poniedziałek, 30 czerwca 2014

Kobiece zapowiedzi, 
czyli czego Panie nie powinny przegapić!


  Dziś zaprezentuję wam szybki przegląd książkowych zapowiedzi, na które ostatnio zwróciłam uwagę. A już niedługo na blogu pojawią się dwie recenzje, ale nie chcę psuć wam zabawy i nie zdradzę jakie. Miłej lektury posta!  


  
  Pierwszy tytuł, który przyciągnął moją uwagę to biograficzna powieść pt. "Muza Claudela", której premierę Wydawnictwo Literackie szykuje na 21 sierpnia. Na stronie wydawnictwa czytamy: 


  "Słynny francuski poeta i dramaturg oraz Polka, córka gorliwego patrioty, jednego z dowódców w powstaniu styczniowym. Zakazana miłość w biograficznej opowieści o Paulu Claudelu i Rosalie Ścibor-Rylskiej.
  Poznała go na statku w drodze do Chin, dokąd płynęła z mężem, kupcem herbacianym, a Claudel miał zostać konsulem. W Chinach zostali kochankami, Rosalie w ciąży z córką Claudela powróciła do Europy, w drodze poznała mężczyznę, który potem został jej drugim mężem. Drogi Claudela i Rosalie rozeszły się na długie lata. Claudel ożenił się, miał kilkoro dzieci. Kochankowie spotkali się po latach w Paryżu, Rosalie była już po drugim rozwodzie i miała następnego syna z drugiego małżeństwa, Claudel ją odwiedzał, zajmował się córką, utrzymywał obie, opiekował się jej synami, pomagał im znaleźć pracę. Ale miłość, która ich łączyła, pozostała platoniczna."


  Drugi utwór, który ukaże się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka to książka pt. "Kobieta z impetem" autorstwa M. Zaczyńskiej. Przyznam szczerze, że nie kojarzę autorki, ale powieść zapowiada się ciekawie, więc może warto na nią poczekać. Datę premiery wyznaczono na 8 lipca. Na stronie wydawnictwa możemy przeczytać: 
  " Każdy zasługuje na porządny, dyskretny romans! A Irena na pewno. Ale jak go ukryć, gdy nagle zjawiają się dorosłe dzieci, bez zapowiedzi przyjeżdża wścibska matka, a przyjaciele traktują dom Ireny jak hotel? Restaurator Janusz staje się obiektem plotek po tym, jak porzuca go partner. Trudno leczy się złamane serce, kiedy gastroszpiedzy tylko czyhają, by zniszczyć jego marzenia o gwiazdce w słynnym przewodniku kulinarnym. Zaś Zuzanna próbuje udowodnić w męskim gronie, że „kobieta dobrym policjantem jest”. Ta wybuchowa mieszanina może oznaczać tylko kłopoty! Tym bardziej że w pobliżu czai się szaleniec, który niczym groźny pająk snuje swą zabójczą sieć..." 



  I trzecia książka, którą wam polecam, a po którą, jeśli nie znacie, sięgnijcie koniecznie, bo ja ją uwielbiam, to "Dom na plaży" autorstwa mojej przeulubionej Sarah Jio, która ukaże się w "dużej" wersji na życzenie czytelniczek, dzięki wydawnictwu Znak. Widać Polki pokochały Jio za "Marcowe fiołki", chociaż dla mnie "Dom na plaży" jest dużo lepszy i to od niego zaczęłam swoją przygodę z tą autorką. Może nawet niedługo wrzucę na bloga recenzje książki? No, ale ja tu gadu gadu, a książka w sprzedaży od lipca! 


  "Nigdy nie ignoruj tego, co dyktuje ci serce. 
Nawet jeśli podążanie za jego głosem będzie bardzo trudne. W życiu Anne wszystko było zaplanowane. Wystawne przyjęcia, ślub z mężczyzną, którego zna od wielu lat, kariera idealnej pani domu. Wszystkie te plany niszczy jedna decyzja, podjęta pod wpływem impulsu. Anne chce poznać smak prawdziwego życia, z dala od rodzinnego domu. Dlatego zgłasza się do oddziału pielęgniarek stacjonujących na Bora-Bora. Tam, wśród pięknie kwitnących krzewów hibiskusa i bezkresu turkusowego oceanu narodzi się przyjaźń między nią a tajemniczym żołnierzem Westrym. Czy przyjaźń jest dobrym początkiem miłości? Czy związek ma szanse przetrwać, gdy piękna wyspa przestanie być rajem?" (Opis książki pochodzi ze strony wydawnictwa)


Która z książek przypadła wam do gustu najbardziej? 

piątek, 27 czerwca 2014

Moja emocjonalna recenzja 
"Wymarzonego czasu" Magdaleny Kordel


  Każdy zagorzały czytelnik ma nieraz tak, że niemalże z czcią, po uprzednim mentalnym przygotowaniu i w absolutnej ciszy oraz skupieniu, sięga po wyczekaną książkę ulubionego autora, bo wie, że spotka tam właśnie to, co w książkach uwielbia najbardziej oraz to, za co pokochał literaturę. Ma świadomość tego, że przeniesie się, do wyczekanego z niecierpliwością, innego świata oraz całkowicie pozwoli mu się pochłonąć, przepadnie, zginie na jakiś czas i dopiero po przewróceniu ostatniej strony utworu wróci do rzeczywistości. A przede wszystkim wie, że jaka by ta książka nie była, nie rozczaruje się nią, ponieważ ze wzgledu na autora, ona na pewno będzie wspaniała. Czyż nie jest to znajome uczucie? Tytułem wstępu i jak mogliście się z pewnością domyślić, towarzyszyło mi ono, kiedy sięgałam po "Wymarzony czas". 

  Przechodząc do książki,  "Wymarzony czas" to kolejny już literacki  powrót do małej miejscowości położonej w górach, do Malowniczego, oraz dalsza odsłona losów Madeline, Julki, Krysi i wielu innych postaci, z którymi czytelnik mógł nawiązać bliższą relację podczas lektury "Wymarzonego domu", a nawet pierwszej książki autorki, "Uroczyska" oraz jego kontynuacji. (Jeśli ktoś, kto nie czytał "Wymarzonego domu" śledzi teraz wzrokiem tę recenzję proponuję mu, niech przestanie i wróci tu dopiero po nadrobieniu zaległości. Jeśli jednak znacie już Madeline, nie musicie sobie przetywać.) Autorka kontynuuje opowieść, rozbudowuje znane wątki jednocześnie wprowadzając do niej nowe, nowych bohaterów, a przede wszystkim nowe, choć nie banalne, problemy. Kiedy starałam całościowo spojrzeć się na utwór, doszłam do wniosku, że  "Wymarzony czas" to pierwsza powieść o mieszkańcach Malowniczego, w której nad miasteczkiem na chwilę zachodzi słońce. Kłopoty Madeline z przyznaniem opieki nad dziećmi, pojawiająca się nagle Marta i jej tajemnicza przeszłość, a może nawet stosowniej byłoby powiedzieć: teraźniejszość, wielki powrót Kacpra i jego destrukcyjny wpływ na losy Krysi oraz Julki... Mało tego, nawet  nieustannie plotkująca Pani Kraśniakowa ma swój tajemniczy problem i wydaje się być jakaś cicha i skryta! To wszystko czytelnikowi, który zna już twórczość Magdaleny Kordel wydać się może nieco zaskakujące, inne od tego, z czym miał kontakt podczas lektury poprzednich powieści.. A jednocześnie może budzić podziw, bo przecież nie sztuka stać w miejscu. Trzeba iść na przód i siegać po nowości. I muszę przyznać, że Pani Magdalenie naprawdę dobrze to wychodzi i naprawdę mi tym imponuje. 


  Madeline na dobre zadomawia się w Malowniczem. Tak, jak zapowiedziała w poprzedniej części utworu, stara się o opiekę nad Marcysią i Anią. I kiedy już wydaje się, że dziewczynki są prawie jej, sprawy związane z domem dziecka zaczynają się komplikować, co początkowo wywołuje załamanie nerwowe bohaterki. Do tego ten uroczy chłopiec i jego: "Kiedy będą pytali kogo chcesz, powiedz, że chcesz Frania.". Madeline na początku utworu naprawdę nie czuje się fatalnie. Do jej problemów swoje dokłada też dawna przyjaciółka jeszcze ze studiów, która zjawia się niespodziewanie, a nawet Krysia, która radzić musi sobie z powrotem Kacpra, który upokorzony, za cel stawia sobie zemstę. Jak można się jednak domyśleć, Madeline nie jest kobietą łatwo się poddającą i po chwilowym załamaniu, przynajmniej zewnętrznie zbiera się sobie i postanawia stanąć na przekó wszystkiemu i wszystkim i walczyć o realizację swoich celów. Nie chcąc zdradzać za dużo fabuły, zachęcę tylko do lektury, bo nie jedno naprawdę was zaskoczy.

  Poza tym nie sposób nie wspomnieć o świetnym warsztacie Pani Magdaleny. Choć jest ona mistrzynią w tworzeniu niesamowitego klimatu powieści, tym razem popisała się również formą. Moją uwagę zaskarbiła sobie niesamowita końcówka rozdziału XL, której autorce pozazdrościć mogą twórcy naprawdę światowej sławy. Wspaniale wprowadziła w końcowe zdarzenia utworu, a u mnie prywatnie spowodowała, że usiadłam, choć zwykle czytam półleżąc i pochylona nad książkąm niemalże trzęsąc się z niecierpliwości, a może raczej ciekawości jak głupia zaczęłam przerzucać kolejne  i kolejne strony trwając w oczekiwaniu i niepewności. Zastosowany przez autorkę zabieg naprawdę świetnie się tu sprawdził i spowodował, że moje uwielbienie dla niej jeszcze wzroslo, choć przyznam szczerze, że myślałam, że nie jest tu już możliwe. 

  Na zakończenie tej mojej emocjonalnej i bardzo subiektywnej recenzji, napisze tylko, że  "Wymarzony czas", tak samo jak pozostałe powieści Pani Magdaleny, naprawdę mnie zachwycił. I wywołał we mnie chwilowe otępienie, objawiajace się tym, że po ukończeniu lektury przez jakiś czas nie miałam ochoty na żadne inne. Chciałam gościć w Malowiczem jak najdłużej, do czego i was serdecznie zachecam!


Książka wydana przez wydawnictwo: Znak

czwartek, 26 czerwca 2014

Nowa współpraca! 


  Mam przyjemność poinformować, że Informator nawiązał nową współpracę z agencją BookSenso zajmującą się promocją książek. Tym sposobem, już niedługo będziecie mogli na blogu przeczytać recenzję kilku ciekawych (mam nadzieję) pozycji. Będzie to powieść "Wiedźmy" autorstwa Helene Uri wydana przez Wydawnictwo Pi jako powieść rozpoczynająca serię skandynawską, oraz poradnik, a może raczej książka psychologiczna pt. "Twoje dzieci to twoja wina" autorstwa Larry Winget, która ukazała się nakładem wydawnictwa Druga Strona. Przyznam, że obie pozycje na pierwszy rzut oka wydały sie interesujące, dlatego przedstawię je teraz króciutko, a na recenzje będziecie musieli troszkę poczekać. 


  Pierwsza książka to powieść "Wiedźmy". Na stronie wydawnictwa możemy przeczytać o utworze:

  "Cztery panie mniej więcej w tym samym wieku – trochę przed czterdziestką, trochę po - spotykają się na wieczorowym kursie łaciny. Każda z nich jest jakoś w życiu urządzona, nawet odnoszą sukcesy, należą do klasy średniej, pracują, dobrze sobie radzą zawodowo. Gorzej w życiu osobistym – wszystkie mają przykre, a nawet bardzo przykre doświadczenia z mężczyznami. Tylko jedna z nich deklaruje, że jest szczęśliwa. Pozostałe są samotne, niezależnie od tego czy pozostają w związkach czy nie. Najbardziej irytujący jest dla tych kobiet fakt, że w zawłaszczonym przez mężczyzn świecie nieustannie ktoś próbuje pokazywać kobietom, gdzie jest ich miejsce, że czują się niedoceniane, traktowane protekcjonalnie, że doznają mobbingu. Bratnie dusze o podobnych doświadczeniach i podobnym odbiorze świata. Wszystkie mają od dawna przekonanie, że trzeba coś zrobić i robią. Każda zgłasza swojego kandydata, który jej się najbardziej dał we znaki i sięgają po broń znacznie skuteczniejszą – ich celem jest przede wszystkim ośmieszanie, a czasem, kiedy trzeba, także postraszenie. Nadszedł czas zemsty..."  Brzmi ciekawie?



  Drugi utwór to książka pt. "Twoje dzieci to twoja wina". Wydawnictwo obublikowało kilka informacji na jej temat:

  "Bycie rodzicem to najbardziej wymagająca praca na świecie, zwłaszcza w świetle narastających negatywnych zjawisk i niebezpieczeństw czyhających na dzieci, jak np. otyłość, zaczynająca się  już w dzieciństwie, zagrożenia związane z internetem, nadmierne zadłużanie się na kartach kredytowych, naśladowanie zachowań celebrytów, nadużywanie leków i substancji psychotropowych. Larry Winget nigdy nie owija niczego w bawełnę i zawsze mówi prawdę prosto w oczy. Także to, co mówi na kartach niniejszej książki, może być dla niektórych rodziców trudne do przełknięcia: „Rozejrzyj się wokół. Nasze dzieci to poważna sprawa! Są rozpuszczone, grube, niezdyscyplinowane, mają za dużo rozrywek, osiągają wyniki poniżej swoich możliwości, są niedouczone i mają mnóstwo roszczeń. Ich wpływ na całe społeczeństwo jest destrukcyjny. Jeśli uważasz, że twoich dzieci to nie dotyczy, to znaczy, że nie chcesz wiedzieć, o czym mówię. Gdyby cię to obchodziło, to wiedziałbyś, że w naszym społeczeństwie jest sporo dzieci, które nie umieją czytać bądź pisać (chyba, że korzystają z kciuków pisząc SMS-y). Odpowiedzialne wychowywanie dzieci polega na tym, że rodzice mają wizję, na jakiego człowieka chcą wychować swoje dziecko, i przygotowany plan jej realizacji. Większość rodziców nigdy się jednak nie zastanawia, jakim dorosłym będzie ich dziecko w przyszłości. Świetnie się bawią  poczynając dzidziusia, ale planu odnośnie „produktu końcowego” nie mają."


  Ja osobiście bardzo cieszę się z nawiązania nowej współpracy. Mam nadzieję, że chociaż częściowo podzielacie mój entuzjazm oraz, że utwory, które otrzymam do recenzji okażą się naprawdę godnymi uwagi. 

środa, 25 czerwca 2014

Recenzja książki pt. „Blue Drink”
 autorstwa Marty Pustuł


  „Blue Drink” jak już wielokrotnie mogliście przeczytać na moim blogu i nie tylko, jest debiutem. I jako debiut należy też ją oceniać. Inaczej przecież ocena się książki kogoś, kogo nazwisko jest dobrze znane, inaczej kogoś, kto dopiero swoją przygodę z pisaniem zaczyna. W przypadku „Blue Drink” z pewnością mało kto słyszał zarówno o książce jak i autorce. We wstępie przybliżę wam więc krótko postać Pani Marty, a o powieści opowiem w następnej kolejności.

  Marta Pustuł to dwudziestoczteroletnia mieszkanka Częstochowy. Swoją przygodę z pisaniem rozpoczęła już w najmłodszych latach, kiedy to pisywała głównie wiersze, opowiadania oraz reportaże. Odnosiła sukcesy w wielu konkursach literackich. Książkę „Blue Drink” napisała w wieku dziewiętnastu lat, po powrocie z wakacji w Tunezji. Jak sama mówi, książka jest zapisem jej wspomnień z wakacji, to opis prawdziwych wydarzeń, nawet imiona bohaterów nie zostały zmienione. Powstała w kilka dni, podczas „przypływu” weny twórczej.

  Przechodząc do książki, po lekturze „Blue Drink” mam mieszane uczucia. Książka nie jest najgorsza i nie chcę jej krytykować, ale daleko jej do literatury znanych i lubianych światowej sławy twórców. Należy jednak spojrzeć na to przez pryzmat debiutu.  Warsztat autorki nie jest jeszcze wyćwiczony,  dlatego nie należy wytykać tego jako błędu, choć nie powiem, wpływa to na całościowy odbiór utworu.

  „Blue Drink” jest powieścią o nastolatkach, które postanowiły zaszaleć i spontanicznie zakupiły bilety na wczasy w Tunezji. Hammamet, do którego się udają, okazuje się miastem tętniącym życiem oraz rozrywką, jednak poza tym, zbyt wiele o Tunezji z książki się nie dowiemy. Jeśli więc zamierzacie sięgnąć po tę książkę w tym celu, zabierzcie się raczej za przewodnik. Książka w większej mierze to po prostu opis wczasów. Plażowania, posiłków, wieczornych dyskotek oraz mieszkańców hotelu. Akcja rozkręca się dość powoli. Szczerze mówiąc pierwsze 100 stron było w pewnym stopniu drogą przez męki, wszystko było po prostu suche i pozbawione głębi. Z drugiej jednak strony, kiedy „starzy” animatorzy odchodzą z pracy i główne bohaterki zaczynają się z nimi przyjaźnić,  książka zaczyna wciągać i następne 200 stron mija znacznie szybciej. Na dodatek dzięki temu wydarzeniu czytelnik dowiaduje się co nieco o arabskiej kulturze i zwyczajach, a przede wszystkim pozycjach arabskich  kobiet i mężczyzn w codziennym życiu, co może zaszokować niejednego odbiorcę.

  To, co mi osobiście najbardziej podobało się w utworze, to to, że autorka rozprawia o stereotypach. Ukazuje, w wielu przypadkach, karygodne zachowania Polaków w stosunku do Arabów, które zwykle opierają się o bezpodstawne uprzedzenia. I gdyby nie była to w stu procentach powieść oparta na faktach, to można by pomyśleć, że pani Pustuł specjalnie wyjaskrawia i wyolbrzymia niektóre sytuacje, gdyż naprawdę mogą wywołać wzburzenie u czytelników.

  Sięgając po powieść, należy pamiętać  też o tym, że jest to powieść dla młodzieży i zaczynając czytać z pewnością uderzy nas specyficzny język autorki. Jak sama mówi, jest to zabieg celowy. Zdania są krótkie, z pewnością nie wielokrotnie złożone, co ma wpływać na dynamiczny przebieg fabuły. W związku z tym autorka stroni niestety od statycznych opisów, czego właściwie podczas lektury było mi brak, bo skoro w pewnym stopniu książka jest opisem Tunezji oraz jej kultury, to czytelnik chciałby się jednak w nią zgłębić. Z pewnością, przynajmniej dla mnie, jest to wada utworu.

  Poza tym książka jest interesująca. Akcja dynamiczna, nie ma w niej przestojów, a przeciez to czytelnicy lubią najbardziej.  Jest konkretna i  z pewnością jako książka dla młodzieży jest książką dobrą. Jeśli ktoś chciałby choć na chwilę oderwać się od codzienności, to z pewnością powinien po nią sięgnąć, gdyż jest to dobra lektura na wakacje. Jeśli jednak lubicie literaturę z wysokiej półki, polecam wam wybrać jednak coś innego.  



Recenzja książki powstała we współpracy z:


Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa: 




niedziela, 22 czerwca 2014


Wywiad z Martą Pustuł, debiutującą autorką
 książki pt. "Blue Drink" 


  Witam serdecznie. Na wstępie chciałabym Pani serdecznie pogratulować sukcesu, jaki Pani odniosła wydając „Blue Drink”. Czy mogłaby Pani powiedzieć, jak to wszystko się zaczęło?

  W zasadzie piszę od dziecka. Na początku były to krótkie formy wypowiedzi, takie jak wiersze, opowiadania. Później zdarzało mi się pisać reportaże,  a nawet popełniłam kilka piosenek. „Blue Drink” napisałam w cztery dni. Zaraz po przyjeździe do Polski usiadłam do komputera, zamknęłam się w bibliotece i pisałam.

  Czy przed przystąpieniem do pisania, miała Pani w głowie poukładaną całą fabułę, czy akcja rodziła się dynamicznie?

  „Blue Drink” jest historią prawdziwą, nic nie jest w nim wymyślone, nawet imiona bohaterów pozostały niezmienione. Dlatego nie musiałam zastanawiać się nad akcją, bo wystarczyło, że spojrzałam na zdjęcia i przypominałam sobie różne ciekawe sytuacje, które zamieściłam w książce.

  Jak wyglądał u Pani proces pisania książki? Ile trwał? Czy był to po prostu przypływ weny, kiedy trzeba usiąść i się wypisać, czy powstawała ona etapami?

  Mogę powiedzieć, że był to przypływ weny. Dość szybko napisałam książkę, ale to było jedyne co robiłam przez cztery dni. Miałam tylko kilka przerw na sen. Chciałam napisać książkę jak najszybciej, żeby niczego nie zapomnieć.

  Gdzie najczęściej Pani pisała? Czy miała Pani jakieś swoje ulubione miejsce, w którym praca nad książką szła wyjątkowo lekko?

  Zamknęłam się u siebie w bibliotece, ponieważ tam nikt mi nie przeszkadzał i mogłam spokojnie zająć się pisaniem. :)

  Czytając Pani powieść nie sposób nie zwrócić uwagi na młodzieżowy język, którym Pani się posługuje oraz krótkie zdania. Czy jest to zabieg celowy ze względu na to, że jest to książka dla młodzieży?

  Oczywiście, jest to celowy zabieg. Zależało mi na tym, żeby temat książki współgrał z formą pisania. Krótkie zdania czyta się łatwiej. „Blue Drink” napisałam mając 19 lat, więc posługiwałam się językiem stricte młodzieżowym.

  Skoro wiemy już, jak wyglądały początki, czy mogłaby Pani opowiedzieć, jak wyglądała droga do Pani sukcesu na rynku wydawniczym? Powszechnie wiadomo, że wydawnictwa nie zawsze skore są wydawać powieści debiutantów. Jak Pani się to udało?

  Trzy lata temu moja mama wydała moją książkę w częstochowskim wydawnictwie, ponieważ był to dla mnie prezent na urodziny. Było to 20 egzemplarzy. Jeden z nich trafił w ręce pana Andrzeja Kalinina, który po przeczytaniu tekstu zachęcił mnie do wysłania go do wydawnictw. Znalazłam trzy, wysłałam do nich fragmenty i wszystkie mi odpisały, że są zainteresowane drukiem. Miałam na tyle szczęścia, że mogłam wybrać sobie, które wydawnictwo najbardziej mi odpowiada. Tak wydało mnie Novae Res.

  Jak bardzo po wydaniu książki zmieniło się Pani życie?

 Na razie ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ jest to bardzo świeża sprawa. Proces wydawniczy trwał pół roku, ale dopiero od miesiąca jestem w księgarniach internetowych. Wiele osób nie wierzyło, że naprawdę wydaję książkę i dopiero kiedy otrzymałam egzemplarze autorskie, przekonało się, że mówię prawdę. Na razie miałam dwa spotkania autorskie. Pierwsze w bardzo kameralnym gronie, drugie to promocja książki, która przyciągnęła dużo osób, rodzinę, przyjaciół, znajomych, artystów, muzyków, malarzy, pisarzy, dziennikarzy. Jestem szczęśliwa, że w tak licznym gronie mogłam świętować swój sukces.

  Komu dała Pani pierwszy autograf? Co najczęściej pisze Pani dedykując komuś książkę?

  Pierwszy autograf dałam mamie,  wzruszyła się bardzo po jego przeczytaniu. Nie mam jednej wyuczonej dedykacji, ale zawsze piszę imię lub imiona osób, dla których ma być książka.  Czasem ludzie sami dyktują mi lub sugerują co mam im zadedykować.

 Jak wyglądają Pani spotkania z czytelnikami? Co lubi w nich Pani najbardziej?


  Na razie miałam tylko dwa spotkania, więc nie mogę dokładnie odpowiedzieć na to pytanie. Jednak miło jest usłyszeć, że po przeczytaniu książki przypominają się ich własne wakacje, młodzieńcze wybryki lub, że mają zaznaczone kilka ulubionych fragmentów, ze podobają im się pewne określenia czy stwierdzenia. Jest to niesamowicie budujące.

 Czy podczas jakiegoś ze spotkań mających na celu promocję książki zdarzyła się Pani jakaś wpadka, którą mogłaby Pani się z nami podzielić?

 Miałam jedną, podczas wypisywania dedykacji w książce, pomyliłam imię. Na szczęście wybrnęłam i narysowałam na „złym” imieniu ozdobę - kwiatka.

  Aby pisać dobrze, należy nieustannie ćwiczyć swój warsztat. Czy mogłaby Pani ustosunkować się do tego stwierdzenia? Jak to było u Pani?

  Zgadzam się z tym. Jednak nie samo pisanie poprawia warsztat. Należy dużo czytać, wszelką literaturę, ponieważ poprzez czytanie wzbogaca się  język, doskonali słownictwo, poznaje różnorodne formy wypowiedzi. Kiedyś pisałam znacznie więcej, starałam się stworzyć czy opowiadanie czy wiersz niemal codziennie. Teraz jest to znacznie rzadziej, ale absolutnie nie porzucę pisania. Mam w planach kolejne książki, więc muszę dbać o warsztat, rozwijać się.

  Ktoś powiedział kiedyś, że w każdym człowieku tkwi materiał na jedną powieść. Co Pani myśli na ten temat?

  Na pewno nie na jedną. Chyba, że powieść byłaby wielotomowa. ;) Lubię słuchać ludzi, ponieważ wiele o sobie mówią, opowiadają ciekawe historie, obserwować, przyglądać się.   W każdym z nas jest ciekawa historia, którą można opisać w interesujący sposób.

  Już na zakończenie… w jaki sposób zachęciłaby Pani do przeczytania swojej książki kogoś, kto omija literaturę szerokim łukiem?

  Moja książka jest łatwa i przyjemna. Szybko się ją czyta i jest napisana młodzieżowym, dostępnym językiem, bez niepotrzebnego patosu. Dodatkowo opisuje przygody dwóch przyjaciółek, które na wakacjach w Tunezji miały więcej szczęścia niż rozumu. W książce jest dużo dialogów, akcji i zabawnych sytuacji. Przygody dwóch nastolatek na pierwszych, samodzielnych wakacjach w egzotycznym kraju to fajna propozycja na letnie popołudnia.

  Dziękuję za odpowiedź na moje pytania. Bardzo miło było usłyszeć więcej o książce oraz o jej autorce! Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Pani dalszych sukcesów w tej dziedzinie Pani życia.

czwartek, 19 czerwca 2014


Recenzja książki pt. „Sztuka uwodzenia” 
autorstwa S. Young

  Przyznam się szczerze, że z twórczością  Young podczas lektury „Sztuki uwodzenia” miałam kontakt po raz pierwszy, dlatego nie mogłam w żaden konkretny sposób nastawić  się co do książki, nie mogłam snuć wobec niej żadnych sprecyzowanych i klarownych oczekiwań. Wiedziałam o niej jedynie tyle, że jest dobra, ale przecież uznanie jej za dobrą uzależnione jest  gustów osób, które o niej w ten sposób piszą. I choć jak wyznałam, nie znam poprzednich książek autorki, po lekturze „Sztuki uwodzenia” sama mogę powiedzieć o Young, że jest dobra. A nawet więcej. Samantha Young jest jedną z lepszych autorek, z jakimi miałam kontakt, a możecie mi wierzyć, lub nie, mam kontakt z wieloma. I wcale nie muszę czytać więcej jej utworów, żeby to stwierdzić. Na dodatek, tak samo dobra jak autorka, jest jej powieść. Jest to naprawdę świetna książka, która przerosła moje najśmielsze oczekiwania.

  Zacznę od tego, że książka jest naprawdę porządnie wydana. Twarda, dopracowana okładka, dobrze dobrana czcionka. Jest leciutka. W żaden sposób nie odpycha. Aż chce się ją wziąć w ręce i czytać. Może nie jest to wcale istotne dla tych, którzy nie oceniają książek po okładce, ale dla wielu czytelników szata graficzna z pewnością ma znaczenie. Pochwalić należy tu więc wydawców, bo to przecież oni włożyli ogrom pracy w to, żeby z zewnątrz wszystko tak porządnie wyglądało.

  Przechodząc jednak do konkretów, jak mogliście przeczytać o „Sztuce uwodzenia” na moim blogu wcześniej, jest to książka o Olivii, bibliotekarce, która po stracie matki, przenosi się razem z ojcem do Edynburga, gdzie oboje starają ułożyć  sobie życie na nowo. I choć Liv ma grono wiernych i oddanych przyjaciół, wymarzoną pracę oraz kochanego, troskliwego ojca, czegoś jej w życiu brakuje. A tym czymś, właściwie kimś, jest mężczyzna. I choć wpadł jej w oko przystojny doktorant, często bywający w akademickiej bibliotece, wszelkie ich  kontakty, ze względu na brak doświadczenia Olivii w tej dziedzinie, sprowadzają się jedynie do wymienienia kilku zdań na temat książek. Olivia nie za bardzo wie, jak mogłaby to zmienić i kiedy na ślubie pary przyjaciół porządnie się upija, opowiada o swoich problemach Nate’owi, który jest jej wiernym i oddanym przyjacielem, choć z zewnątrz to po prostu przystojny podrywacz, który spotyka się z kobietami tylko i wyłącznie na jedną noc. Nate, jak na prawdziwego przyjaciela przystało, decyduje się pomóc Olivii. Pomoc ma przyjąć postać lekcji z pewności siebie i flirtowania. I choć żadne z przyjaciół tego nie planowało, na lekcjach coraz bardziej zbliżają się do siebie. Mając tego świadomość oboje decydują, że Nate nauczy Olivię sztuki sypiania z mężczyznami w praktyce. I obiecują sobie, że w żaden sposób nie wpłynie to na ich przyjaźń.

  Nie trudno się domyślić, że lekcje stają się coraz bardziej intymne, namiętne. Atmosfera staje się coraz bardziej gorąca, przez co przekształcają się one w burzliwy romans, a Benjamin, dla którego Olivia tak bardzo się stara, w pewnym momencie przestaje mieć znaczenie i kobieta zaczyna go unikać. Gdyby tego mało, przyjaciele oraz ojciec Olivii orientują się w tym, co dzieje się między parą przyjaciół. I gdy wydaje się, że oboje zakochują się w sobie, na skutek pewnych wydarzeń z przeszłości Nate wycofuje się, zostawiając Liv ze złamanym sercem. I chyba ze względu na to, że nie chcę zdradzać wam wszystkiego, w tym momencie powinnam skończyć mówić o fabule, bo odbiorę wam najlepsze, ponieważ w tym momencie zaczyna się robić naprawdę ciekawie…

  Konkludując, przed zabraniem się za lekturę „Sztuki uwodzenia” wiele o niej czytałam i każda zapowiedź książki zdawała się przyklejać jej etykietkę „książka o seksie”. Cóż, nie da się ukryć, że jest to główny wątek utworu, jednak dla mnie książka ta zdecydowanie ma kilka głębszych warstw, o których nie da się nie powiedzieć, a o których po lekturze powieści nie da się nie myśleć.

  Samantha Young porusza w utworze wiele naprawdę ważnych problemów, z którymi muszę mierzyć się z pozoru beztroscy, szczęśliwi  młodzi ludzie. Patrząc na książkę całościowo, nie sposób nie uchwycić, że Young wskazuje na to, jak cienka jest granica między damsko-męską przyjaźnią, a czymś więcej, i jak łatwo jest ją przekroczyć w stosunku do tego, jak ciężko jest potem za tę linię wrócić. I choć przecież najpiękniejsze związki wyrastają właśnie z przyjaźni, to czy warto narażać się na potencjalną stratę nie tylko ukochanego, ale przede wszystkim najlepszego przyjaciela?

   „Sztuka uwodzenia” jest też książką o radzeniu sobie ze stratą. Olivia straciła matkę. Nate stracił ukochaną. Oboje, pomimo upływu czasu, nie potrafią się od tego odciąć. Oboje walczą z duchami przeszłości, które nieraz wydają się całkowicie brać górę nad ich zachowaniem. Olivia nie potrafi nadrobić zaległości, które nazbierały się w jej życiu przez fakt, że w młodości opiekowała się chorą matką. Nie potrafi przeskoczyć pewnych braków. Nate natomiast nie potrafi kochać, traktuje kobiety przedmiotowo, ponieważ Alana jest dla niego ciągle kimś ważnym. Nie potrafi, a może nie chce zapomnieć. Young  wnikliwie opisuje próby radzenia sobie przez bohaterów z tą startą. Rozprawia o miłości, a zarazem o żalu do tych, którzy bezpowrotnie odeszli. O próbach układania sobie życia na nowo,  co wbrew pozorom wcale nie jest takie łatwe. W pewnym momencie Olivia traci też Nate. Co więcej, Nate również traci Olivię. Autorka bazując na tej sytuacji ukazuje walkę między tym, co wydaje się być racjonalne, co mówi głowa, a między tym, co dyktuje im serce. Wskazuje na dychotomię rządzącą ludźmi. Bo wbrew pozorom po rozstaniu żadnemu z nich jest łatwo. Oboje walczą. Nawet nie tyle, co ze sobą nawzajem, ale przede wszystkim zmagają się sami ze sobą…

  W „Sztuce uwodzenia” pojawia się też wątek przemocy domowej. Pojawia się problem alkoholizmu. Toksycznej miłości do rodziców mimo wyrządzonych krzywd… Powieść nie jest książką banalną. Nie jest to odmóżdżająca lektura, po którą sięga się tylko i wyłącznie dla zabicia czasu. Autorka w niby banalny wątek miłosny w znakomity sposób przemyca tak wiele. W perfekcyjny sposób prowokuje do myślenia. W moich oczach to naprawdę zasługuje na uznanie.

  Na pochwałę zasługuje też dobry styl autorki. Choć stroni od wyszukanych opisów podpadających pod prozę poetycką, momentami przemyca ciekawe porównania oparte o wyszukane środki stylistyczne, co z pewnością nie umknie uwadze czytelnika. Poza tym akcja jest dynamiczna, nie ma w niej przestojów, co z pewością również jest plusem powieści. 

  Na zakończenie, powiem tylko, że gdy zaczęłam czytać „Sztukę uwodzenia” zrobiłam to z zamiarem, że tylko ją zacznę. I kiedy zaczęłam, nie mogłam jej odłożyć. Dopiero, gdy przewróciłam ostatnią stronę zorientowałam się, że pochłonęłam ją całą i jest już środek nocy. A może odpowiedniej byłoby powiedzieć, że to ona pochłonęła mnie?


  Polecam. Zdecydowanie polecam wszystkim, którzy chcą przeczytać coś niebanalnego a o miłości. Powtórzę się teraz, ale„Sztuka uwodzenia” to naprawdę dobra powieść. 



Za możliwość przeczytania książki 
i egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


wtorek, 17 czerwca 2014

Nowa współpraca!





  Z przyjemnością i oficjalnie mogę poinformować was, że Informator nawiązał współpracę z wydawnictwem Black Publishing, na której bardzo mi zależało. Jedna książka dotarła już do mnie w postaci e-booka, druga, w wersji papierowej dotrze niedługo. Mam nadzieję, że cieszycie się tak samo jak ja z tego, że będziemy mieli okazję bliżej poznać książki tego wydawnictwa, gdyż nie dość, że wydaje je w pięknej oprawie graficznej, co po prostu przyciąga wzrok, są to też prawdziwe perełki, po które warto siegnąć.

Tytułem wstępu, przybliżę wam krótko obie pozycje.




  Pierwszy tytuł, którego wersji roboczej jestem szczęśliwą posiadaczką, jest "Księgarenka w Big Stone Gap" autorstwa Wendy Welch. Książka ukaże się w wersji drukowanej dopiero za jakiś czas, gdyż datę premiery wydawnictwo szykuje dopiero na 30 lipca. Książka zapowiada się wspaniale. Nina Sankovitch napisała o niej: 

  „The Little Bookstore of Big Stone Gap” potwierdza to, co podejrzewałam juz od dawna – że miłośnicy książek to wspaniali ludzie, a księgarnie to najcudowniejsze miejsca na świecie. Dodaj do tego pozostałe składniki takie jak używane książki, rozkochanych księgarzy i dających się pokochać miejscowych bohaterów i otrzymasz „The Little Bookstore of Big Stone Gap” — opowieść, która ujmie każdego, kto kiedykolwiek marzył o posiadaniu własnej księgarni (który pasjonat książek o tym nie marzył?) i wspomnienie, od którego ciepło się robi na sercu każdemu czytelnikowi. Skarb pośród książek o książkach."


  Zarysowując króko fabułę książki, jest to opowieść o tym, jak kochające się małżeństwo, dwa koty, dwa psy i trzydzieści osiem tysięcy książek może odmienić życie lokalnej społeczności.
Jack i Wendy Welch zawsze marzyli o prowadzeniu księgarni. Pewnego dnia postanowili, że nie można dłużej zwlekać z realizacją marzeń. Zapragnęli żyć niespiesznie, według własnych zasad. Kupili dom w niewielkiej górskiej miejscowości i zaczęli sprzedawać używane książki. Wiele wskazywało, że przedsięwzięcie nie ma prawa się udać: otwieranie księgarni na końcu świata, w kryzysie, w epoce e-booków, wydaje się co najmniej nierozsądne! Szybko okazało się, że sam optymizm nie wystarczy. Aby księgarnia zaczęła działać, trzeba wokół niej zbudować prawdziwą wspólnotę…


  Drugi utwór, który trafi w moje recenzyjne szpony, a którego po prostu nie mogę się doczekać, to książka pt. "Dar z Bretanii" autorstwa M. Pirce, której data premiery przypada na jutro, więc już niedługo będziecie mogli dopaść ją w regularnej sprzedaży. 

  Ambitna artystka Marjorie Price (Midge) porzuca wygodne życie na przedmieściach Chicago i wyrusza do Francji. Tam zakochuje się w Yvie, fascynującym malarzu, który namawia ją na odważny, brzemienny w skutki krok. Wspólnie kupują odseparowaną od świata posiadłość La Salle w urokliwej Bretanii.
Gdy pozorne szczęście na idyllicznej prowincji zaczyna się rozpadać, Midge zaprzyjaźnia się ze starszą kobietą mieszkającą nieopodal. Choć pochodzą z dwóch różnych światów, rodzi się między nimi niezwykła więź, która odmieni życie ich obu.

  Najpiękniejszą opinią, jaką w internecie można przeczytać o tym utworze, to słowa M. McCourt: 

"W rzeczy samej, ta książka to dar. […] Żywiołowa, urocza, a do tego zabawna opowieść."



Wszelkie informacje o książkach, zawarte w tym poście,
 pochodzę ze strony wydawnictwa Black Publishing. 



niedziela, 15 czerwca 2014

Zbiór opowiadań odejmujący mowę, 
czyli o zbiorze "Wiosna 1941" 
autorstwa Idy Fink


  Chciałabym zaprezentować wam dziś dla odmiany zbiór opowiadań, ponieważ wydaje mi się, że każdy czytelnik, choć ma swój ulubiony gatunek, w pewnym stopniu ceni sobie także różnorodność i czasem lubi sięgnąć po coś zupełnie innego od tego, co czyta na ogół. Zanim jednak przedstawię wam krótko charakterystykę utworu, przytoczę kilka informacji o autorce opowiadań, bo wydaje mi się, że w kontekście jej twórczości są one niemalże kluczowe.

  Ida Fink urodziła się w 1921 roku w Zbarażu, mieszczącym się niegdyś na terenie Polski, w rodzinie żydowskiej. Pochodziła z dobrej rodziny, jej ojciec był lekarzem, a mama nauczycielką. Sama Ida również otrzymała dobre wykształcenie.Po ataku III Rzeczy na Związek Radziecki razem z rodziną trafiła do getta, z którego w 1942 roku udało jej się uciec razem z siostrą. Do końca wojny ukrywała się, a po niej zamieszkała w Polsce i założyła rodzinę. Zmuszona przez pewne okoliczności wyjechała jednak z rodziną do Izraela, gdzie mieszkała do końca życia. Zmarła 3 lata temu.

  "Wiosna 1941" to zbiór niedługich opowiadań skupionych wokół tematyki  Holocaustu, choć według mnie, jak i z pewnością wielu osób, które miały przyjemność się z nimi zetknąć, ich tematyka jest znacznie szersza. Autorka opowiada w nich o podstawowych, uniwersalnych wartościach, o uczuciach, o relacjach... Pisze o życiu, takim jakim było, jakie znała. Właściwie, pisze o życiu takim, jakie ono jest. Bo pewne rzeczy wcale się nie zmieniają. Może tylko w niektórych okolicznościach widać je wyraźniej?

  Nie sposób opowiedzieć o wszystkich opowiadaniach. Każde z nich przeszywa, każde z nich jest inne i wyjątkowe. Ja osobiście pokochałam najbardziej "Zabawę w klucz", to ono kupiło moje serce, dlatego napomknę kilka słów właśnie o nim.
  Akcja opowiadania rozgrywa się w maleńkim mieszkaniu, o którym powiedzieć można: nasączone grozą i strachem. Jest wieczór. Utwór przedstawia sytuację z życia pewnej rodziny żydowskiej. Wychudzony, schorowany ojciec, wiecznie muszący się ukrywać, matka, prawdopodobnie nie będąca żydówką, oraz pyzate, niebieskookie dziecko, które na żydowskie nie wygląda. Ojciec jest zdenerwowany. Właściwie jest on tylko obserwatorem zabawy w klucz, w którą bawią się matka z dzieckiem, a która polega na ćwiczeniu kolejny raz tego, w jaki sposób i w jakim tempie dziecko ma otworzyć drzwi, gdy ktoś zapuka i zapytane powiedzieć do nieznajomego, że tatuś umarł. I choć dziecko wcale tego nie rozumie powagi sytuacji, to na jego barkach spoczywa cała odpowiedzialność za życie jego ojca. Wszystko zależy od tego, czy wypadnie ono wiarygodnie. Czy się nie zawaha...   I kiedy pierwszy raz przeczytałam te opowiadanie no nasunęło mi się stwierdzenie, że zabawa jest tak naprawdę tresurą, a przedstawienie kolejnych prób i prób jedynie potęguje dramatyzm całej sytuacji.

  Co uderza mnie w opowiadaniach Idy Fink, to przede wszystkim brak wzniosłości. Jej opowiadania są suche. Nie ma tam barwnych opisów i wyszukanych środków stylistycznych. Język jest prosty, co ma za zadanie przede wszystkim podkreślić, że  to wszystko dla bohaterów jest normą, że te rzeczy działy się na codzień. Były czymś powszednim. Coś, na co współczesny czytelnik patrzy z niedowierzaniem dla ludzi, będących w tamtej sytuacji było czymś normalnym. Poza tym utwory Idy Fink są perfekcyjnie przemyślane. Nie ma tam mowy o jakiejkolwiek przypadkowości. Są perfekcyjne pod względem formy. To kryształy. Każde słowo, każdy gest ma głęboką symbolikę, wzrusza. I to dogłębnie.

  Ciężko jest mi pisać o tych opowiadaniach. Wywołują tyle emocji, których po prostu nie potrafię wyrazić, a przecież nie chodzi o to, żebym uzewnętrzniała tu swoje stany emocjonalne. Chciałabym zachęcić was do czytania Idy Fink. W Polsce wciąż jest ona mało znana, a nie powinno tak być. Była świetnym człowiekiem i genialnym twórcą. I choć nie mam w zwyczaju zachęcać do oglądania filmów nakręconych na bazie utworów literackich, to napomknę, że opowiadanie "Rozmowa" było jedną z głównych inspiracji do nakręcenia filmu o takim samym tytule, jak zbiór opowiadań.

sobota, 14 czerwca 2014

Kobiece premiery, 
których nie można przegapić.


  Na 2 lipca wydawnictwo Albatros i wydawnictwo Akurat szykują 2 świetne kobiece premiery. Czy świetne, zobaczymy, w każdym razie postanowiłam przybliżyć wam krótko te pozycje, bo wiele kobiet planuje rozpocząć wakacje czy wyczekany urlop właśnie od dobrej książki.  

  Pierwsza z nich to książka pt. "Piękna Katastrofa" autorstwa Jamie McGuire. Prawdę powiedziawszy zwróciłam na nią uwagę ze względu na komentarz do książki, który w NYT Bestsellering Author zamieściła Jessica Park: "Pięknie seksowna, pięknie intensywna i pięknie doskonała. Jamie McGuire napisała cholernie dobrą książkę." Cóż, skoro taka panuje powszechna opinia o tym dziele, postanowiłam przybliżyć wam w wielkim skrócie fabułę. 
  
  Na stronie wydawnictwa możemy przeczytać: Opowieść o trudnej miłości i namiętności, pojawiających się na przekór zdrowemu rozsądkowi. Abby, dziewczyna z burzliwą przeszłością, pragnie stabilnej egzystencji. Travis z pozoru uosabia wszystko to, od czego planowała uciec – to pewny siebie, uczestniczący w nielegalnych walkach podrywacz, „zaliczający” kolejne dziewczyny. A jednak przyciąga ich do siebie niewytłumaczalna siła.



  Druga pozycja, to książka, o może banalnym tytule i okładce: "Zakochać się" Cecelii Ahem, której wydawcą jest Akurat. (Wybaczcie, ale okładka za nic w świecie nie chce mi się tu wgrać, ciągle wyskakuje mi błąd...) I choć tytuł może odpychać, fabuła utworu zapowiada się ciekawie i na tę książkę zwróciłam uwagę właśnie dlatego. Na stronie wydawnictwa zamieszczono krótki zarys akcji:

  Losy Adama Basila i Christine Rose splatają się pewnej nocy, kiedy na dublińskim moście Christine powstrzymuje Adama przed popełnieniem samobójstwa. Zawierają szaloną umowę: Adam na zawsze zrezygnuje z samobójczych zamiarów, jeśli przed jego trzydziestymi piątymi urodzinami Christine zdoła go przekonać, że jednak warto żyć. Urodziny zbliżają się wielkimi krokami… Rozpoczyna się niezwykły wyścig z czasem, w którym główną nagrodą jest nie tylko życie, lecz także – a może przede wszystkim – miłość.


  Więcej o polecanych przeze mnie wydawniczych propozycjach na stronach wydawnictw. 
Jak myślicie, warto czekać? 

piątek, 13 czerwca 2014

Już niedługo, przedpremierowa recenzja książki pt. "Sztuka uwodzenia" autorstwa S. Young. 



  Książka jest opowieścią o Olivii, która pomimo tego, że jest osobą niezwykle pewną siebie i dynamiczną, ma duży problem, który polega na tym, że jest bardzo niepewna w kontaktach z mężczyznami. Przeprowadzka do Edynburga wiele zmienia w jej życiu. Sfrustrowana niepowodzeniem w nawiązaniu bliższej znajomości ze zdecydowanie przystojnym, doktorantem, postanawia nadrobić zaległości w sztuce obcowania z mężczyznami. 

  Nate Sawyer jest przystojnym pożeraczem damskich serc, nigdy nie angażuje się w związki z płcią przeciwną. Wobec przyjaciół jest jednak osobą niezwykle lojalną, dlatego gdy Olivia zwraca się do niego o pomoc, zgadza się nauczyć ją pewności siebie w relacjach damsko-męskich. Lekcje z czasem stają się coraz bardziej zaawansowane, a atmosfera między Olivią i jej nauczycielem coraz bardziej gorąca... 
  Co z tego wszystkiego wyniknie? A tego to nie wiem nawet ja, ale mam nadzieję, że już za parę dni podzielę się z wami moimi przemyśleniami na temat tej książi. 




Egzemplarz recenzyjny otrzymam dzięki uprzejmości wydawnictwa Burda Książki. Więcej informacji o książce znajdziecie na ich stronie internetowej. 




czwartek, 12 czerwca 2014

Kilka słów o książce "Krokodyl dla ukochanej" 
Jacka Pulikowskiego. 


  Doszłam do wniosku, że prezentuję wam tu dotychczas książki fabularne. To przemyślenie skłodniło mnie do tego, że postanowiłam iść też w drugą stronę i zaproponować coś z trochę innej beczki, mianowicie książkę filozoficzno-refleksyjną z domieszką psychologii. Książka jest o relacjach, tak tych damsko męskich, bo to przecież teraz na czasie. 

  We wstępie może kilka słów o autorze. Pan Jacek Pulikowski to dr inżynier, wykładowca na Politechnice Poznańskiej i co ciekawe, a co mi osobiście wydaje się troszkę sprzeczne i zaskakujące, prowadzi też zajęcia na Studium Rodziny przy UAM w Poznaniu. Sam jest ojcem i mężem, szczęśliwym jak podkreśla. Jego publikacje, a jest ich już kilkanaście, kupić można dziś praktycznie wszędzie i cieszą się sporym zainteresowaniem, szczególnie ludzi młodych, choć nie można powiedzieć, aby były skierowane one tylko i wyłącznie do nich. Pana Pulikowskiego posłuchać można też na wielu wyjazdowych konferencjach, które prowadzi. Sama miałam przyjemność uczestniczyć w takowej na jesieni w Gdańsku. 

  Przechodząc do książki, skierowana jest ona głównie do młodych dziewczyn, narzeczonych, mężatek, chociaż ja osobiście nie zawężałabym tak drastycznie grona odbiorców utworu. Według mnie jest to książka dla każdego, kto tylko preferuje czytać o relacjach międzyludzkich w przerwach między powieściami fabularnymi. Utwór to zbiór dwunastu rozwiniętych postulatów mających w zasadzie informować, czy też może doinformowywać kobiety o tym, jak powinny postępować z mężczyznami. Uświadomić im, że choć to mężczyźni fizycznie są od nich silniejsi, to one także mogą wywierać na meżczyzn ogoromny wpływ. Jak pisze autor, mężczyźni są w stanie dla nas góry przenosić, jeśli tylko odpowiednio im to zakomunikujemy i odpowiednio podejdziemy do sprawy. Nie chciałabym, aby ktokolwiek z czytelników zrozumiał to w taki sposób, że książka jest o manipulacji, czy wywieraniu wpływu przez kogokolwiek, bo nie jest to prawdą i nie to mam na myśli pisząc poprzednie zdania. Pulikowski stara się nam, kobietom, przybliżyć "tajemniczy" męski świat. Kładzie nacisk na to, że akcentowane w dzisiejszym świecie odmienność płci tak naprawdę nie przeszkadza w komunkacji międzypłciowej i budowaniu wspanialych relacji, jeśli oczywiście podchodzi się do tego w sposob umiejętny i rozsądny. Chociaż kobieta i mężczyzna pozornie tak bardzo się różnią, to przecież od wielu tysięcy lat tworzą związki i dogadują się ze sobą. Autor rozprawia jednak nie o tym, jak ta komunikacja w ogóle jest możliwa, ale stara się wystosować do nas rady, które mają ją polepszyć. Mi osobiście bardzo podoba się też nacisk autora na to, że tak naprawdę kobiety mają ogromną moc by popchnąć mężczyzn ku lepszemu, ku rozwojowi. W stronę wzrostu. Autor pisze, że jeśli kobieta postara się odpowiednio, to mężczyzna jest w stanie sprezentować jej nawet tytułowego krokodyla. Choć (dodam tu już  zarówno od autora i od siebie), z pewnością działa to w obie strony. 

  Uprzedzajac wasze pytania, książka mimo tematyki wcale nie jest ciężka, i dosłownie, i w przenośni. Jest to właściwie publikacja na jeden wieczór, a czyta się ją płynnie. Napisana jest potocznym jezykiem, co z pewnością jest zaletą w tego typu utworach, co sprawia, że przecietnie orientujący się w psychologii czy teologii czytelnik bez problemu sobie z nią poradzi. Poza tym język autora jest niezwykle bogaty, co znaczy mniej więcej tyle, że obfituje w sporą liczbę plastycznych i obrazowych metafor, dzięki czemu zagadnienia są dobrze i przystępnie wytłumaczone. Poza tym autor nie żałuje nam żartów i dowcipów, które dobiera niezwykle trafnie, co również wpływa na łatwość jej czytania, a którymi może troszkę, choć z pewnością nie złośliwie, szydzi z nas, kobiet, ukazując nam wiele naszych niedociągnięć. 

  Podsumowując, "Krokodyl [..]" to wspaniała i wartościowa książka. Jeśli trafia tematycznie w wasze gusta czy guściki polecam. Z pewnością nie pożalujecie. 

Zapowiedzi literackie, 
na które z pewnością warto czekać




  Cóż, dla mnie osobiście najbardziej wyczekaną książką będzie wydanie, już nie kieszonkowe, "Jeżynowej Zimy" autorstwa Sarah Jio. Wydawnictwo znak podaje jako datę premiery 25 września 2014, także jeszcze trochę się naczekamy. Niecierpliwych zachęcam do lektury innych książek autorki, a tu zamieszczam zarys akcji. Jest na co czekać! 


  "Kiedy niespodziewany nawrót zimy paraliżuje miasto, Claire ma wrażenie, że pogoda doskonale odzwierciedla chłód panujący w jej sercu. Przeżyła tragiczny wypadek, po którym nie może się podnieść. Dopiero dziennikarskie śledztwo w sprawie zaginionego przed laty chłopca pozwala jej zapomnieć o nieszczęściu. W miarę jak kolejne tropy odkrywają przed nią historię uprowadzonego chłopczyka i poszukującej go pełnej nadziei matki, Claire powoli uczy się żyć na nowo. A to jeszcze nie wszystko: ślady zaginionego Daniela zaczynają w zagadkowy sposób splatać się z losami jej własnej rodziny..." [tekst pochodzi ze strony wydawnictwa]



  Dla tych jednak, którzy czekając na "Jeżynową zimę" będą chcieli zadowolić się chwilowo czymś zimnym, proponuję książkę "Wracajmy do domu" autorstwa Lisy Scotline, którą wydawnictwo Prószyński i Ska szykuje na 8.07.2014. Lisa Scotline to autorka licznych bestselerów z listy "New York Timesa", lauretka między innymi nagrody Edgara. Jej książki zostały do tej pory wydane w nakładzie trzydziestu milionów egzemplarzy w 32 krajach. Tym razem proponuje czytelnikom książkę o matczynj miłości. Spragnionych większej liczby informadji odsyłam na stronę wydawnictwa: klik




  Tak trochę z innej bajki, warto ostrzyć sobie zęby również na książkę "Pozostawieni" Toma Perrota. Ta książka narobiła medialnego szumu w Stanach, podejrzewam, że i u nas nie przejdzie bez echa. Nominowana do wielu nagród, przez długi czas na szczycie listy New York Timesa.  A od 30 czerwca na HBO możemy obejrzeć serial na podstawie powieści, którego produkcją zajęli się twórcy głośnego serialu "Lost. Zagubieni". Premierę wydawnictw Znak datuje na również na 30 czerwca.


  Trzy lata po tajemniczym zniknięciu dwóch procent ludzkości, mieszkańcy Mapleton muszą odnaleźć się w świecie pogrążonym w żałobie. Pogodzić się z utratą ukochanych, sąsiadów, przyjaciół. Nowy burmistrz, Kevin Garvey próbuje tchnąć w nich ducha walki i nową nadzieję, choć również jego własna rodzina rozpadła w wyniku tragicznych zdarzeń. Jego żona złożyła śluby milczenia i dołączyła do sekty religijnych fanatyków, syn rzucił studia i podążył za samozwańczym prorokiem, a córka w niczym już nie przypomina dawnej pilnej uczennicy. Co się stanie, gdy nagle znikną tysiące ludzi? Znikną tak po prostu, nie wydarzy się katastrofa, nie będzie żadnego wypadku ani mordercy-szaleńca? Jak poradzą sobie z tym ci, którzy pozostali? [opis książki zaczerpnięty ze strony wydawnictwa Znak] 

                                       



  Na zakończenie mojego krótkiego przeglądu propozycja dobrze znanego, rodzimego autora. Wydawnictwo Literackie na 3 lipca szykuje premierę "Śladów" Janusza Leona Wiśniewskiego. Książka o tęsknotach, o przeżyciach, które pozostawiają głębokie ślady w naszej pamięci. Na stronie wydawnictwa możemy przeczytać:
  
 
  " Janusz Leon Wiśniewski obdarowuje nas kolejną porcją opowieści o losach przypadkowo —albo i nie przypadkowo — poznanych ludzi. Zwykłych i zarazem wyjątkowych. Zamieszkujących wielkie metropolie i mniejsze, niemieckie miasteczka. Wbrew pozorom, postaci te łączy bardzo wiele: pragnienie miłości i kontaktu z drugim człowiekiem. Janusz L. Wiśniewski opowiada niezwykłe historie ludzi, którzy mimo bolesnych doświadczeń nie tracą nadziei na udane życie. Autor, mistrzowsko łączący w swoich opowieściach emocje, erotykę i naukę, po raz kolejny daje się poznać jako niezrównany znawca ludzkich dusz: męskich i żeńskich."



Sami widzicie, że mamy na co czekać. Tymczasem czytajmy, czytajmy i jeszcze raz czytajmy to, co mamy. Bo aktualnie na sklepowych półkach też mamy dostęp do wielu perełek. Miłego dnia!