poniedziałek, 27 października 2014

Książka o perfekcyjnych szaleńcach
- "Wzorzec zbrodni" W.Ellis


   "Czasami pada tak mocno, że patrzymy na pojedyncze krople, zamiast przyglądać się kałuży, którą tworzą. To wszystko było deszczem. Padał przez dwadzieścia lat, a każdy patrzył tylko na krople, podczas, gdy ci ludzie pozostawali nieuchwytni. Nawet nie poruszali się po drogach, które znamy. A padało tak mocno, w całym mieście, że nikt nie spojrzał w dół, gdzie zobaczyłby ślady stóp wypełniające się wodą. Ja zaczynam dostrzegać ich kształty. Muszę tylko spojrzeć na mapy."

     O dobrym kryminale świadczy przede wszystkim fakt, że w żaden sposób nie da się przewidzieć zakończenia. To, że nie jest ono proste i banalne, a rozjaśnia się dopiero z dynamicznym rozwojem świetnie wykreowanej fabuły i to nie do końca. Po takie książki sięga się naprawdę chętnie, a po przeczytaniu odczuwa się niemalże spełnienie. W kryminałach chodzi przecież o ten dreszczyk emocji, gdy wszystkie wątki splatają się w jeden i wywołują uczucie zaskoczenia, gdy dobrnie się do rozwiązania. Cieszę się, że mogę z czystym sumieniem stwierdzić, iż taki właśnie jest "Wzorzec zbrodni". I wcale mnie to nie dziwi. Przecież tylko szaleniec jest zdolny stawić czoło szaleńcowi. Pytanie tylko, kto z tej gry wyjdzie zwycięsko...

   Myślę, że nikomu nie trzeba przedstawiać autora tej pozycji. Warreb Ellis to znany brytyjski pisarz i scenarzysta, choć wielu kojarzy go z pewnością bardziej jako autora kilku dobrze sprzedających się, a nawet zekranizowanych serii komiksów, takich jak: RED czy Iron Man: Extermis. Przejdźmy więc do najsmaczniejszego, a mianowicie do fabuły. 

    Jest zwykły szary dzień, gdy Tallow wraz ze swoim partnerem wchodzi do jednego z budynków w Nowym Yorku, aby poskromić mężczyznę siejącego zamęt na klatce schodowej. Zwykła akcja policyjna, do której właściwie nie trzeba się przygotowywać. Kiedy jednak ginie partner Johna Tallowa, a on sam, przez czysty przypadek, odkrywa mieszkanie wypełnione do granic możliwości bronią, otwiera się przysłowiowa puszka Pandory. Każdy karabin jest inny. Każdy jest unikatowy, a przede wszystkim, z każdego z nich zabito w przeszłości jedną osobę. Nie ma dwóch takich samych egzemplarzy, a analiza broni prowadzi do wniosku, że każde morderstwo, którego z jej użyciem dokonano, z braku dowodów zostało umorzone. W jednej chwili setki morderstw, których ktoś dopuszczał się przez 20 lat zostaje wznowionych, a wszystkie one trafiają się "w nagrodę" Tallowowi, który na dodatek wykazuje spore objawy klasycznego PTSD. Szaleństwo? 

  Szaleństwo rozpoczyna się dopiero w momencie, kiedy okazuje się, że misternie poukładana broń zdaje się tworzyć makabryczny, przemyślany wzór... Czy Tallowowi uda się rozwiązać setki spraw, a przede wszystkim tę metasprawę, w którą niefortunnie wdepnął? 

     Nie uważam się za wielką znawczynię kryminału i przyznaję, że mało który naprawdę mnie interesuje. Co do "Wzorca zbrodni" nie miałam jednak wątpliwości, od momentu, w którym poznałam zarys fabuły. Taka książka, wychodząca z rąk Takiego autora, po prostu musi być dobra i ewidentnie taka była. Po mistrzowsku skonstruowana fabuła, w której wątki splatają się i zachodzą na siebie tworząc wybuchowe rozwiązanie. Dynamiczna akcja, od której ciężko się oderwać. Przemyślana kreacja bohaterów. Tallow, który dochodzi do kolejnych wniosków nie tylko drogą dedukcji, ale też przez emocjonalne, prywatne wejście w całą sprawę. Porzuca logiczne wynikanie na rzecz solidnego kopniaka w drzwi, (w tym wypadku, nawet dość dosłownie) i nie cofa się przed szantażem, biciem czy nawet mordowaniem. No i przede wszystkim portret tajemniczego seryjnego mordercy, którego wątek owiany jest mroczną tajemnicą. Czy ktoś zdolny do popełnienia tylu zbrodni może być zdrowy na umyśle? Jaka jest historia Łowcy? 

     Przyznam, że z całego gatunku, jaki tworzą powieści kryminalne, najbardziej urzekają mnie kryminały noir i niezmiernie cieszy mnie fakt, że "Wzorzec zbrodni" oscyluje wokół tego typu utworów. Wspaniałe tło historyczne, choć może nie wprost, bo utwór osadzony jest we współczesnych realiach, zdaje się momentami wybijać jak nie na pierwszy, to chociaż drugi plan, dzięki czemu czytelnik może nie tylko świetnie się bawić podczas lektury utworu, ale w pewien sposób poszerzać swoją wiedzę. No i to, co w książkach uwielbiam - wątek szaleńca, co do którego od samego początku nie ma wątpliwości, że cierpi na jakieś zaburzenie psychiczne. To coś, co w utworach tego typu po prostu uwielbiam. Psychologizowanie. 

    Jeśli chodzi o słabe strony utworu, to przeszkadzał mi momentami naprawdę wulgarny język. Z pewnością był to zabieg celowy, mający oddawać slang/gwarę policyjną, ale miejscami było to aż nie smaczne. Nie mam nic przeciwko wulgaryzmom używanym w tekstach dla wzmocnienia, ale we "Wzorcu zbrodni" autor zdecydowanie z nimi przesadził. Chociaż... sama nie wiem. Może chciał, żeby jego tekst był po prostu bardziej męski? W każdym razie, było to coś, co podczas lektury trochę mnie irytowało. 

   Podsumowując, jeśli jesteście fanami gatunku, jakim są kryminały, albo macie ochotę przeczytać coś innego, niż powieść iście kobieca, zdecydowanie polecam wam "Wzorzec zbrodni". To utwór, podczas czytania którego wasze szare komórki z pewnością zostaną poruszone, a do którego nie trzeba stalowych nerwów. Zachwycająca, misternie skomponowana fabuła. Wspaniałe historyczne tło, mieszające się z teraźniejszością. A przede wszystkim dobra forma rozrywki, na coraz dłuższe i chłodniejsze wieczory. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:


     

piątek, 24 października 2014

KONKURS! 
z  panią Krystyną Bartłomiejczyk




Moi drodzy,

zapraszam was  do udziału w konkursie z panią Krystyną Bartłomiejczyk, w którym wygrać możecie wygrać komplet seri o Zuzannie ufundowany przez Wydawnictwo Prozami  Co należy zrobić, aby wygrać egzemplarz utworu? Pod tym postem, lub odpowiednim postem na profilu Informatora na Facebooku należy zadać autorce od 1 do 3 pytań, które ułożą się w wywiad. Możecie je zadawać do 31 października 2014r. Po upływie czasu przeznaczonego na ich zadawanie, autorka odpowie na wszystkie  zadane pytania oraz wytypuje pytanie, które wydało jej się najciekawsze czy najbardziej kreatywne. Zwycięzca zostanie nagrodzony zestawem książek tj. "Sama tego chciałaś Zuzanno" i "Zacznij od nowa Zuzanno". 

 Wywiad i wyniki znajdzą się w poście na blogu do dnia 3 listopada. 


