piątek, 25 lipca 2014

Co na rynku piszczy? 
Czyli krótko na co wg mnie warto się skusić.


  Książki "się" czytają, kolejne recenzje w drodze, a ja chciałabym przedstawić wam kilka, wciąż wakacyjnych, utworów, na które ostatnio zwróciłam uwagę przeglądając wydawnicze (dodam może, że iście kobiece) nowości i zapowiedzi. Jesteście ciekawi? No to start



  Pierwsza pozycja, która przyciągnęła mój wzrok (i nie tylko) na więcej niż chwilę, to pozycja pt. "Siódmy sekret szczęścia" Sharon Owens wznowiona przez Publicat w kieszonkowym wydaniu, aby bez problemu mogła mieścić się do torebki, plecaka, pod pachę, albo skrytki samochodowej. Właściwie - gdziekolwiek. I choć akcja zaczyna się o przeciwnej porze roku, do tej, którą mamy, to jest to ciekawy utwór, po który można sięgnąć, nawet w wakacje. 

  Jest Wigilia, pada gęsty śnieg, życie ma jeszcze więcej blasku niż na co dzień. Ruby w błogim nastroju ubiera choinkę, niecierpliwie czekając na wspaniałe, romantyczne święta. Jest bezgranicznie szczęśliwa, zwłaszcza że wreszcie podjęli z mężem decyzję, że najwyższy czas na dziecko. Ostry dzwonek telefonu nieodwołalnie niszczy jej bajkowe życie. W Nowy Rok zdruzgotana Ruby postanawia wziąć się w garść i szukając pocieszenia, szyje siedem niecodziennych aksamitnych torebeczek, jak się okaże - nadzwyczajnych pod każdym względem. Dzięki tym torebkom jej życie łączy się z losem innych osób, a Ruby poznaje sześć sekretów, które powoli roztapiają jej zmrożone serce.




  Drugi tytuł, nieco inny od "Siódmego sekretu szczęścia" to pozycja o jakże intrygującym brzmieniu: "Sztuka sypiania samej". Jest to książka, która na amerykańskim rynku wydawniczym wywołała spory szum i wzbudziła kontrowersje. W Polsce ukazała się całkiem niedawno nakładem wydawnictwa Amber. Co wy na to? Warto/nie warto?

  27-letnia redaktorka „Elle” wyrzekła się seksu na dwanaście lat. Poczuła, że zbyt często mówiła „tak” nie tym mężczyznom. Że w pustych, nudnych związkach była traktowana instrumentalnie. Że nie miała świadomości swojego ciała. Rezygnując z seksu bez miłości, bez czułości, bez prawdziwego pragnienia, poczuła się wolna, odzyskała poczucie własnej wartości. Kobieta ładna, młoda, wykształcona, z profesorskiej rodziny, odnosząca sukcesy zawodowe, wyrzekając się seksu na siłę, seksu przypadkowego rzuciła wyzwanie światu, w którym powodzenie, liczba kochanków, małżeństwo lub konieczność życia nie samej staje się miarą wartości kobiety.



   No i trzecia, choć wcale nie gorsza książka, to "Historia pewnej niewierności" Danki Braun, która zagościła na półce nowości wydawnictwa Prozami. Autorka kontynuuje w utworze wątek z pierwszej części pt. "Historia pewnego związku", dlatego na blogu poznacie najpierw recenzję pierwszej części, a dopiero po niej nowości. Czy taki układ wam odpowiada? 

   Robert Orłowski, wybitny, wzięty neurochirurg od zawsze jest obiektem westchnień wielu kobiet. Przystojny, inteligentny, a do tego bogaty – zdaje sobie sprawę z atutów, którymi dysponuje. Po ślubie z Renatą stara się być przykładnym mężem i ojcem. Rozdarty między Krakowem a kliniką w Bostonie, gdzie pracuje, potrafi znaleźć czas dla rodziny i zaangażować się w budowę wymarzonego domu. A jednak żona zauważa, że Robert nie poświęca jej już tak wiele uwagi jak kiedyś. Podskórnie wyczuwa, że nie jest to kwestia przemęczenia, a za przedłużającymi się wyjazdami męża kryje się coś więcej, niż tylko praca. Zaniepokojona, pewnego dnia pakuje siebie i dzieci i wyrusza do Bostonu w poszukiwaniu prawdy o Robercie.




Na dziś to by było tyle. Jak zawsze zżera mnie ciekawość: którą z tych książek przeczytalibyście w pierwszej kolejności? 



Wszelkie informacje o ksiażkach pochodzą ze stron wydawnictw! 

środa, 23 lipca 2014

"Tylko on" autorstwa S. Day
- recenzja książki


  Dziś mam przyjemność zaprezentować wam dość ciekawą pozycję, która niedawno ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera. Jest to najnowsza książka Sylvii Day pt. "Tylko on", która przez bardzo długi czas utrzymywała się w czołówkach na światowych listach bestsellerów. Całkiem niedawno zawitała do naszych księgarni i niezwykle się cieszę, że lekturę tej pozycji mam już za sobą.

  We wstępie kilka słów o autorce. Sylvia Day, jak pewnie wielu z was wie, to  autorka debiutująca "Dotykiem Crossa", sprzedającego się w milionowach egzemplarzy na całym świecie. Jej debiut został uznany za najlepszy romans księgarnii internetowej Amazon i już trwają prace nad jego ekranizacją. Poza tym ta młoda autorka ma na swoim koncie już kilkadziesiąt wielokrotnie nagradzanych książek, tłumaczonych na ponad 40 języków. Jej książki gatunkowo oscylują między powieściami historycznymi a erotycznymi. 

 "Tylko on" to historia gry, rozgrywanej między dwojgiem doskonałych uwodzicieli. Maria, zwana przez członków elit towarzyszkich Zimną Wdową, słynie z niezwykłej urody oraz temperamentu. Choć dla wielu nieznających ludzi jest pozbawioną skrupółów zabójczynią mężów, w rzeczywistości musi zmagać się ze stratą ukochanej siostry oraz jej poszukiwaniami i usługiwaniu ojczymowi, mający jej siostrę w garści. Również teraz, pod naciskami ojczyma, musi wykorzystać swój urok, aby dowiedzieć się, dlaczego znany w całej okolicy pirat Christopher St. John został wypuszczony na wolność. Tymczasem jedyną szansą St. Jihna na uniknięcie zawiśnięcia na szubienicy, jest użycie legendarnego czaru uwodziciela, aby rozpuścić lód w sercu Zimnej Wdowy, ponieważ dostał ultimantum od osoby, przetrzymującej jedynego świadka w jego sprawie: głowa Marii, w zamian za jego głowę... 

  Uwikłani w niebezpieczną, podszytą erotyzmem grę, oboje chcą przejrzeć przeciwnika oraz majestatycznie go pokonać. Wszystko komplikuje się dopiery wtedy, kiedy orientują się, że relacja między nimi przestaje być grą, ale prawdziwym uczuciem. Które z nich ulegnie i wyda drugiego? A może połączą siły, aby grać w jednym zespole? Tego wam nie zdradzę. Powiem tylko jedno: to pełna zwrotów akcji książka, która niejednego zaskoczy. 

 Co mnie urzekło w tym utworze? Przede wszystkim niezwykle przemyślana akcja trzymająca w napięciu, ponieważ czytelnik nijak nie może przewidzieć zakończenia tej perfekcyjnej rozgrywki,  oraz kreacja Zimnej wdowy. Mam wrażenie, że autorka stworzyła postać kobiety, którą każda z czytelniczek chciałaby być. Maria, choć jest typową femme fatale, wie, czego chce i nie waha się po to sięgać. Jest kobietą niezwykle pewną siebie, niezależną, potrafiącą się sama obronić. Poza tym jest niezwykle piękna i z sukcesami wykorzystuje swoje wdzięki, aby zdobywać to, czego chce. I choć dla świata pozornie zimna, to dla najbliższych jest kobietą niezwykle ciepłą i otwartą. Potrafi poświęcić wszystko dla ukochanej siostry. Postać tej bohaterki naprawdę mi zaimponowała. Mam nadzieję, że i wy odniesiecie takie wrażenie po lekturze utworu. 

  Co do strony językowej, w książce archaizmy mieszają się ze słownictwem dość współczesnym. I przyznam, że na początku nie byłam co do tego zabiegu przekonana, ale autorka miesza style w delikatny i wyszło jej to naprawdę ciekawie. Podoba mi się też dynamika akcji oraz kompozycja na zasadzie gry. Jak gdyby wszyscy bohaterowie byli pionkami na planszy, zwanej w tym przypadku fabułą. Nie sposób też nie spojrzeć na tę powieść w kontekście powieści erotycznej. W moim prywatnym odczuciu, autorzy, specjalizujący się w tym gatunku nieraz przesadzają z wulgarnym językiem, przez co "pikantne" momenty stają się naprawdę niesmaczne i mam ochotę jedynie przewracać strony od niechcenia rzucając na nie okiem. Sylvia Day nie rozczarowała mnie pod tym względem. U niej wszystko jest na poziomie, przez co jej książkę czyta się naprawdę bardzo przyjemnie. 

  Podsumowując, pozycja pt. "Tylko on" to świetna pozycja dla fanów powieści historyczno-erotycznych. Akcja zaskakuje i wciąga, a wszystko to napisane w smaczny sposób sprawia, że tę książkę po prostu się pochłania. Nie sposób nie zwrócić uwagi na perfekcyjnie wykreowanych bohaterów i nie zamarzyć, by choć na chwilę być jak Zimna Wdowa, czy spotykać się z mężczyzną takim jak St. John. Poza tym książka bazuje na wartościach rodzinnych, które są naprawdę pięknymi wartościami. Zdecydowanie polecam ją czytelnikom, lubiącym takie klimaty. Mnie wciągnęła. 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 



niedziela, 20 lipca 2014

"Tatuaż z lilią" 
autorstwa Ewy Seno




  "To zadziwiające, że człowiek do wszystkiego potrafi przywyknąć, nawet do braku miłości."

  Prezentuję dziś książkę, o której ostatnimi czasy jest bardzo głośno wśród środowisk literackich. Właściwie nie dziwię się temu szumowi, który wokół niej powstał, bo są ku temu powody. Przede wszystkim jest debiut, w dodatku zapowiadający kontynuacje utworu, co jest krokiem dość odważnym. Po drugie, nasza rodzima autorka odnosi całkiem spory sukces zaraz po wejściu na rynek wydawniczy. Poza tym chwytliwy ostatnimi czasy gatunek, który młodzież wprost uwielbia. Również ja, głównie z tych powodów, zapragnęłam się przekonać, czy wszystkie te pochlebne recenzje, które miałam przyjemność przeczytać, mają jakieś potwierdzenie. I już we wstępie pragnę poinformować was, że również moja recenzja powiększy ich grono, ponieważ Ewa Seno miło mnie zaskoczyła.

  Na wstępie przybliżę krótko fabułę utworu. Główna bohaterka, Nina, to osiemnastolatka, którą poznajemy właśnie w dniu jej wkraczania w dorosłość. I jak na złość, dzień, który dla wielu jest dniem wyjątkowym, dla Niny okazuje się kompletną katastrofą. Można powiedzieć, że w jednym momencie jej poukładane, choć nie do końca idealne życie, rozpada się jak domek z kart. Ojciec od samego rana nie zwraca na nią uwagi. Na imprezie urodzinowej przyłapuje swojego chłopaka w dość jednoznacznej sytuacji ze swoją najlepszą przyjaciółką, a jej ojciec ginie w wypadku samochodowym. Prezentem urodzinowym staje się zaś przepiękny tatuaż, który nieznajomy mężczyzna wytatuował jej na nadgarstku, a który okazuje się być bramą do przedziwnych wydarzeń, które na dobre odmieniają życie Niny. Dziewczyna bowiem, zostając zupełnie sama, decyduje się na przeprowadzkę do ciotki. W Stanach czeka na nią nowy dom, nowa szkoła, a przede wszystkim nowe znajomości, które wprowadzają jeszcze większy chaos do życia Niny. A to dopiero początek prawdziwych niespodzianek...

  Co podobało mi się w książce w kontekście fabuły? Zdecydowanie to, że nie jest ona przesłodzona. Ewa Seno nie serwuje nam kolejnej książki o idealnych wampirach i wilkołakach. Tworzy zupełnie nowy świat, nie ulegając znanej nam wszystkim cukierkowej konwencji i za to należą jej się wielkie brawa. Poza tym fabuła jest dynamiczna. Akcja naprawdę pędzi do przodu, jednak nie w sposób, którego nie lubię, a mianowicie: mimo tej dynamiki nie można się w niej pogubić, co serwuje nam wielu początkujących twórców. Oczywiście przyczynia się do tego prosty język, sporo dobrze napisanych dialogów oraz dogłębne charakterystyki bohaterów, również tych drugo planowych. Podobał mi się również opis nowej planety oraz cała jej historia. Nie były one długie i nie nudziły, ale wszystkie przydatne czytelnikowi informacji zostały w nich zawarte. Jeśli chodzi o stronę językową, "Tatuaż z lilią" napisany jest naprawdę dobrze i czyta się go płynnie. W dodatku wciąga. Nie wiem, jak to się stało, ponieważ ostatnio mało obcuję z literaturą młodzieżową, wybierając bardziej ambitną literaturę, jednak ta książka naprawdę mnie pochłonęła i tak, muszę to przyznać: mam ochotę na więcej!

  Co uważam za słabą stronę książki? Nie do końca urzekła mnie okładka. Dziewczyna, przedstawiona na niej ograniczyła moją wyobraźnię jeśli chodzi o kreowanie sobie w głowie postaci głównej bohaterki. Rozczarował mnie również fakt, że jest zdecydowanie za krótka. Strony skończyły mi się w momencie, kiedy naprawdę się wciągnęłam. Pytam więc: kiedy ukażą się kontynuacje?! Chcę już, chcę więcej!


  Podsumowując, jeśli macie ochotę sięgnąć po książkę dla młodzieży, zawierającą elementy paranormalne, jednak nie całkiem oderwaną od rzeczywistości, oraz napisaną w dobrym stylu, zachęcam was do lektury tej właśnie powieści. Ewa Senso zadebiutowała naprawdę dobrą książką i mam nadzieję, że sprosta oczekiwaniom niecierpliwych czytelników, pisząc jej kontynuację. Polecam wam "Tatuaż z lilią"!



Egzemplarz recenzencki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Feeria




sobota, 19 lipca 2014

"Drzewo migdałowe"
 Michelle Cohen Corsanti



   "Jeśli będziemy się mścić, staniemy się tacy jak oni, ale jeśli im wybaczymy, będziemy od nich lepsi. [...] Nienawiść to karanie samego siebie."

  "Drzewo migdałowe" to debiutancka powieść Michelle Cohen Corsanti, która po dwóch latach od premiery wreszcie zawitała do Polski. Powieść opowiada o losach Palestyńskiego chłopca, potem mężczyzny, którego realiami dnia codziennego są wydarzenia związane bezpośrednio z trwającą wojną. I trzeba przyznać, że wielu na sposób kreacji narratora, a nawet sam pomysł napisania książki o takiej tematyce przez Corsanti, patrzyło krytycznym okiem, bo co Amerykanka, choć żydowskiego pochodzenia, może wiedzieć o losie dzieci mieszkających w Palestynie? Wbrew pozorom wie o tych okrutnych realiach naprawdę dużo. Sama przez kilka lat stykała się z nimi i choć historia Ahmada jest fikcją, to bardzo realistyczny jest obraz terytorium ogarniętego konfliktem wyłaniający się z utworu, a przede wszystkim wzruszają losy ludzi, którzy co dnia muszą się z tym konfliktem mierzyć. Mi osobiście po przeczytaniu utworu nasuwa się refleksja: Ilu w dzisiejszych czasach jest takich Ahmadów, o których istnieniu my, ludzie Zachodu, wcale nie mamy pojęcia? I wydaje mi się, że właśnie o wywołanie takiej refleksji u czytelnika autorce chodziło.
  
  Krótko, o czym jest książka. "Drzewo migdałowe" to opowieść o doświadczanym przez los Ahmadzie. Początkowo jego życie wyglądało naprawdę dobrze. Duży dom, szczęśliwa, kochająca się rodzina, która wraz w rozwojem wstrząsających wydarzeń staje w obliczu kolejnych tragedii i dramatycznie się zmniejsza. I choć na barki dwunastolatka w pewnym momencie spada cała odpowiedzialność za wyżywienie i utrzymanie rodziny, to jest to historia o tym, że przy odpowiedniej motywacji można naprawdę wiele zmienić. Można odbić się od dna i sięgnąć szczytu.

  Z drugiej strony, a właściwie nawet, tej ważniejszej, jest to opowieść mająca zwrócić uwagę na to, jak ważny jest pokój i jakie powinny być działania do niego prowadzące. W utworze poznajemy kilka stanowisk. Ahmad, który rozumie, że pokoju nie osiąga się z karabinem wycelowanym w plecy niewinnego dziecka, wierzący w to, że ludzie nie dzielą się na lepszych i gorszych, ale wszyscy są równi. Kontrastowy pogląd prezentuje brat Ahmada, który nienawidzi wszystkich, nie będących Palestyńczykami. Abbas nie potrafi zapomnieć krzywd, których doznała jego rodzina, a przede wszystkim nie potrafi przebaczyć i pała potężną żądzą zemsty, przez co cierpi jego najbliższa rodzina. Jest też profesor Szuman i wielu innych charakterystycznych w swoich poglądach bohaterów. Mam wrażenie, że "Drzewo migdałowe" to jedna wielka polemika. Jedna wielka arena, na której zderzają się różne poglądy na kwestię wojny i pokoju, różne argumenty. Ale tak naprawdę, mimo tej polemiki, przesłanie utworu jest klarowne i wymowne. Przejrzyste. Ale żeby się o tym przekonać, musicie sami poznać tę książkę.

  Warto też zwrócić uwagę na sposób, w jaki pisze Corsanti. Na perfekcyjne sposób, w jaki gra na emocjach czytelnika. Już wydarzenia rozpoczynające powieść mrożą krew w żyłach odbiorcy i wstrząsają nim do granic możliwości. Bo przecież jak to jest możliwe, aby na tym samym świecie, na którym my żyjemy, działy się takie rzeczy, w dodatku, dla wielu, będące codziennością, z którą trzeba sobie radzić? Język Corsanti jest dość prosty. Nie przebiera ona w słowach. Opisuje wszystko takim, jakie jest. Niczego nie koloryzuje, i co zaskakujące, pisze o wydarzeniach w sposób, o którym bez wątpienia można powiedzieć: tak, ta kobieta zna się na rzeczy. Szokuje mnie także to, jak oddaje realizm. O rzeczach, które mi osobiście wydają się nie do pomyślenia ona pisze tak, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. I właśnie tym mnie ujęła.

  Corsanti zaimponowała mi również faktem, że nie napisała "Drzewa migdałowego" dla rozgłosu, komercyjnej sprzedaży i potężnego zysku, jak to czyni zdecydowana większość twórców. Ona pisała dla idei pokoju. Pisała o sprawach naprawdę ważnych. W dodatku nie napisała przesłodzonego utworu o biednych, egzotycznych dzieciach. Oddała realia. Napisała drastyczną książkę, która nie tylko na wrażliwym czytelniku na pewno odciśnie swoje piętno.

  Jedyną złą stroną utworu, a nawet nie jego samego, jest to, że świat zachłysnął się "Drzewem migdałowym" porównując go nieustannie do "Chłopca z latawcem". I nie jest to krytyka autorki i jej dzieła, ale środowisk literackich. Oczywiście, nie sposób nie zgodzić się, że tematycznie te książki są dość zbieżne, ale Corsanti napisała własną, wyjątkową powieść i nie zasługuje na to, aby mówić o niej w cieniu innego utworu. "Drzewo migdałowe" w pełni zasługuje na piedestał, na którym się je ostatnio stawia i nie powinno być z niego spychane.


  Podsumowując, prezentuję wam dziś naprawdę wyjątkową powieść o perfekcyjnie zaplanowanej fabule oraz napisaną dobrym językiem. Aż trudno uwierzyć, że książka to debiut, a jeszcze trudniej uwierzyć w to, że opisuje realia dzisiejszego świata. Historia Ahmada to historia, której nie da wyprzeć się z pamięci jeszcze długo po lekturze utworu. Zdecydowanie ją polecam!


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa: 




środa, 16 lipca 2014

"Sekret mojego męża" L. Moriarty
- o liście, który nie miał być przeczytany



  Zauważyłam ostatnio, że piszę tu o samych dobrych książkach i może wydawać się wam, że każdą sie zachwycam. Cóż. Muszę więc wyjaśnić wam, że ja po prostu czytam książki, które z samego założenia mogą mi się spodobać, bo czytam dla przyjemności. Dlaczego więc miałabym czytać coś, co mnie zmęczy? No dobrze... nieraz czytam dla ciekawości. I wtedy jest gorzej. Ale przecież nie o tym!


„Małżeństwo stanowi w końcu formę obłędu:
 miłość krążąca ciągle gdzieś na granicy irytacji.”


  Przechodząc jednak do rzeczy, o "Sekrecie mojego męża" czytałam wiele pochlebnych recenzji i wyczekiwałam na tę książkę naprawdę niecierpliwie. Bo kto nie chciałby przeczytać czegoś, co intryguje już jednym zdaniem zamieszczonym na okładce? "Najdroższa Cecilio! Skoro czytasz ten list, to znaczy, że nie żyję."

  Liane Moriarty, to australijska pisarka, mająca na swoim koncie już 5 powieści. Z tego, co można wyczytać, każda z nich trafiła na listę bestsellerów i przełożona na kilkadziesiąt języków. "Sekret mojego męża" to najnowsza powieść autorki, która od zeszłego roku nie wypada poza listy najlepszych bestsellerów w wielu krajach. Jej prawa do tłumaczenia sprzedano już do ponad 30 krajów, więc naprawdę jest imponująco. W Polsce wydana została pod patronatem klubu "Kobiety to czytają".

  Książka to opasła opowieść o losach kilku rodzin, kilkoro ludzi. Ludzi, którzy powierzchownie się znają. Żyją przecież w tym samym środowisku. Nie łączą ich jednak zażyłe więzi i relacje. To po prostu kilkoro ludzi, prowadzących (w większości) zwykłe życie, w którym nagle pojawia się odkryta tajemnica. A właściwie, tajemnice.

  Poznajemy Cecilię. Szczęśliwą żonę Johna-Paula oraz matkę trójki córeczek. Roztrajkotaną przewodniczącą komitetu rodzicielskiego w szkole świętej Anieli. To właśnie jej, choć pozbawione ostatnio namiętności, życie, wydaje się być wręcz nieskazitelne, do momentu, gdy kobieta znajduje na strychu list męża. I kiedy już przeskakuje dylemat: otworzyć/nie otwierać, jej życie zaczyna dramatycznie się zmieniać...

  Kolejna kobieta, to Rachel. Starsza księgowa ze szkoły św. Anieli. Jej jedyną pociechą jest Jackob, kilkuletni wnuczek, oraz syn z żoną, za którą Rachel właściwie nie przepada, bo przypomina jej zmarłą córkę. Tak. Janie została w młodości zamordowana, a przez tyle lat nadal nie ustalono, kto dokonał się tego czynu... W dodatku synowa dostała pracę i zabiera jej wnuka, jej jedyną radość.

  Mamy też Tess. Tess, tak jak Cecilia, jest szczęśliwą żoną i matką. W jej życiu obecna jest też kuzynka, Felicity, z którą już od dzieciństwa są bardzo blisko. Wszystko robią razem. Wszystkim się dzielą... ale sielanka pryska, gdy Tess dowiaduje się, że od jakiegoś czasu dzieli się z nią również mężem.

  Jest również Conor. Były ksiegowy i chłopak Tess, aktualnie wuefista w szkole św. Anieli. To on ostatni widział zamordowaną Janie. To jego Rachel uważa za zabójcę. To o nim policja mówi: on nie powiedział nam wszystkiego. Tylko, czy to on rzeczywiście jest winny?

  I choć wątki wydają się być zupełnie oderwane od siebie, a wszyscy Ci ludzie tak naprawdę wcale dobrze się nie znają, to nagle okazuje się, że łączy ich o wiele więcej, niż wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka. Oderwane od siebie elementy w logiczny sposób łączą się w spójną całość, by finalnie zszokować czytelnika. Niczym matematyczne zadanie, w którym wiele jest danych, a tylko podstawione do wzoru robią wrażenie, bo dają sensowny wynik. I nie mogę nie napisać, że Moriarty obliczanie tego równania krok po kroku naprawdę się udaje.

  Co podoba mi się w utworze, poza imponującym pomysłem na fabułę oraz świetnym epilogiem, to sposób w jaki  autorka dawkuje napięcie i jak majestatycznie przeciąga strunę zdradzenia czytelnikowi tajemnicy. Robi to w perfekcyjny sposób, a odbiorca w pewnym momencie orientuje się, że 500 stron minęło mu naprawdę błyskawicznie. Naprawdę przemyślana fabuła, co w świecie książek zdarza się spotykać mi ostatnio dość rzadko, oraz charakterystyczni, ciekawie wykreowani bohaterowie, sprawiają, że od tej książki nie sposób się oderwać. I choć ostatnio odpoczywam od matematyki, nie zmarnowałam czasu obliczające te równanie. 

  Podsumowując, jeśli macie ochotę przeczytać książkę, która pochłonie was do reszty oraz podbije wasze serca oryginalnością, śmiało możecie po nią sięgać. To doskonały utwór odrywający od rzeczywistości. Przenoszący do innego, naprawdę dobrze wykreowanego świata, w którym nie ma miejca na dopowiedzenia. Jeśli więc chcecie naprawdę dobrze się bawić podczas lektury, do czego rozwikływanie tajemnic świetnie się nadaje, zachęcam. Bo o to przecież w literaturze chodzi. 


Książkę przeczytałam dzięki klubowi: Kobiety to czytają

wtorek, 15 lipca 2014

"Zniknąć" Petry Soukupowej 
- książka, która szokuje rzeczywistością


  Od kilku dni zabieram się za tę recenzję, gdyż lekturę utworu skończyłam już jakiś czas temu i we wstępie muszę wyznać, że pisanie jej przychodzi mi wyjątkowo trudno, gdyż nadal jestem pod wrażeniem i zastanawiam się, czy potrafię zdystansować się do tego, co przeczytałam i obiektywnie ją ocenić. I w tych wszystkich rozmyślaniach dochodzę tylko do jednego wniosku: to jest książka, wobec której nie można przejść obojętnie, która porusza dogłębnie wywołując burzę emocji. Co więcej, to naprawdę ambitny utwór. Prowokujący do myślenia.

  Petra Soukupowa to młoda Czeszka, która zajmuje się literaturą oraz scenopisarstwem. Debiutowała książką pt. "Nad morze", którą od razu wydało jedno z największych czeskich wydawnict. Debiut okazał się nie lada sukcesem. Wielokrotnie nagradzana autorka zaczęła więc pisać coraz więcej, a wydawnictwo chętne było do dalszej współpracy. Tym sposobem w roku 2010 światło dzienne ujrzała książka "Zniknąć", uznana za Książkę Roku w najbardzije prestiżowym czeskim konkursie literackim. Można by zapytać: jak to się stało, że młoda dziewczyna w tak krótkim czasie podbiła rynek wydawniczy. Odpowiedź jest tylko jedna: sięgnijcie po jej książkę, a od razu zrozumiecie. I o tym moim rozumieniu chciałabym wam dziś napisać.

  „Zniknąć” to trzy niedługie nowele pozornie łatwe w odbiorze. Na pierwszy rzut oka, nieskomplikowane historie rodzinne, którym po prostu, cóż, nie wyszło. Do tego kilkoro charakterystycznych bohaterów.

  Sześcioletni Kuba, który nie lubi się z bratem ze względu na to, że to Martin, odnoszący sukcesy sportowe przykuwa całą uwagę ojca, której i on potrzebuje. Jego życie właściwie nie jest złe, bo ma dla siebie przecież całą mamę. Problem tkwi tylko w tym, że każdy z chłopców chciałby też kawałek tego drugiego rodzica. A to wszystko nie jest takie łatwe w obliczu tragedii, z którymi jako rodzina muszą się mierzyć, a które prowadzą do destrukcji wszystkich ich członków.

  Vojta, wielki fan wycinania papierowych modeli okrętów, który musi dzielić pokój z siostrą Pavliną, której nie znosi. Zresztą – z wzajemnością. To przecież ona ma tatę. W Stanach, to w Stanach, ale ma. On po tacie ma jedynie znoszoną koszulkę. Ale to nie ważne, bo jego tata jest przecież marynarzem i pływa na okrętach. Tylko co będzie z nimi wszystkimi, jeśli okaże się, że tata Vojty wcale nie mieszka tak daleko, a do tego na jaw wyjdą kłamstwa mamy? Co wtedy, kiedy do tego wszystkiego dodamy dość specyficzną babcię?

  I Helena, samotnie wychowująca synka, którego jego ojciec nie za bardzo chce widywać. A może i lepiej, bo jego też pewnie zacząłby bić. Helenka ma siostrę Hannę, za którą nigdy nie przepadała, a która pisze do niej nagle, po pogrzebie ojca. Ojca Hanki, bo Helenka jest przecież córką kogoś innego. Kiedy Helenka przyjeżdża do siostry od razu zauważa coś dziwnego. Dlaczego jej własny syn tak bardzo przypomina syna Hanki, a co za tym idzie, jej zmarłego ojca?

  Soukupova w niezwykle odważny sposób porusza potężny problem. Prezentuje trzy różne historie, a każda z nich skupia się na braku czegoś. Na braku tego najważniejszego spoiwa, bez którego rodzina nie może być szczęśliwa, a w każdym z opowiadań jest nim coś innego. Podejmując tę tematykę autorka trafia w sedno. Porusza temat rozwodów, samotności. Prezentuje rozpady rodzin, zdarzające się we współczesnym świecie coraz częściej. Ileż to małżeństw rozstaje się teraz. Ile jest krzywd.  W dodatku autorka przedstawia czytelnikowi rodziny mierzące się z nie lada problemami, których sami rodzice nie potrafią przezwyciężyć, a mimo wyraźnej potrzeby, od nikogo nie dostają pomocy. A problemy, mają przecież to do siebie, że narastają i narastają…

  Co wyjątkowe, dwie pierwsze nowele Soukupova pisze z perspektywy dziecka. Niewinnego dziecka, które, w przeciwieństwie do dojrzałego czytelnika, niewiele z tego wszystkiego rozumie. Jej opisy są niezwykle obrazowe i tyle. W utworze nie spotkamy wyszukanych figur stylistycznych, ale prostotę. Opowiada o mrożących krew w żyłach sprawach w  sposób zupełnie pozbawiony emocji. Zimny. Wyzuty z jakichkolwiek refleksji. I zaryzykuję stwierdzenie, że właśnie w tym tkwi jej geniusz.  Tym brakiem analizy przekazuje naprawdę dużo.  O wiele więcej, niż nie jeden program czy polityk. I właśnie tym  podbija serca. Tym chłodnym brakiem interpretacji, którą pozostawia odbiorcy.

  Podsumowując, nie sposób nie stwierdzić, że Soukupova napisała fenomenalną książkę, której nie potrafię porównać do żadnej innej. Po prostu nie można nie wzruszyć się losem każdej rodziny, losem bohaterów. Nie sposób wyprzeć z pamięci przeczytanych historii. A to wszystko dlatego, że autorka szokuje. Szokuje czytelnika przerażającą rzeczywistością. 


Książka wydana przez wydawnictwo: Afera


sobota, 12 lipca 2014

"Powrót na Majorkę" Anny Klary Majewskiej 
- książka, która mnie urzekła


"-Lepsze dziś jajko niż jutro kokota!
  -Ko-ko-SZa! Mamo, ko-ko-SZa!
 -Przestańcie się tak kłócić o te zwierzęta! -
 ocknął się Michaś. -
Możemy już iść czy babcia jeszcze zemdleje?"


  Książka, o której dziś wam napiszę, to klasyczny przykład literatury, którą po prostu ubóstwiam i bardzo się cieszę, że przeczytałam ją właśnie w te słoneczne, wakacyjne dni, bo dopełniła mi tej idylli wręcz idealnie. Stuprocentowa wakacyjna lektura, choć mam wrażenie, że w zimowy wieczór też się sprawdzi zaspokajając nasze tęsknoty, bo w pewnym momencie sama zapragnęłam rzucić to moje szare, Polskie życie i lecieć na wyspę, którą podczas lektury nie sposób się nie zachwycić.  Mowa oczywiście o "Powrocie na Majorkę" Anny Klary Majewskiej. 


  Na wstępie kilka słów o autorce, gdyż wydaje mi się, że wielu z was może jej nie znać, gdyż i ja przed leturą książki również o niej nie slyszałam, a jest to osoba, której dorobek zawodowy może conajmniej imponować. Pisarka, felietonistka, projektantka oraz redaktor naczelna jednego z podróżniczych magazynów. W życiu prywatnym mama Franka, który jest już dorosłym chłopcem, oraz żona bankowca. Jest córką reżysera i pisarza Janusza Majewskiego oraz znanej pani fotograf Zofii Nasierowskiej. Wydała (poza "Powrotem na Majorkę") 3 książki: pierwszą część utworu, o którym mowa, o tytule "Rok na Majorce" oraz poradnik dla pań pt. "Jak dobrze wyjść za mąż po czterdziestce" i "Sekrety" napisane wraz dwiema innymi autorkami. Zwiedziła spory kawał świata i prywatnie myślę, że to dlatego jej opisy wyspy są tak dobre. 

  Przechodząc do książki, "Powrót na Majorkę" to zwariowana, przezabawna (tak, sama wielokrotnie śmiałam się w głos podczas lektury, a nie robię tego często!) powieść obyczajowa, jak dla mnie zdecydowanie podpadająca pod komedię charakterów. Zbliżająca się nieuchronnie do czterdziestych urodzin Magda ma dość życia w Warszawie. Zbuntowany nastolatek, nad którym (do czasu) w żaden sposób nie da się zapanować. Zapracowany konkubent zaniedbujący życie rodzinne i wszystko inne. Umierająca co chwila matka  (która podbiła moje serce przekręcaniem każdego związku frazeologicznego, którego używała )pragnąca więcej potomstwa, niż jedna sztuka. Brat gej pragnący za wszelką cenę zabrać syna Magdy na wakacje razem ze swoim partnerem. Ojciec, wchodzący w coraz bliższe relacje z młodziutką sekretarką... jak na dłuższą metę żyć w takich warunkach? Sposób jest tylko jeden. Magda, pod byle pretekstem ucieka z tego zwariowanego życia na Majorkę, którą kocha miłością bezgraniczną, a na której, mimo tego, że również wiele się dzieje, udaje jej się w końcu odpocząć. I powiem szczerze, jak to po takich powieściach, spodziewałam się banalnego finału fabuły, a autorka zupełnie mnie zaskoczyła. Na plus, oczywiście, bo dzięki temu nie wyszła jej kolejna banalna książka, w której bohaterka rzuca wszystko i zaczyna nowe życie, lecz naprawdę przyzwoita powieść kobieca. 

  Co urzekło mnie w tej książce, poza fabułą, to to, że w smaczny sposób Majewska wyjaskrawia dzisiejsze tematy tabu. Wbrew pozorom nie ośmiesza ich ani nie ironizuje, jak robi to wielu twórców, lecz przemyca je w naprawdę sprytny sposób do fabuły sprawiając, że lektura nie jest książką oczywistą i może pobudzić komórki mózgowe czytelnika do refleksji. Ciekawa jestem, jaki zamysł miała autorka wprowadzając te tematy. Czy chciała, żeby po prostu było się z czego pośmiać, czy stało za tym coś więcej? Cóż, na chwilę obecną jest to dla mnie naprawdę ciekawą zagadką wartą rozwiązania i mogę tylko spekulować. W każdym razie, zrobiło to na mnie wrażenie oraz zaintrygowało. 

  Przechodząc do jezyka. Warsztat Pani Majewskiej jest naprawde dobry. Od pierwszych stron zachwyca płynność potocznego języka, dynamizm oraz przeogromne poczucie humoru. Autorka biegle operuje figurami stylistycznymi, a co miłe, nawet specjalistycznym słownictwem z różnych dziedziń, czego wcale się po niej nie spodziewałam, a co zaskoczyło mnie podczas lektury. No i te przepiękne opisy Majorki... 

  Podsumowując, ja pokochałam "Powrót na Majorkę" całym sercem, czego właściwie się nie spodziewałam. Język jest potoczny i sprawia, że czyta się ją naprawdę łatwo, a setki przekomicznych sytuacji (skąd Pani Majewska je bierze?) sprawiają, że po prostu nie sposób nie śmiać się podczas lektury. To przyjemna powieść podbijająca kobiece serca i z pewnością sięgnę po kolejną powieść autorki. Mam też nadzieję, że "Powrót na Majorkę" trafi do naprawdę wielu czytelniczek, ponieważ zdecydowanie na to zasluguje. Zachęcam was do podróży na Majorkę razem ze zwariowaną Magdą. Na pewno nie pożałujecie. A co gorsza, jestem pewna, że nie będziecie chcieli z niej wracać...



Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:

piątek, 11 lipca 2014

Czas na przegląd nowości! 

  Wakacje/ urlopy, czy nawet długie letnie wieczory, to czas przez wielu intensywnie spędzany z książką w dłoni i szklaneczką chłodnej lemoniady u boku. Z tej okazji, serwuję wam szybki przegląd letnich propozycji, tym razem przygotowanych przez 4 bardzo ciekawe wydawnictwa. Zapraszam do lektury! 


  Zacznę od pozycji nieco cięższej, dla tych, którzy dość mają wiecznego czytania letnich, lekkich powieści, lub dość nie mają, ale lubią dla odmiany sięgnąć też po coś, co nie pozwoli do końca zatrzeć się ich szarym komórkom. Przedstawiam wam niesamowity utwór "Pupilla", którego autorką jest Katarzyna Przyłuska-Urbanowicz. 


 "Słowo pupilla oznaczało w łacinie laleczkę, dziewczynkę, sierotę, osobę nieletnią znajdującą się pod czyjąś kuratelą – a zarazem źrenicę, pierwotnie nazywaną tak z powodu maleńkiego obrazu nas samych („laleczki”), jaki dostrzegamy w oku osoby, na którą patrzymy. Jednak pupa to po łacinie również poczwarka, czyli stadium rozwojowe owadów, które podlegają przeobrażeniu zupełnemu. W miękko brzmiącym słowie pupilla tkwi już zatem zapowiedź radykalnej metamorfozy. [...] Pupilla to bowiem figura inicjacji, patronująca odbieraniu niewinności – intelektualnej, erotycznej, metafizycznej. Figura paradoksalna: mechanizm jej działania opiera się przecież na udawaniu kogoś, kto sam inicjacji potrzebuje. W tym właśnie tkwi jej siła i na tym między innymi polega groza zapowiadanego przez nią doświadczenia."
 Jest to utwór, którego sama jestem niezwykle ciekawa. Zaintrygował mnie, gdy tylko pierwszy raz natrafiłam na informację o nim i niezwykle się cieszę, że już za kilka dni będę miała możliwość przeczytać i zrecenzować go dla was. 


  Druga pozycja, typowo wakacyjna, lekka i idealna do zabrania ze sobą na plażę, do lasu, nad jezioro... gdziekolwiek, to niezwykle sympatyczna książka pt. "Sama tego chciałaś Zuzanno", która całkiem niedawno wyszła spod pióra Krystyny Bartłomiejczyk. 
  Jest to zabawna opowieść  o Zuzannie. "Bohaterka  to żona prawnika, matka dwóch gimnazjalistek oraz przyjaciółka swoich przyjaciółek (też dwóch). Prowadzi uporządkowane życie, które toczy się wokół listy: zrobić zakupy, wstawić pranie, upiec ciasteczka (słodkie kalorie, którym tak trudno się oprzeć). Rola kury domowej trochę ją uwiera, ale tylko czasem i nie za mocno. Rzadkie objawy buntu dusi w zarodku troskliwy małżonek. Ustalony rytm nie wymaga szczególnej inwencji. Do czasu. Kiedy na horyzoncie pojawia się Wiewióra (figura modelki, pięćdziesiąt kilo seksapilu) życie Zuzanny zaczyna przypominać jazdę na diabelskim młynie. A koło się rozpędza…" Kto wybierze tę książkę? Ja jestem na tak!



  Trochę inna gatunkowo, ale również interesująca pozycja, tym razem dla młodzieży, to książka "Tatuaż z lilią" Ewy Seno. Tutaj rzeczywistość miesza nam się z fikcją, więc jeśli lubicie takie klimaty, to książka idealna dla was! 

  "Pierwszy tom nowej serii młodzieżowej z elementami paranormalnymi. Gdy Nina kończy 18 lat, w jej życiu zdarza się aż nadto przełomów. Jej chłopak okazuje się zainteresowany też innymi dziewczynami. W wypadku samochodowym giną jej rodzice. Jedynaczka na dalszą część edukacji wyjeżdża z Wilanowa do swojej ciotki w Stanach Zjednoczonych. Ale w rzeczywistości przenosi się dalej niż za ocean. Okazuje się, że otrzymany w emocjonalnej chwili tatuaż zaczyna być dla niej kluczem do świata Antilii, w którym nie wszyscy są przyjaciółmi…"
  Prawda, że jest to ciekawa pozycja?




  No i na zakończenie przeglądu coś z zupełnie innej beczki, dla tych, którzy sięgają nie tylko po klasyczną literaturę dla Pań. Zachęcam was do lektury ksiażki pt. "Drzewo migdałowe" Michelle Cohen Corsanti, bijące rekordy popularności, w tym momencie przełożone już na ponad 30 języków. Książka opisuje losy chłopca, następnie mężczyzny podczas wojny Palestyny z Izraelem. To naprawdę świetna powieść, porównywana często i gęsto do "Chłopca z latawcem".

  "Młody Palestyńczyk – Ahmad – żyje ze świadomością, że nie jest w stanie wygrać z logiką okrutnej wojny. Dorasta w środowisku przesiąkniętym strachem przed utratą domu, pracy albo życia. Najgorsza jest jednak obawa o bliskich. Nie wiadomo, co przyniesie jutro. W dwunaste urodziny Ahmad staje twarzą w twarz z najgorszymi widmami. Siostra traci życie, ojciec z jego winy trafia do więzienia, izraelskie wojsko konfiskuje dom, a ukochany brat pała żądzą zemsty, która może go doprowadzić tylko do zguby. Ahmad musi się zaopiekować skrzywdzoną rodziną i odnaleźć lepszą przyszłość dla siebie. Obdarowany cudownym umysłem, zdolnym przełamać wszelkie matematyczne granice, chce dać nadzieję sobie, swoim bliskim i udręczonej ojczyźnie."
  Bez tej lektury tegoroczne wakacje nie zaliczone są do książkowo udanych. Pozycja obowiązkowa! 

Która z książek trafia do was najbardziej? 




Wszelkie informacje o książkach zaczerpnięte są ze stron wydawnictw. 

czwartek, 10 lipca 2014

„Wiśniowy Dworek” Katarzyny Michalak,
 recenzja


  Są głośni autorzy, po których książki sięga się głównie dlatego, że jest o nich „głośno”. Powinnam wyznać już na wstępie, że lektura „Wiśniowego Dworku” była moim pierwszym kontaktem z twórczością Pani Michalak i sięgnęłam po niego głównie dlatego, że ostatnio wiele o tej autorce słyszałam, a wcześniej, dziwnym trafem, nigdy nie zwracałam uwagi na jej książki, choć szeroko pojmowana literatura kobieca jest mi naprawdę bliska. Poza tym, powszechny zachwyt nad twórczością Pani Katarzyny wydał mi się naprawdę niesamowity i chyba sama chciałam się przekonać, czy jest czym się zachwycać. No i jakie mam wrażenia? Przyznam szczerze, mieszane. Spodziewałam się chyba czegoś więcej po fragmencie zamieszczonym na skrzydełku okładki, ale nie mogę też całkowicie tej książki przekreślić, bo była naprawdę przyzwoita. Myślę, że w moim wypadku, too po prostu kwestia zbyt wybujałych oczekiwań.


  Generalnie pomysł na fabułę bardzo mi się początkowo podobał i choć po lekturze, mam wrażenie, że w powieści działo się zbyt wiele, to nadal wydaje mi się on być dość oryginalny. Danusia, urocza romantyczka, której nie sposób nie pokochać. Nauczycielka w małej wiejskiej szkole, która mieści się w Wiśniowym Dworku , a którego poddasze zaadaptowano na mieszkanko dla bohaterki. Druga, Danka, postrzelona, odnosząca sukcesy w życiu zawodowym, przedstawicielka warszawskiej korporacji. W przedziwny sposób losy kobiet łączą się (dla mnie osobiście trochę zbyt szybko, potrzymałabym czytelnika dłużej w niepewności, wtedy na pewno lektura byłaby przyjemniejsza), aby sprowokować dalsze wydarzenia oraz wpłynąć na bieg  niezwykle dynamicznej fabuły.

  Do gustu, poza pomysłem na fabułę, przypadł mi również język autorki oraz narracja utworu. Pani Michalak w umiejętny sposób wykorzystuje ciekawe zabiegi stylistyczne, niecodzienne epitety, wyszukane metafory, które sprawiają, że książkę czyta się naprawdę płynnie i przyjemnie i rozumiem, że tym również zaskarbić mogła sobie grono wiernych czytelniczek. Poza tym, książka jest logicznie podzielona, język potoczny i płynny, choć zawierający nieco imponujących zabiegów, co z pewnością wpływa na odbiór utworu. Jak mówiłam, rzuca się w oczy również dynamiczna akcja.

   Mi osobiście do gustu najbardziej przypadła końcówka utworu, która pod względem językowym wydała mi się dużo lepsza niż powiedzmy, początek oraz środek powieści. I gdyby całość utrzymana była w takim charakterze, jak owa końcówka, z pewnością pokochałabym tę książkę od razu, a tak, polubiłam ją, ale, aby pokochać twórczość autorki, muszę chyba sięgnąć po więcej, ponieważ aktualnie czuję lekki niedosyt. Może apetyt, w tym wypadku, wzrośnie w miarę jedzenia?


  Podsumowując, choć na okładce znajdziemy informację, że książka idealna jest na jesienny wieczór, ja napiszę, że idealna jest też na letni poranek, popołudnie i nieprzespaną noc. Rozumiem, że wiele czytelniczek pokochało twórczość Pani Katarzyny, bo jej książka naprawdę była urocza. Klimatyczna. Specyficzna. Ale ja chyba jeszcze tego stanu nie osiągnęłam. Zaprzyjaźniłam się z jej twórczością, ale to jeszcze nie miłość. Mam nadzieję, że wraz z lekturą kolejnych jej książek, ulegnie to zmianie. 

Książka wydana przez: Wydawnictwo Literackie

poniedziałek, 7 lipca 2014

W. Welch "Księgarenka w Big Stone Gap"
- przedpremierowa recenzja książki


  "Jeżeli kiedykolwiek rzuciliście "ważne" zajęcie, aby zrobić coś lepszego, ta książka jest dedykowana wam. Jest też dedykowana wszystkim, którzy kochają książki."

 Moja przygoda z "Księgarenką" rozpoczęła się od momentu, kiedy tylko zobaczyłam w internecie jej okładkę i pomyślałam wtedy: o tak, to książka, którą koniecznie muszę przeczytać. Muszę mieć. Bardzo niewiele książek urzeka mnie okładkami. Zwykle wybieram je ze względu na autora, opis zamieszczony na okładce oraz szybkie prześledzenie wzrokiem języka, którym jest pisana. Z "Księgarenką" było inaczej. I może dobrze się stało, bo jest to książka inne niż wszystkie. To wyjątkowa książka o książkach. 

  Wendy i Jack to specyficzne małżeństwo, które znużone ciągłymi przeprowadzkami i szaleństwami młodości, a do tego znudzone tradycyjną pracą, przez całe życie marzy o tym, aby, gdy tylko nadarzy się ku temu odpowiednia okazja, otworzyć własną księgarnię z używanymi książkami. I kiedy znajdują się w przełomowym momencie swojego życia, kupują stary dom w maleńkim miasteczku i opijając dokonaną inwestcję dochodzą do wniosku, że kupno domu jest pierwszym krokiem ku spełnieniu tego marzenia. I choć ich budżet jest mocno naciągnięty, a oni, poza tym marzeniem nie mają praktycznie nic (chyba, że liczyć by chęci i zapał), księgarnia któregoś dnia zostaje otwarta. 

  Na poczatku jest ciężko. Brak środków na reklamę. Sceptycznie podchodząca do działalności miejscowa społeczność. Setki używanych książek, których ze względu na temat, nikt nie chce kupić... Wszystkie te trudności z pewnością odstraszyłyby nie jednego. Ale nie Wendy i Jacka. Oni idą do przodu jak burza, konsekwentnie dopinając swego, można by powiedzieć, na przekór wszystkim i wszystkiemu, po to, aby opowiedzieć czytelnikowi o tym, czego przez te parę lat, od otwarcia działalności, udało im się dokonać. I mam wrażenie, że jeszcze po to, aby przekonać go, że nawet najbardziej wygórowane i pozbawione punktu zaczepienia w rzeczywistości marzenie można spełnić przy odpowienim wysiłku i samozaparciu. To zdecydowanie pozycja, którą warto przeczytać, aby nie zatracić tej dziecięcej wiary. Wzmacnia ona nadzieję na realne dokonywanie niemożliwego. Bo przecież ta historia wydarzyła się naprawdę... 

  
  Odchodząc od tematyki, książka podzielona jest na krókie, ale treściwe rozdziały, które naprawdę płynnie się czyta, a które umożliwiają czytelnikowi zrobienie przerwy w dowolnym momencie utworu, co dla mnie osobiście, jest wielkim plusem, ponieważ nie gubię w ten sposób wątku. Do tego podoba mi się język, jakim posługuje się autorka. Choć z pozoru prosty i klarowny, ma w sobie to coś. Wbrew wrażeniu, jakie odnieść można na początku, nie są to zwykłe zapiski kobiety, dotyczące prowadzenia księgarni. Każdy rozdział prowokuje do głębszych refleksji, do czego przyczyniają się przede wszytskim przepiękne myśli bogate w środki stylistyczne kończące rozdziały. Wprowadzają one w przesympatyczny klimat utworu, sprawiając, że nie chce się opuszczać księgarenki. Przesiąka się nią. I niemalże czuje mruczenie, wylegującej się na regałach między przestarzałymi pozycjami, kotki.  

  Nie sposób nie wspomnieć też o tym, co mnie samą zaskoczyło. Bardzo niewielu twórców ma tę zdolność, że pomimo bardzo niewielkiej liczby dialogów w stosunku do opisów, zachowują dynamikę akcji i jej płynność, unikając przestojów i nudy. Wendy Welch znakomicie się to udało. Potrafiła sprawić, że jej książkę po prostu się pochłania zatracając przy tym poczucie czasu. Naprawdę nie jeden twórca mógłby jej tego pozazdrościć. 

  Podsumowując, "Księgarenka w Big Stone Gap" to nie tylko zwykła książka. To książka o spełnianiu marzeń. O realizacji tego, co trudne do osiągnięcia, gdy się nie chce i gdy jest trudno. Do tego powieść niezwykle klimatyczna, od której aż nie chce się odrywać. To świetnie napisana opowieść o klarownej fabule, zarazem obfitującej w przeróżne zaskoczenia i zrządzenia losu. Aż wreszcie: to książka, którą warto przeczytać. Nie. To książka, którą koniecznie powinien przeczytać każdy czytelnik. Otwiera oczy na bardzo wiele spraw. Zachęcam! 


Za udostępnienie mi egzemplarza recenzenckiego 
dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


niedziela, 6 lipca 2014

Recenzja książki pt. „Kobiety to męska specjalność” Łukasza Gołębiewskiego

  Na wstępie muszę przyznać, że nie znałam wcześniej ani autora ani jego powieści. Do lektury zachęciła mnie informacja zamieszczona przez wydawnictwo na okładce, mówiąca o tym, że jest to twórca nagrodzony m.in. medalem ministra kultury „Zasłużony dla kultury polskiej”, bo przecież nie nagradza się tym medalem byle kogo i za byle co. No i zdjęcie autora z kotem. Ono urzekło mnie najbardziej.

  Przechodząc jednak do książki, powtórzę się może (i to wcale nie dla tego, że chcę za wszelką cenę schlebiać wydawnictwu), ale jest to kolejna z książek Burdy, którą mam okazję przeczytać, a która zachwyca mnie wydaniem. Po prostu trafia w mój gust, z pewnością jak w gusta wielu.

  Utwór jest opowieścią pisarza o nazwisku Bykowski, choć wielu myli go z Charlesem Bukowskim. Opowieścią o jego życiu, a przede wszystkim kobietach, z którymi niezobowiązująco się w tym życiu spotyka. Książka z pozoru wydaje się być po prostu przeglądem tych kobiet, robi wrażenie pustej. Ja jednak po jej lekturze odniosłam nieco inne wrażenie. Jest to opowieść mocno ocierająca się o psychologię, która opisuje pozbawione głębszej treści życie człowieka samotnego, nieumiejącego się związać, którego jedyną stałą towarzyszką jest kotka Muho oraz jej adorator, kot sąsiadki: Pchlak. Życie Bykowskiego kręci się wokół kobiet i alkoholu. Mieszka samotnie w centrum Warszawy. Pisze. Interesuje go literatura. Wydaje się być zwykłym obywatelem po prostu nieznającym umiaru,  mieszkającym sobie spokojnie z manekinem o imieniu Zuzka. Co jednak stanie się, kiedy ktoś, nie zdolny do jakiejkolwiek stałości (poza życiem w zamkniętym  schemacie) zakocha się, w dodatku w w przedziwnych okolicznościach? Co stanie się, kiedy okaże się być kimś, kim tak naprawdę przez cały utwór nie wydawał się być? Powiem szczerze, dawno żadna książka mnie tak nie zaskoczyła, w dodatku w momencie, w którym naprawdę się tego nie spodziewałam, bo spodziewałam się przeczytać po prostu zwykłą powieść, opowiadającą o może trochę zbzikowanym, ale nadal zwykłym, mężczyźnie. Zamykając książkę po lekturze, naprawdę byłam w szoku. Pozytywnym szoku, rzecz jasna.

  I choć może to nie jest typowe, chciałabym, pisząc o tej powieści, skupić się bardziej na formie, nie treści, gdyż ta, choć fabuła była niezła, po prostu mnie zachwyciła. Tak. Mało który autor wywiera na mnie wrażenie perfekcyjnie zaplanowaną formą utworu oraz swoją wiedzą z zakresu literatury. Łukasz Gołębiewski zrobił to właściwie od razu, nawet nie tylko za sprawą doskonałej pierwszoosobowej narracji.
Utwór podzielony jest na 3 części. Pierwsza z nich składa się z rozdziałów zatytułowanych imionami kobiet. Jest to przegląd pań, z którymi Bykowski się spotyka, z którego dowiadujemy się dużo o nim samym, a która stanowi zdecydowaną większość utworu. Druga część odbiega już od tego schematu. Jest dość zwięzła, wydaje się ostatnią, kultową dla utworu. I kiedy czytelnik myśli już, że przeczytał po prostu przeciętną książkę, dochodzi do epilogu, który sprawia, że całkowicie inaczej zaczyna na utwór patrzeć. Dostrzega w nim coś więcej. Orientuje się, o kim tak naprawdę przeczyta książkę. (Wybaczcie, choć chciałabym, nie mogę napisać więcej, gdyż nie chcę wam spolerować.)

  Jak już wspomniałam, imponująca jest też przemycana do utworu wiedza autora. Nic dziwnego, narrator jest przecież pisarzem, jednak i tak robi to na mnie wrażenie. Mnie Gołębiewski kupił już we wstępie odwołaniem do petrakizmu, motywu, który wprost uwielbiam i zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest jednym z moich ulubionych motywów literackich. Poza tym masa wtrąceń i odwołań… to wszystko naprawdę imponujące. No i te momenty, w których pisze o swojej kotce. Tak, forma utworu i język jest naprawdę ciekawy.

  Jedyne, co denerwowało mnie w książce to dość ordynarne i wulgarne słownictwo. Być może dlatego, że ja po prostu jestem purystką i dbałość o język jest dla mnie ważna. Może też dlatego, że takie słownictwo mnie razi i go nie lubię. W każdym razie, w moim prywatnym odczuciu jest to minus utworu.


  Podsumowując więc, „Kobiety to męska specjalność” jest książką oryginalną. Jeśli macie ochotę przeczytać coś takiego, polecam wam po nią sięgnąć. Mnie zaintrygowała.


Za egzemplarz recenzyjny dziękuję wydawnictwu: 

piątek, 4 lipca 2014

Nowa współpraca Informatora! 


Mam przyjemność poinformować, że Informator nawiązał współpracę z Wydawnictwem Wielka Litera, tytułem czego na blogu, gdy tylko książki do mnie dotrą, pojawią się 2 recenzje wakacyjnych propozycji tego wydawnictwa. Kilka słów o nich: 


  Pamiętacie kultową książkę pt. "Rok na Majorce"? Od kilku dni w sprzedaży dostępna jest druga część powieści, którą już niedługo będę miała przyjemność dla was zrecenzować. Oto co możemy przeczytać o utworze na stronie wydawnictwa:

  "Po kilku miesiącach sielankowego życia w Polsce u boku ukochanego Marka Magda zaczyna tęsknić za gorącymi plażami Majorki. Ivanka przeżywa problemy sercowe i potrzebuje pomocy przy prowadzeniu kawiarni, a kipiący hormonami Paco marzy o poznaniu seksownej Słowianki i zamierza znaleźć ją właśnie w Polsce. Magda rusza na pomoc majorkańskim przyjaciołom. Już pierwsze promienie słońca sprawiają, że wracają gorące wspomnienia, a pewien wyjątkowo pociągający blondyn sprawia, że odległa Warszawa, w której został Marek, wydaje się jeszcze bardziej szara i nudna…"



  Drugi utwór, który trafi do mnie, to książka pt. "Tylko on" wchodząca w skład nowej serii autorki o nazwie Love Flowers. Książka w sprzedaży od 2 lipca.  Historia wydaje mi się być  ciekawa, tymbardziej, że nie znam jeszcze autorki. Na stronie wydawnictwa czytamy: 

  "Maria, Zimna Wdowa, słynie z niezwykłej urody i ognistego temperamentu. Jej osoba wzbudza wielkie zainteresowanie i pożądanie wśród mężczyzn – wydaje się niedostępna i oziębła, a jej przeszłość osnuta jest mgłą tajemniczości. W młodym wieku pochowała już dwóch mężów. Jej małżeństwa były aranżowane przez znienawidzonego ojczyma, lorda Weltona, który trzyma Marię w szachu. Kilka lat temu rozdzielił ją z ukochaną siostrą i od postępowania Marii zależy bezpieczeństwo Amelii. Zimna Wdowa nie ustaje w poszukiwaniu młodszej siostry oraz planowaniu uwolnienia się od ojczyma i zemsty na nim. Póki co musi brać udział w jego intrygach. Właśnie otrzymała od Weltona kolejne zadanie: ma wykorzystać swój nieodparty urok, aby dowiedzieć się, dlaczego Christopher St. John, niepokorny pirat, został zwolniony z więzienia. Tymczasem jedyną szansą St. Johna na uniknięcie stryczka jest użycie swego legendarnego czaru uwodziciela, aby rozpuścić lód w sercu Marii i przejrzeć jej zamiary. Oboje okazują się godnymi siebie i równie atrakcyjnymi przeciwnikami. Uwikłani w niebezpieczną, ale jakże zmysłową intrygę, oboje chcą wygrać w tej niełatwej grze uwodzenia i pożądania, w której wszystkie chwyty są dozwolone, a oprócz interesów i namiętności zaczyna się liczyć coś więcej..."


Której z książek jesteście bardziej ciekawi?