środa, 11 czerwca 2014


Hymn pochwalny, nie recenzja,  czyli parę słów  o książce "Jestem nudziarą" Moniki Szwaji. 

  Tym razem pozwolę sobię przybliżyć wam kolejną z książek, do których wracam nieustannie. Jak mówi sam tytuł, nie będzie to recenzja, bo one bywają obiektywne. Ja tę książkę pokochałam, a wiadomo, gdy do gry wchodzą uczucia, mamy do czynienia z subtelnym subiektywizmem. Uprzedzam we wstępie, mój nie będzie subtelny.
  "Jestem nudziarą" jest to przesympatyczna, lekka i pełna humoru opowieść o Agacie, będącej z zawodu filologiem polskim (tak, tak, przez całe życie właśnie tak sobie siebie wyobrażałam), która z powodu nieprzyjemnych doświadczeń w pracy na uczelni, które określić możemy jako "mężczyzna z długimi łapami", zmuszona jest przyjąć posadę nauczycielki w szkole, czego przez wiele lat starała się uniknąć. Gdyby tego było mało, już na dzień dobry zostaje wychowawczynią klasy bystrzaków, przed którą wszyscy inni nauczyciele bronią się jak mogą. Agata znajduje się w klasycznej sytuacji, od jakich zaczynają się powieści tego typu. Jest sama, skazana na swoje pozbawione kolorów ubrania i przyjaciółki, które jak na bratnie dusze przystało, od razu mają pomysł jak zmienić życie Agaty i gdy tylko słyszą z jej ust  zdanie "Jestem nudziarą" natychmiast postanawiają, niemalże siłą, zaciągnąć Nudziarę do klubu dla dorosłych. Problem tkwi w tym, że klub dla dorosłych okazuje się być klubem dla nastolatków, w dodatku Agata przebywając w nim majestatycznie wylewa drinka na spodnie swojego wymarzonego Liama Neesona. Gdyby tego było mało, owy Neeson okazuje się być ojcem jednego z jej uczniów... do tego cały ten pojawiający się za chwilę Sławek, preferujący wolne związki i życie Agaty z nudnego w oszałamiającym tempie staje się conajmniej dynamiczne. 

  Powieść wciąga i  nie jest to tylko moje zdanie. Jest to zdecydowanie najlepszy utwór, który wyszedł spod pióra Pani Moniki, bo jeśli zaczyna się czytanie jej twóczości od czegoś tak fantastycznego, to niestety, można się później trochę rozczarować. I może to dziwne, ale pomimo tego, że w książe brak głębi, drugiego dna czy wątków psychologicznych, ma w sobie to coś, czego wielu współczesnym książkom brakuje, a co sprawia, że naprawdę nie można się od niej oderwać. No, może poza przerwami na złapanie powietrza między kolejnymi salwami śmiechu, od których nie można się powstrzymać w reakcji na niespecyficzny humor autorki. 
  Podoba mi się też styl, w którym powieść jest utrzymana, a pisana jest a'la dziennik, co jest doskonałym w tej sytuacji zabiegiem, bo przecież pierwszoosobowa narracja i potoczne słownictwo jedynie potęgują sympatię czytelnika, przez działanie tak zwanej reguły podobieństwa. 
 Zachęcam do lektury, książka w sam raz na rozpoczęcie lata. Jest lekka i przyjemna. I wiem, że nie powinnam jej tak wychwalać, ale myślę, że ona po prostu nie może się nie podobać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz