wtorek, 30 września 2014

Kontrowersyjna spowiedź 
- "W powietrzu" Ingi Iwasiów


 "Opowiadam jak w transie lub orgazmowo-nostalgicznym ciągu. Bez nadziei, że mnie zrozumiecie, zaakceptujecie, bo nie podaję znieczulenia. Nie znajdziecie tu nic, co mogłoby was bezkarnie podniecić. Mięso, samo mięso zamarynowane w feromonach sentymentów."

  Portrety kobiet kreowane przez polskich twórców w ostatnim czasie oscylują na granicy gatunkowych psychologiczno- obyczajowych powieści o zabarwieniu erotycznym i nie ma co z tym polemizować. W nurt ten idealnie wpisuje się Inga Iwasiów, już jakiś czas temu przez polskich krytyków okrzyknięta jedną z bardziej cenionych rodzimych autorek. Właściwie to ciężko przejść obojętnie wobec jej utworów, w tym również powieści "W powietrzu", która w tamtym tygodniu trafiła na rynek dzięki wydawnictwu Wielka Litera. Powieść trochę przytłaczająca, z którą momentami ciężko się zgodzić. Może nie tyle szokująca, co po prostu ciężka do przyswojenia. Statyczna spowiedź bohaterki opisująca jej przeżycia seksualne. Może nawet po prostu ich spis. 

    Inga Iwasiów to urodzona w 1963 roku profesorka literaturoznawstwa, krytyczka literacka, pisarka, aktualnie pracująca na Uniwersytecie Szczecińskim. Przez 13 lat pracowała jako redaktorka Szczecińskiego Dwumiesięcznika Kulturalnego pt. "Pogranicza". W latach 2010-2013 była członkinią jury Nagrody Literackiej Nike.  Na rynku wydawniczym zasłynęła dyptykiem, w którego skład weszły powieści "Bambino" oraz "Ku Słońcu". Na swoim koncie ma również głośne opowiadania "Smaki i dotyki", a w 2014 roku spod jej pióra wyszły eseistyczne "Blogotony" oraz autobiograficzny "Umarł mi. Notatnik Żałoby". 

   Bohaterką powieści jest redaktorka magazynu literackiego, opowiadająca o swoich fantazjach, doświadczeniach oraz emocjach związanych ze sferą seksualną. Bez pruderii pisze o "początkach" z przyjaciółkami z podstawówki na zimnej podłodze w łazience, ukrywanym przed światem związku z nauczycielem, kilku nieudanych nażeczeństwach, trójkątach, czworokątach, licznych kobietach i przypadkowych mężczyznach. Można by powiedzieć, że o wszystkich możliwych związkach hetero- i homoseksualnych skrzętnie upchniętych pod etykietką "bez zobowiązań i poważnych deklaracji". Szereg kochanków, kochanek i "przyjaciółek". Miłości platoniczne i te nastawione tylko i wyłącznie na przyjemność. 

   "W powietrzu" to  niezwykle zwykła opowieść o sentymentach, z której wyłania się momentami przerażająca kreacja kobiety, chcącej na siłę uchodzić za przeciętną. Czytając "W powietrzu" pod przykrywką związków dostrzegamy też opowieść o transformacji mentalności kobiet wraz z upływem wieku, a wszystko to osadzone w postkomunistycznej rzeczywistości. Cóż. Trzeba przyznać, że mieszanka dość specyficzna. 

   "Kiedy skończyłam czternaście lat, zaczęłam polowanie... Od zawsze lubiłam gry i zabawy. Niewinne, w okolicach pokoju dziecinnego, niegrzeczne, gdy dorośli wychodzili z domu. Wyzwolona spod kontroli i autokontroli, kochałam kobiety i mężczyzn. W ciasnym świecie półkotapczanów i kryształów na meblościankach szukałam zaspokojenia dla dziewczynki, która żyła we mnie i cięgle chciała więcej. Nadal szukam, już bez wahania, lęków, targów ze sobą." 

    Portret kobiety wyłaniającej się z powieści jest dość kontrowersyjny. Z jednej strony możemy odebrać główną bohaterkę jako zagubioną w świecie niewinną dziewczynkę, której młodość przypadła na czasy, w których szukanie swojej seksualnej tożsamości wiązało się ze sporą dawką eksperymentowania i choć głośno się o tym nie mówiło, społeczeństwo dawało na te "eksperymenty" swoiste ciche przyzwolenie. Z drugiej strony, kobieta wykreowana przez Ingę Iwasiów jest zwykłą nimfomanką, próbującą usprawidliwić się opowiadając o swojej przeszłości. Na siłę stara się wmówić czytelnikowi, że to, o czym opowiada jest po prostu normalne, z czym zgodzić się nie można, ponieważ normalne z pewnością nie jest. Kobieta mająca potężny problem ze swoją seksualnością i emocjami, szukająca społecznej aprobaty, zasługująca co najwyżej na pogardę. Nimfomanka chcąca odkupić swoje grzechy opowieścią, a nie wizytą u terapeuty,

   Ciężko mi jednoznacznie ocenić "W powietrzu", gdyż to książka prowokując do prywatnych przemyśleń, w ogromnej mierze uzależnionych systemem wartości czytelnika. Po części ukazująca pragnienia każdej kobiety, o których może głośno się nie mówi, po części zdecydowanie przerysowana. Może książka o dojrzewaniu, a może o tym, że tylko się starzejemy, podczas gdy nasza mentalność nadal pozostaje na poziomie małego dziecka. Sama nie wiem, czy patrzeć na nią z lekkim przymrużeniem oka, czy traktować śmiertelnie poważnie. Niby książka o dojrzałości i dorastaniu do pewnych wyborów, a wprost ukazująca naiwność i infantylność, z której najwidoczniej się nie wyrasta. 

   Inga Iwasiów prowokuje. Wielu potraktuje jej nowy utwór jako nudną książkę o kobiecie z przerostem spoidła wielkiego, inni jako doniosłe dzieło literackie pragnące z niezwykłości uczynić zwykłość. Nie ulega jednak wątpliwości, że to książka, wobec której nie przechodzi się obojętnie. Jeśli mi nie wierzycie, koniecznie sami ją przeczytajcie. Spowiedź kobiety kontrowersyjnej. 


Ze egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu 


sobota, 27 września 2014

KONKURS!

Moi drodzy,
 zapraszam was dziś do udziału w konkursie, w którym wygrać możecie egzemplarz książki pt. "Samotność ma Twoje imię" autorstwa Moniki A. Oleksa. Co należy zrobić, aby wygrać egzemplarz utworu? Pod tym postem, lub odpowiednim postem na profilu Informatora na facebooku udzielić odpowiedzi na pytanie:



Samotność ma Twoje imię, a jak ma na imię "to",
 co wyrywa was z samotności?

Odpowiedzi możecie udzielać od 25 września do 30 września do godziny 23.59. Nagrodzona zostanie najbardziej kreatywna według mnie odpowiedź. Może ona mieć dowolną formę, proszę jednak, by nie przekraczała 10 zdań. 



   "Samotność ma twoje imię to fascynująca opowieść o pragnieniach ludzkiego serca, które nie chce dać się oszukać ani zignorować. Ewa, Martyna, Hanna, Janina, Danuta, Magda – kobiety w różnym wieku i z różnym bagażem życiowych doświadczeń . To co je łączy to Samotność, która niejedno ma imię. To również pachnąca domowym ciastem opowieść o codzienności, w której tęsknota za bliskością odnajduje zrozumienie, mocnej siłą przyjaźni i rodziny. Ubarwionej następującymi po sobie porami roku. To jednak przede wszystkim książka o poszukiwaniu samego siebie, i przesłanie, że nie można zamykać się na innych ludzi. Warto zrobić krok dalej i zaufać." 





Regulamin konkursu
1. Organizatorką konkursu jest właścicielka bloga Informator Czytelniczy oraz wydawnictwo Zysk i Ska
2. Sponsorem nagrody jest wydawnictwo Zysk i Ska
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest odpowiedź na konkursowe pytanie.
4. Konkurs trwa od 25 września 2014 roku do 30 września 2014 roku do godz. 23.59
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi 1 października
6. Odpowiedzi należy udzielić pod konkursowym postem na blogu albo portalu Facebook
7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi jak  anonimowi uczestnicy, którzy popiszą się imieniem/nickiem oraz podadzą adres mailowy, oraz użytkownicy portalu Facebook
8. Warunkiem uczestnictwa w konkursie w wypadku odpowiedzi na portalu Facebook jest polubienie strony wydawnictwa Zysk i Ska oraz Informatora Czytelniczego. 
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się za pomocą e-maila lub wiadomości na Facebooku. W przypadku, gdy zwycięzca w ciągu 7 dni nie odpowie na wiadomość, nastąpi ponowny wybór zwycięzcy.
10. W konkursie mogą brać udział osoby zamieszkałe w Polsce.
11. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)

No to START! :) 
Czarny kryminał w najlepszym wydaniu
czyli "Marcowe fiołki" P. Kerra


"Mężczyzna pierwszy: My, weterani, jesteśmy kompletnie lekceważeni. Popatrz na te "marcowe fiołki", wszystko jest dla nich.
Mężczyzna drugi: Święta racja! Gdyby Fuhrer później wstąpił do partii, zaszedłby dużo dalej."
                          "Das Schwarze Korps", listopad 1935


  Nawet nie wiem kiedy stałam się fanką kryminałów. Imponują mi po mistrzowsku uknute intrygi, dziesiątki wątków perfekcyjnie schodzących się w logiczną całość, a przede wszystkim główny bohater, w tym wypadku Bernard Gunther, któremu udaje się poskładać układankę w całość. Jak więc mogłabym odmówić sobie lektury "Marcowych fiołków", utworu rozpoczynającego głośną "Trylogię berlińską" autorstwa P. Kerra, okrzykniętego ostatnio mistrzem europejskiego kryminału? "Marcowe fiołki" to współczesny czarny klasyk, w którym czytelnik znajduje wszystko, za co kocha powieści kryminalne, a nawet dużo, dużo więcej... 


  Philip Kerr, twórca urodzony w 1956 roku w Edynburgu. Znany i ceniony w całej Europie pisarz, który zadebiutował w 1989 r. właśnie "Marcowymi fiołkami", rozpoczynającymi historyczny cykl kryminalny, "Trylogię berlińską". Następna część trylogii to "Blady przestępca". Akcja obu tych utworów rozgrywa się w latach '30 XX wieku w urabianym przez nazistów Berlinie. Pierwsze dwie części trylogii Kerra w Polsce ukazały się już nakładem wydawnictwa W.A.B, a trzecia, "A man without breath" została niedawno wydana w oryginalnym języku. Jej akcja rozgrywa się w 1943 w Smoleńsku. Mam więc nadzieję, że niedługo i my, czytelnicy z Polski, będziemy mogli jej zasmakować. 

  Berlin, 1936 rok, tuż przed igrzyskami olimpijskimi. Bernard Gunther, prywatny detektyw, który jakiś czas temu odszedł z policji, zostaje wynajęty przez znanego w III Rzeszy przemysłowca, chcącego rozwikłać zagadkę śmierci swojej córki i zięcia. Spora suma pieniędzy przekonuje nie sympatyzującego z reżimem hitlerowskim detektywa i podejmuje się on tego zlecenia, doskonale zdając sobie jednak sprawę z tego, że tym samym wchodzi w świat niebezpiecznych, politycznych porachunków, mogących w każdej chwili zakończyć się dla niego obozem. Podczas jego śledztwa okazuje się, że w sprawę uwikłanych jest wiele osób, a dwie sprawy, które prowadzi, w misterny sposób schodzą się w jedno. Nie brakuje oczywiście kobiety fatalnej, jak to w kryminałach noir, oraz przerysowanej momentami brutalności, a także porządnej dawki ironii wplatanej w dialogi. Czy Guntherowi uda się uniknąć więzienia i okrutnych konsekwencji, płynących ze śledztwa, którego się podjął? Co z jego firmą i bliskimi? A przede wszystkim, jak zakończy się sprawa zamordowanej córki zleceniodawcy? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziecie na kartkach utworu,

  W "Marcowych fiołkach" na pierwszy plan wysuwają się oczywiście zawiła intryga misternie skonstruowana przez autora, kreacja głównego bohatera, ale, co wspaniałe, również niesamowicie oddane realia i klimat rodzącej się III Rzeszy po objęciu władzy przez Hitlera. Przyznam szczerze, że to właśnie to ostatnie wywarło na mnie podczas lektury największe wrażenie, gdyż opisanie tamtego świata przez Kerra w tak realistyczny sposób, wymagało od niego rzetelnych studiów historii i polityki tamtego okresu, przez co autorowi, bez dwóch zdań, należy się szacunek. W "Marcowych fiołkach" wszystko jest "z epoki", jak określił to Garlicki. "Opisy tramwajów, ulic, ubiorów, restauracji warunków życia są realistyczne, a fantazja autora trzymana w ścisłych ryzach".  Podziw budzi również sposób, w jaki Kerr przemieszał losy fikcyjnych bohaterów z losami tych autentycznie żyjących, w taki sposób, że ciężko byłoby zorientować się bez znajomości historii, kto został stworzony na potrzeby książki, a kto nie. Jak można nie zachwycić się dziełem, oddającym prawdziwe nastroje świata,  które przeciętny czytelnik zna jedynie z kart historii, dodatkowo wplatając w to wszystko mroczną tajemnicę i niebezpieczeństwo?

  Oczywiście nie sposób też przejść obojętnie wobec kreacji Gunthera, detektywa, będącego głównym bohaterem utworu. To typowy bohater kryminału. Wielki sceptyk i ironista. Człowiek brutalny w pracy, niezwykle łagodny w życiu prywatnym. Choć wyrachowany, na swój sposób zadziwiająco uczciwy. Za maską cynizmu skrzętnie ukrywa swój prywatny kodeks honorowy i pragnienie sprawiedliwości. To właśnie jego okiem widzimy szereg przemian, dokonujących się w Niemczech po objęciu władzy przez Hitlera. Okrutne rządy twardej ręki, terror wszechobecnego gestapo oraz bezwzględnych karierowiczów.  Autor wplata powszechnie panujące poglądy w przemyślenia Gunthera naprawdę niewinnie, sprytnie wrzucając w głowę czytelnika informacje historyczne. Przyznam szczerze, że zabieg ten przyciągnął moją uwagę. 

  "Marcowe fiołki", jak i cała trylogia Kerra określane są ostatnio jako "modne". Nie sposób się z tym nie zgodzić, nie sposób też przyznać racji. Jego kryminały to  naprawdę dobre utwory i nie ma co z tym polemizować. Choć ciężkie, to nie przytłaczające. Misternie fikcyjne i zaskakująco prawdziwe. Doborowe połączenie klasyki sensacyjnego kryminału z reportażem historycznym. Zawarte jest w nich to wszystko czego rzesze czytelników oczekują, sięgając po tego typu książki, a Kerr najzwyczajniej w świecie im to daje. Mnie zachwycił. Z czystym sumieniem mogę polecić wam jego trylogię. To prawdziwie czarny kryminał, w którym tło historyczne jest równie ważne jak intryga. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:



czwartek, 25 września 2014

Historia pewnej ucieczki
w "Jeziorze cierni" M. Zimniak


  "Śpi w niebie moim to jezioro cierni.
  Pochylam się i widzę tam na dnie
  Blask mego życia. I to, co straszy mnie,
  Jest tam, nim śmierć mój kształt na wieki spełni."
                                  Czesław Miłosz


  Kiedy jakaś książka nominowana jest do ważnej nagrody literackiej, od razu narasta we mnie chęć jej przeczytania i sprawdzenia, czy jest wystarczająco dobra. W przypadku "Jeziora cierni" właśnie tak było. W jego stronę popchnęła mnie ciekawość i nie myślałam, że historia rodzinna może wciągnąć tak bardzo. Lubię dramaty psychologiczne, a ten naprawdę przypadł mi do gustu. Dlaczego? To wszystko dzięki misternej konstrukcji utworu. 

  Peter Roberston to przeciętny amerykański nastolatek. No, może nie do końca, a wszystko za sprawą polskich korzeni rodzinnych, która matka skutecznie ukrywała przed nim przez pewien czas. A to wszystko dlatego, że gdy Katarzyna, obecnie Kate, opuszczała paredziesiąt lat temu ojczyznę, nie był to zwykły wyjazd, lecz ucieczka mająca oderwać od wspomnień i bólu. W Silver Spring, niedaleko Waszyngtonu, młoda kobieta próbowała na nowo ułożyć sobie życie, co skutecznie jej się udało. Razem z mężem i synem prowadzą spokojne życie, do momentu, w którym Peter nie oznajmia, że ma ochotę udać się do Polski i odszukać rodzinę matki, poznać jej historię oraz bliskich. Przerażona Kate w desperacji robi wszystko, by mroczna tajemnica jej przeszłości nie wyszła na jaw. Dlaczego? Dlatego, że czas wcale nie zagoił ran, a ona mimo pozorów, nie przeszła nad tym, co się niegdyś wydarzyło, do porządku dziennego. Zrozpaczona rusza więc za Peterem do ojczyzny, aby uchronić go przed cierpieniem. Czy skutecznie? I co przyniesie bohaterce podróż do przeszłości? Czy wszystko rzeczywiście było tak, jak to zapamiętała? Tego musicie dowiedzieć się już sami.

  Przyznam, że podczas lektury naprawdę wciągnęłam się w rodzinną tajemnicę, skrywaną przez Kate. Autorka wspaniale wykorzystała główne atuty gatunku, w którym się poruszała i udało jej się dawkować czytelnikowi napięcie i informacje naprawdę fenomenalnie. Jeśli chodzi o styl, spodobał mi się też wolny i płynny sposób, w jaki prowadziła narrację przechodząc od postaci do postaci, i szczegółowo je charakteryzując, co z pewnością nie pozostaje bez echa jeśli chodzi o zadowolenie czytelnika z lektury. Z jednej strony wiemy więcej od pozostałych bohaterów, z drugiej i my, odbiorcy, trzymani jesteśmy w napięciu i mamy szansę poskładać rozsypane elementy układanki w całość. Jeśli chodzi o konwencję gatunkową, nie widzę nic, co mogłabym pani Zimniak zarzucić. Wspaniale budowane napięcie sprawia, że czytelnik chce więcej i więcej oraz coraz szybciej przerzuca strony, spragniony punktu kulminacyjnego. Czego można chcieć od książki więcej? 

  Przyznam szczerze, że ostatnio lubuję się coraz bardziej w tajemnicach rodzinnych, napisanych w przystępny sposób. Taką książką było dla mnie właśnie "Jezioro cierni".  Autorka zaimponowała mi poruszeniem bolesnych i trudnych tematów, które pojawiają się wokół nas coraz częściej i gęściej. Podziwiam jej odwagę, w głośnym mówieniu o pewnych rzeczach, a przede wszystkim to, co jej z tego mówienia wyszło. To świetna, problematyczna, a przede wszystkim naprawdę życiowa historia o radzeniu sobie z demonami mrocznej przeszłości, od których, choć fizycznie można uciec, psychicznie uwolnić się nie można. Pokazuje, jak boleśnie mogą zranić nas najbliżsi oraz jak misternie tworzona pajęczyna kłamstw w jeden dzień może runąć, odsłaniając to, co chce się ukryć, o czym zapomnieć. Wskazuje też, że wspomnienia są głównie naszą interpretacją zdarzeń, które naprawdę się zdarzyły i każdy z nas ma ich własną wersję w głowie, a ona nie koniecznie musi zgadzać się z tym, jak naprawdę było. Często, nawet przez lata, tkwimy w swoich wyobrażeniach, odcinając się od prawdy, która naprawdę ma wyzwalającą moc, nie próbując nawet jej dociekać.

   "Jezioro cierni" to przepiękna, choć trudna opowieść o tym, że sieci kłamstw pryskają jak mydlane bańki, a liczy się tylko prawda, rodzina i zaufanie. Nie spodziewałam się, że sięgając po ten utwór dostanę tak niesamowitą, wciągającą powieść.  Brawo!Moim zdaniem w stu procentach zasługuje ona na nie jedną nagrodę i trzymam za nią kciuki.


Za egzemplarz recenzencki utworu serdecznie dziękuję wydawnictwu:




środa, 24 września 2014

Pyszny literacki kąsek,
czyli premierowo o "Całej nadziei w Paryżu"
D. McKinlay




   "-Coś mi nie daje spokoju. [...]
     -Miłość czy pieniądze?
 -Twoim zdaniem wszystko się do tego sprowadza?
  -Owszem, pod nieobecność śmierci, zarazy i wojny. Z drugiej strony, może po prostu wszystko spłycam?"


  Definiując dobrą książkę podaję zawsze jako cechę fakt, że wciąga. Dzięki "Całej nadziei w Paryżu" przekonałam się, że jest w tym sporo racji. Nie wiedziałam jednak, że wspaniała powieść potrafi wciągnąć już po przeczytaniu czterech stron. Nie żartuję, naprawdę  wystarczyły cztery, żebym nie mogła się od niej oderwać i umiała powiedzieć, że to lektura, która pochłonie mnie do reszty dopóki jej nie skończę. Historia pełna przepisów, listów i miłości. Rozkoszna i smakowita. 

 Eve jest przeciętną kobietą po czterdziestce, która zaraz po zawarciu małżeństwa w młodości została sama z małym dzieckiem, gdyż jej mąż postanowił najzwyczajniej w świecie dać nogę. Radość w jej szare, angielskie życie wnosi dopiero pierwsza przeczytana książka autorstwa Jacka, poczytnego, amerykańskiego pisarza. Eve decyduje się poinformować o tym autora listownie i od tamtej pory rozpoczyna się ich wspaniała, tradycyjna korespondencja. Zaczynają wymieniać się przepisami, nigdy nie wychodząc poza ramy tego tematu. Jednak przychodzi moment, w którym Jacka zostawia żona, w dodatku nie dla byle kogo, a mężczyzna przechodzi zastój twórczy połączony z kryzysem wieku średniego. Właściwie sam nie wie dlaczego, postanawia napisać Eve coś bardziej osobistego niż zwykle, a z czasem proponuje jej spotkanie w Paryżu. Kobieta pochłonięta przygotowaniami do ślubu córki i przerażona perspektywą, że podczas ceremonii będzie musiała skonfrontować się z byłym mężem, początkowo ignoruje propozycję Jacka. A potem... jeśli chcecie wiedzieć co było potem to już musicie sami przeczytać tę książkę. Zdradzę tylko, że miałam łzy w oczach gdy dotarłam do finału. Misternego finału chwytającego za serce.

 Co urzeka mnie w "Całej nadziei w Paryżu"? Wydaje mi się, że zarówno prostota formy jak i prostota treści. Uwielbiam powieści epistolarne i fakt wplecenia korespondecji do utworu, jak i wzmianek o jedzeniu, spowodowało, że wokół książki niemalże unosi się magiczna, klimatyczna aura oddziałująca na czytelnika. Do tego wspaniała narracja ukazująca równolegle pędzące życia Jacka i Eve, oraz dialogi sprawiają, że książka skutecznie oderwała mnie od naszej zimnej jesieni. 

  Jeśli chodzi o bohaterów, to ich kreacja również przypadła mi do gustu. Dwoje ludzi znajdujących się mniej więcej na półmetku życia, którzy potrzebują na nowo odnaleźć sens i pozbierać się po obciążających psychikę wydarzeniach. Autorka doskonale scharakteryzowała te krytyczne momenty w ich życiach nie przerysowując ani nie wyjaskrawiając. Pokazała też, że ważnym elementem wychodzenia z kryzysu jest drugi człowiek, może pozornie odległy, tak jak w przypadku Jacka i Eve, ale naprawdę bliski, czym zaskarbiła sobie moją sympatię.

  Zachwyca też pomysł uczynienia Paryża czymś wyjątkowym w życiu boahterów, nie tylko w sensie dosłownym, ale głównie metaforycznym.Oczywiście nie ulega wątpliwościom, że jest to niezwykle klimatyczne miasto zwane miastem zakochanych.  Znana nam wieża, znajdująca się na okładce jak i w końcowej partii utworu jest jednak nie tyle czymś namacalnym, choć oczywiście obecnym w utworze, co symbolicznym punktem przełomowym w życiu zarówno Eve i Jacka. Paryż to w utworze symbol wiary w coś lepszego, symbol przemiany, namacalnej przemiany w życiu bohaterów. Trzeba przyznać autorce, że kupiła mnie tym motywem i to bez reszty.

  Przyznam szczerze, że pierwszy raz zetknęłam się z książką, która łączyłaby w sobie oddziaływanie na wiele zmysłów naraz. Podczas jej lektury, czytelnikowi niemalże wydaje się, że czuje aromaty i zapach opisywanych potraw. Spodobało mi się to zjawisko na tyle, że gdy tylko skończyłam czytać, zabrałam się za jedzenie, ponieważ lektura poważnie mnie wygłodziła. Nie polecam jej więc grubaskom! (Oczywiście żartuję, ponieważ polecam ją wszystkim, dosłownie wszystkim!)

  Podsumowując, wydawnictwo Feeria zaspokoiło w pełni moje oczekiwania co do "Całej nadziei w Paryżu", o której marzyłam od momentu, gdy tylko dowiedziałam się, że trafi w moje czytelnicze ręce. Przepiękna szata graficzna, przepiękna książka. Pyszny literacki kąsek, podczas jedzenia którego apetyt rośnie i rośnie, a zaspokaja go tylko zapierające dech w piersi zakończenie, czytając które miałam łzy w oczach. Smakowicie polecam, nie tylko fanom jedzenia. To książka, która rozpali każde wychłodzone tej jesieni serce niczym gorąca herbatka podczas wydłużających się wieczorów, której wręcz nie można się oprzeć.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:


wtorek, 23 września 2014

Szczypta tajemnicy i czarnych kotów
w "Za wszelką cenę" K. Ryrych




 "Jeśli długo nie chodzisz po drewnianej podłodze, będzie skrzypieć w nocy."

  Uwielbiam książki, które mają jakiś motyw przewodni. Coś, co powraca w przeróżnych momentach tworząc wyjątkowy klimat utworu. Właśnie taką książką jest "Za wszelką cenę" Katarzyny Ryrych, którą ukazała się ostatnio w serii "plus minus 16" wydawnictwa Literatura. Po prostu nie mogłam oprzeć się historii o czarnych kotach babci Cateriny, którymi obdarowywała cały Rzym. Po prostu coś pięknego. 

  Jeśli chodzi o autorkę, to spotykam się z nią pierwszy raz, dlatego uznałam, że warto ją przedstawić. Katarzyna Ryrych ukończyła filologię angielską na UJ, jest nauczycielką angielskiego, maluje obrazy i pisze książki. Książki dla "dorosłych, młodzieży i drobiazgu - jak mówi o dzieciach". Jest dwukrotną laureatką Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren za "Wyspę mojej siostry" oraz "O Stephanie Hawkingu..."

 Julia ma dwadzieścia lat i studiuje matematykę. Daleko jej do romantyczki, w przeciwieństwie do chłopaka, o magicznym imieniu Romeo, z którym spotyka się od jakiegoś czasu. W kilka tygodni po tym, jak umiera dziadek dziewczyny, ojciec informuje ją, że babcia, która odeszła od męża dawno temu, również zmarła i przepisała dziewczynie dom we Włoszech. Julia postanawia skorzystać z okazji wyjazdu i udaje się do Italii, gdzie okazuje się, że babcia Julii miała tajemnice, o których nie wiedziała nawet najbliższa rodzina. Julia błądząc po rzymskich uliczkach stara się poznać jak najlepiej tajemniczą starszą panią, do której z wyglądu jest tak bardzo podobna. Wypatrując czarnego kota dowiaduje się o babci więcej i więcej, dostrzegając w niej cząstkę samej siebie. Julia poznaje też masę zwariowanych, albo i nie, przyjaciół, którzy pomagają jej rozwiązywać tajemnice, a w między czasie lepiej poznaje siebie i zauważa kilka rzeczy, które powinna w sobie zmienić. 

  Przyznam szczerze, że choć w pierwszej chwili nie do końca potrafiłam odnaleźć się w klimacie Rzymu, który stworzyła autorka, tak pod koniec było mi po prostu przykro, że utwór już się kończy. Naprawdę można pokochać tę książkę, choć tematycznie jest utworem raczej dla młodzieży, za to, że nie wspisuje się w królujące na rynku trendy, jakimi jest między innymi "Young Adult", "New Adult" itp.  Widać, że autorka postawiła na wartościową literaturę, napisaną w oryginalny sposób, ukazującą wspaniałą młodość bez używek, seksu i alkoholu. Czy właśnie nie tego powinniśmy chcieć dla młodych czytelników? "Za wszelką cenę" jest utworem  przesyconym wartościami, a do tego napisanym prostym, choć momentami bardzo metaforycznym językiem. Jest w niej dosłownie wszystko. Są w niej wątki romantyczne, i szczypta tajemnicy, konfliktu pokoleniowego, zazdrości, przyjaźni... to piękna tematyczna mieszanka, która dzięki sprawnemu stylowi autorki zaowocowała jako wciągająca powieść, zabierająca do świata pachnącego pesto, cytryną i oliwkami, skąpanego w południowym słońcu. 

  Podsumowując, to książka, z gatunku tych, w których sama zaczytywałam się będąc nastolatką, i którą zdecydowanie można podsunąć młodej czytelniczce, nie obawiając się, że lektura dopełni tylko obrazu wyłuzdanej młodości, którą ze wszystkich stron popkultura stara się dziś promować. Polecam wam i zachęcam do polecania. To piękna książka od której ciężko jest się oderwać. 

  "Nie wiadomo, czy to romans, czy powieść detektywistyczna. W tym problem [...] ale wierzę, że pewnego dnia znajdę odpowiedź."


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:


poniedziałek, 22 września 2014

"Niech w końcu coś się zdarzy" 
Trixi von Bulow



  Doszłam ostatnio do wniosku, że coraz częściej sięgam po gatunki, które do tej pory udawało mi się unikać. Tak zaczęłam czytać biografie, kryminały, książki dla młodzieży, które odstawiłam na kilka lat, ale leniwa niedziela z książką, klasyczną książką dla kobiet, to coś, czego wręcz nie potrafię sobie odmówić, co króluje na moich listach i z pewnością nigdy nie przestanie. Świat Książki ze swoją serią "Leniwa niedziela" prawie idealnie wpisuje się w mój gust czytelniczy, dlatego również ja nie mogłam oprzeć się książce "Niech w końcu coś się zdarzy,"


  Trixie von Bulow razem z mężem i synami mieszka w Monachium. Jest dyrektorką programową w jednym z tamtejszych wydawnictw, ale nam znana głównie jako autroka kilku bestsellerowych poradników, takich jak "Mężczyźni. Podręczna instrukcja obsługi.", "Co zrobić, żeby mężczyzna oszalał na twoim punkcie" i innych, które wszystkie ukazały się już nakładem Świata Książki w Polsce. Tym razem autorka prezentuje nam około 300-stronicową powieść dla kobiet. 

  Fritzi Berger, określana jako "kobieta silna z konieczności", razem z córeczką zostają porzucone przez męża i ojca. Fritzi zostaje sama, podczas gdy wali jej się świat. Choć ma wspaniałe dziecko, któremu oddaje się bez reszty, a które przychodzi do niej z pluszakiem do łóżka praktycznie co wieczór, oraz opłacalną posadę redaktorki w wydawnictwie Best&Seller, nie może wyprzeć ze świadomości myśli, że jest rozwódką a przed nią czterdzieste urodziny. Z powodu kryzysu, jaki kobieta przechodzi, przyjaciółka zabiera ją na kilka dni nad morze. Od tamtej pory nic w życiu Fritzi nie będzie już takie same. Rozpocznie się jej miotanie między samą sobą a światem, poszukiwanie miłości i błądzenie w jej ślepych uliczkach, a także dysonans między rzeczywistością a chęcią. Rozpocznie się pełna niespodzianek, czasem zabawna, czasem smutna kolejna życiowa historia.

   Nie sposób nie odnieść się do stwierdzenia, że "Niech w końcu coś się zdarzy" określane jest jako "inteligentna odpowiedź na "Jedz, módl się, kochaj.". Przyznam szczerze, że nie czytałam tej książki, choć wiele jej o niej słyszałam. Wnioskuję, że jest ona przesłodzoną książką obyczajową dla kobiet, której głównym celem jest zwrócenie kobietom nadziei na potężną miłość oraz optymizmu. Jak to ma się do powieści von Bulow? Autorce trzeba przyznać, że napisała książkę trochę odbiegającą od standardu tego typu obyczajówek. Nie przedobrzyła, ukazała brutalną rzeczywistość, w której miłość nie spada jak grom z jasnego nieba. No, co najwyżej nie jedno zauroczenie, kończące się ogromnym rozczarowaniem. To zobrazowanie rzeczywistości  nie sprawiło, że wystrzeliły we mnie fajerwerki optymizmu. Wręcz przeciwnie. Książka wydała mi się być trochę smutna w tym wszystkim, bo choć życiowa, to oczekiwałam, że jednak da mi tego przysłowiowego, bajkowego kopa. Nie ma chyba jednak co pisać o swoich oczekiwaniach. Autorka chciała pokazać, że życie nie ma nic wspólnego z komediami romantycznymi, które my, kobiety, oglądamy i czytamy i swój cel osiągnęła, nie ma co z tym dyskutować.

  Jeśli chodzi o główną bohaterkę to z początku miałam ochotę podsumować ją określeniami: głupia i naiwna. Zdałam sobie jednak sprawę z tego, że Fritzi jest po prostu zagubiona. W mało atrakcyjnym momencie jej życie najzwyczajniej w świecie się wali, co jest w dzisiejszych czasach dość popularnym zjawiskiem społecznym. Choć ja sama w takich sytuacjach nie wyznaję zasady "klin klinem", to wiele kobiet stara się zrekompensować stratę drugim mężczyzną. Fritzie należy właśnie do tych kobiet. Wydaje mi się, że chce tego wszystkiego za bardzo na siłę, przez co dochodzi w jej życiu do wielu nieprzyjemnych sytuacji. Autorka we wspaniały sposób ukazała zjawiska takie jak idealizacja partnerów, zagubienie we własnych pragnieniach czy nawet efekt aureoli. Wszystko to momentami ukazane w zabawny sposób, sprawiło, że "Niech w końcu coś się zdarzy" skłoniło mnie do wielu refleksji. 

 Myślę, że nie tylko moim zdaniem Trixie von Bulow dokonała prawdziwego odzwierciedlenia natury kobiecej. Trochę ukazała nam, że jesteśmy łatwowierne i głupiutkie, z drugiej jednak strony ukazała naszą potężną siłę, która  gdzieś tam tkwi w każdej z nas przeplatając się z tymi słabszymi cechami. Jeśli o mnie chodzi, kupuję tę powieść. Na pozór lekka i zabawna, w rzeczywistości obfitująca w wiele prawdziwych treści. To dobra powieść, jeśli macie ochotę odpocząć przy książce, ale też, gdy potrzebujecie przebudzenia. Gorąco polecam na chłodne, jesienne wieczory i nie tylko.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:


czwartek, 18 września 2014

"Nudzimisie idą do szkoły"
- Rafał Klimczak




  Oj, jaki to znienawidzony przez rodziców, a ukochany przez dzieci zwrot: "Mamo, nudzi mi się!", Kończy się on zwykle oczywiście dwojako: albo wybuchem płaczu i złości sfrustrowanego dziecka, albo popisem kreatywności rodzica. Na taką chwilę z pewnością przyda się świetna książeczka z serii "Nudzimisie", którą od pewnego czasu wydaje Skrzat. Autorem pomysłu i tekstu jest Rafał Klimczak, a ilustratorką, która wspaniale ubarwia lekturę jest Agnieszka Kłos-Milewska.


  Nudzimisie to niedźwiadki, żyjące w swojej własnej krainie. Prowadzą tam swoje nudzimisiowe życie, a gdy na niebie pojawi się chmurka, jeden z nich zostaje zabrany do świata ludzi, aby pomóc dziecku zwalczyć nudę. Oczywiście niedźwiadki nie są widoczne dla dorosłych i skutecznie mogą zabawiać spragnione wrażeń dziaciaki. 

 W tej książeczce zarówno mały Szymek, jak i nudzimisie idą do szkoły. Szymek stresuje się nowymi kolegami, miejscem oraz panią
wychowawczynią. Nudzi się podczas zakupów tronistra i kredek, a także podczas pierwszych lekcji. Właśnie wtedy potrzebuje Hubka, swojego nudzimisia. Hubek natomiast zostaje nudzimisiowym profesorem, ze względu na duże zainteresowanie wykładami na temat najnowszych technik zabawiania dzieci. Pomocnikami mianuje oczywiście Gusię oraz Mutka, swoich najlepszych przyjaciół. W tej części przygód zwariowanych stworków czytelnik dowie się również, jak wygląda szoła dla nudzmisiów. Nie zabraknie też śmiechu, zabawy oraz mnóstwa sposobów na odnudzanie! 


 Co podobało mi się w tej książeczce? Przede wszystkim wspaniały pomysł na wykreowanie świata nudzimisiów oraz tych niesamowitych stworków. Zarówno dorosły, jak i mały czytelnik po prostu nie mogą nie zapałać miłością do fantastycznych przygód nudzimisów oraz machin, czy życia w Nudzimisiowie. To stworki o naprawdę dobrym serduszku, szczere, koleżeńskie. Po prostu nie można ich nie pokochać. To, co zadowla rodziców to oczywiście to, że z przygód niedźwiadków można naprawdę wiele się nauczyć, na przykład tego, że inny wcale nie znaczy gorszy, a starszych należy słuchać, ponieważ mają dużo większe doświadczenie niż nasz maluszek. To podstawowe prawdy i wartości, które warto wpajać do małych główek już od dziecka. Poza tym oczywiście obrazki. Przepiękne ukazanie stworków w ich przygodach zachwyca i przyciąga wzrok. Wydaje mi się, że ostatnio żadne wydawnictwo dla dzieci nie ilustruje książeczek tak wspaniale jak Skrzat. Zresztą, przekonajcie się o tym sami i zajrzyjcie do świata nudzimisów. Z niego po prosto nie chce się wychodzić! 


  W serii ukazały się już tytuły takie jak: "Nudzimisie", "Nudzimisie i przyjaciele", "Nudzimisie i przedszkolaki", "Szymek w krainie nudzimisiów". Oczywiście czekamy na więcej! 


                                  Książeczkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:



środa, 17 września 2014

A niebawem na blogu...


Witam was cieplutko w ten piękny jesienny poranek. 
Jestem właśnie podczas lektury ciekawej książeczki dla dzieci, której recenzja najpóźniej wieczorem, ale postanowiłam przedstawić wam kilka pozycji, które wydały mi się ciekawe, a których recenzje ukażą się niedługo na blogu Informatora. 
Zaczynamy!



   Mam wrażenie, że rynek oszalał na punkcie książki, którą przygotowało wydawnictwo Feeria tej jesieni. Oczywiście mowa o tytule "Cała nadzieja w Paryżu", który będzie miał swoją premierę już za tydzień, czyli 24.09. Właściwie to sama oszalałam na punkcie zarysu fabuły i okładki, więc co się dziwić :) 


    Napisany do amerykańskiego pisarza list, w którym Eve zachwyca się wyjątkowo plastycznie oddaną przez niego sceną kulinarną, staje się początkiem znajomości, która powoli przemieni życie ich obojga.

   Eve jest po czterdziestce, jej mąż mieszka z drugą żoną, córka wyprowadziła się do Londynu. Z kolei Jackson, który wydał już kilka powieści i ma grono swoich wiernych czytelników, czuje, że w jego własnym życiu wciąż wieje pustką. Oboje mają to samo hobby: gotowanie. Pasja do odkrywania smaków i aromatów ich zbliża, ale życie otwiera przed nimi więcej niespodzianek. Pełne realizmu i ciepła postacie, narracja wolna od płaskiego sentymentalizmu, życie płynące w rytmie słodko-gorzkich rocznic i rodzinnych wydarzeń – książka, którą smakuje się z przyjemnością, bez fastfoodowego pośpiechu, z uśmiechem, refleksją, nutą optymizmu i palącym zaciekawieniem.



   Druga pozycja, również kobieca, to książka pt.  "Niech w końcu coś się zdarzy" wydana ostatnio przez Świat książki. Jeśli chodzi o tę pozycję, to naprawdę mnie ona inntryguje, a nazwanie jej "odpowiedzią na Jedz, módl się i kochaj" tylko dodaje jej smaczku w moich oczach. Książka już czeka na półce, więc recenzja niebawem.

    Opowieść o kobiecie, która na półmetku życia musi na nowo odnaleźć jego sens. Fritzi Berger, kobieta silna z konieczności, od roku nie ma męża. Ma za to mnóstwo niespełnionych pragnień i wątpliwości, córeczkę, kiepsko opłacaną pracę redaktorki w wydawnictwie Best & Seller, piętnaście lat małżeństwa za sobą, i czterdzieste urodziny przed sobą. Pewnego dnia przyjaciółka namawia ją, by pojechały razem na kilka dni nad morze… I tak, pomiędzy codziennym kieratem a chęcią, by jeszcze raz poszukać szczęścia, rozwija się porywająca, czasem smutna, a czasem bardzo zabawna i pełna niespodzianek historia.



   Trzecia książka, też dla kobiet, to "Ukryte skarby" Nory Roberts. Przyznam, że przez wiele lat skutecznie wzbraniałam się przed książkami tej autorki, ponieważ zwykłam nazywać je "harlekinowatymi" i omijałam szerokim łukiem. To będzie moje pierwsze zderzenie z tą autorką, ciekawe więc co z tego wyjdzie.


    Dora Conroy jest piękna, pełna fantazji i uwielbia wszystko, co niezwykłe. Dlatego ku strapieniu swojej aktorskiej rodziny porzuciła teatr i z zapałem zajęła się kupowaniem i sprzedawaniem małych skarbów, które mniej życzliwi nazywają starymi rupieciami, a bardziej życzliwi - antykami. Jed Skimmerhorn to dziedzic arystokratycznej rodziny, który uciekł z klatki rodowej posiadłości, by pracować w policji. Jednak teraz, gdy spotkała go osobista tragedia, znowu uciekł, porzucając jedyne zajęcie, które dawało mu radość, oraz ludzi, z którymi czuł się na swoim miejscu. Edmund Finley jest bogatym i zepsutym kolekcjonerem dzieł sztuki, w świecie którego wszystko musi być idealne. Dlatego gdy przypadkiem dochodzi do zamiany paczki zaadresowanej do Finleya, rozpoczyna się pościg, w którym ludzkie życie ma wartość o wiele mniejszą od zaginionych przedmiotów, a Jed i Dora znajdą ukryte skarby tam, gdzie nigdy by się ich nie spodziewali…




    Nie zabraknie również klasyki kryminału, w postaci "Marcowych fiołków" Kerra. Jest to pierwszy tom Trylogii Berlińskiej, która podbija rynek na całym świecie, a ostatnio w oryginalnym języku ukazała się już część trzecia.

    Berlin, rok 1936, tuż przed igrzyskami olimpijskimi. Prywatny wywiadowca Günther zostaje wynajęty przed zamożnego przemysłowca, który za wszelką cenę chce poznać prawdę o śmierci swojej córki i zięcia. Günther, rodowity berlińczyk, nie sympatyzuje z reżimem hitlerowskim, i dlatego musiał opuścić szeregi policji kryminalnej – rozpoczął wówczas „prywatną praktykę”. Jego oczami widzimy zmiany w Niemczech, okrutne rządy narodowych socjalistów, terror wszechobecnego gestapo oraz bezwzględnych karierowiczów, zwanych „marcowymi fiołkami”, którzy do NSDAP wstąpili po zwycięstwie Hitlera.

   Berlin, gestapo i mroczne początki III Rzeszy... kryminał w pełnym tego słowa znaczeniu.



   A na koniec będzie leciutka książeczka dla dzieci. Wydawnictwo Literatura podesłało mi wczoraj piękny pakiecik utworów dla dzieci i młodzieży, nie może więc zabraknąć jednej z ich pozycji. Zdecydowałam się przedstawić wam "Pasażera nie z tej ziemii". Zgadnijcie dlaczego?! :)


  Kornel Makuszyński (1884–1953) – pisarz, autor kilkudziesięciu książek… Jasne! Jak słońce, które – jak mówiono – „miał w herbie”. Ale czy wiedzieliście, że także urwis, dowcipniś i zagorzały kibic… teatralny? O swoich BEZGRZESZNYCH LATACH, pełnych szalonych zabaw i „dozgonnych miłości”, opowiada Michałowi, waszemu rówieśnikowi. Jeśli macie ochotę posłuchać tej opowieści, ruszajcie z nami na wycieczkę „Szlakiem Makuszyńskiego”. I lepiej zapnijcie pasy – to nie będzie grzeczna przejażdżka, tylko prawdziwy rollercoaster!


Tak oto prezentują się nowości i zapowiedzi, którymi niedługo się z wami podzielę. Oczywiście to tylko ułamek tych, które piętrzą się i czekają na recenzje, ale wszystkich opisać nie mogłam. 
Tradycyjnie kieruję do was pytanie: która was zaciekawiła? :) 

Wszelkie informacje o książkach pochodzą ze stron wydawnictw.

wtorek, 16 września 2014

Przedpremierowo: 
"Pracownia naprawiania życia"
Valerie Tong Cuong



  "Pamiętaj, że czasami chcemy ulegać złudzeniom..."

 Żyjemy na co dzień wśród tłumu ludzi. Otaczają nas wszędzie. W szkole, w pracy, na ulicy gdy idziemy po chleb, albo masło. Zwykle mało nas oni obchodzą, no bo i po co. Mamy swój świat, swoich bliskich, swoich znajomych. W pewien sposób cenimy sobie anonimowość. Żyjemy, raz lepiej, raz gorzej, a reszta właściwie nas nie obchodzi. W całym tym zamieszaniu nie dostrzegamy nawet, że niektórzy głośno wołają o pomoc. Zwracamy na nich uwagę dopiero w czasie tragedii. Dopiero wtedy zabieramy się za naprawianie ich życia, jeśli nie jest na to za późno.

 Valerie Tong Cuong jest niezwykle barwną postacią. Studiowała nauki polityczne oraz literaturę. Zanim całkowicie poświęciła się pisaniu, pracowała w PR, a nawet była wokalistką w pop-rockowym zespole. Pisze głównie powieści, ale też opowiadania oraz scenariusze telewizyjne, czasem filmowe. Jej twórczość świat poznał głównie za sprawą "Pracowni naprawiania losów", która w 2013 stała się bestsellerem nie tylko we Francji, ale i wielu innych krajach. Została uhonorowana ogromem nagród, ale przede wszystkim Nagrodą Optymizmu. 

  Millie jest młodą sekretarką bez stałego zatrudnienia. Właśnie traci pracę i załamana kładzie się do łóżka. Gdy się budzi, okazuje się, że jej mieszkanie płonie, tak samo jak cały budynek. Przestraszona kładzie się na podłodze, gdzie nieprzytomną odnajdują ją strażacy. Millie trafia do szpitala i od tamtej pory jest już Zeldą. Kobietą bez przeszłości cierpiącą na amnezję, której trzeba pomóc. 
  Mariette jest żoną, matką oraz nauczycielką w jednym z gimnazjów. Przeżywa wypalenie zawodowe oraz kryzys małżeński, a może szereg kryzysów? Wiecznie poniżana przez sławnego męża i wykorzystywana przez dzieci, a także szykanowana w szkole przez swoich uczniów pewnego dnia zupełnie traci panowanie nad sobą i posuwa się o krok za daleko. Gdy sięga dna zostaje przez wpływowego męża odesłana do sanatorium, a następnie w jej życiu pojawia się ktoś, kto obiecuje, że całkowicie je zmieni..
  Jest też Pan Mike, były żołnierz, aktualnie weteran, który przez swoją dezercję traci grunt pod nogami i ląduje na bruku. Szybko orientuje się, że na ulicy panuje zasada, że wygrywa silniejszy, a jemu z łatwością to przychodzi. Aż do pewnego ranka, kiedy siedząc w swojej bramie zostaje napadnięty i ciężko pobity... 

 W chwili, gdy każdy z bohaterów przeżywa przełomowy moment w swoim życiu, zjawia się Jean Hart i wyciąga do nich bezinteresownie dłoń. Pomaga im odbić się od dna, a w swoim ośrodku dla rozbitków życiowych dokonuje cudów. Co jednak będzie, gdy wszystko okaże się tylko grą, a na jaw wyjdzie skrywana przez Jeana tajemnica, obnażająca jego "dobroczynność"? 

 Cuong napisała książkę, która uderza czytelnika. Niemalże bombarduje go, obnażając ludzie słabości i kryzysy. Mam wrażenie, że w swojej książce wytyka nam, szarym ludziom naszą bezczynność. Zwraca uwagę na to, jak nie wiele trzeba by pomóc drugiemu człowiekowi. Nie trzeba wcale cudów. Wystarczy rozmowa i zainteresowanie. Przywrócenie wiary i nadziei, a reszta toczy się już sama. Ale z drugiej strony pokazuje też, że w życiu nie ma nic za darmo, a ten, kto śmie tak twierdzić najzwyczajniej w świecie jest głupcem. Obrazuje potężne machiny układów i zależności, które kryją się pod hasłem "bezinteresowność i pomaganie". A może wcale nie? Może po prostu ukazuje nam, że każdy z nas tak naprawdę jest słaby i zagubiony, a w tym wszystkim nie ma ludzi bez winy? Każdy kiedyś kłamie, każdy kiedyś dopuszcza się niemoralnych czynów. Jesteśmy ludźmi. Aż ludźmi, czy tylko ludźmi? I czy te wszystkie problemy nie wynikają po prostu z naszego człowieczeństwa?

  Przyznam szczerze, że już dawno nie czytałam książki, która tak bardzo sprowokowałaby mnie do myślenia, a w pewnym sensie ukazała dysonans naszego ludzkiego istnienia. Wszystko to napisane klarownym językiem pozbawionym moralizowania i filozofii, lecz ukryte pod historiami ludzi, którzy są tacy sami jak my. Historii, które na dobrą sprawę mogłyby przydażyć się nam wszystkim. Aż ciśnie mi się stwierdzenie, że dawno nie przeczytałam tak małej książeczki, która zawierałaby tyle treści. I to tak potężnych treści. Po prostu wspaniała. To mądra książka, która wciąga. Pochałania do reszty i otwiera oczy.


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:


poniedziałek, 15 września 2014

Podlaski folklor w książce 
Iwony Menzel pt. "Szeptucha"


  "Istnieją na świecie miejsca magiczne, które budzą w nas niezwykłe emocje, jakie zazwyczaj przeżywa się tylko w stanie zakochania."

  Ostatnio coraz częściej w moje ręce trafiają książki, których akcja rozgrywa się na tradycyjnej wsi, wśród Maryjnego kultu i trochę zaściankowego myślenia. Nie sposób nie przyznać, że takie książki naprawdę mają swój urok, a ich świat jest niezwykle klimatyczny. Właśnie dlatego sięgam chętnie po te historie, ponieważ wydają się być zupełnie prawdzie i ukazują wartości, które w naszej współczesnej rzeczywistości, w której rządzi technologia, a na której piętno wycisnęła cywilizacja, ulegają w moim mniemaniu częściowemu zatraceniu.

  "Szeptucha" to szósta już książka Iwony Menzel, dla której Podlasie stało się ukochanym rejonem, choć wychowywała się w Warszawie, a  pracowała w Niemczech. Jak mówi, nad Biebrzą urzekł ją nietknięty ręką człowieka krajobraz, szerokie niebo oraz przydrożne krzyże i kapliczki. Swojemu zachwytowi upust dała właśnie w prezentowanej dziś powieści.

  W zagubionych wśród bagien Wianuszkach mieszkańcy od lat pędzą po rady w chorobie i strapieniu do mieszkającej poza wsią szeptuchy. Od lat są to kobiety Oleszkowe, które leczą ziołami oraz modlitwą wszelkie choroby duszy i ciała. Kiedy niespodziewanie umiera stara Oleszkowa, wieś oczekuje od jej wnuczki Oleny, że będzie kontynuowała rodzinną tradycję. Dziewczyna rezygnuje wiec z dziecięcych marzeń o tym, żeby zostać lekarzem i zostaje szeptuchą. Od lat ma bowiem szczególny dar, który pozwala jej na dokonywanie rzeczy pozornie niemożliwych, przez co w dzieciństwie była wyszydzana i samotna.

  W Wianuszkach życie wciąż opiera się na wiejskich tradycjach, zasadach oraz Słowie Bożym. Wszystko ma swój ład, każdy wie, co do niego należy. Żyje się spokojnie z dnia na dzień, ale i do takiej miejscowości lezącej niemalże na końcu świata dociera powoli cywilizacja, głównie za sprawą Gabrysi, która postanowiła wykorzystać miejscowy klimat i otworzyć tam pensjonat. Atrakcjami dla gości są kozy, krowy oraz biegające w białych sukienkach i wianuszkach bose dzieci. Jednym z gości Gabrysi jest reżyser Alek Litwin, który trafiając na ślad legendy o Świętym Pustelniku zaczyna zgłębiać temat i chce nakręcić o nim film. Olena znajduje w Alku przyjaciela, a z czasem i kochanka. Razem rozwiązują tajemnicę Pustelnika i nakręcają film. Co jednak, gdy film powstanie, a Alek będzie musiał wyjechać do Warszawy? Co będzie z Oleną oraz Wianuszkami?

  Przyznam szerze, że pochłonęła mnie historia szeptuchy oraz losy mieszkańców oddalonej od cywilizacji wsi. Autorka w główny wątek wplata niesamowicie dużo ludowych historii, opartych nieraz na prawdzie, nieraz na zabobonach, które tworzą jednak niesamowity klimat, gdy wejdzie się już w tę powieść na dobre. Jedyne, co trochę utrudnia lekturę to stylizowany język, którego jednak nie mogło w utworze zabraknąć, gdyż wzmaga tylko autentyczność historii i bohaterów. 

  "Szeptucha" to trochę inna książka od tych, które znaleźć możemy na pólkach księgarni i stronach internetowych wydawnictw. Pozbawiona jest przepychu i humoru, ukazuje natomiast świat, który nadal istnieje, z czego nie wszyscy musimy zdawać sobie sprawę. To prawdziwa książka o prawdziwych uczuciach i emocjach, w której momentami górę biorą ludowe wierzenia i baśnie, sprawiając, że czytelnik zastanawia się, czy to mogło wydarzyć się na prawdę. Uwierzcie mi jednak, "Szeptucha" jest dobrą książką, którą zdecydowanie warto przeczytać.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:


czwartek, 11 września 2014

"Wierność w stereo" 
- Nick Hornby



 Podstawowe kryterium, na które wielu ludzi dzieli książki to podział na damskie i męskie. Co do tego nikt nie ma raczej wątpliwości. Ci, którzy czytają więcej, znają się na tym, i są na czasie ze światem czytelniczym oczywiście dzielą je inaczej i o tym nie ma co pisać. Zasada wydaje się też być taka: książki kobiece piszą głównie kobiety, książki męskie piszą głównie mężczyźni. Jest wiele wyjątków od tej reguły, to również wątpliwościom nie podlega. Ja chciałabym dziś zobrazować wam, co może się wydarzyć, gdy mężczyzna chce napisać książkę iście kobiecą. Więcej! Robi to. 

 "Wierność w stereo" to światowy bestseller sprzedany w ponad milionie egzemplarzy. Natychmiast po opublikowaniu stała się powieścią kultową, błyskawicznie uzyskała miano "klasyka", a na jej podstawie Stephen Frears nakręcił film "Przeboje i podboje" z Johnem Cusackiem w roli głównej. Utwór wysoko oceniany przez recenzentów. Wszystko to z pewnością świadczy o geniuszu autora, a książkę nakazuje nazywać mianem dobrej. Jeśli jednak chodzi o mnie, książka nie spełniła wszystkich moich oczekiwań, co oczywiście w żaden sposób jej nie umniejsza. Mówiąc kolokwialnie, po prostu między nami nie zaiskrzyło. 

  Pomysł na fabułę jest dosyć ciekawy, a utwór przede wszystkim przemyślany jeśli chodzi o formę. "Wierność w stereo" jest opowieścią o życiu trzydziestopięcioletniego Roba, a właściwie jego miłościach, związkach i fascynacjach. Punktem wyjściowym, zapalnym, a także wątkiem, wokół którego kręci się akcja jest rozstanie bohatera z Laurą, dziewczyną, którą kocha, a która pewnego dnia stwierdza, że najzwyczajniej w świecie ma dość mężczyzny, pakuje swoje rzeczy i się od niego wyprowadza. Wydarzenie te prowokuje Roba do przemyślenia swoich poprzednich związków, a co więcej, nawet spotkań z byłymi kobietami. Jednak największą odskocznią mężczyzny, z której korzysta, by uporać się ze stratą Laury, jest jego sklep muzyczny oraz przyjaciele. Chwilowo też romans z pewną piosenkarką. 

 Książka nazywana jest opowieścią o tym, co naprawdę się w życiu liczy. Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Przerzucając kolejne strony dostrzegamy metamorfozę Roba. Widzimy, jak zmienia się jego myślenie, a przede wszystkim zachowanie. Rob w pewnym momencie zaczyna walczyć o kobietę swojego życia, co wcześniej wydawało mu się wprost nie do pomyślenia. Punktem kulminacyjnym jego metamorfozy jest pewien pogrzeb... ale więcej już wam chyba nie zdradzę, przeczytajcie sami!

 Skoro fabuła i zamysł na nią są ciekawe i nie można im praktycznie niczego zarzucić, co spowodowało, że nie jestem do końca usatysfakcjonowana utworem? Odpowiedź może być już tylko jedna: język i styl. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego tak mało mężczyzn pisze damskie książki i "Wierność w stereo" po części prowokuje mnie do dojścia do tych samych wniosków, co kiedyś. Kobieta czytając książkę pragnie emocji. Wolimy czytać o uczuciach, stanach wewnętrznych bohaterów. Książka musi zachwycać bogactwem opisów, albo pięknem dialogów. Książka Hornby'ego jest (przynajmniej dla mnie) zbyt prosta. Może dlatego, że ukazuje prostotę myślenia mężczyzny, ale przyznam, że nudziło mnie ciągle czytać o tym, jak bohater zastanawia się czy jego ukochana uprawiała już seks z tym drugim i rozmowy na temat tego, jak było. Nie wiem, może autor chciał napisać książkę o seksie, a ja spodziewałam się porywającej komedii romantycznej albo chociaż melodramatu? 

  Zastanawiam się też nad wątkiem metamorfozy, o której dużo się mówi w kontekście bohatera "Wierności w stereo". Nie można powiedzieć, że jej nie ma. Rob rzeczywiście się zmienia, ewoluuje w swoich poglądach. Dojrzewa, dochodzi do tego, co naprawdę jest dla niego ważne.  To wszystko jednak zepchnięte jest na drugi plan. Ten za seksem i muzyką, a ja liczyłam na więcej, bo metamorfoza bohatera zawsze przyciąga rzesze czytelników i sprawia, że pozycja staje się naprawdę intrygująca.

 Podsumowując, mam mieszane uczucia jeśli chodzi o książkę Nicka Hornby'ego. Z jednej strony ciekawa fabuła, dynamizm i wątek romantyczny, które uwielbiam nie pozwalają mi myśleć o niej źle. Z drugiej jednak język, który nie do końca mnie urzekł i brak "tego czegoś", co w książkach lubię najbardziej. Tego, co sprawia, że nie chce się potem czytać niczego innego. Mam wrażenie, że Hornby napisał kobiecą książkę dla mężczyzn i czuję z tego powodu lekki niedosyt. Jednak nie zniechęcam was do tej książki. Milion sprzedanych egzemplarzy zdecydowanie zachęca, a sama fabuła jest ciekawa i zostaje w pamięci. Ciekawie jest dowiedzieć się co myśli i jak czuje się mężczyzna po rozstaniu, to z pewnością nie ulega wątpliwości.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: