wtorek, 6 czerwca 2017

"Życie na wynos" - Olga Rudnicka


Jeden trup w piwnicy i kilka w szafie,
a wszystkie na głowie Emilii Przecinek.



Olga Rudnicka jest jedną z nielicznych autorek, które potrafią doprowadzić mnie do łez, i to bynajmniej nie tych ze wzruszenia, lecz śmiechu. Odkąd jakiś czas temu przepadłam w lekturze "Granat poproszę" i zapałałam sympatią to najbardziej zwariowanej pisarki w dziejach ludzkości oraz dwóch starszych pań, które potrafią się pobić (tak, tak - wyobraźcie sobie dwie szarpiące się za włosy staruszki), z niecierpliwością czekałam na drugą część opowieści z tymi sympatycznymi bohaterami w rolach głównych. Kiedy więc tylko "Życie na wynos" znalazło się na moim czytniku, natychmiast zabrałam się za lekturę. I pewnie dla żadnego z fanów autorki nie będzie zaskoczeniem, że znowu płakałam ze śmiechu. 

Podobnie, jak w pierwszej części przygód rodziny Przecinków, tak i w "Życie na wynos" znów wiele się dzieje. Emilia, popularna autorka powieści dla kobiet zostaje rozwódką z dwójką nastoletnich dzieci, kredytem hipotecznym do spłacenia oraz matką i teściową na karku. W dodatku zarówno jej dorastające dzieci jak i agentka literacka  nalegają, żeby chodziła na randki - przecież czytelniczki uwielbiają pikantne romanse, a jak napisać takowy bez doświadczenia?
Mimo niesprzyjających okoliczności Emilia postanawia jednak odmienić swoje życie. Nie jest to łatwe, gdyż mężczyźni, których spotyka, absolutnie nie przypominają wspaniałych bohaterów jej powieści, a pech chce, że teściowa pisarki łamie nogę. Unieruchomiona na wózku, zaczyna obserwować sąsiadów, co okazuje się zajęciem na pełen etat. Przed wścibskimi staruszkami nic się nie ukryje. Ani kochanka o czerwonych włosach, ani skłonna do awantur żona, ani leżący w piwnicy trup, którego znajduje Emilia. W dodatku wcale go nie wymyśliła, mężczyzna istnieje naprawdę... 

Olga Rudnicka ma wyjątkowy talent do tworzenia dynamicznych i obfitujących w absurdalne sytuacje fabuł. Tym razem również nie zawodzi. "Życie na wynos" jest powieścią tak zwariowaną, że przynajmniej kilka razy śmiałam się tak długo i donośnie, że zaczynał boleć mnie brzuch. Chyba na kartach żadnej z czytanych dotychczas powieści nie spotkałam jeszcze tak żywiołowych i wyrazistych bohaterów. Po prostu uwielbiam tę rodzinę i naprawdę mam nadzieję, że jeszcze spotkam się z nimi na kartach powieści. U Przecinków każdy jest kimś. I to przez duże KA. Zarówno dorastające nastolatki bardziej osadzone w realiach współczesnego świata od swojej matki, jak i starsze panie, które uwielbiają wtykać nos w nie swoje sprawy, przez co ciągle ściągają na siebie kłopoty. Nie wspominając oczywiście od Emilii, która ma wielki problem z oddzielaniem fikcji od rzeczywistości i nie za bardzo odnajduje się w tej drugiej, co tym razem dobitnie uświadamiają jej nieudane randki z mężczyznami poznanymi na portalu randkowym. 

"Życie na wynos" to tak zwariowana komedia charakterów, że nie polecam Wam czytać jej w nocy - pobudzicie śpiących domowników. Niekontrolowanymi salwami śmiechu, oczywiście. Jeżeli więc macie ochotę na lekką, przyjemną, a przede wszystkim naprawdę zabawną komedię kryminalną, pamiętajcie o tym tytule. Znajdziecie w niej zbrodnię, dwa śledztwa, w tym tylko jedno profesjonalne, bo drugie prowadzone jest prywatnie przez dwie energiczne staruszki i sporą dawkę niezwykle trafnych poglądów na temat współczesności, a zwłaszcza związków damsko-męskich."Życie na wynos" jest idealną pozycją na zbliżające się wakacje. Książki Olgi Rudnickiej mogłyby być sprzedawane w aptekach jako antydepresanty. Polecam na każdą chandrę. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:



piątek, 26 maja 2017

"Matka mojej córki" - Magdalena Majcher


Wzruszająca opowieść o rodzinnych tajemnicach
oraz sile matczynej miłości.


"Matka mojej córki" jest trzecią powieścią Magdaleny Majcher, która trafiła do moich rąk. Pomimo średnio lubianej przeze mnie tematyki - nie przepadam za książkami o macierzyństwie, po lekturze "Stanu nie! błogosławionego" nie miałam najmniejszych wątpliwości, że powieść przypadnie mi do gustu. Zabrałam się za lekturę kilka dni po tym, jak wgrałam książkę na czytnik i pochłonęłam ją w dwa dni. I powiem tak... Spodziewałam się, że Magda pokaże w tym utworze jeszcze więcej umiejętności, niż w poprzednich, ale nie sądziłam, że "Matka mojej córki" spodoba mi się aż tak bardzo. 

Nina jest kobietą sukcesu. Pracuje na kierowniczym stanowisku i ma poukładane życie. Niespodziewany telefon sprawia jednak, że musi powrócić do rodzinnej Czeladzi i bliskich, od których niegdyś postanowiła się odciąć. Uśpione emocje zaczynają odżywać, na jaw wychodzą kolejne rodzinne kłamstwa, a  Nina powoli przestaje być pewna, czy podjęte w młodości decyzje związane z oddaniem dziecka do adopcji były słuszne. Tylko czy po kilkunastu latach da się naprawić popełnione niegdyś błędy? 

Magdalena Majcher ma wyjątkowy talent do pisania o macierzyństwie i sprawach, które dotyczą kobiet. W swojej najnowszej powieści kolejny raz udowadnia, że rozumie kobiety stojące w obliczu poważnych, trudnych  dylematów moralnych, ba, mało tego, pisze o tym z takim wyczuciem i finezją, że jej książki czyta się lekko i przyjemnie. W "Matce mojej córki" autorka bardzo sprawnie porusza temat nastoletniego macierzyństwa, bezdzietności oraz adopcji. Przemyślana i dobrze skonstruowana fabuła - poznajemy jednocześnie dorosłą Ninę oraz Ninę nastolatkę - pozwala czytelnikowi bardzo głęboko wniknąć w głowy opisywanych bohaterek i w pewnym sensie nawet postawić się w ich miejscu. Poznając historię Niny nie da się bowiem wyzbyć z głowy pytania: co ja zrobiłabym w tej sytuacji. I tak, jak w innym przypadku mogłoby to być męczące, tak tutaj jest potrzebne i ważne.

 "Matka mojej córki" to bez wątpienia warta uwagi pozycja z gatunku literatury aktywnej społecznie. Magdalena Majcher pisze dojrzale i z wyczuciem. Starannie przygotowuje się do poruszanych przez siebie tematów i stroni od tak bardzo powszechnej w literaturze kobiecej "cukierkowości". Mimo wszystko trafia do kobiecych serc oraz porusza. Jestem pewna, że znajdzie się wiele kobiet, które dostrzegą w postaci Niny albo jej matki część siebie. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce oraz wydawnictwu Pascal.



środa, 10 maja 2017

"Zielarnia nad Sekwaną" - Liliana Fabisińska


A gdyby na twoim biurku 
pojawił się nagle opłacony bilet do Paryża? 

"Zielarnia nad Sekwaną" to trzeci tom świetnej serii Liliany Fabisińskiej - "Jak pies z kotem". Polubiłam wykreowane bohaterki już podczas lektury "Sanatorium pod Zegarem" i od tamtej  pory z niecierpliwością wyczekiwałam, by dowiedzieć się, co tam u nich słychać. Z ulubiony seriami jest bowiem trochę jak z serialami - człowiek z niecierpliwością czeka na kolejny odcinek, a potem odtwarza go w kółko, bo szkoda mu rozstawać się z bohaterami. W moim przypadku tak właśnie było z "Zielarnią na Sekwaną". Chociaż pochłonęłam ją w dwa dni, potem wracałam do zaznaczonych fragmentów. I pewnie jeszcze zrobię to nie raz. 

Nasze ulubione bohaterki, Nina i Natalia, znów pakują się w kłopoty. Tym razem jednak nie w Ciechocinku czy na Helu, ale międzynarodowo, bo w Paryżu. Dostarczony do Niny nieoczekiwanie bilet w różowej kopercie bez nazwiska nadawcy, uruchamia lawinę zdarzeń. Chociaż wyjazd miał okazać się niespodzianką, przynosi tylko kłopoty. Nina trafia do paryskiego więzienia, a nagranie wideo wskazuje ją bez cienia wątpliwości jako bezwzględną morderczynię. Zaniepokojona Natalia rusza jej na pomoc... i trafia w sam środek historii, o której od pięćdziesięciu lat bardzo stara się zapomnieć. Jak na najbardziej niedobrane przyjaciółki w historii przystało, obie kobiety angażują się w prywatne śledztwo, za nic mając współpracę z policją. A to wszystko  otoczone jest krzykami kłócących się siostrzyczek Drop oraz doprawione soczystą nutą szaleństwa... 

Podczas lektury "Zielarni nad Sekawaną", podobnie, jak podczas czytania poprzednich części tej serii, nie ma mowy o nudzie. Liliana Fabisińska po raz kolejny udowadnia, że jest specjalistką od tworzenia dynamicznej, wciągającej fabuły, która pędzi na łeb na szyję co kilka stron wywołując zdziwienie na twarzy czytelnika. Oczywiście poza zdziwieniem, jest także uśmiech. Perypetie Natalii i Niny również tym razem nie jeden raz doprowadziły mnie do wybuchu śmiechu. Te dwie są tak szalonymi i wyrazistymi postaciami, że niejednego ponuraka doprowadziłyby do bólu brzucha. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie pojawia się były narzeczony Niny, a ta biega za nim po Paryżu w samych piżamach nakrytych płaszczem.

"Zielarnia pod Sekawaną" jest w moim odczuciu wspaniałym zwieńczeniem całej serii. Chciałam napisać, że to najlepszy tom, ale wszystkie zapewniły mi dobrą zabawę, więc powstrzymam się przed tym określeniem. Zamiast tego napiszę, że smutno mi będzie bez wyczekiwania na następne części przygód Natalii i Niny. Nowoczesna staruszka i stateczna, młoda bizneswoman zyskały moją sympatię już od pierwszych stron pierwszej części. Podobają mi się też płynące z te serii przesłania. Po pierwsze, że przyjaźń nie zna ograniczeń wiekowych i niezależnie od tego, ile mamy lat, możemy przejawiać o wiele więcej, niż odrobinę szaleństwa, a po drugie, że w biedzie możemy liczyć tylko na przyjaciół. Tych prawdziwych, oczywiście. Bo ci przyszywani uciekną gdzie pieprz rośnie, nim tylko zdążymy o nich pomyśleć. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję ONA CZYTA oraz Wydawnictwu Filia.

środa, 26 kwietnia 2017

"Czereśnie zawsze muszą być dwie" - M. Witkiewicz



Drzewo czereśni potrzebuje innego drzewa, aby rosnąć i dawać owoce. 
Tak jak człowiek, gdy kocha – rozkwita.


Dziś przedstawiam Wam bezapelacyjnie najgorętszą premierę tej wiosny. Wydaje mi się, że każda prawdziwa ksiażkoholiczka lubująca się w prozie naszych rodzimych autorek i wzruszających historiach miłosnych słyszała o tym tytule. Magda Witkiewicz zapowiadała "Czereśnie zawsze muszą być dwie" już od pewnego czasu, skutecznie zachęcając nas do lektury. I powiem Wam, że choć czas dłużył się niemiłosiernie - było na co czekać. "Czereśnie..." to według mnie najlepiej napisana i najbardziej dopracowana powieść autorki. (Chciałam napisać najlepsza i pewnie bym to zrobiła, gdyby moje serce  z uporem nie zwracało się ku "Po prostu bądź".) 

Kiedy Zosia Krasnopolska poznaje panią Stefanię, zupełnie nie spodziewa się, że uda im się zaprzyjaźnić, a potem otrzyma od staruszki w spadku zrujnowaną willę w Rudzie Pabianickiej. Z powodu pewnych okoliczności decyduje się jednak jechać do Rudy i zgłębić jej tajemnicę. Rudera okazuje się domem z duszą uwięzioną w dalekiej przeszłości i przyciąga Zosię jak magnes. Stary dom otoczony sadem staje jej się bardzo bliski i pozwala rozeznać się w tym, czego Zosia chce od życia. A kiedy na jej drodze pojawi się Szymon, Zosia odkrywa najważniejszy sekret: dowiaduje się, czym są prawdziwa przyjaźń i miłość. Zaczyna także rozumieć, że tak jak drzewa czereśni muszą rosnąć obok siebie, by wydać owoce, tak ludzie muszą się kochać, by ich wspólna droga przez życie miała sens. 

Jestem oczarowana, naprawdę. Magdalena Witkiewicz już nieraz pokazała, że potrafi nie tylko bawić, ale też i wzruszać, ale "Czereśnie zawsze muszą być dwie" to książka zupełnie inna od poprzednich - klimatyczna, urokliwa, pełna magii i chwytająca za serce. Może to za sprawą bardzo plastycznego języka, który niesamowicie rozbudza wyobraźnię, a może za sprawą wciągającej fabuły, nie wiem, ale historia Zosi oraz starej willi w Rudzie Pabianickiej mają w sobie "to coś". "Czereśnie..." wciągają do tego stopnia, że mimo objętości około pięciuset stron, pochłonęłam je w dwa popołudnia, a po zakończeniu przez kilka chwil leżałam na łóżku wpatrując się w sufit i nie chciało mi się wracać do rzeczywistości. I chociaż autorka postanowiła tym razem namieszać w życiu głównych bohaterów jeszcze bardziej, niż dotychczas, jest to naprawdę przepiękna, wzruszająca i pełna emocji opowieść. Przez te wzloty, upadki i niespodziewane zwroty akcji w życiu Zosi, podczas lektury przeżywamy prawdziwy emocjonalny rollercoaster - od śmiechu i łez. A historia Zosi niesie ważne przesłanie: nawet najbardziej niepozorna decyzja wpływa na nasze życie, a przeszłość zawsze wybrzmiewa w teraźniejszości.

Jeżeli więc jesteście spragnione lektury, która pochłonie was bez reszty, chwyci za serce, oczaruje i na chwilę wyrwie z tej, szarej, jakże deszczowej i pochmurnej ostatnio rzeczywistości, koniecznie sięgnijcie po "Czereśnie zawsze muszą być dwie". Jest to według mnie najlepiej napisana i najbardziej dopracowana książka Magdy, zupełnie inna od poprzednich, ale chyba właśnie z tego powodu tak bardzo wyjątkowa. Czytanie jest prawdziwą przyjemnością, a fabuła doprowadzi Was i do śmiechu, i do łez. Przygotujcie się tylko na to, że znajdzie się w tej książce też postać, która będzie Was wkurzać i irytować, a na szczęśliwe zakończenie trzeba poczekać nieco dłużej niż w przypadku innych książek autorki. Warto sięgnąć po "Czereśnie zawsze muszą być dwie". I to nie tylko ze względu na piękną, cieszącą wzrok okładkę.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Filia oraz Magdzie Witkiewicz.



sobota, 15 kwietnia 2017

"Koma" - K. Zyskowska-Ignaciak, W. Chmielarz


Współczesna historia Romea i Julii. 


Czekałam na tę książkę. Kiedy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach na stronie wydawnictwa, od razu zapragnęłam ją mieć. Przyciągała mnie zarówno okładka, jak i opis znajdujący się na czwartej stronie oraz nazwiska autorów, które są gwarantem dobrej lektury. Lubię literackie duety i byłam bardzo ciekawa, co mają do zaoferowania Zyskowska-Ignaciak i Chmielarz. Wszystko to sprawiło, że zabrałam się za lekturę, gdy tylko wyjęłam książkę z koperty. Czy jestem usatysfakcjonowana? Bardzo. "Koma" jest wyjątkowa i zupełnie inna od książek, do których przyzwyczaiły nas polskie autorki. To nie jest kolejny obyczaj. Powiedziałabym nawet, że możemy postawić tę książkę na półce z literaturą piękną, co, niewątpliwie, jest jej wielką zaletą. 

Małe miasteczko. Na komisariacie policji zjawia się starsza kobieta, która zgłasza zaginięcie syna - prymusa z okolicznego liceum ubiegającego się o przyjecie na Akademię Sztuk Pięknych. Niemal w tym samym czasie do szpitala trafia pani burmistrz Ewa Kapica. Mąż znajduje ją nieprzytomną na kanapie w salonie i od razu interweniuje, choć niestety, jest już za późno i kobieta zapada w śpiączkę. Wszystko wskazuje na próbę samobójczą, lecz w bagażniku samochodu pani burmistrz policja niespodziewanie znajduje łopatę oraz ślady czyjejś krwi. Czy te dwie sprawy coś łączy? I jak daleko można posunąć się w imię miłości? 

Na okładce "Komy" widnieje bardzo trafnie dobrane hasło: "Kobieta i mężczyzna, współcześni Romeo i Julia, małe, senne miasto i wielkie uczucie, które wymyka się konwenansom. Piękna opowieść, inspirowana najwspanialszą historią miłosną wszech czasów." Prawdę mówiąc te dwa zdania zawierają niemal wszystko, co warto powiedzieć o tej książce, by nie odebrać czytelnikowi przyjemności płynącej lektury. "Koma" to dojrzała, dobrze opowiedziana historia kilku trudnych miłości, będąca jednak nie tylko romansem, ale w pewien sposób i kryminałem. Śledząc efekty policyjnego dochodzenia poznajemy kilkoro zwykłych, niczym nie wyróżniających się ludzi, którzy zupełnie stracili głowę dla miłości, co popchnęło ich do czynów, o które z pewnością wcześniej by się nie posądzali. Ale czy każde uczucie nie ma w sobie czegoś z szaleństwa?

Mówiąc o tej książce, nie można pominąć strony językowej. Naprawdę rzadko zdarza mi się ostatnio zetknąć z tak piękną i dopracowaną prozą, jak w tym przypadku. Czytając "Komę" nie spotykamy się z prostym, potocznym językiem, ale miejscami niemal prozą poetycką, którą czyta się niczym wiersz. Czasem aż zatrzymywałam się na chwilę nad pewnymi sentencjami, by przemyśleć ich treść i zaznaczałam sobie niektóre cytaty, z myślą, że kiedyś na pewno do nich wrócę. Historia Ewy, Szymona i Karola jest też niewątpliwie bardzo dobrze opowiedziana. Jestem zdania, że nie sztuką jest wymyślić oryginalną historię - nie czarujmy się, chyba napisano już o wszystkim, lecz opisać ją w sposób, który zaskoczy czytelnika, namiesza mu w głowie i zaintryguje. Autorom "Komy" z pewnością się to udało. Książka trzyma w napięciu i choć momentami opisy bardzo spowalniają akcję, i tak nie możemy doczekać się tego, jak skończy się ta historia. I choć wcale nie kończy się spektakularnie, to nic - to wciąż dobrze opowiedziana i napisana pięknym językiem historia zakazanej miłości, która jest tak uniwersalna, że na dobrą sprawę mogłaby wydarzyć się wszędzie. 

Nie jestem tylko pewna, czy "Koma" spodoba się fankom literatury, o której mówi się, że "otula niczym ciepły koc" albo "rozgrzewa, niczym herbata z cynamonem". Próżno w niej szukać pełnej emocji i wzruszeń historii o dwójce ludzi, którzy zakochują się w sobie i brną przed siebie mimo przeciwności. "Koma" jest inna, trudniejsza, bardziej wymagająca. Wciąż opowiada jednak o miłości. Z tym, że zakazanej, trudnej i popychającej w stronę granic, których lepiej nie przekraczać. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu: