czwartek, 6 lipca 2017

"Trzecia" - Magda Stachula


Każdy skrywa jakąś tajemnicę, bez wyjątku, wszyscy mamy coś na sumieniu. 
To może być cokolwiek: czyn, myśl, życzenie, coś, czego nie chcielibyśmy wyjawić przed resztą świata, coś, czego wstydzimy się nawet przed samymi sobą.


Od czasu, gdy przeczytałam genialną "Idealną", z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnej powieści Stachuli. Debiut autorki uwiódł mnie i oczarował, polecałam tę książkę wszystkim dookoła. Trochę jednak bałam się sięgnąć po "Trzecią". Wbrew pozorom wcale nie dlatego, że opis okładkowy zdaje się gwarantować tego typu emocje, ale ponieważ bałam się, czy Stachula podobała i napisze równie dobrą, mocną książkę jak jej debiut. "Idealną" naprawdę wysoko postawiła sobie poprzeczkę i zastanawiałam się, czy uda jej się ją przeskoczyć albo chociaż zrównać ten poziom. Na szczęście lektura  "Trzeciej" rozwiała wszystkie moje obawy i wątpliwości. Choć z początku powieść bardzo przypominała mi debiut autorki, szybko wciągnęłam się w świat głównych bohaterów i przepadłam na długie godziny.

Główną bohaterka jest młoda terapeutka, Eliza. Podczas sesji z pacjentami ma możliwość przyglądania się ich życiu i wnikaniu w ich głowy. Niestety, w pewnym momencie Eliza orientuje się, że jej też ktoś się przygląda. Gdy wraca do domu po pracy ma wrażenie, że ktoś ją śledzi. Potem dręczyciel robi jej zdjęcie, a następnie wystaje pod jej mieszkaniem w swoim samochodzie. Eliza z dnia na dzień coraz bardziej się boi i niemal popada w paranoję. W dodatku nikt jej nie wierzy, podczas gdy ON wie już o niej naprawdę sporo. Eliza jest trzecia na jego liście. I nic nie wskazuje na to, że zostawi ją w spokoju. 

Lubię styl pisania Magdy Stachuli. Po przeczytaniu dwóch książek jej autorstwa mówię to już z pełną odpowiedzialnością i nie mam najmniejszych wątpliwości, że sięgnę po każdą jej powieść. Już w "Idealnej" autorka udowodniła, że jest niesamowitą obserwatorką życia społecznego, ma sporą wiedzę na temat psychologii oraz wyjątkowy dar wnikania w głowy postaci, a potem przelewania ich myśli na papier. W "Trzeciej" jest bardzo podobnie. Wydarzenia ukazane są z trzech perspektyw, a czytelnik ma możliwość dogłębnego poznania każdego z bohaterów. Jego rozterek, motywów, lęków, planów, nadziei, a także przeszłości, która... Cóż, pod koniec utworu, gdy wszystkie wątki splatają się i łączą w całość, przeszłość bohaterów okazuje się bardziej mroczna, niż bym się tego spodziewała. Autorka przez cały utwór w pewien sposób wskazuje nam, kto jest dobry, a kto zły, by w finale zatrzeć te granice i zostawić czytelnika ze zdziwieniem na twarzy. W tej powieści nic nie jest takie, jak by się zdawało, nie ma rzeczy oczywistych. I właśnie zdolność do pisania takich utworów jest kolejnym, niepodważalnym atutem autorki. Perfekcyjnie wodzi czytelnika za nos oraz wzbudza w nim emocje. 

"Trzecia" to książka, którą zapamiętam na długi czas i którą dodaję do listy swoich ulubionych. Zawiera wszystkie elementy, jakie powinna mieć według mnie dobra powieść. Mamy tu wartką akcję, przemyślaną narrację, dobrze wykreowanych, niemal żywych bohaterów, element zaskoczenia oraz prawdziwy kalejdoskop emocji. Polecam tę książkę z czystym sumieniem, bo to nie jest kolejny bezrefleksyjny utwór. Jestem pewna, że po przeczytaniu tej książki zastanowicie się nad pojęciem bezpieczeństwa w sieci i zmienicie ustawienia swoich kont na portalach społecznościowych na prywatne. Autorka pokazuje, jak złudna jest prywatność w dwudziestym pierwszym wieku oraz jak wiele można się dowiedzieć o obcym człowieku z internetu w zaledwie kilka dni. Powieści poruszające taką tematykę są bardzo potrzebne. Każdy nasz ruch w przestrzeni wirtualnej pozostawia po sobie ślad. Warto o tym pamiętać. 

Za możliwość przeczytania utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu ZNAK. 

wtorek, 27 czerwca 2017

"Czarne narcyzy" - Katarzyna Puzyńska


Czarne narcyzy miał dla niej. 


Seria o Lipowie to w tym momencie jedna z moich ulubionych serii kryminalnych. Na każdy kolejny tom czekam z niecierpliwością. Kiedy więc trafiły w moje ręce "Czarne narcyzy", ósmy już tom, niemal od razu zabrałam się za lekturę. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że świat wykreowany przez autorkę znów pochłonie mnie bez reszty. Nie spodziewałam się jednak, że tym razem Puzyńska zaserwuje mi nie jedną, lecz co najmniej kilkanaście zbrodni, zmuszając tym samym mój mózg do pracy na najwyższych obrotach. 

W Brodnicy odbywa się w tym roku Święto Policji. Wydarzenie cieszy wszystkich funkcjonariuszy, oprócz Daniela Podgórskiego, który jakiś czas temu musiał pożegnać się ze swoją odznaką. Komuś bardzo zależało, aby jak najszybciej zapomniał o sprawie śmierci trzech bezdomnych, przy ciałach których zostawiono niewielkie, ręcznie robione wahadełka. Niespodziewanie podczas obchodu Święta Policji, Daniela zaczepia miejscowa dziennikarka, która sugeruje, by poszukał odpowiedzi na nurtujące go pytania w niewielkiej wiosce leżącej w okolicznych lasach, a szczególnie w jednym z domów, zwanych przez mieszkańców Diabelcem, który podobno jest nawiedzany przez diabła. Daniel ma sporo wątpliwości, odnośnie prawdomówności dziewczyny, ale decyduje się przyjrzeć bliżej tej sprawie. Wkrótce dziennikarka znika bez śladu, a Daniel, razem z byłą komisarz Klementyną Kopp znajdują kolejne ciało. W dodatku niemal w tym samym czasie Weronika Nowakowska, była dziewczyna Daniela dostaje niepokojącą wiadomość. Czy te sprawy jakoś się łączą? I jakie znaczenie mają tytułowe czarne narcyzy? 

Bardzo cenię styl autorki oraz jej umiejętność angażowania czytelnika w lekturę do tego stopnia, że momentami po moich plecach przebiega dreszczyk. Podczas "Czarnych narcyzów" zdarzyło mi się to przynajmniej kilka razy. Puzyńska  udowodniła, że świetnie sprawdza się w kreowaniu atmosfery niepokoju i grozy już w "Utopcach", a wszystko to za sprawą odwoływania się do lokalnych wierzeń i legend. W "Czarnych narcyzach" nie jest co prawda aż tak strasznie, ale autorka znów sięga po lokalną, trochę odwołującą się do ludowych wierzeń historię, tym razem związaną z domem zwanym Diabelcem. To właśnie wokół tego miejsca kręci się śledztwo. Muszę przyznać, że w moim odczuciu sięganie przez autorkę do tego typu opowieści zakorzenionych w świadomości mieszkańców prawdziwego Lipowa oraz okolic, to strzał w dziesiątkę. Takie wątki pasują do historii kryminalnych doskonale, nadają powieściom unikatowego charakteru, i autorka dokonała dobrego wyboru, urozmaicając nimi fabułę. Trochę elementów nadprzyrodzonych i paranormalnych sprawia, że to nie jest kolejny zwykły kryminał, a czytelnik śledzi losy bohaterów z zapartym tchem. 

Na pewno warto też przyznać autorce piątkę za rozbudowane tło społeczno-obyczajowe. Mieszkam niedaleko miejsc, które opisuje i za każdym razem, sięgając po utwór Puzyńskiej, jestem pod wrażeniem, jak wiarygodnie oddaje w swoich powieściach mentalność tutejszej ludności. Bardzo denerwowało mnie jednak w tej książce nadużywanie słowa "Jo". To jest regionalizm, ale mam wrażenie, że było go w "Czarnych narcyzach" stanowczo za dużo, zwłaszcza, że w poprzednich utworach to słowo nie rzucało się w oczy. (Nie jestem pewna, czy go nie było, czy po prostu było go mniej.) Wielki plus przyznaję natomiast za ograniczenie liczby wulgaryzmów, zwłaszcza tych używanych przez Daniela, oraz w ogóle za kierunek, w którym zmierza ten bohater. Pomimo mojej sympatii, którą zdobył już na starcie serii, po "Domu czwartym" nieco w niego zwątpiłam, w "Czarnych narcyzach" odbija się od dna i powoli staje na nogi. Z niecierpliwością czekam na to, jak potoczą się jego dalsze losy. Zresztą w ogóle czekam na kolejny tom. 

Jeżeli nie wyobrażacie sobie lata bez lektury dobrego kryminału, koniecznie sięgnijcie po tę pozycję. Autorka sprawnie prowadzi czytelnika tropem sprawców przestępstw, których, tym razem, jest nieco więcej niż zwykle. Utwór jest bardzo realistyczny i momentami trudno wyprzeć z głowy wrażenie, że te wydarzenia mogły rozegrać się naprawdę. I że rzeczywiście gdzieś po brodnickich lasach kręcą się dobrze znani policjanci, próbując rozwikłać kolejną zagadkę oraz uporządkować swoje sprawy prywatne, które czasami niepotrzebnie komplikują im pracę. Gorąco polecam. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu: 








wtorek, 6 czerwca 2017

"Życie na wynos" - Olga Rudnicka


Jeden trup w piwnicy i kilka w szafie,
a wszystkie na głowie Emilii Przecinek.



Olga Rudnicka jest jedną z nielicznych autorek, które potrafią doprowadzić mnie do łez, i to bynajmniej nie tych ze wzruszenia, lecz śmiechu. Odkąd jakiś czas temu przepadłam w lekturze "Granat poproszę" i zapałałam sympatią to najbardziej zwariowanej pisarki w dziejach ludzkości oraz dwóch starszych pań, które potrafią się pobić (tak, tak - wyobraźcie sobie dwie szarpiące się za włosy staruszki), z niecierpliwością czekałam na drugą część opowieści z tymi sympatycznymi bohaterami w rolach głównych. Kiedy więc tylko "Życie na wynos" znalazło się na moim czytniku, natychmiast zabrałam się za lekturę. I pewnie dla żadnego z fanów autorki nie będzie zaskoczeniem, że znowu płakałam ze śmiechu. 

Podobnie, jak w pierwszej części przygód rodziny Przecinków, tak i w "Życie na wynos" znów wiele się dzieje. Emilia, popularna autorka powieści dla kobiet zostaje rozwódką z dwójką nastoletnich dzieci, kredytem hipotecznym do spłacenia oraz matką i teściową na karku. W dodatku zarówno jej dorastające dzieci jak i agentka literacka  nalegają, żeby chodziła na randki - przecież czytelniczki uwielbiają pikantne romanse, a jak napisać takowy bez doświadczenia?
Mimo niesprzyjających okoliczności Emilia postanawia jednak odmienić swoje życie. Nie jest to łatwe, gdyż mężczyźni, których spotyka, absolutnie nie przypominają wspaniałych bohaterów jej powieści, a pech chce, że teściowa pisarki łamie nogę. Unieruchomiona na wózku, zaczyna obserwować sąsiadów, co okazuje się zajęciem na pełen etat. Przed wścibskimi staruszkami nic się nie ukryje. Ani kochanka o czerwonych włosach, ani skłonna do awantur żona, ani leżący w piwnicy trup, którego znajduje Emilia. W dodatku wcale go nie wymyśliła, mężczyzna istnieje naprawdę... 

Olga Rudnicka ma wyjątkowy talent do tworzenia dynamicznych i obfitujących w absurdalne sytuacje fabuł. Tym razem również nie zawodzi. "Życie na wynos" jest powieścią tak zwariowaną, że przynajmniej kilka razy śmiałam się tak długo i donośnie, że zaczynał boleć mnie brzuch. Chyba na kartach żadnej z czytanych dotychczas powieści nie spotkałam jeszcze tak żywiołowych i wyrazistych bohaterów. Po prostu uwielbiam tę rodzinę i naprawdę mam nadzieję, że jeszcze spotkam się z nimi na kartach powieści. U Przecinków każdy jest kimś. I to przez duże KA. Zarówno dorastające nastolatki bardziej osadzone w realiach współczesnego świata od swojej matki, jak i starsze panie, które uwielbiają wtykać nos w nie swoje sprawy, przez co ciągle ściągają na siebie kłopoty. Nie wspominając oczywiście od Emilii, która ma wielki problem z oddzielaniem fikcji od rzeczywistości i nie za bardzo odnajduje się w tej drugiej, co tym razem dobitnie uświadamiają jej nieudane randki z mężczyznami poznanymi na portalu randkowym. 

"Życie na wynos" to tak zwariowana komedia charakterów, że nie polecam Wam czytać jej w nocy - pobudzicie śpiących domowników. Niekontrolowanymi salwami śmiechu, oczywiście. Jeżeli więc macie ochotę na lekką, przyjemną, a przede wszystkim naprawdę zabawną komedię kryminalną, pamiętajcie o tym tytule. Znajdziecie w niej zbrodnię, dwa śledztwa, w tym tylko jedno profesjonalne, bo drugie prowadzone jest prywatnie przez dwie energiczne staruszki i sporą dawkę niezwykle trafnych poglądów na temat współczesności, a zwłaszcza związków damsko-męskich."Życie na wynos" jest idealną pozycją na zbliżające się wakacje. Książki Olgi Rudnickiej mogłyby być sprzedawane w aptekach jako antydepresanty. Polecam na każdą chandrę. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:



piątek, 26 maja 2017

"Matka mojej córki" - Magdalena Majcher


Wzruszająca opowieść o rodzinnych tajemnicach
oraz sile matczynej miłości.


"Matka mojej córki" jest trzecią powieścią Magdaleny Majcher, która trafiła do moich rąk. Pomimo średnio lubianej przeze mnie tematyki - nie przepadam za książkami o macierzyństwie, po lekturze "Stanu nie! błogosławionego" nie miałam najmniejszych wątpliwości, że powieść przypadnie mi do gustu. Zabrałam się za lekturę kilka dni po tym, jak wgrałam książkę na czytnik i pochłonęłam ją w dwa dni. I powiem tak... Spodziewałam się, że Magda pokaże w tym utworze jeszcze więcej umiejętności, niż w poprzednich, ale nie sądziłam, że "Matka mojej córki" spodoba mi się aż tak bardzo. 

Nina jest kobietą sukcesu. Pracuje na kierowniczym stanowisku i ma poukładane życie. Niespodziewany telefon sprawia jednak, że musi powrócić do rodzinnej Czeladzi i bliskich, od których niegdyś postanowiła się odciąć. Uśpione emocje zaczynają odżywać, na jaw wychodzą kolejne rodzinne kłamstwa, a  Nina powoli przestaje być pewna, czy podjęte w młodości decyzje związane z oddaniem dziecka do adopcji były słuszne. Tylko czy po kilkunastu latach da się naprawić popełnione niegdyś błędy? 

Magdalena Majcher ma wyjątkowy talent do pisania o macierzyństwie i sprawach, które dotyczą kobiet. W swojej najnowszej powieści kolejny raz udowadnia, że rozumie kobiety stojące w obliczu poważnych, trudnych  dylematów moralnych, ba, mało tego, pisze o tym z takim wyczuciem i finezją, że jej książki czyta się lekko i przyjemnie. W "Matce mojej córki" autorka bardzo sprawnie porusza temat nastoletniego macierzyństwa, bezdzietności oraz adopcji. Przemyślana i dobrze skonstruowana fabuła - poznajemy jednocześnie dorosłą Ninę oraz Ninę nastolatkę - pozwala czytelnikowi bardzo głęboko wniknąć w głowy opisywanych bohaterek i w pewnym sensie nawet postawić się w ich miejscu. Poznając historię Niny nie da się bowiem wyzbyć z głowy pytania: co ja zrobiłabym w tej sytuacji. I tak, jak w innym przypadku mogłoby to być męczące, tak tutaj jest potrzebne i ważne.

 "Matka mojej córki" to bez wątpienia warta uwagi pozycja z gatunku literatury aktywnej społecznie. Magdalena Majcher pisze dojrzale i z wyczuciem. Starannie przygotowuje się do poruszanych przez siebie tematów i stroni od tak bardzo powszechnej w literaturze kobiecej "cukierkowości". Mimo wszystko trafia do kobiecych serc oraz porusza. Jestem pewna, że znajdzie się wiele kobiet, które dostrzegą w postaci Niny albo jej matki część siebie. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce oraz wydawnictwu Pascal.



środa, 10 maja 2017

"Zielarnia nad Sekwaną" - Liliana Fabisińska


A gdyby na twoim biurku 
pojawił się nagle opłacony bilet do Paryża? 

"Zielarnia nad Sekwaną" to trzeci tom świetnej serii Liliany Fabisińskiej - "Jak pies z kotem". Polubiłam wykreowane bohaterki już podczas lektury "Sanatorium pod Zegarem" i od tamtej  pory z niecierpliwością wyczekiwałam, by dowiedzieć się, co tam u nich słychać. Z ulubiony seriami jest bowiem trochę jak z serialami - człowiek z niecierpliwością czeka na kolejny odcinek, a potem odtwarza go w kółko, bo szkoda mu rozstawać się z bohaterami. W moim przypadku tak właśnie było z "Zielarnią na Sekwaną". Chociaż pochłonęłam ją w dwa dni, potem wracałam do zaznaczonych fragmentów. I pewnie jeszcze zrobię to nie raz. 

Nasze ulubione bohaterki, Nina i Natalia, znów pakują się w kłopoty. Tym razem jednak nie w Ciechocinku czy na Helu, ale międzynarodowo, bo w Paryżu. Dostarczony do Niny nieoczekiwanie bilet w różowej kopercie bez nazwiska nadawcy, uruchamia lawinę zdarzeń. Chociaż wyjazd miał okazać się niespodzianką, przynosi tylko kłopoty. Nina trafia do paryskiego więzienia, a nagranie wideo wskazuje ją bez cienia wątpliwości jako bezwzględną morderczynię. Zaniepokojona Natalia rusza jej na pomoc... i trafia w sam środek historii, o której od pięćdziesięciu lat bardzo stara się zapomnieć. Jak na najbardziej niedobrane przyjaciółki w historii przystało, obie kobiety angażują się w prywatne śledztwo, za nic mając współpracę z policją. A to wszystko  otoczone jest krzykami kłócących się siostrzyczek Drop oraz doprawione soczystą nutą szaleństwa... 

Podczas lektury "Zielarni nad Sekawaną", podobnie, jak podczas czytania poprzednich części tej serii, nie ma mowy o nudzie. Liliana Fabisińska po raz kolejny udowadnia, że jest specjalistką od tworzenia dynamicznej, wciągającej fabuły, która pędzi na łeb na szyję co kilka stron wywołując zdziwienie na twarzy czytelnika. Oczywiście poza zdziwieniem, jest także uśmiech. Perypetie Natalii i Niny również tym razem nie jeden raz doprowadziły mnie do wybuchu śmiechu. Te dwie są tak szalonymi i wyrazistymi postaciami, że niejednego ponuraka doprowadziłyby do bólu brzucha. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie pojawia się były narzeczony Niny, a ta biega za nim po Paryżu w samych piżamach nakrytych płaszczem.

"Zielarnia pod Sekawaną" jest w moim odczuciu wspaniałym zwieńczeniem całej serii. Chciałam napisać, że to najlepszy tom, ale wszystkie zapewniły mi dobrą zabawę, więc powstrzymam się przed tym określeniem. Zamiast tego napiszę, że smutno mi będzie bez wyczekiwania na następne części przygód Natalii i Niny. Nowoczesna staruszka i stateczna, młoda bizneswoman zyskały moją sympatię już od pierwszych stron pierwszej części. Podobają mi się też płynące z te serii przesłania. Po pierwsze, że przyjaźń nie zna ograniczeń wiekowych i niezależnie od tego, ile mamy lat, możemy przejawiać o wiele więcej, niż odrobinę szaleństwa, a po drugie, że w biedzie możemy liczyć tylko na przyjaciół. Tych prawdziwych, oczywiście. Bo ci przyszywani uciekną gdzie pieprz rośnie, nim tylko zdążymy o nich pomyśleć. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję ONA CZYTA oraz Wydawnictwu Filia.