środa, 24 września 2014

Pyszny literacki kąsek,
czyli premierowo o "Całej nadziei w Paryżu"
D. McKinlay




   "-Coś mi nie daje spokoju. [...]
     -Miłość czy pieniądze?
 -Twoim zdaniem wszystko się do tego sprowadza?
  -Owszem, pod nieobecność śmierci, zarazy i wojny. Z drugiej strony, może po prostu wszystko spłycam?"


  Definiując dobrą książkę podaję zawsze jako cechę fakt, że wciąga. Dzięki "Całej nadziei w Paryżu" przekonałam się, że jest w tym sporo racji. Nie wiedziałam jednak, że wspaniała powieść potrafi wciągnąć już po przeczytaniu czterech stron. Nie żartuję, naprawdę  wystarczyły cztery, żebym nie mogła się od niej oderwać i umiała powiedzieć, że to lektura, która pochłonie mnie do reszty dopóki jej nie skończę. Historia pełna przepisów, listów i miłości. Rozkoszna i smakowita. 

 Eve jest przeciętną kobietą po czterdziestce, która zaraz po zawarciu małżeństwa w młodości została sama z małym dzieckiem, gdyż jej mąż postanowił najzwyczajniej w świecie dać nogę. Radość w jej szare, angielskie życie wnosi dopiero pierwsza przeczytana książka autorstwa Jacka, poczytnego, amerykańskiego pisarza. Eve decyduje się poinformować o tym autora listownie i od tamtej pory rozpoczyna się ich wspaniała, tradycyjna korespondencja. Zaczynają wymieniać się przepisami, nigdy nie wychodząc poza ramy tego tematu. Jednak przychodzi moment, w którym Jacka zostawia żona, w dodatku nie dla byle kogo, a mężczyzna przechodzi zastój twórczy połączony z kryzysem wieku średniego. Właściwie sam nie wie dlaczego, postanawia napisać Eve coś bardziej osobistego niż zwykle, a z czasem proponuje jej spotkanie w Paryżu. Kobieta pochłonięta przygotowaniami do ślubu córki i przerażona perspektywą, że podczas ceremonii będzie musiała skonfrontować się z byłym mężem, początkowo ignoruje propozycję Jacka. A potem... jeśli chcecie wiedzieć co było potem to już musicie sami przeczytać tę książkę. Zdradzę tylko, że miałam łzy w oczach gdy dotarłam do finału. Misternego finału chwytającego za serce.

 Co urzeka mnie w "Całej nadziei w Paryżu"? Wydaje mi się, że zarówno prostota formy jak i prostota treści. Uwielbiam powieści epistolarne i fakt wplecenia korespondecji do utworu, jak i wzmianek o jedzeniu, spowodowało, że wokół książki niemalże unosi się magiczna, klimatyczna aura oddziałująca na czytelnika. Do tego wspaniała narracja ukazująca równolegle pędzące życia Jacka i Eve, oraz dialogi sprawiają, że książka skutecznie oderwała mnie od naszej zimnej jesieni. 

  Jeśli chodzi o bohaterów, to ich kreacja również przypadła mi do gustu. Dwoje ludzi znajdujących się mniej więcej na półmetku życia, którzy potrzebują na nowo odnaleźć sens i pozbierać się po obciążających psychikę wydarzeniach. Autorka doskonale scharakteryzowała te krytyczne momenty w ich życiach nie przerysowując ani nie wyjaskrawiając. Pokazała też, że ważnym elementem wychodzenia z kryzysu jest drugi człowiek, może pozornie odległy, tak jak w przypadku Jacka i Eve, ale naprawdę bliski, czym zaskarbiła sobie moją sympatię.

  Zachwyca też pomysł uczynienia Paryża czymś wyjątkowym w życiu boahterów, nie tylko w sensie dosłownym, ale głównie metaforycznym.Oczywiście nie ulega wątpliwościom, że jest to niezwykle klimatyczne miasto zwane miastem zakochanych.  Znana nam wieża, znajdująca się na okładce jak i w końcowej partii utworu jest jednak nie tyle czymś namacalnym, choć oczywiście obecnym w utworze, co symbolicznym punktem przełomowym w życiu zarówno Eve i Jacka. Paryż to w utworze symbol wiary w coś lepszego, symbol przemiany, namacalnej przemiany w życiu bohaterów. Trzeba przyznać autorce, że kupiła mnie tym motywem i to bez reszty.

  Przyznam szczerze, że pierwszy raz zetknęłam się z książką, która łączyłaby w sobie oddziaływanie na wiele zmysłów naraz. Podczas jej lektury, czytelnikowi niemalże wydaje się, że czuje aromaty i zapach opisywanych potraw. Spodobało mi się to zjawisko na tyle, że gdy tylko skończyłam czytać, zabrałam się za jedzenie, ponieważ lektura poważnie mnie wygłodziła. Nie polecam jej więc grubaskom! (Oczywiście żartuję, ponieważ polecam ją wszystkim, dosłownie wszystkim!)

  Podsumowując, wydawnictwo Feeria zaspokoiło w pełni moje oczekiwania co do "Całej nadziei w Paryżu", o której marzyłam od momentu, gdy tylko dowiedziałam się, że trafi w moje czytelnicze ręce. Przepiękna szata graficzna, przepiękna książka. Pyszny literacki kąsek, podczas jedzenia którego apetyt rośnie i rośnie, a zaspokaja go tylko zapierające dech w piersi zakończenie, czytając które miałam łzy w oczach. Smakowicie polecam, nie tylko fanom jedzenia. To książka, która rozpali każde wychłodzone tej jesieni serce niczym gorąca herbatka podczas wydłużających się wieczorów, której wręcz nie można się oprzeć.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:


9 komentarzy:

  1. Mam na tę książkę coraz większą ochotę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie musisz ją zaspokoić, jest wspaniała! :)

      Usuń
  2. Ja cudna okładka i recenzja również zachwycająca. Masz niezwykłą lekkość pióra. Co do książki, oczywiście chętnie ją poznam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, bardzo miło mi to słyszeć, a książkę jak najbardziej polecam :)

      Usuń
  3. Zawsze chciałam odwiedzić Paryż, lubię jeść i bardzo podoba mi się okładka. W związku z tym, wydaję mi się, że książka mogłaby mi się spodobać :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo chcę ją przeczytać od kiedy pierwszy raz o niej usłyszałam :D Po Twojej recenzji jeszcze bardziej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam ten głód książki doskonale! :)

      Usuń
  5. O tak, śliczna okładka. Książka na pewno warta każdej poświęconej jej minuty :)

    OdpowiedzUsuń