Regulamin konkursu
1. Organizatorką konkursu jest właścicielka bloga Informator Czytelniczy oraz wydawnictwo Prozami.
2. Sponsorem nagrody jest wydawnictwo Prozami.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest zadanie od 1 do 3 pytań autorce.
4. Konkurs trwa od 24 października 2014 roku do 31 października 2014 roku do godz. 23.59
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi do 3 listopada 2014.
6. Odpowiedzi należy udzielić pod konkursowym postem na blogu albo portalu Facebook
7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi jak  anonimowi uczestnicy, którzy popiszą się imieniem/nickiem oraz podadzą adres mailowy, oraz użytkownicy portalu Facebook.
8. Warunkiem uczestnictwa w konkursie w wypadku odpowiedzi na portalu Facebook jest polubienie profilu Informatora oraz udostępnienie konkursowego posta.
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się za pomocą e-maila lub wiadomości na Facebooku. W przypadku, gdy zwycięzca w ciągu 7 dni nie odpowie na wiadomość, nastąpi ponowny wybór zwycięzcy.
10. W konkursie mogą brać udział osoby zamieszkałe w Polsce.
11. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)



No to co?
START!

czwartek, 23 października 2014

Wszy? Poznaj i pokonaj problem!
- Informator PWN


   W życiu każdego malucha przychodzi nieuchronny  moment, w którym osiąga wiek przedszkolny, a co za tym idzie, wyrwany zostaje z ciepłego domowego środowiska i trafia do grupy rówieśniczej. Jest to ogromna zmiana w funkcjonowaniu całej rodziny, ale przede wszystkim  dziecka. Z bezpiecznego świata, w którym centrum stanowią rodzice i rodzeństwo, nagle trafia między obce dzieci, do obcego miejsca, a przede wszystkim jego system odpornościowy zostaje postawiony przed nie lada wyzwaniem. Maluch trzymany dotąd pod kloszem trafia w środowisko bakterii i pasożytów.

 Wszawica jest jedną z najczęstszych chorób pasożytniczych, z którymi stykają się zarówno rodzice, jak i dzieci, gdy wychowany dotąd w sterylnych warunkach maluch trafia do przedszkola czy szkoły. Wszami zarazić się jest niezwykle łatwo. Wystarczy przysunąć się do zarażonej osoby i problem mamy zagwarantowany!

   Choć nie ulega wątpliwościom, że wszawica jest istotną kwestią zdrowotną, stanowi ona przede wszystkim problem o wymiarze społecznym, a jej pojawienie się u dziecka powoduje niepokój oraz poczucie wstydu zarówno u niego samego, jak i rodziców. Wykrycie pierwszych pasożytów we włosach dziecka nie rzadko powoduje przerażenie, obrzydzenie, a nawet strach. Wstyd przed pójściem do apteki, a nawet sąsiadami. Bo jak wytłumaczyć w pracy nieobecność, spowodowaną przymusowym spędzeniem kilku godzin z preparatem i plastykowym czepkiem na głowie? Nie jeden rodzic zada sobie wtedy pytanie: I co ja mam teraz zrobić?!

   Problem wszawicy u dzieci i dorosłych porusza Wydawnictwo Naukowe PWN w wydanym niedawno informatorze pt. „Wszy? Poznaj i pokonaj problem”, napisanym przez Joannę Izdebską. Informator zawiera przede wszystkim treści i wytyczne opisane w oparciu o oficjalne stanowisko Departamentu Matki i Dziecka w Ministerstwie Zdrowia. Choć publikacja liczy sobie zaledwie 70 stron, po jej lekturze wydaje się, że temat został wyczerpany i omówiony naprawdę dogłębnie. Pomimo tego, że autorka posługuje się naukowym, specjalistycznym językiem, książeczka nie jest trudna w odbiorze, a treści w niej przedstawione są przystępne zarówno dla rodziców zorientowanych w temacie, jak i tych, którzy stykają się z problemem wszawicy po raz pierwszy.

  Informator podejmuje i szeroko wyjaśnia ogólne zagadnienia związane z wszawicą głowową i ubraniową głównie u dzieci, ale przede wszystkim obala panujący w społeczeństwie mit, iż jest ona chorobą, rodzącą się z brudu. Autorka publikacji szczegółowo omawia charakterystykę wszy, ich budowę, fizjologię, zwyczaje, cykl rozwojowy oraz mechanizmy pozwalające mu na przystosowanie się do życia w takim, a nie innym środowisku. Opisuje przyczyny zarażenia się pasożytem oraz cechy i skutki jego żerowania, ale przede wszystkim skupia się na profilaktyce i sposobach leczenia choroby. Szczegółowe obrazki, zamieszczone tuż obok opisów pozwalają na zobrazowanie sobie omawianych zagadnień, dzięki czemu treści przedstawiane przez autorkę stają się zrozumiałe.

  Jeśli macie właśnie problem z wszawicą u dziecka, lub dopiero posyłacie waszego malucha do grupy rówieśniczej i chcecie przygotować się na taką ewentualność, koniecznie zapoznajcie się z Informatorem stworzonym przez wydawnictwo PWN. Na stronie www.pokonajwszy.pwn.pl znajdziecie bezpłatną wersję publikacji oraz krótki film omawiający zagadnienie. Ukazuje on nie tylko wypowiadającego się eksperta, ale również zawiera instruktaż jak postępować z wszawicą u dzieci, dla tych rodziców, którzy mają z nią problem. Na stronie zamieszczono również ciekawostki, na przykład kilka zdań o istnieniu wszy słoniowej oraz informacje dla szkół i nauczycieli.


  Wszy? Nie ma się co obawiać. Wystarczy poznać i pokonać problem. 



Artykuł powstał w ramach projektu informacyjnego dla rodziców i nauczycieli PWN oraz w cyklu artykułów Informator Dzieciom.


niedziela, 19 października 2014

O pogoni za szczęściem, czyli o
"Ukrytych skarbach" N. Roberts



     "-Problem polega na tym, Shimmerhorn, że uczucia nie kierują się logiką. Przynajmniej nie moje. [...] Powiedziałam ci, że cię kocham, a ty wolałbyś pewnie, żebym ci dała w twarz, ale to wszystko prawda. Nie chciałam ci tego mówić... a może i chciałam. [...] Może i chciałam, bo choć wiedziałam, jak zareagujesz, nie lubię dusić w sobie uczuć. Ale to są moje uczucia, Jed. O nic cię nie proszę.

     - Kiedy kobieta mówi mężczyźnie, że go kocha, prosi go o wszystko."

   Są autorzy, którzy budzą podziw mimo tego, że nie czytało się żadnej ich książki. O Norze Roberst słuchałam od lat. A to że jej książki są świetne, a to że słabe. Ciężko było mi ocenić, ponieważ styczność miałam jedynie z jej nazwiskiem i tytułami, nigdy nie sięgnęłam jednak po jej książkę. Ale mój podziw budziła i nadal budzi. Bo jak nie podziwiać kogoś, kto wydaje książkę za książką i ma ich na swoim koncie już setki? 400 milionów egzemplarzy sprzedanych na całym świecie. Czy ta liczba nie robi wrażenia? Cóż. W końcu i ja uległam znanej i cenionej autorce bestsellerów "New York Timesa". Jakie wrażenia? Trochę sama się dziwie, ale właściwie... pozytywne.

   Dora Conroy jest piękną, pełną fantazji wielbicielką dosłownie wszystkiego. Pomimo tego, że jej rodzice to zapaleni aktorzy pławiący się na scenie jak ryby w wodzie, kobieta porzuciła teatr by zająć się kupowaniem i sprzedawaniem małych i większych skarbów, które popularnie ludzie nazywają rupieciami. Prowadząc mały sklepik z antykami kobieta wiedzie szczęśliwe życie. Wszystko zmienia się jednak wraz z pewną aukcją, na któej nieświadoma niczego naraża się szaleńcom. A także przystojny lokator wybrany przez ojca... 

   Jed Shimmerhirn to młody spadkobierca majątku po swojej arystokratycznej, choć oziębłej uczuciowo, rodzinie, który uciekł ze złotej klatki w karierę policjanta. Praca była dla niego sensem życia, dopóki nie spotkała go osobista tragedia, z którą mężczyzna nie potrafi sobie poradzić. Wystawiając na sprzedaż rodzinny dom wprowadza się do małego mieszkanka, by w spokoju móć ćwiczyć mięśnie i zapominać o bólu. Porzucając ulubione zajęcie i bliskich ludzi na nowo szuka sensu. Czy śliczna właścicielka mieszkania i śledztwo, w które zostaje przez nią, a może dzięki niej, wplątany, przywróci mu to, co utacił? 

  Jest też ten trzeci, który wyjątkow kompikuje życie zarówno Dory jak i Jeda. Edmund Finley, bogaty kolekcjoner prawdziwych dzieł sztuki. Kiedy przez przypadek dochodzi do zamiany jego zamówienia z innym towarem, mężczyzna robi wszystko, bo odzyskać utracone skarby. Opętany rządzą posiadania nie cofnie się przed niczym. Czy można odnaleźć ukryte skarby, kiedy ludzkie życie ma wartość mniejszą od maleńkiej figurki? I co z Dorą i Jedem w obliczu potężnego niebezpieczeństwa? Czy zabawa w detektywów tej dwójce się opłaci? 

  Przyznam, że spodziewałam się po tym utworze raczej banalnego harlequina niż wciągającej fabuły i muszę przyznać, że miło mnie ona zaskoczyła. Mieszanina romansu płynnie przechodzącego w coś więcej z kryminalną, momentami aż nazbyt brutalną, zagadką, to coś, co bardzo lubię. Jeśli chodzi o akcję, oceniam ją zdecydowanie na plus. Co do jezyka... tutaj książka wypada trochę słabiej. Oczywiście miłośnikom suchych dialogów ten utwór się spodoba i nie będą mieli żadnych wątpliwości, jednak tym, którzy w prozie cenią sobie również dobre opisy... Cóż. Oni mogą poczuć drobny niedosyt, ponieważ tej formy według mnie było w tekście stanowczo za mało, jeśli nie liczyć upojnych opisów scen intymnych, które, nota bene, były całkiem smaczne, co również pozytywnie mnie zakoczyło. Ogromn scen erotycznych w powieściach, które ostatnio czytam, stanowczo mnie przeraża. Miło wiec było przeczytać coś, w czym widać umiar. Koniecznie muszę też wspomnieć o okładce, która strasznie przypadła mi do gustu!

  Podsumowując, jak dla mnie "Ukryte skarby" były lekturą całkiem przyjemną, co jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę powszechnie panujące opinie o autorce. Może nie była to książka, która wyjątkowo mnie porwała, ale też nie należała do tych, które potrafią prawdziwie wynudzić. Ciężko mi oceniać całokształt pracy Nory Roberts, po lekturze jej jednej powieści, ale kto wie, może w przyszłości sięgnę po kolejne? 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 




piątek, 17 października 2014

Gdy proza miesza się z poezją
czyli o "Miłości" Nadas'a


 
   "Nie. Nie. Dobrze się czuję, tylko przed chwilą gdzieś się zgubiłem i straciłem cię, bo straciłem samego siebie."

     Proza ma to do siebie, że tym, czym zachwyca jest zwykle fabuła. Nie ma w tym nic dziwnego, czytelnicy chcą akcji i emocji. Oczywiste jest, że jeśli chcesz pięknego, przesyconego środkami literackimi języka nie sięgasz po utwór fabularny, ale poezję, w której to forma góruje nad treścią. Czy nie wydaje wam się, że miłośnicy obu tych rodzajów marzą czasem o tym, żeby przeczytać, można powiedzieć, dwa w jednym? Rodzaje te schodzą się tylko w jednym, po co osobiście sama często sięgam. Uwielbiam prozę poetycką i to właśnie dlatego zafascynowała mnie "Miłość" Petera Nadas'a. 

   Autor "Miłości" to węgierki pisarz, eseista oraz scenarzysta. Ukończył dziennikarstwo i fotografię, a następnie pracował jako dziennikarz w jednym z bardziej znanych węgierskich czasopism. Nadas zajmował się również dramatopisarstwem, a w latach '70 wykładał na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. Swoją pierwszą powieść pt. "Koniec pewnej sagi rodzinnej" opublikował w 1977 roku. W Polsce ukazała się ona dopiero 6 lat później. Jego druga książka sprawiła, że został okrzyknięty węgierskim Proustem. W 2014 poważnie otarł się o Nagrodę Nobla i wydaje mi się, że to główny powód, dla któego sięgnęłam po jego książkę.

      "Przyszedł do niej bo lubił na nią patrzeć. Obserwował, jak wysypywała tytoń z bibułki i ubijała tam trawkę. Gdy zaciągnął się po raz pierwszy nic nie poczuł, ona też nie. Dopiero potem zagubił się w otchłani." 

    "Miłość" to poetycka opowieść mężczyzny będącego na haju. Wszystko zaczyna się od spotkania z ukochaną Evą i nadmiarem jej miłości. Od majaczącej mu przed oczyma zielonej sukienki, w którą była ubrana. A potem... rozpoczyna się trochę szaleńczy opis stanów, uczuć i emocji, których narrator doświadcza po zażyciu substancji psychoaktywnych. Zagubiony w czasoprzestrzeni błądzi myślami wytyczając przeróżne kręte ścieżki. Wznosi się i opada. Fikcja miesza mu się z rzeczywistością, sen z jawą. Na nowo rodzi się i umiera. Błądzi i odnajduje. Każda z rozproszonych myśli krąży jednak wokół tej, która leży obok, a którą darzy tak wielkim uczuciem. Wszystko sprowadza się do Evy. Do miłości, którą ją darzy. Do uczucia tak silnie łączącego się ze strachem... A może do tej miłości, którą on dostaje od niej? Do miłości, z której nadmiaru nie potrafi się uwolnić? 

     "Miłość" to mała, różowa książeczka przyciągająca wzrok szatą graficzną i wyrazistym kolorem. Utwór napisany jest przepięknym, poetyckim językiem.  Narrator opisując stany, świadomości, w których się aktualnie znajduje, obnaża przed czytelnikiem piękno języka. W tekście nie brakuje wymyślnych metafor, synestezji, porównań, epitetów, anafor, peryfraz, powtórzeń i wielu, wielu innych. Jestem pewna, że miłośników poezji i prozy poetyckiej ten tekst po prostu oczaruje!  Co więcej, jest to utwór utrzymany w niepowtarzalnym klimacie. Chłonie się go z prawdziwą przyjemnością. Klarowny opis skomplikowanych stanów świadomości zachwyca formą i wspaniałym doborem określeń, a krótkie zdania idealnie wpisują się w opisywany przez autora chaos. Jak dla mnie: coś niesamowitego! 

    Wyznam wam, że pomimo plątaniny słów i emocji narratora, czytając "Miłość" prawdziwie odpoczęłam. Może sprawił to styl Nadas'a, a może treść utworu. Może zadziałało tak na mnie kompletne oderwanie od rzeczywistości i wtłoczenie do świata, w którym świadomość to pojęcie względne? Trudno mi ocenić. Nie podlega jednak wątpliwości, że jest to utwór, który potrafi oczarować. Jeśli lubicie prozę poetycką, zachęcam. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję wydawnictwu: 


poniedziałek, 13 października 2014

Wspaniałe pierwsze czytanki
- czyli seria "Zwierzęta Oli"



     Nie podległa niczyjej wątpliwości, że czytanie to jedna z najważniejszych sprawności, jaką musi nabyć mały człowiek, aby prawidłowo funkcjonować w świecie i społeczeństwie. Zdolność ta ułatwia maluchowi zdobywanie wiedzy, rozwija jego struktury umysłowe i decyduje o jego dalszym rozwoju. Z pomocą małemu dziecku w nabywaniu tej umiejętności wychodzi wydawnictwo Skrzat wypuszczając na rynek kolorową, pięknie wydaną serię pt. "Pierwsze czytanki" "Zwierzęta Oli". 


 "Zwierzęta Oli" są to małe, kilkudziesięciostronicowe książeczki o przygodach kilkuletniej dziewczynki posiadającej zdolność rozumienia mowy zwierząt. Każdy z utworów  jest odrębną historią o tym, jak Ola wraz ze swoim pieskiem pomaga kolejnemu zwierzątku znajdującemu się w nieciekawej sytuacji. Mamy zagubionego króliczka, małego marynarza delfinka wyrzuconego na brzeg, przerażonego misia koalę i wiele, wiele innych. Każda z książeczek wskazuje maluchowi na to, jak ważne jest, aby pomagać. 

    Największym atutem książeczek jest przede wszystkim ich przemyślana forma oraz szata graficzna. Kolorowe obrazki z pewnością zachwycą nie jednego małego czytelnika, a pomysłowe ułożenie tekstu znacząco wpływa na jego odbiór. Duża czcionka, proste, krótkie słowa i zdania wpisują się w kontekst nauki czytania. Podoba mi się też pomysł podziału tekstu na krótsze partie w dymkach i dłuższe jako narracja, dzięki czemu dziecko, które dopiero zaczyna przygodę z czytaniem może literować lub sylabizować tekst w nawiasach, podczas gdy rodzic czytać na głos teksty narracyjne. Zwróciłam tez uwagę na fakt, że treści w książeczkach mogą służyć rozbudowie zasobu słów małego czytelnika i prowokować go do zadawania trudnych (jak na jego wiek) pytań. A czy właśnie nie tego chcemy dla naszych dzieci? Rozwoju myślenia? 

      Polecam książeczki z serii "Zwierzęta Oli" wszystkim małym czytelnikom i ich rodzicom. Lektura historii w nich zawartych jest świetną zabawą, a przede wszystkim ma służyć jako materiał do nauki, o zacieśnianiu rodzinnych więzi podczas wspólnego spędzania czasu nie wspominając. A może szukacie właśnie pomysłu na prezent dla małego czytelnika? Komplet kolorowych książeczek to idealny pomysł! 


Za egzemplarze recenzenckie książeczek dziękuję serdecznie wydawnictwu:


piątek, 10 października 2014

Mnóstwo pozytywnego humoru
w "Co na to Bridget" Anny Kacperskiej



     "Wychodzi na to, że grzechem ciężkim w małżeństwie jest bycie ŻONĄ. Bo wtedy nie można już być OBCĄ. Żona? Juz sam wyraz jest aseksualny, coś jak brona albo szuflada. Żona - stygmat. Żona - coś na kształt obciążenia genetycznego."

      Nigdy nie czytałam książek opowiadających o losach Bridget Jones. Pewnie w głowach wielu z was wyświetli się zaraz wielki wykrzyknik oznaczający "Jak to możliwe!!!". Cóż. Jestem żywym przykładem na to, że jednak można przeżyć bez tego, co nie oznacza, że nie lubię zabawnych obyczajówek z porządną dawką dobrego humoru. Wręcz przeciwnie! Kocham takie obyczajówki. W czym więc problem? Stronię od głupich bohaterek, które zamiast uśmiechu na mojej twarzy wywołują raczej zdezorientowanie i pogardę. Do czego zmierzam? Oczywiście do stwierdzenia, że książka Anny Kacperskiej na szczęście nie przyprawiła mnie o frustrację. Już we wstępie wyznam ulgą: stworzona przez nią bohaterka jest postrzelona, ale z pewnością nie głupia. 

       "Co na to Bridget?" jest debiutem Anny Kacperskiej, wieloletniej dziennikarki pracującej dla najlepszych polskich czasopism. Tematyka, w której się specjalizowała obejmowała głównie reportaże społeczne, artykuły śledcze oraz portrety polityków. Pisała felietony odnoszące się do zjawisk zachodzących w popkulturze, teksty o rodzicielstwie i wychowaniu dzieci, dotyczące diety i szeroko rozumianej tematyki kulinarnej. "Entuzjastka starannej dokumentacji i pilna obserwatorka rzeczywistości." Sama mówi, że lubi, gdy jej teksty są po prostu z życia wzięte. 

     Wyobraźcie sobie, że jesteście oddanymi żonami, zapracowanymi matkami i paniami domu. Wasz dobowy rytm dnia właściwie codziennie wygląda tak samo, do momentu, kiedy to pewnego dnia odbieracie telefon ze szpitala, w którym odzywa się miły głos pielęgniarki informującej o tym, że wasz mąż uległ wypadkowi na motorze. Oczywiście bez namysłu rzucacie swoje aktualne zajęcie i pędzicie do szpitala na złamanie karku, gdzie dowiadujecie się, że mężczyzna waszego życia jednak z tego wyjdzie, ale, och, przykro nam, na tylnym siedzeniu jego motoru siedziała jeszcze kobieta... Nie trudno zgadnąć - mimo oddania nie byłyście tą jedyną. 

         Wiki jest świeżo upieczoną rozwódką, starającą się na nowo poukładać swoje życie. Pełnoetatowa mama trójki chłopców, wyrozumiała sąsiadka szalonego Jacka, a przede wszystkim bezrobotna, bezskutecznie szukająca pracy. Jednym zdaniem - typowa porzucona kobieta pozostawiona bez środków do życia lecz z masą problemów na głowie. Mimo wszystko bohaterka czuje się jednak pełna sił do walki o nowe życie i próbuje poukładać swoje życie na nowo, czego nie ułatwia niepoprawnie romantyczny dentysta, zwariowana przyjaciółka, a przede wszystkim nowy sąsiad mieszkający u Jacka "na zastępstwo". No, jedynem plusem całej tej sytuacji jest fakt, że Wiki schudła. I ponownie mieści się w upragnione od lat 36. 

          "To pewnie o tym tak naprawdę była Królowa Śniegu, gdy ta biedna Gerda stawała na głowie, by dogodzić temu debilowi Kajowi, ale gdzie tam, jemu wpadł okruszek lusterka do oka, jasne, wpadła mu nowa dupa w oko i tyle. Pozamiatane." 

          Nie ukrywam, że jestem wielką miłośniczką, może banalnych, powieści o tym, że najpierw w życiu kobiety wydarza się katastrofa, a potem następują podejmowane przez próby składania życia na nowo. To tematyka, która nigdy mi się nie znudzi i z pewnością przeczytam jeszcze nie jedną książkę wokół niej oscylującą. Czytanie dziesiątek książek wychodzących z jednego punktu wydać się może trochę nudne. Nie ulega jednak wątpliwościom, że pozwala zacząć je wartościować i dzielić na te, które mają w sobie to coś, oraz te, które są po prostu śmieszną próbą napisania komercyjnej książki licząc na wysoką sprzedaż. Po lekturze tych wszystkich powieści odważę się wysnuć tezę, że liczą się nie tyle wydarzenia, które autor przedstawia, ale klimat, który tworzy. Zwykle balansuje on na granicy sielanki i zwariowanego chaosu. Są to albo ciepłe utwory, których nie chce się odkładać i czyta z błogim uśmiechem na ustach, albo zwariowane powieści, w których akcja pędzi na łeb na szyję, a język jest trochę zbyt młodzieżowy i swobodny. