piątek, 10 października 2014

Mnóstwo pozytywnego humoru
w "Co na to Bridget" Anny Kacperskiej



     "Wychodzi na to, że grzechem ciężkim w małżeństwie jest bycie ŻONĄ. Bo wtedy nie można już być OBCĄ. Żona? Juz sam wyraz jest aseksualny, coś jak brona albo szuflada. Żona - stygmat. Żona - coś na kształt obciążenia genetycznego."

      Nigdy nie czytałam książek opowiadających o losach Bridget Jones. Pewnie w głowach wielu z was wyświetli się zaraz wielki wykrzyknik oznaczający "Jak to możliwe!!!". Cóż. Jestem żywym przykładem na to, że jednak można przeżyć bez tego, co nie oznacza, że nie lubię zabawnych obyczajówek z porządną dawką dobrego humoru. Wręcz przeciwnie! Kocham takie obyczajówki. W czym więc problem? Stronię od głupich bohaterek, które zamiast uśmiechu na mojej twarzy wywołują raczej zdezorientowanie i pogardę. Do czego zmierzam? Oczywiście do stwierdzenia, że książka Anny Kacperskiej na szczęście nie przyprawiła mnie o frustrację. Już we wstępie wyznam ulgą: stworzona przez nią bohaterka jest postrzelona, ale z pewnością nie głupia. 

       "Co na to Bridget?" jest debiutem Anny Kacperskiej, wieloletniej dziennikarki pracującej dla najlepszych polskich czasopism. Tematyka, w której się specjalizowała obejmowała głównie reportaże społeczne, artykuły śledcze oraz portrety polityków. Pisała felietony odnoszące się do zjawisk zachodzących w popkulturze, teksty o rodzicielstwie i wychowaniu dzieci, dotyczące diety i szeroko rozumianej tematyki kulinarnej. "Entuzjastka starannej dokumentacji i pilna obserwatorka rzeczywistości." Sama mówi, że lubi, gdy jej teksty są po prostu z życia wzięte. 

     Wyobraźcie sobie, że jesteście oddanymi żonami, zapracowanymi matkami i paniami domu. Wasz dobowy rytm dnia właściwie codziennie wygląda tak samo, do momentu, kiedy to pewnego dnia odbieracie telefon ze szpitala, w którym odzywa się miły głos pielęgniarki informującej o tym, że wasz mąż uległ wypadkowi na motorze. Oczywiście bez namysłu rzucacie swoje aktualne zajęcie i pędzicie do szpitala na złamanie karku, gdzie dowiadujecie się, że mężczyzna waszego życia jednak z tego wyjdzie, ale, och, przykro nam, na tylnym siedzeniu jego motoru siedziała jeszcze kobieta... Nie trudno zgadnąć - mimo oddania nie byłyście tą jedyną. 

         Wiki jest świeżo upieczoną rozwódką, starającą się na nowo poukładać swoje życie. Pełnoetatowa mama trójki chłopców, wyrozumiała sąsiadka szalonego Jacka, a przede wszystkim bezrobotna, bezskutecznie szukająca pracy. Jednym zdaniem - typowa porzucona kobieta pozostawiona bez środków do życia lecz z masą problemów na głowie. Mimo wszystko bohaterka czuje się jednak pełna sił do walki o nowe życie i próbuje poukładać swoje życie na nowo, czego nie ułatwia niepoprawnie romantyczny dentysta, zwariowana przyjaciółka, a przede wszystkim nowy sąsiad mieszkający u Jacka "na zastępstwo". No, jedynem plusem całej tej sytuacji jest fakt, że Wiki schudła. I ponownie mieści się w upragnione od lat 36. 

          "To pewnie o tym tak naprawdę była Królowa Śniegu, gdy ta biedna Gerda stawała na głowie, by dogodzić temu debilowi Kajowi, ale gdzie tam, jemu wpadł okruszek lusterka do oka, jasne, wpadła mu nowa dupa w oko i tyle. Pozamiatane." 

          Nie ukrywam, że jestem wielką miłośniczką, może banalnych, powieści o tym, że najpierw w życiu kobiety wydarza się katastrofa, a potem następują podejmowane przez próby składania życia na nowo. To tematyka, która nigdy mi się nie znudzi i z pewnością przeczytam jeszcze nie jedną książkę wokół niej oscylującą. Czytanie dziesiątek książek wychodzących z jednego punktu wydać się może trochę nudne. Nie ulega jednak wątpliwościom, że pozwala zacząć je wartościować i dzielić na te, które mają w sobie to coś, oraz te, które są po prostu śmieszną próbą napisania komercyjnej książki licząc na wysoką sprzedaż. Po lekturze tych wszystkich powieści odważę się wysnuć tezę, że liczą się nie tyle wydarzenia, które autor przedstawia, ale klimat, który tworzy. Zwykle balansuje on na granicy sielanki i zwariowanego chaosu. Są to albo ciepłe utwory, których nie chce się odkładać i czyta z błogim uśmiechem na ustach, albo zwariowane powieści, w których akcja pędzi na łeb na szyję, a język jest trochę zbyt młodzieżowy i swobodny. Nie da sie ukryć, że Annie Kacperskiej udało się stworzyć w swojej powieści przysłowiowy "klimat", który wpisuje się w to drugie - szaleństwo. I chyba w tym jest pies pogrzebany. Choć polubiłam Wiki, to nie pokochałam, ponieważ zdecydowanie cenię sobie te pierwsze, błogość i idyllę. 

         "Co na to Bridget?" jest zabawnym debiutem udowadniającym, że życie bez mężczyzny nie musi oznaczać katastrofy, a kobieta bez faceta jest raczej jak ryba bez roweru, a nie bez wody. Jest ciepłą i zabawną powieścią, która przenosi czytelnika w zwariowany świat szalonej bohaterki nie przebierającej w słowa podczas snucia swoich metafizycznych przemyśleń. Jest lekka i idealnie nada się na poprawę humoru podczas depresyjnego jesiennego wieczoru w połączeniu z gorącą herbatą i czekoladą. Pewnie pomoże ukoić nie jedno złamane serce i na nowo tchnąć w nie optymizm i chęć życia. Czy nie takie ksiażki o tej porze roku lubimy najbardziej? 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu: 



14 komentarzy:

  1. Na dniach zabieram się za lekturę tej książki i bardzo jestem ciekawa, czy przypadnie mi do gustu. Miejmy nadzieję, że tak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, szkoda, ale mimo wszystko gusta są różne, dlatego skrycie liczę, że jednak mnie się spodoba.

      Usuń
    2. No pewnie, gusta są różne ;)

      Usuń
  2. Nie sięgnęłabym po nią, jednak Twoja recenzja trochę mnie do niej przekonała, zobaczymy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka nie jest zła, ale mnie nie zachwyciłą :)

      Usuń
  3. Też lubię takie lekkie obyczajówki z postrzelonymi bohaterkami:) a na tą książkę może kiedyś się skuszę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli będziesz miała okazję, to czemu nie ;)

      Usuń
  4. Ja tam wcale się nie dziwię, że dotąd nic nie czytałaś o Bridget bo ja też nie ;) może nadrobię

    OdpowiedzUsuń
  5. Obyczajówki owszem, ale postrzelone i niedojrzałe bohaterki doprowadzają mnie zazwyczaj do szału! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasna sprawa Kasiu. Dlatego to nie książka dla Ciebie ;)

      Usuń
  6. Ja uwielbiam książki i filmy z tytułową Bridget (najnowsza jeszcze przede mną, choć czeka już na półce :)) Są to jedyne książki, które poprawiają mi humor - napisane z dużym dystansem. Do tej pory nie trafiłam na żadną inną książkę przy której podczas czytania mogłabym się i pośmiać, i wzruszyć.
    A tytuł książki Anny Kacperskiej miał na celu przyciągnąć fanki głównej bohaterki powieści Helen Fielding ... ja raczej się nie skuszę - jak nie zachwyca. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. "Co na to Bridget " - polecam . Książka wzrusza do łez i do śmiechu ;) Jest moc i energia . 366 stron przeczytałam w jeden dzień - czekam na drugą część ;)

    OdpowiedzUsuń