za każdym razem, gdy z nadzieją zaczynam czytać thriller. 

Fabułą "Co kryją jej oczy" jest tak intrygująca, a napięcie dawkowane czytelnikowi tak umiejętnie, że trudno o tej historii zapomnieć. Autorka serwuje nam wielką porcję dobrej rozrywki, ale zmusza też do wielu refleksji obnażając mroczną naturę człowieka. Pozwala nam bardzo głęboko wniknąć w głowy bohaterów i ukazuje, jak niewiele potrzeba, by przekroczyć granicę zła i przejść na ciemną stronę. A to wszystko, oczywiście, z miłości. Za kurtyna kłamstw i intryg rozgrywają się rzeczy, o których czytelnik nawet by nie pomyślał. Niemal przez całą lekturę dajemy się zwodzić, a kiedy już wydaje nam się, że dotarliśmy do sedna sprawy, zaskoczenie po raz kolejny zwala nas z nóg. Ależ ja lubię to uczucie zaskoczenia i niedowierzania, które towarzyszy takim momentom! 

Polecam "Co kryją jej oczy" z czystym sercem. To kawał naprawdę dobrej lektury i prawdziwa bomba emocjonalna. Autorka wciąga nas w świat niedomówień i intryg, plącze i zwodzi, a do tego zaskakuje zakończeniem zostawiając nas w stanie tzw. czytelniczego kaca. Nie możecie przejść obok tej książki obojętnie. Ale pamiętajcie: nie ufajcie żadnemu z bohaterów. A już zwłaszcza nie ufajcie jej oczom...

Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję serdecznie wydawnictwu:



poniedziałek, 20 marca 2017

Co czytam w marcu?

Dziś kolejny post z cyklu "Co czytam w...", a w nim szereg smakowitych, wydawniczych nowości, wobec których nie mogłam przejść obojętnie. 

Niedawno pisałam o "Trąf, trąf, misia bela" Dagmary Andryki - link do recenzji: tutaj. Czekałam na ten kryminał odkąd tylko pochłonęłam rewelacyjny debiut autorki, "Tysiąc". Bezapelacyjnie jest to pozycja numer jeden dla wszystkich miłośników książek kryminalnych zagadek o rozbudowanym tle społeczno-obyczajowym i wspaniałej kreacji portretów psychologicznych bohaterów.

Miłośnikom komedii polecam przezabawną, choć nieco odrealnioną (ale takie przecież powinny być komedie romantyczne) powieść: "Mów mi Katastrofa" Magdaleny Wali. Napisałam w okładkowym blurbie, że jest to niezwykle zabawna i romantyczna powieść, podczas lektury której uśmiech nie schodził mi z ust i zdanie to podtrzymuje. Będziecie wzdychać podczas tych bardziej romantycznych scen i śmiać się w głos z poszukiwań ojca dziecka pewnej nierozgarniętej nastolatki - gwarantuję. Premiera 29 marca, bądźcie czujni. 

Nie mogłam również nie pokusić się o lekturę "Komy" Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak oraz Wojciecha Chmielarza. Jest to powieść oparta o dobrze znany motyw z Romea i Julii, jestem już w połowie książki i jestem czytelniczo usatysfakcjonowana. Nawet nie tyle samą fabułą, choć książka wciąga, ale przepięknym językiem i licznymi sentencjami, które aż chciałoby się przykleić sobie na ścianę. Lubię, gdy książki wzbudzają we mnie refleksje, ta jest pod tym względem naprawdę super. (Swoją drogą piękna okładka, prawda? Ale to już chyba cecha charakterystyczna wydawnictwa Filia.)

Żaden książkoholik nie może też przejść obojętnie obok najnowszej książki Remigiusza Mroza - "Inwigilacji". Autor nie byłby sobą, gdyby nie namieszał w życiu Chyłki i Oryńskiego, dlatego przygotujcie się na liczne emocje i zwroty akcji. O samej fabule nie piszę, bo wiadomo - jest przemyślana i dopracowana, ale już chyba wszyscy mrozomaniacy do tego przywykli. Czyta się świetnie, jest świetna - polecam, więcej mówić nie trzeba.  Jak zawsze będziecie tylko wściekli za zakończenie. Jak można urwać książkę w takim momencie? Ech. 

Na koniec, aczkolwiek wcale nie najgorsza ani najmniej ważna, "Rodzina O." Ewy Madeyskiej, reklamowana jako pierwszy polski serial literacki. Brzmi intrygująco, prawda? Właśnie dlatego skusiłam się na tę książkę i już czeka na stosiku przy łóżku. Podobno jest interesująca, sama jeszcze nie sprawdziłam, więc na tę chwilę mogę jedynie wierzyć  rekomendacjom innych. Jestem bardzo ciekawa rodziny Opolskich i trupów, które skrywają w szafie - w tym wypadku chyba tylko metaforycznie, ale i dobrze. Ile można czytać tych kryminałów? ;) 


A co Wy czytacie w marcu? I czy znacie którąś z wymienionych przeze mnie pozycji? Jestem bardzo ciekawa, dajcie znać w komentarzach, może się zainspiruję. 

sobota, 18 marca 2017

Czytaj, a zestarzejesz się z klasą.


W najbliższym czasie szykuje mi się kilka spotkań z młodzieżą gimnazjalną i licealną (zresztą kolejnych już), podczas których będę opowiadała o swojej przygodzie z książkami, ale też i  z czytaniem w ogóle. Zwykle zachęcam tych młodych ludzi do sięgania po książki i podsuwam im ciekawe pozycje, na które warto zwrócić uwagę, ale tak sobie pomyślałam, że mój przyszły zawód zobowiązuje i powinnam opowiadać tej młodzieży również o wpływie czytania na mózg. Postanowiłam więc zgłębić wiedzę na ten temat, żeby trochę biednych uczniów postraszyć i wiecie co? Nieczytający mają strasznie ubogie życie, wiadomo, ale przyszłość która ich czeka… Cóż. Starość ludzi, którzy nie czytają książek, naprawdę nie jawi się w jasnym barwach. Wręcz przeciwnie.

Poza tym, że czytanie wpływa na naszą inteligencję emocjonalną (rozumienie stanów emocjonalnych swoich i cudzych oraz zdolność adekwatnego reagowania do sytuacji), poprawia nasze samopoczucie (jeśli np. czytamy jakiś cudowny romans), wzmaga empatię (rozumienie emocji ale i umiejętność wczuwania się w to, co przeżywa druga osoba), uczy, wzbogaca słownik, pobudza wyobraźnię, to również spowalnia zaburzenia wielu funkcji poznawczych w późniejszym wieku – co musi być szalenie ciekawe z punktu widzenia nie tylko psychologów, ale i innych badaczy zajmujących się mózgiem. Naukowcy z Chicago przebadali swego czasu około 300 osób. Najpierw kwestionariuszowo, żeby dowiedzieć się, ile czytają i jak funkcjonują poznawczo, a pośmiertnie nawet  przebadano im mózgi szukając przede wszystkim ubytków mogących świadczyć o np. demencji, czy  innych zaburzeniach funkcji poznawczych. Wyniki tych badań są zaskakujące – u osób, które dużo czytały (w artykule, który znalazłam nie była podana konkretna liczba książek), tempo zaniku pamięci było wolniejsze o ok. 30% niż u osób, które nie czytały książek. Dla kontrastu – istnieją liczne badania potwierdzające, że długie oglądanie telewizji lub ślęczenie przed komputerem zabija nasze szare komórki tworząc, dosłownie, dziury w mózgu, a tym samym osłabiając naszą pamięć, czy koncentrację.

Śmiało można więc wysnuć wniosek, że współczesne społeczeństwo dąży do autodestrukcji. Zamiast czytać oglądamy migające na ekranach obrazki. A czytanie nie jest wcale bolesne! Nie zazdroszczę więc pokoleniu, które będzie opiekowało się nami na starość. Ani trochę. Szkoda tylko, że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł przepisywanie książek na receptę w ramach profilaktyki walki z demencją czy Alzheimerem. Kto wie, może coś by to pomogło? Zaszkodzić na pewno by nie zaszkodziło.