niedziela, 31 sierpnia 2014

Tajna misja w czasach nienawiści i zdrady
w "Krawcowej z Madrytu" M. Duenas


  Naprawdę rzadko kiedy zdarzają się debiuty, które od razu po wydaniu odnoszą tak ogromny sukces jak "Krawcowa z Madrytu", która przyniosła Marii Duenas rozgłos na miarę światową, a prawa do wydania książki w niespełna kilka miesięcy po debiucie od razu wykupiło 25 krajów. Takie debituty w historii literatuy zdarzają się naprawdę rzadko i za każdym razem, kiedy sięgam po taką powieść, myślę sobie, że można by przecież postawić  pytanie, w czym tkwii magia, którą oferuje czytelnikowi autor takiego utworu W czym tkwii geniusz Duenas? Odpowiedź jest tylko jedna. Mam nadzieję, że po mojej recenzji sami będziecie potrafili ją sformułować. 

 Młoda dziewczyna, szczęśliwie zaręczona, przyucza się do roli krawcowej w jednym z najbardziej znanych madryckich zakładów krawieckich. W kilka dni przed ślubem poznaje jednak mężczyznę, który do szaleństwa zawraca jej w głowie. Gdy młodzi orientują się, że Hiszpania stoi u progu wojny domowej, czym prędzej pakują się i wyjeżdżają do Maroka z kilkoma walizkami i ogromną nadzieją na lepsze życie. W Afryce okazuje się jednak, że kochanek znika bez śladu, pozbawiając Sirę nie tylko męskiego ramienia, ale też wszelkich pieniędzy. Zostawia w zamian coś zupełnie nieoczekiwanego: dziecko, które młoda dziewczyna ma nosić przez 9 miesięcy pod swoim sercem. 

   Załamana Sira po licznych perypetiach wychodzi w końcu na prostą. Dzięki pomocy pewnej kobiety udaje jej się otworzyć w Maroku dobrze prosperujący zakład krawiecki. Zyskuje sobie nowych przyjaciół, którzy potem okażą sie postaciami ważnymi dla historii Hiszpanii. Sira zakochuje się w młodym dziennikarzu, z którym nie może się jednak związać przez wzgląd na rozsądek i fakt, że młody mężczyznam w niedługiej przyszłości będzie musiał opuścić Maroko. Kiedy dziewczyna ponownie zostaje sama dostaje od tajemniczych ludzi propozycję, aby podjąć się niezwykle niebezpiecznej misji i wrócić do Madrytu. Odtąd jej losy splatają się z losami postaci historycznych, a ona, prowadząc atelier światowej mody podejmuje się kolejnych niebezpiecznych myśli. Co jednak będzie, gdy kilku osobom uda się odkryć, że Sira jest szpiegiem? I co z dziennikarzem, który niegdyś zniknął bez śladu? Czy ich drogi jeszcze się spotkają?

  Maria Duenas w "Krawcowej z Madrytu" prezentuje nam istny "literacki koktajl". Mamy przygody i szpiegostwo. Historię i powieść wojenną. Glamour i namietność. Modę i szyk. Historie wybitnych dam noszących wysoko głowy i podwójnych agentów. Nie braknie zawodów miłosnych oraz wielkiego krawiectwa. A to wszystko w mistrzowski sposób zamknięte w niespelna 600 stronach napisanych przepięknym, wartkim językiem, jakiego autorce pozazdrościć mogą światowi twócy porządnej literatury. To wspaniała ksiażka, któa pomimo objętości pochłania do reszty. Ja sama zasiadłam do niej z zamiarem, aby tylko zacząć i nim się zorientowałam, przerzucałam już 400 stronę utworu. To jedna z tych książek, wobec których nie przechodzi się obojętnie i które wyciskają przeogromne piętno na każdym czytelniku, nie ważne w jakim jest wielku czy jakiej narodowości. 

  Podsumowując, jeśli nie poznaliście jeszcze losów młodej Siry, koniecznie musicie to zrobić. Naprawdę dawno nie czytałam tak wyjątkowej powieści, w któej odnalazłabym wszystkie cechy literatury z najwyższej półki. Poza tym powieść napisana jest dynamicznym, pięknym jezykiem i wiarygodnie oddaje rzeczywistosć czasów, o których opowiada. No i ten wątek miłosny, który śnił mi się potem po nocach! Ostatnio rzadko zdarza mi się wpaść w tak ogromny zachwyt nad książką i w tak ostentacyjny sposób dawać temu upust w recenzji. Ale to wszystko świadczy tylko o jednym: Maria Dueanas napisała naprawdę cudowną książkę.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa: 


sobota, 30 sierpnia 2014

"Wszystko moje!  czyli o tym,
 jak kruk zrozumiał, że przyjaźń jest najważniejsza" 


   Kiedy wasze pociechy wchodzą w etap "to moje, oddaj", jest to naturalna kolej rzeczy i nie ma się co niepokoić. Każde dziecko przez to przechodzi i wielu rodziców rozdmuchuje sprawę na marne, ponieważ za kilka miesięcy przejściowy stan mija. Jeśli jednak chcecie sięgnąć po lekcję dla malucha o tym, że warto się dzielić i mieć przyjaciół, bo oni są w życiu najważniejsi, żeby nie wychować zamkniętego w sobie małego egoisty, z całą pewnością powinniście sięgnąć po kolejną książeczkę o kochanym przez dzieci na całym świecie kruku, która ukazała się całkiem niedawno nakładem wydawnictwa Skrzat. 

  Mały kruk, znany między innymi z bajeczek takich jak: "Co wolno, a czego nie? czyli bycie grzecznym nie jest łatwe", albo "Nic nie szkodzi, to może zdarzyć się każdemu" kolejny raz wychodzi do dzieci z potrzebną lekcją. Kruk od zawsze byłby bardzo lubiany, gdyby nie to, że zaczął kraść wszystko, co tylko wpadło mu w bystre oko. Dzięki swoim chytrym i przebiegłym sztuczkom zdobywa cenne dla przyjaciół zabawki i inne przedmioty, które starają się przed nim na różne sposoby ukryć. Jednak kiedy kruk zdobywa już swoje upragnione fanty, okazuje się, że zdobywając przedmioty zostaje zupełnie sam i nie ma się z kim bawić. Smakuje samotności i uwierzcie mi, że małemu krukowi wcale, a wcale się to nie podoba... 

  Wydawnictwo Skrzat prezentuje nam kolejną z edukacyjnych książeczek, które nie tylko bawią, ale w sprytny sposób przemycają do głowy małego czytelnika uniwersalne wartości. Poza tym czytelnicy na kartach opowieści o kruku spotkać mogą znanego zewsząd bohatera, którego uwielbiają i dowiedzieć się czegoś wartościowego obserwując jego zachowanie. Opowieści o kruku uroku dodają wspaniałe ilustracje, które wykonała Annet Rudolph, a które dzięki żywej kolorystyce oddziałują na zmysły nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Obrazki są pomyślane w ten sposób, że dziecko słuchając bajki może wypatrywać szczegółów, o których mowa w tekście, ćwicząc w ten sposób swoją spostrzegawczość oraz naprawdę świetnie się bawić! Starsze dzieci, dzięki dużym literom mogą też szlifować umiejętność czytania podczas lektury. Czego rodzic może chcieć więcej?

  Podsumowując, kolejna książeczka z serii o kruku wywarła na mnie i dzieciach, którym miałam możliwość ją przeczytać naprawdę pozytywne wrażenie. Kolorowe obrazki rysowane perfekcyjną kreską przyciągają wzrok tak, że nieraz musiałam siłować się z małymi czytelnikami, żeby przewrócić stronę na następną. Poza tym jak tu nie pokochać kruka urwisa, który ostatecznie wybiera przyjaciół i oddaje im zabrane wcześniej zabawki? O tak. Zdecydowanie mam ochotę na więcej! 


Książeczkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:


piątek, 29 sierpnia 2014

Kunsztownie skrywana tajemnica -
P.D. James i "Całun dla pielęgniarki"


   Zastanawialiście się kiedyś jakie są cechy dobrej, ale takiej naprawdę dobrej książki? Z pewnością wielu z was jako jedną z nich wymienia fakt, że jest to książka, która wciąga do tego stopnia, że nie można się od niej oderwać. Jeśli szukacie właśnie takiej książki, to możecie ustać w poszukiwaniach. Znalazłam ją wczoraj i chętnie podzielę się z wami refleksjami na jej temat. Mowa oczywiście o "Całunie dla pielęgniarki" autorstwa P.D. James, która to książka całkiem niedawno ponownie ukazała się nakładem wydawnictwa W.A.B. 

  "Całun dla pielęgniarki" to kryminał wchodzący w skład serii powieści o policjancie poecie Adamie Dalgliesh ze Scotland Yardu, z których większość została zekranizowana. Autorką tej serii jest znzana angielska pisarka Phyllis Dorothy James Withe, która właśnie tej serii zawdzięcza swoją popularność na arenie międzynarodowej. Autorka jest laureatką wielu prestiżowych nagród literackich zarówno w swoim kraju, jak i zagranicą. Tą, którą powinna się szczycić najbardziej z pewnością jest International Crime Writting Hall of Fame. 

 W Nightingale House, odwiecznej szkole dla pielęgniarek mieszczącej sie w starym budynku tuż obok szpitala, w tajemniczych okoliczonościach, a zarazem na oczach wielu świadków, giną dwie studentki trzeciego roku. Obie nie były zbyt lubiane, obie były też sierotami, samymi w tym świecie jak palec. Nie ulega wątpliwościom, że dziewczęta zostały otrute w dodatku przez kogoś z zamkniętego środwiska lekarzy i pielęgniarek. Policjant- detektyw, Adam Dalgliesh daje sobie tydzień na odnalezienie sprawcy, działającego "z chirurgiczną precyzją" zabójcy. Z upływem czasu śledztwo ukazuje mu coraz więcej skrywanych sekretów, kłamstw, słabości, a nawet prowadzi do odkrycia szantażów, które miały miejsce w tej małej, zamkniętej społeczności. A wszystko to prowadzi do jednego: rozwikłania mrocznej tajemnicy śmierci dwóch pięlegniarek. 

  P.D. James w swojej książce tworzy niesamowity klimat, którego pozazdrościć mogą jej współcześni twórcy powieści kryminalnych. Kunsztownie wykreowana fabuła, w której liczy się każdy, najdrobniejszy nawet szczegół, a przede wszystkim zachwycająca kreacja każdego z bohaterów osobno sprawiają, że "Całun dla pielęgniarki" wywiera na czytelniku naprawdę potężne wrażenie. Do tego autorka sięga w powieści po temat, który wydaje się być wciąż aktualny, mimo upływu czasu: ukazuje relacje oraz układy, w które wplątani są ludzie żyjący ze sobą na codzień w zamknętej społeczności. Obnaża ich zwyczaje, które znają tam wszyscy na wzajem oraz ich najmroczniejsze strony, które każdy z bohaterów stara się jak najlepiej ukrywać przed pozostałymi. A wszystko to P.D. James czyni w sposób mistrzowski, któemu nie można dosłownie nic zarzucić. W jej książce nie ma miejsca na dopowiedzenia czy zagmatwania. Wszystko wykłada czytelnikowi czarno na białym, starannie dozując jednak napięcie. Czego chcieć od kryminału więcej? 

  Podsumowując, serwuję wam dziś garść informacji o świetnie napisanej powieści kryminalnej, wchodzącej w skład kultowej serii o policjancie poecie, która na całym świecie narobiła sporego zamieszania i zjednała sobie rzesze czytelników. I powiem wam, że wcale się temu nie dziwię, ponieważ kiedy zaczęłam czytać tę książkę, wprost nie mogłam jej odłożyć, a to chyba najlepsza rekomendacja, jaką lekturze można wystawić. Mroczny świat, wykreowany przez P.D. James pochłonął mnei do reszty. Bez opamiętania. 


Za możliwość przeczytania powieści dziękuję serdecznie: 


czwartek, 28 sierpnia 2014

Lekka obyczajówka z problemem w tle
- "A nawet mężczyzna" Małgorzaty Maj



  Lubię książki, które są lekkie, a jednocześnie zawierają w sobię tę nutkę tajemnicy, która prowokuje do myślenia. Właśnie taka jest książką Małgorzaty Maj pt. "A nawet mężczyzna", która pod koniec lipca ukazała się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. Zabawna, że aż boki zrywać, wciągająca, a do tego oscylująca wokół tajemniczego problemu. Książka, po której przeczytaniu przez jakiś czas nie ma się ochoty na żadną inną. 


   "A nawet mężczyzna" to druga już książka pani Małgorzaty, choć przyznam szczerze, nie miałam przyjemności poznać tej pierwszej i koniecznie muszę nadrobić tę zaległość. Pisarka debiutowała powieścią pt. "Weronika zmienia zdanie", która ukazała się również nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. Autorka pochodzi z Kołobrzegu, gdzie w znacznej mierze rozgrywają się jej powieści. Jest również znaną w tamtejszym środowsiku dziennikarką i to właśnie na łamach gazet szlifowała swój styl pisarski. Książka, o której dziś mowa, jest jej drugą powieścią. 

  Gizela Feredyńska to piękna niebieskooka blondynka pracująca w laboratorium w kołobrzeskim szpitalu. Ma osobistego kota, kolekcję pluszowych królików oraz złamane serce na koncie. Nie kryje też swojej słabości do brązowych oczu. Choć aktualnie nie rozgląda się za nowym mężczyzną, mając dość poprzedniego, jej uwadze nie uchodzi Wojciech, idalny okulista, który wprowadził się właśnie do miasta. Jak na złość, Wojtka nie mijają obojętnie również przyjaciółki Gizeli, które od razu stwierdzają, że będzie on doskonałą partią dla samotnej laborantki i postanawiają parę zeswatać. Pikanterii całej sprawie dodaje również matka Gizeli, wiecznie czepiająca się świata starsza pani, której hobby jest przesiadywanie u wróżki!  Jak można się domyślać, wychodzi z tego niezły galimatias obfitujący w przezabawne sytuacje. Ale co będzie, kiedy okaże się, że Wojciech skrywa tę Drugą? 

  Właściwie to wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie skrywana przez Wojciecha tajemnica, którą autorka sprytnie przemyca przez cały utwór i trzymając czytelnika w napięciu zdradza ją dopiero na samym końcu. Oczywiście tajemnica ma ogromny wpływ na losy bohaterów oraz przeszłość, a nawet przyszłość Wojciecha. I przyznam wam, że naprawdę jestem pod wrażeniem tego, jak pani Małgorzata zdołała utrzymać tę tajemnicę przez prawie 300 stron utworu. Ja już dawno bym się wygadała, ponieważ było ku temu tyle okazji... Brawo! 

  To, co spodobało mi się w książce, poza tym, że jest utworem dynamicznym i zabawnym, a takie, jak wiadomo od dawna, lubię najbardziej, to to, że książka nie jest banalna i nie służy tylko rozrywce. Autorka, w komiczny czasem sposób, wyjaskrawia naprawdę spore problemy i chcąc je nie raz ośmieszyć, zwraca na nie tym samym uwagę czytelnika. A problemy są naprawdę wysokiej rangi i dotyczą każdego z nas. Także nie myślcie sobie, że "A nawet mężczyzna" służy tylko rozrywce. To książka z rangi tych, które naprawdę warto przeczytać, aby skonfrontować się z otaczającą nas rzeczywistość i być może wyrobić sobie własne zdanie na pewne sprawy, które pojawiają się w niej ostatnimi czasy coraz częściej.

  Podsumowując, śmiało mogę powiedzieć, że Małgorzata Maj i jej "A nawet mężczyzna" stają się moim kolejnym nie lada odkryciem na polskim rynku wydawniczym i ja już dopisuję tę powieść razem z autorką do grona moich ulubionych. Zachęcam was do lektury tej miłosno-obyczajowo-problematycznej historii napisanej niezwykle sprawnym i lekkim piórem. Letura tej książki to najprawdziwsza przyjemność! 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 



środa, 27 sierpnia 2014

Gdy nowoczesność miesza się z historią
- Agnieszka Tyszka i jej "Nawijka na skajpie" 



 W kręgu literatury dla młodzieży, która przepełniona jest książkami, skupiającami się głównie na wulgarnym i wyłuzdanym opisie stosunków płciowych i tym podobnych, ginie dobra literatura młodzieżowa, którą dorosłe czytelniczki znają między innymi za sprawą Siesickiej czy Musierowicz. Wydawnictwo Akapi Press, dzięki Bogu, chroni ją jeszcze od zapomnienia i w epoce wyłuzdania pezentuje dorastającym czytelniczkom książki pełne wartości i beztroski świat, który wcale nie musi kręcić się wokół seksu i używek.


  Dziś mam przyjemność przedpremierowo przedstawić wam bliżej książkę dla nastolatek, choć wyznam, że ja sama, pomimo tego, że nastolatką właściwie już być przestałam, naprawdę miło spędziłam czas podczas jej lektury. Mowa oczywiście o "Nawijce na skajpie", która 29 sierpnia ma swoją premierę rynkową, ukazując się nakładem wspomnianego przeze mnie wcześniej wydawnictwa. 

  Agnieszka Tyszka to autorka znana czytelniczkom głównie z bajeczek dla dzieci, a ostatnio także książek dla młodzieży. Urodzona w Toruniu w 1968 roku, następnie studentka na wydziale polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Swoją przygodę z pisaniem rozpoczęła książkami dla dzieci, a jej twórczość prezentowana była swojego czasu w telewizyjnej Jedyneczce. Autorka w 2005 roku została uhonorwana jedną z najbardziej prestiżowych nagród w swojej dziedzinie, tzn otrzymała Nagrodę im. Kornela Makuszyńskiego za książkę pt. "Róże w garażu".

  "Nawijka na skajpie" to opowieść o Amandzie, która zmaga się z powszechnym dziś problemem rodzinnym, jakim jest separacja rodziców, i próbuje na nowo odnaleść się w otaczającej ją rzeczywistości. Podczas podróży do studiującej matki, Amanda w przedziwynych okolicznościach poznaje Jakuba, który za jakiś czas okazuje się Nawojką, pierwszą kobietą studentką w dziejach Akademii Krakowskiej. Nawojka dla edukacji, którą Amanda ostatnio gardzi, jest w stanie zaryzykować nawet własne życie, co wywiera ogromne piętno na życiu oraz postawie Amandy. Zderzenie tych dwóch historycznych osobowości oraz ich podejście i stosunek do nauki prowokują do stawiania sobie przez czytelnika ogromnej liczby pytań o priorytety, a także do zastanowienia się nad ceną , jaką niektórzy gotowi są poświęcić za realizację swoich marzeń. "Którędy iść, gdy wszystkie drogi wydają się pełne przeszkód? Kim jest ta, która nigdy się nie poddaje?". 

  Agnieszka Tyszka prezentuje młodym czytelniczkom ciepłą opowieść pełną zatracanych osttanio wartości, w których fikcja literacka miesza się z rzeczywistością. Choć w jej książce dostrzegamy elementy świata fantastycznego, to nie są to wampiry cyz wilkołaki, którym wydawniczy rynek ostatnio się nasycił, lecz postaci rodem wyjęte z XV wieku. Poza tym autorka poprzez kręte poprowadzenie fabuły utworu, przemyca do książki wiele wątków historycznych, tworząc tym sposobem książkę, która nie tylko bawi, ale też i uczy. 

  Podsumowując, przychodzi mi na myśl właściwie jeden wniosek: Gdybym miała córkę, z pewnością w odpowiednim czasie podsunęłabym jej "Nawijkę na skajpie" i polecam to zrobić wielu rodzicom, którym bliskie jest to, co czytają ich dzieci, ponieważ to naprawdę wartościowy utwór, prowokujący do myślenia, gwarantujący przy tym świetną zabawę. 


Za egzemplarze recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:


wtorek, 26 sierpnia 2014

Historia najlepszego z najlepszych opisana 
w "Najemniku" autorstwa J. Geddes


   "Nazywają ich "psami wojny". Podejmując ogromne ryzyko, biorą udział w różnych konfliktach zbrojnych. Zimni profesjonaliści - najemnicy. Nie ma lepszych specjalistów od zabijania. Bez nich nie wygrywa się wojen."

  Przywykliśmy do bezpiecznego, względnie stabilnego życia w pokoju. Choć co jakiś czas gdzieś w świecie wybuchają nowe konflikty zbrojne, albo ponownie rozgorzewają te stare, my i nasz poukładany świat nie mamy przecież co się obawiać. Nie mamy nic do stracenia. 

 John Geddes, autor, a zarazem glówny bohater "Najemnika" wielokrotnie, właściwie na własne życzenie posmakował tego drugiego życia. Tego, które nam wydaje się odległe i nierealne. Tego, o którym nieraz słyszymy w telewizji. 

   Były żołnierz sił zbrojnych zaprasza nas na przejażdzkę po najniebezpieczniejszej na świecie autostradzie zwanej drogą śmierci lub drogą piekła. Drogą z Jordanii do Bagdadu, którą dla własnego bezpieczeństwa lepiej wcale się nie poruszać, chyba, że ma się przy sobie kogoś takiego jak on. Człowieka do zabijania. Kontraktora. Najemnika. A tym bardziej jego: najlepszego z najlepszych. Prywatnego ochroniarza najbardziej cenionego na rynku, na własne życzenie biorącego udział w wojnie dla pieniędzy. 

    W książce Geddes opowiedział swoją historię. Opisał, jak to się stało, że najemnikiem został, opowiedział o mrożącej krew w żyłąch pracy, która wiele razy najzwyczajniej w świecie nie pozbawiła go życia. Zabiera czytelnika w podróż do prawdziwie męskiego, brutalnego świata, w którym nie ma miejsca na sentymenty. Liczy się szybkość i precyzja, a każdy najmniejszy błąd, każda sekunda zawahania kosztuje ludzie życie.  O czymś, co przeciętnym ludzim spędzałoby sen z powiek, pisze jak o czynnościach najbardziej naturalnych na świecie, nie tracąc przy tym swojej autentyczności. Zabiera czytelnika w jak najbardziej realny świat wojny. Tej prawdziwej, która wciąż toczy się niedaleko nas. 

    Długo szukałam słowa, aby opisać nim "Najemnika". Na myśl przychodzi mi tylko jedno: jest mocny. 

   John Geddes opowiedział w "Najemniku" nie tylko o sobie. Opisał również historie swoich kolegów i najbardziej jaskrawe sytuacje, które podczas pracy w Iraku mu się zdarzyły. Ukazuje się nam nie tylko jako bohater, ale też jako fenomenalny obserwator i znawca ludzikiej psychiki, zjawiska dehumanizacji. Ale Geddes zrobił coś wiecej" przede wszystkim opisał konflikt, który wszyscy dobrze znamy od zupełnie innej strony. Nie bawił się w opis polityki skłóconych plemion oraz krajów, ale całą historię odpowiedział zza kulis. Opisał wszystko od tej mrocznej strony, o której przeciętny człowiek nie ma zielonego pojęcia. I może i lepiej, że nie ma, bo gdyby wiedział, z pewnością nie mógłby dalej prowadzić swojego spokojnego życia. Żyć z świadomością, że nie robi zupełnie nic.    

    "Najemnik" nie jest bowiem kolejną ugrzecznioną książką o żołnierzu, któremu przyszło czynnie służyć w jakimś konfilkcie zbrojnym. Geddes pracę najemnika wybiera sam. Świadomie bierze na siebie ryzyko utraty życia z jednego prostego powodu: uzależnił się od adrenaliny, a kiedy człowiek posmakuje ryzyka, za nic w świecie nie da zamknąć się w pokoju z biurkiem i wrócić do normalnej pracy. Choć gdzieś daleko ma rodzinę, ma kochającą kobietę, nie potrafi ze swojej pracy zrezygnować. Może to trochę przerwotne stwierdzenie, ale kocha ją nad życie. I to dosłownie. 
   
     "Najemnik" liczy sobie zaledwie 320 stron. Geddes na tej niewielkiej liczbie papieru opisuje jednak nader dużo. Prwokuje do myślenia. Zadaje pytania i udziela na nie konkretnych odpowiedzi. Udziela wskazówek i przestrzega. Opowiada o swojej pracy, jak gdyby była czymś najzupełniej normalnym na świecie. Pisze bez patetyzmu, który dostrzec możemy w wielu tego typu utworach. I wiecie co? Chwała mu za to, bo dzięki tej zwyczajności zarówno on, jak i jego książka, zasłużyły na miano nadzwyczajnych. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:




niedziela, 24 sierpnia 2014

"Muza Claudela. 
Życie Rosalie Ścibor-Rylskiej. Biografia." 
autorstwa Therese Mourlevat


    "Była w moim życiu wszystkim, czym może być kobieta:" - Paul Claudel


     W dzisiejszym świecie ludzie o wiele rzadziej sięgają po biografie, niż historie w stu procentach wymyślone. Właściwie nie ma się co dziwić, zwyczajne życie zwykle jest o wiele nudniejsze, rzeczywistość jedynie w nielicznych przypadkach układa się jak sensacyjne opowieści prezentowane w filmach czy telewizji. Biografie są od  dawna gatunkiem niedocenianym i ja prywatnie bardzo się cieszę, że gatunek ten przeżywa ostatnio na rynku wydawniczym rozkwit. Dobra biografia w moim mniemaniu zawsze okryta jest magią. Choć historia często brzmi jak wymyślona, jest przecież prawdziwa. Ci ludzie, o których czytamy, te miejsca i zdarzenia istniały i wydarzyły się naprawdę. Czyż to nie zachwycające? Czy to nie zachęca do lektury?

  Tą niesamowitą magią przesiąknięta jest również "Muza Claudela", która od 21 sierpnia dostępna jest w księgarniach. Jest to biografia kobiety Polki, o której właściwie mało kto wie, a która z pewnością jest postacią inspirującą. Osobą, której historię zdecydowanie warto poznać, zachwycić się, a kto wie, może nawet zainspirować. Mowa oczywiście o Rozali Ścibor-Rylskiej, odwiecznej muzie wspaniałego pisarza, Paula Claudela. Postaci, którą warto uchronić od zapomnienia. 

   Theresie Mourlevat, francuskiej badaczce twóczości Claudela o życiu Rosalie oraz Pola opowiada Louise Vetch, ich córka, owoc burzliwego romansu mającego miejsce gdzieś w Azji. Książka pełna jest fotografii oraz listów. Jest przepięknym zbiorem wspomnień uzupełnionych o fakty historyczne oraz utwory wybitnego autora. Ale przede wszystkim jest opisem przepięknej historii miłosnej. Takiej, o której mówi się: takie rzeczy dzieją się tylko w książkach. 

   Rosie urodziła się w 1870 roku w Krakowskiej rodzinie Władysława Ścibor Rylskiego, powstańsa stycznioewego. Kobieta twarda jak głaz, srogo doświadczona przez życie.  Nieszczęśliwa dojrzała osoba  o zupełnie innym dzieciństwie. Kochająca matka, dwukrotna rozwódka, obiekt pożądania niejednego mężczyznę przyprawiającego o ból głowy. Wielokrotnie skrzywdzona i unieszczęśliwiona.Wspaniale wykształcona kosmopolitanka. Wszędzie obca, wszędzie samotna. Zabłąkana w świecie Polka pozbawiona możliwości powrotu do ojczyzny, której już nie było. Jej życie przepełnione było przeprowadzkami, ucieczkami oraz bolesnymi rozłąkami z tymi, których kochała najbardziej. Światu znana przede wszystkim jako gorąca kochanka i obiekt westchnień Claudela, wiecznie na niego czekająca. Ale mimo tego, każda kobieta oddała by wiele, żeby zamienić się z nią na te ostatnie... 

  Paul Claudel. Wspaniały poeta i dramaturg będący do tej pory inspiracją dla wielu twórców. Doplomata francuzki, przez długi okres czasu konsul w Chinach. Mężczyzna nieszczęśliwie zakochany, przyjaciel pierwszego męża Rosie, któremu pomagał po rozwodzie w walce o dzieci. Człowiek, gotów dla miłości zrobić wszystko.. 

   Poznali się na statku płynącym do Chin. Właśnie wtedy zrodziła się między nimi prawdziwa przyjaźń, a jakiś czas później zostali kochankami. Rosalie wraz z dziećmi przez jakiś czas po podróży zamieszkała w konsulacie Claudela, podczas, gdy jej mąż zajęty interesami jeździł po świecie. Po czterech latach burzliwego romansu, wraz z dwoma najstarszymi synami oraz będąc w ciąży z córką Claudela, zmuszona została do powrotu do Europy. Właśnie wtedy, będąc już rozwiedziona, poznała swojego drugiego męża... Jednak i z nim nie potrafiła być szczęśliwa. 

  Kochankowie ponownie spotkali się po latach w Paryżu. Paul był wtedy przykłądnym ojcem i mężem, jednak cały czas myślał o córeczce z nieślubego łoża, którą wychowywała Rosie. Rozalia natomiast w tym okresie była świeżo po rozwodzie. I właśnie wtedy, w Paryżu, ich namiętność i uczucie sięgnęło zenitu. Nie mogli, a może nie potrafili go już powstrzymać. Ich związek, pełen wzlotów i upadków trwał aż do końca życia. To Rosie, odwieczna Muza Claudela jest kluczem do interpretacji jego utworów. To ona jest symbolem tułającej się po świecie polskości... 
  
  Therese Mourlevat pisze o losach bohaterów bardzo konkretnie, jak to mają w zwyczaju autorzy biografii. I chwała jej za to, ponieważ dzięki temu czytelnik ma wrażenie, że nie czyta o kolejnej wyjaskrawionej historii, lecz o czymś ważnym. Stylowi autorki nie można nic zarzucić. Zdania sią proste, krótkie, ale konkretne. Wszystkie zabiegi i wtrącenia, którymi upiększa książkę nie sprawiają, że staje się niespójna i odbiega od gatunku, który reprezentuje, a co dzieje się często, gdy autorzy biografii starają się jakoś je urozmaicać.  Jedyny minus, który rzucał mi się w oczy, a raczej właśnie nie rzucał, podczas czytania, to fakt, że przypisy, któych w utworze jest mnóstwo, nie znajdują się na dole stron, lecz na końcu i podczas lektury trzeba skakać między początkiem a końcem utworu. Wydawnictwo zastosowało ten zabieg na pewno w celach estetycznych, jednak przyznam szczerze, że było to dla mnie troszkę męczące.

  "Muza Claudela" to naprawdę dobrze napisana biografia osoby, którą warto znać i o której warto pamiętać. Dla historyków oraz znawców literatury to z pewnością książka o postaci iście historycznej, będącej kluczem do interpretacji wielu zagadnień i wyrażeń. Dla romantyków - utwór o przepięknej miłości. Ale jak by nie patrzeć na "Muzę Claudela", jest to książka pod każdym względem wyjątkowa, w dodatku przepięknie wydana. Utwór, który zachwyca, wzrusza i inspiruje. A to wszystko za sprawą pewnej kobiety, o której świat słyszał bardzo mało...  Jak tu nie dać uwieść się tej biografii? 


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa: 



sobota, 23 sierpnia 2014

Książeczka dla całej rodziny, czyli
"Figle i psoty Kaktusa i Skloty" Agnieszki Gadzińskiej ilustrowane przez Artura Nowickiego


    Dziś prezentuję wam świetną książeczkę nie tylko dla dzieci, która ukazała się całkiem niedawno nakładem wydawnictwa Skrzat. Książeczka ma 72 strony i wymiar oscylujący w granicach wymiaru A4. Jest to zbiór ośmiu opowiadań dla najmłodszych, ale nie tylko, ponieważ ja sama podczas jej lektury naprawdę się uśmiałam. Z całą pewnością można więc powiedzieć, że jest to książka dla całej rodziny i zalecam czytanie jej wspólnie! 


  Tytułowa Sklota to sześcioletnia dziewczynka o niezwykle pogodnym nastawieniu oraz ogromem pomysłów zamkniętych w swojej blond głowie. Jej wyobraźnia oraz rozumienie świata jest przyczyną wielu przekomicznych sytuacji. Gdyby tego było mało, Sklota ma grono najbliższych przyjaciół z którymi spędza czas i koty, które pomysłów mają równie dużo jak ona sama. Jak można się domyślać: całe to towarzystwo tworzy mieszankę wręcz wybuchową! 



Tak więc widzimy Sklotę, przygotowującą perukę dla Tysi, aby ze względu na jej krótkie włoski nikt nie pomylił jej z chłopcem oraz całe towarzystwo przygotowujące się na koniec świata, bo przecież dorośli nigdy się nie mylą, a Sklota już dwukrotnie słyszała o końcu świata z ich ust. 


  Dzieciaki dowiadują się też, że na kryzys wieku średniego pomaga farbowanie włosów (choć mamusia robi to dla urody) i postanawiają pomalować kota, który ostatnio chodzi jakiś smutny i najwidoczniej jakiś kryzys ma, a także, że pani, o której starsze dzieci mówią "co za wiedźma" tak naprawdę jest wróżką, bo doskonale wie, dokąd pojadą z rodzicami na wakacje. Sklota dowiaduje się również, jak (nie) należy stosować błotną maseczkę, ponieważ kobieta w każdym wieku powinna o siebie dbać!

   Zdecydowanie najwiekszym atutem utworu są jednak gry słowne, na których Pani Agnieszka buduje swoje opowiadania. Każde z nich powstaje w oparciu o jakiś związek frazeologiczny bądź przenośnię, których sześciolatki nie potrafią jeszcze zrozumieć i w sposób dosłowny traktują stosowane przez dorosłych zwroty, co obfituje w nielada zabawne sytuacje oraz sprawia,  że zarówno mały jak i duży czytelnik podczas lektury nie raz wybuchnie śmiechem. Dorośli mogą więc wyciągnąć ważny wniosek z książeczki: dzieci często na opak rozumieją to, co do nich mówimy nie wychwytując podtekstów, więc zdecydowanie należy uważać na to, co się przy nich powie. 

  Dopełnieniem zabawnych opowiadań są przepiękne rysunki Artura Nowickiego, które w sposób niezwykle obrazowy ukazują opisywane sytuacje. Ilustracje są ciepłe, kolorowe oraz perfekcyjnie dopasowane do sytuacji, co sprawia, że książeczkę odbiera się nader przyjemnie i pragnie się do niej wracać nie ważne, czy ma się lat 5 czy 55. To idealne rozwiązanie na rodzinne popołudnia i wieczorne usypianki. 



Książeczkę przeczytałam                                                     Recenzja powstała  w cyklu: 
dzięki uprzejmości wydawnictwa:

                                                                         

piątek, 22 sierpnia 2014

Problemy z emocjami 
w "Historii pewnej niewierności"
 Danki Braun 


  "Być może małe dziewczynki powinny czytać bajki o złych potworach, żeby w dorosłym życiu przeżyć mniej rozczarowań."

 "Historia pewnej niewierności" to druga część sagi Danki Braun, będąca kontunacją  "Historii pewnego związku", która ukazała się całkiem niedawno nakładem wydawnicywa Prozami. Jest utworem będącym dalszą opowieścią o losach Roberta i Renaty oraz wielu ich przyjaciół, ale przede wszystkim powieścią potwierdzającą geniusz autorki. Swoją recenzję chciałabym rozpocząć stwierdzeniem, że tak, jak o "Historii pewnego związku" można było powiedzieć, że jest książką fantastyczną, ponieważ po prostu się autorce udała i patrzeć na nią przez pryzmat świetnego debiutu, tak po lekturze drugiej części sagi nie można już podważyć tezy o wyjątkowości stylu Danki Braun. 


   Robert i Renata po powrocie z Bostonu rozpoczynają wreszcie upragnione wspólne, a przede wszystkim szczęśliwe życie. Nieokiełznany w młodości (i nie tylko wtedy) podrywacz, po ślubie stara się być przykładnym ojcem i mężem. Budowa rodzinnego gniazdka, kliniki, ale też walka o jak najlepszy byt dla żony i dzieci sprawiają, że neurochirurg rozdarty jest między Krakowem a kliniką w Bostonie. Częste wyloty do Stanów po kilki latach udanego małżeństwa sprawiają, że Renata dochodzi do wniosku, iż mąż nie poświęca jej już tyle uwagi co kiedyś. I choć Robert zrzuca wszystko na przemęczenie, ona instynktownie zauważa, że za przedłużającymi się wyjazdami męża nie stoi tylko i wyłącznie praca. Zaniepokojona, aby uspokoić samą siebie i zagłuszyć złe przeczucia, któregoś weekendu razem z dziećmi wyrusza do Bostonu w poszukiwaniu argumentów potwierdzającyh wirność Roberta. Jak możecie sie domyślać po tytule, na jaw wychodzi jednak historia pewnej niewierności, która jest dopiero wstępem do dalszych, przełomowych  wydarzeń w życiu bohaterów... 

     Można by powiedzieć, że Danka Braun w powieści porusza temat bardzo na czasie - temat niewierności w związkach damsko męskich. Dzięki narracji prowadzonej z perspektywy nie jednego, lecz wielu bohaterów, serwuje nam wnikliwą analizę stanów emocjonalnych oraz myśli zarówno kobiet jak i mężczyzn, których problem niewierności dotyka. Jesteśmy świadkami walki, prób wybaczenia i pozornego zobojętnienia. Rozpaczy, rodzinnych dramatów i prób powrotów do siebie ludzi przez zdrady poranionych. Cierpienia dzieci, cierpienia osób skrzywdzonych ale także tych krzywdzących. Można by powiedzieć: cała paleta zachowań! 

  Dramat niewierności nie dotyka w utworze tylko Renaty i Roberta. Okazuje się, że większość ich znajomych zmagała się z nim kiedyś, bądź właśnie zmaga. Danka Braun w powieści ukazuje naprawdę ogromną skalę tego społecznego zjawiska, ale przede wszystkim różne sposoby radzenia sobie z nim, różne style reagowania.  To dzięki tym wielu pozycjom percepcyjnym Dance Braun udaje się napisać nie tylko kolejną fantastyczną powieść obyczajową zachaczającą o gatunek, jakim jest powieść erotyczna, od której nie można się oderwać, ale utwór oscylujący na granicy dobrej powieści psychologicznej.

  To właśnie elementy tego ostatniego gatunku wyraźnie zaakcentowane są w "Historii pewnej niewierności". Wszechobecna retrospekcja, rozpoczęcie fabuły właściwie kultowym momentem i ukazywanie wydarzeń, prowadzących do niego dopiero w dalszej części utworu, a także narracja w ogromnej mierze poświęcona emocjom i przeżyciom wewnętrznym bohaterów, relacjom z innymi ludźmi, oraz ukazywanie wielu perspektyw patrzenia na jedną sytuację, sprawiają, że na utwór nie jest kolejną banalną książką, którą czyta się tylko po to, aby czytać. Wszystko to sprawia, że czytelnik ma wrażenie, że czyta o czymś ważnym, co w świetny, lecz dyskretny sposób zakamuflowane jest przez autorkę pod przykryciem obyczajówki oraz powieści erotycznej. 

   Recenzję "Historii pewnego związku" podsumowałam stwierdzeniem, że nie umiem jeszcze powiedzieć w czym tkwii geniusz Danki Braun. "Historia pewnej niewierności" również prowokuje do podjęcia refleksji nad tym zagadnieniem. Po przeczytaniu drugiej części sagi, do wszytskich atutów powieści Danki Braun, które uprzednio wymieniłam, dopisuję więc jeszcze fakt, iż autorka nie stoi w miejscu lecz z utworu na utwór sięga po coś nowego, zaskakuje. A przede wszystkim sprawia, że chwile spędzone w towarzystwie jej powieści nie są chwilami straconymi, a także wzbudzają w czytelniku całą gamę emocji: od głośnego śmiechu przez melancholijność nawet to wściekłości. A wszystko to świadczy jedynie o jednym: książki Danki Braun to naprawdę fenomenalne utwory oddziałujące na czytelnika nie tylko w sposób pośredni. 



Powieść przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:


środa, 20 sierpnia 2014

Bliższe spotkanie z powieścią skandynawską
we "Wiedźmach" Helene Uri


  "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet nie są naszym celem, niech się nimi zajmują inni. Politycy. Policja. My weźmiemy się za tych, którzy kobietami gardzą."

  We wstępie przyznam wam szczerze, że po literaturę skandynawską sięgam niezwykle rzadko. Zderzenie z nią we "Wiedźmach" jednej z czołowych autorek Norwegii było jednak dość przyjemnym i zachęcającym do dalszej eksploracji utworów tego regionu doświadczeniem. 

  Helene Uri to Norweżka urodzona w 1964 roku. Jest pisarką, a przede wszystkim profesorem językoznawstwa, czym dyskretnie chwali się w powieściach i to nie raz. Ostatnio zrezygnowała jednak z pracy zawodowej i całkowicie oddała się pisaniu. Jest autorką dosć elastyczną. Ma w swoim dorobku wiele podręczników akademickich, ale też ksiażki dla dzieci, młodzieży oraz dorosłych. Krytycy twierdzą, że zdecydowanie najlepsza jest w tych ostatnich. Jej książki cieszą się wielką poczytalnością. Dostępne są w 16stu jęzkach i zajmują wysokie pozycje na listach bestsellerów. W Norwegii zostały już sprzedane prawa do ekranizacji powieści "Wiedźmy". 

  Głównymi bohaterkami utworu są cztery panie, które poznają się na wieczorowym kursie łaciny dla początkujących. Wszystkie są w podobnym wieku: trochę przed czterdziestką. Już na samym początku odkrywają, że są bratnimi duszami i łączy je naprawdę wiele. Z biegiem czasu dochodzą do wniosku, że chciałyby założyć kobiecy klub i  nazywają się "Wiedźmami". Wszystkie są bowiem od dawna przekonane, że muszą w życiu zmierzyć się z kimś, kto zdecydowanie na to zasłużył, a nawet wiecej - należy go ukarać! A tym kimś zawsze jest mężczyzna...  

  Każda z kobiet zgłasza wiec swojego kandydata, który dał jej się niegdyś we znaki i razem obmyślają zemstę. Nieraz ośmieszają, nieraz straszą. Kończą przykłute do kaloryfera w domu opieki albo z nożycami w ręku pochylając się nad przerażonym mężczyzną. Zawsze wychodzą jednak z założenia, że cel uświeca środki. A celem jest oczywiście oduczenie panów pewnych zachowań. Owszem, jak możecie sie domyślić: Wiedźmy zawsze są skuteczne! Tak oto ich nauce poddany zostaje zadufany w sobie szef podrywacz, maniakalny prześladowca, były mężczyzna stawiający sobie za cel upokrzenie kobiety, na której niegdyś mu zależało i wielu, wielu innych. 

  "Wiedźmy" jest niezwykłą powieścią obnażającą w pewnym stopniu mentalność skandynawskich kobiet. Autorka kreuje swoje bohaterki na kobiety wolne, wyzwolone, odrobinę skąpane w nurcie feminizmu. Nie są to jednak panie wojujące z mężczyznami "bo oni wszyscy są źli". One karzą tylko tych, którzy kobietami gardzą. Walczą o sprawiedliwość, często stając w obronie siebie samych oraz swoich najbliższych. Poza tym ukazują, jak ważną rolę w życiu kobiety odgrywa przyjaźń i poczucie przynależności. 

     Helene Uri, w bardzo plastyczny sposób opisuje jednak nie tylko tytułowe "Wiedźmy" i ich historie, ale też charakteryzuje  tamtejsze społeczeństwo, miejsca pracy oraz problemy. Spostrzeżenie, które nasunęło mi się po lekturze powieści jest takie, że Uri w tradycyjny, typowy dla literatury skandynawskiej sposób ukazuje nowoczesność poglądów Skandynawów.  Już sam tytuł powieści odwołuje nas do mrocznej i ponurej tradycji spowitej nordyckimi wierzeniami oraz oscylującą wokół magii i czarów. Mimo upływu czasu współcześni autorzy Północy nadal piszą w sposób, w jaki od zawsze pisali. Choć ich światopogląd podlega znacznej przemianie, wspaniały klimat północnych powieści od stuleci pozostaje taki sam. Hipnotyzujący i pociągający. Tajemniczy i wyjątkowy. To właśnie tym Uri urzekła mnie najbardziej: ten odważny kontrast  nadaje skandynawskim powieściom naprawdę unikatowy charakter. 


Powieść przeczytałam dzięki uprzejmości: 


wtorek, 19 sierpnia 2014

Niedługo na blogu...


   W związku z tym, że jestem w trakcie lektury kilku potężnych objętościowo powieści i na ich recenzję musicie jeszcze chwilkę poczekać, prezentuję wam dziś kilka utworów, o których niedługo będziecie mogli przeczytać na stronie Informatora. Co wy na to?



   
  Pierwsza powieść, którą wam przedstawiam to "Dolina mgieł i róż" Agnieszki Krawczyk. Jest to przepiękna powieść obyczajowa, która za jakiś czas ukaże się nakładem wydawnictwa Filia.                                                          "Pewnego wieczoru pod koniec lata Sabina Południewska stanęła w drzwiach pałacyku "Pod Graalem i Różą” Potrzebowała natchnienia, które pozwoli jej skończyć kolejną powieść. Gospodynią pensjonatu okazała się sympatyczna Mila Mossakowska, a jego gośćmi, ekscentryczna kuzynka Carmen, profesor Niewiara, wyjątkowy oryginał, oraz pułkownik Janicki, leciwy mężczyzna, który nie stracił młodzieńczego wigoru.
  
  Sabina poddała się urokowi pięknej doliny i czarowi jej mieszkańców. Dzień po dniu otwierała się na nowe doznania, a świat stawał się piękniejszy. Zawiązała przyjaźń z Teklą Tyczyńską, hrabiną, która stworzyła oszałamiające różane kosmetyki. Spotkała przyjaciela, lekarza, wdowca, który samotnie wychowywał córeczkę,  Julinkę. Sabina znalazła więcej, niż mogła by marzyć. Ale przyszedł dzień wyboru. Czy piękna pisarka posłucha głosu serca?"





  Kolejny utwór to kryminalna powieść dla młodzieży autorstwa P. D. James pt. "Całun dla pielęgniarki". Wydało ją wydawnictwo W.A.B. 

  "W Nightingale House, szkole dla pielęgniarek, w tajemniczych okolicznościach giną dwie studentki.
     Adam Dalgliesh ze Scotland Yardu musi znaleźć działającego z chirurgiczną precyzją zabójcę. Jego śledztwo prowadzi nas w mroczny świat kłamstwa, głęboko skrywanych tajemnic, szantażu i tłumionej seksualności. Kunsztownie skonstruowana fabuła, po mistrzowsku scharakteryzowane postacie, dickensowska słabość do szczegółu i nieoczekiwane zakończenie - to atuty tej książki." 

   W The Guardian napisano o utworze: Całun dla pielęgniarki celnie punktuje złożoność relacji w zamkniętych społecznościach. 





  Przedstawiam wam również "Szeptuchę", która ukazała się nakładem Wydawnictwa MG. 

 "W zagubionych wśród nadbiebrzańskich bagien Waniuszkach modlitwą i ziołami leczy stara Oleszczukowa. Kiedy niespodziewanie umiera, wieś oczekuje od jej wnuczki Oleny, że będzie kontynuowała rodzinną tradycję. Olena rezygnuje z marzeń o studiach medycznych i zostaje wioskową szeptuchą. 

  Życie w Waniuszkach wciąż jeszcze opiera się na niewzruszonym fundamencie zasad, tradycji i Słowa Bożego. Wszystko ma tam swój ład, ludzie czynią to, co do nich należy, każdy wie, gdzie jest jego miejsce. Jednak nawet i do Waniuszek nieuchronnie nadciąga nowe. 
Legenda o tajemniczym pustelniku, który na uroczysku Łojmy zbierał popsute lalki i przybijał je do drzew, sprowadza do Waniuszek znanego filmowca z Warszawy, Alka Litwina. Olena pomaga mu odnaleźć ślady zagadkowego samotnika, uważanego przez okoliczną ludność za świętego. Choć szeptucha i reżyser żyją w dwóch zupełnie odmiennych światach, wspólne poszukiwania zbliżają ich do siebie. Olena znajduje w Alku przyjaciela i powiernika, z którym może się podzielić sekretami swojej sztuki lekarskiej i najskrytszymi myślami. Po raz pierwszy w życiu nie czuje się samotna…"



   Na tę chwilę to by było na tyle. Resztę powieści, które albo są w drodze do mnie, albo już czekają na uginających się półkach przedstawię wam następnym razem. Tymczasem jestem ciekawa, którą wy przeczytalibyście najchętniej? 




niedziela, 17 sierpnia 2014

Od czułości, przez intymność do namiętnego seksu
- "To Ty mnie pokochasz" J. Wilder




  "Coraz trudniej mi udawać, że nie pragnę jej desperacko. Że nie oddałbym wszystkiego, żeby była częścią mojego życia. Że nie wyznałbym jej wszystkich tajemnic..." 



  Dzisiejszą recenzję postanowiłam rozpocząć wspaniałym stwierdzeniem: uwielbiam czytać problematyczne książki, podszyte nutką psychologii. Wielkim zaskoczeniem był dla mnie fakt, że wspomniane drugie dno odnalazłam w  powieści z założenia skierowanej dla nastolatków. Mowa oczywiście, o książce "To Ty mnie pokochasz" Jasindy Wilder. Wielu z was z pewnością zna już twórczość autorki, gdyż książka, o której dziś napiszę, to opowieść o córce Coltona i Nell z bestsellera pt. "Tylko Ty" przez bardzo długi czas królującego na Amazonie.

  "To Ty mnie pokochasz" jest powieścią opierającą się o pewien utarty w  zachodniej kulturze stereotyp. To utwór przedstawiający wchodzenie w dorosłość dwojga młodych ludzi, a wszystko to ukazane na zasadzie kontrastu.

  Główną bohaterką ksiażki jest Kylie. Grzeczna dziewczynka z dobrego domu, którą rodzice przez osiemnaście lat skutecznie chronią przed światem. Kylie nigdy nie paliła, nie brała narkotyków, nie uprawiała seksu. Jest wzorową uczennicą zdecydowanie wyróżniającą się w szkole. Ma ułożonych przyjaciół, ma wspaniałą pasję, którą jest muzyka. Jej świat jednym słowem określić można jako dobry.

  Z drugiej strony mamy Oza, rockowego chłopaka z problemami. Matka Oza nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu przez dłuższy czas, dlatego oboje żyją "na walizkach". Wynajmują małe mieszkanko, w którym za meble robią materace oraz kosze na bieliznę. Ojca Oz nie zna i właśnie dlatego przypala sobie zapalniczką ręce. Jaki on był? Czy chociaż w czymkolwiek są do siebie podobni? Oz pali, pije, przesadza z narkotykami, w czym nieraz towarzyszy mu matka. Jeździ na motorze, słucha ciężkiej rockowej muzyki i mieszka na niebezpiecznym osiedlu. Nigdy nie wiąże się z dziewczynami - z nimi uprawia się tylko seks, a potem wychodzą. Jest chłopakiem przygniatanym do ziemii przez błędy rodziców, z którymi sam nie potrafi sobie poradzić. I choć rozpaczliwie woła o pomoc, ona nie przychodzi. W całym tym bagnie Oz ma jednak coś wspaniałego - naprawdę dobrze gra na gitarze i śpiewa. I właśnie to łączy go z Kylie. 

  Dwa skrajne światy, dwie różne osoby, charaktery i systemy wartości. Wszystko to ma tylko jeden punkt wspólny - muzykę, bez której ani Kylie, ani Oz, nie potrafią egzystować. Jest też jeszcze jedno: Kylie nie patrzy na Oza przez pryzmat stereotypu, ale dostrzega z nim znacznie więcej niż inni: widzi jego szczerość, interesuje się jego problemami i choć wie, że nie sprawi, że one znikną, to chce nauczyć go jak sobie z nimi radzić.  Podczas wspólnych prób muzycznych między tym dwojgiem zaczyna iskrzyć. Jest jednak ale: Oz wie, że nie jest dość dobry dla Kylie i nie chce pociągnąć jej na dno. Ona jest sacrum, on jest profanum. Ale Kylie nie patrzy na Oza jak wszyscy, nie kieruje się stereotypem niegrzecznego chłopca. Może dojrzale, a może naiwnie, decyduje się wejść w jego świat ze świadomością, że Oz w przyszłości poważnie ją zrani. 

  "To Ty mnie pokochasz" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Spodziewałam się powieści dla młodzieży: pustej i zachaczającej o wulgarny erotyzm. Dostałam naprawdę dobrą (zarówno fabularnie jak i jezykowo) książkę z drugim dnem, ukazującą brutalne wchodzenie młodych w świat dorosłych. Mierzenie się z piętrzącymi się problemami. Cienie przeszłości, przed którymi nie da się uciec. I to właśnie jest w niej piękne: że pomimo pozornej banalności ta książka kryje naprawdę niesamowitą głębię, w którą można wchodzić i wchodzić. Właśnie dlatego z całego serca wam ją polecam.  



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:



piątek, 15 sierpnia 2014

Konkursowy wywiad z Agatą Katarzyną Przybyłek, 
autorką książki "Nie zmienił się tylko blond"


cyrysia
1. Znalezienie wydawcy, który zaryzykuje wydanie książki debiutanta nie posiadającego praktycznie żadnego dorobku literackiego graniczy się niekiedy z cudem. A jak było w Pani przypadku?

Cóż… ja zaczynałam od opowiadań. Był taki okres, że wysyłałam je na wszelkie możliwe konkursy i to właśnie wtedy jedno z wydawnictw zaproponowało mi wydanie zbioru. Byłam wtedy jeszcze w liceum i myślałam sobie, że mam przecież jeszcze czas, a proces wydawniczy wiąże się z potężnymi kosztami. Z „Nie zmienił się tylko blond” było podobnie. Wszystko zaczęło się od konkursu i dzięki niemu mogłam wydać kilkanaście egzemplarzy powieści. I nie zamierzam na tym poprzestać. Kiedy tylko przyjdzie odpowiednia chwila moja książka na pewno trafi na rynek.

2. Czy rodzina i przyjaciele czytali Pani powieść? Jakie były ich pierwsze wrażenia?

Pierwszą osobą, która przeczytała moją książkę była moja siostra. To ona poznała akcję i to ona wspierała mnie podczas pracy nad utworem. Co chwila przychodziła do mnie i pytała o szczegóły akcji. To było naprawdę miłe.

3. Kim jest na co dzień Agata Katarzyna Przybyłek? Czym się zajmuje oprócz pisania?

Jest studentką. Studiuje psychologię, która w roku akademickim całkowicie ją pochłania. Poza tym jest książkoholiczką i w wakacje odbija sobie cały rok akademicki, w którym nie wiele czasu ma na czytanie utworów innych, niż specjalistyczne. Jest też osobą rodzinną, upartą, zwłośliwą  i wiele, wiele innych J

Kasia Jabłońska
1. Czy inspiracją do pisania jest dla Pani własne życie?

I tak, i nie. Jak już mówiłam, specjalizuję się głównie w opowiadaniach i one fabularnie  zwykle nie mają nic wspólnego z moim życiem, choć emocje, które staram się w nich przekazać jak najbardziej. „Nie zmienił się tylko blond” zawiera jednak masę rzeczywistych historii, które przytrafiły się mi i mojej rodzinie czy znajomym. Jest więc różnie.

2. Pisząc powieść trzeba umiejętnie połączyć ze sobą wiele wątków, stworzyć wielu bohaterów o indywidualnych charakterach. Co jest dla Pani najtrudniejsze w pisaniu?

Najtrudniejsze w pisaniu jest dla mnie przeskakiwanie momentów zwątpienia w tekst i zniechęcenia. Kiedy piszę i piszę i widzę, że mam za sobą już masę tekstu, a zero pomysłów, jak połączyć to, co już napisałam, z tym, co mam w głowie, wtedy mam ochotę rzucić to wszystko i sobie darować. Ale opamiętanie przychodzi na szczęście tak samo szybko, jak i kryzys i udaje się go skutecznie zażegnać.

3. Jacy pisarze (współcześni lub nie) stanowią dla Pani autorytet i jakie książki Panią inspirują?

Przyznam szczerze, że jest to trudne pytanie! Uwielbiam wielu twórców piszących naprawdę różnie i dlatego ciężko mi odpowiedzieć. Na moich półkach króluje Nicholas Sparks, którego pokochałam już w gimnazjum i w moich opowiadaniach dostrzec można fascynację jego stylem i gatunkiem, jakim jets melodramat, ponieważ to pisarz, którego podziwiam nie tylko za sposób, w który pisze, ale również za to, jakim jest człowiekiem. Jeśli chodzi o obyczajówki, to zdecydowanie moim autorytetem jest Magdalena Kordel, która zaszczepiła we mnie słabość do lekkich i humorystycznych powieści i taką właśnie jest książka „Nie zmienił się tylko blond”. Poza tym jestem wielką miłośniczką poezji i ubóstwiam Pawlikowską-Jasnorzewską, Baczyńskiego, ks. Twardowskiego, romantyków, wielu twóców współczesnych. Cóż, mogłabym pisać i pisać. Temat rzeka! :)


Elusive
1. Czy wzorowała Pani bohaterów swojej książki na osoby z pańskiego otoczenia, czy były to postacie totalnie stworzone w wyobraźni na potrzeby tej historii?

Postaci i ich charaktery to postaci jak najbardziej fikcyjne, choć sytuacje, w które są uwikłane w ogromnej mierze zdarzyły się naprawdę. Można zatem powiedzieć, że posiadają cechy osób mi bliskich i wiele osób z mojego otoczenia na pewno odnajdzie w którejś z postaci cząstkę siebie.

2. Zastanawia mnie czy ktoś Pani pomagał, doradzał, czytał, oceniał, inspirował? Czy książka po prostu "sama" się pisała? ;)

Książka pisała się sama i to dosłownie. Proces jej pisania trwał trzy dni, kiedy to praktycznie nie odrywałam się od laptopa. Po trzech dniach zamknęłam go i książkę na jakiś czas odłożyłam, żeby za parę miesięcy dokonać w niej poprawek. Przed tymi trzema dniami nie miałam w głowie żadnego planu, z nikim go nie omawiałam, ani nie konsultowałam. Któregoś dnia po prostu usiadłam i zaczęłam pisać.

3. Czy może się Pani utożsamić z główną bohaterką, czy jest Pani jej całkowitym przeciwieństwem? Czy coś Was łączy?

Uśmiecham się czytając to pytanie! :) Iwonka jest zakręconą trzydziestosiedmiolatką, która ma na głowie ogromną ilość ludzi oraz ich problemów. Jest osobą zwariowaną, dynamiczną i pewną siebie. Ja jestem studentką i na pewno nie jestem tak szalona jako ona. Ktoś kiedyś stwierdził, że ze mnie to szaleństwo nieraz wydobywać trzeba prawie siłą. Nie mówię, że jestem jakąś wielką nudziarą, uwielbiam się nieraz powygłupiać, ale do Iwonki pod tym względem naprawdę wiele mi brakuje! Ja w wielu sytuacjach, w których znajduje się bohaterka,  z pewnością zachowałabym się zupełnie inaczej. Ale myślę sobie, że nie wykluczone, że w przyszłości, kiedy będę miałą na głowie swoją rodzinę i jej szaleństwa, sama stanę się taką Iwonką i bardzo bym tego sobie życzyła :)

kwiatusia
1. Kiedy narodziła się u Pani chęć napisania książki? Czy w tej chwili spontanicznie chwyciła Pani za długopis, usiadła przed klawiaturą komputera; a może wróciła Pani do tego pomysłu po pewnym czasie?

Książkę napisałam w czerwcu 2013. Nie planowałam wcześniej, że właśnie wtedy usiądę i napiszę książkę. Nie tworzyłam w głowie fabuły, nie wymyślałam bohaterów. Któregoś ranka po prostu wzięłam laptop i zaczęłam pisać. Po trzech dniach sama przeżyłam szok! Nie wyszło mi 20-stronicowe opowiadanie, ale krótka powieść kobieca w dodatku w zupełnie innym klimacie, niż to, co do tej pory napisałam!

2. Proszę nam zdradzić Pani przepis na napisanie dobrej książki. Co w trakcie pisania było dla Pani najłatwiejsze, a co najtrudniejsze? Czy pojawiał się brak weny twórczej? I czy miała Pani wpływ na wybór okładki?

Nie umiem zdradzić przepisu na napisanie DOBREJ książki, ponieważ mojej książce do tego naprawdę daleko. Jest dość banalna, nic w niej nie zaskakuje, w dodatku jest krótka. Kiedy czytam ją teraz widzę w niej wiele niedoskonałości i wiem, że muszę przysiąść i naprawdę dużo w niej poprawić, zanim trafi ona rynek. Jak już pisałam, braku weny nie miałam, a okładkę wybrałam sobie sama, choć przyznam szczerze, że tył okładki naprawdę mnie rozczarował i trochę się przez to złoszczę na wydawnictwo. Ale cóż, następnym razem będzie lepiej! J

3. Jak wykreować bohatera, który będzie wzbudzał w czytelniku skrajne emocje i nie pozwoli o sobie łatwo zapomnieć?


Myślę, że musi być to bohater o "skrajnie skrajnych" cechach, najlepiej stojący w obliczu jakiegoś problemu. Musi być ciepły, albo zimny. Czytelnik musi go albo pokochać, albo znienawidzić, bo wtedy też zapadnie nam w pamięć. Albo musi nam czymś zaimponować, zachować się tak, jak sami byśmy się zachowali. Moim bohaterem jest Logan Thiboult ze „Szczęściarza”, który przeszedł dla Beth właściwie całe Stany na piechotę tylko po to, żeby jej podziękować. To mój ideał, kogoś takiego sama bym chciała, choć mam świadomość, że to tylko „bajka” i w realnym świecie takie rzeczy się nie zdarzają.  Nie wiem więc, czy jest jeden przepis. Odważę się nawet na stwierdzenie, ze ilu ludzi, tylu ulubionych bohaterów. Każdy z nas jest inny i nie wiem, czy jest tu jakieś uniwersum.  


Bardzo serdecznie dziękujemy autorce za wyczerpujące odpowiedzi na pytania,
 a oto kogo wytypowała do nagordy książkowej: 

"Książka w wersji tradycyjnej powędruje do Kasi Jabłońskiej za naprawdę trudne pytanie odnośnie autorytetów literackich. Postanowiłam  wyróżnić też Elusive za pytanie, które przyprawiło mnie o uśmiech, kiedy dotarłam do niego i zastanawiałam się nad odpowiedzią. Do niej powędruje wersja książki w PDFie."


Serdeczne gratulacje dla zwycięzców konkursu, a ja sama zapraszam was na następne,
 których na pewno na blogu nie zabraknie! :)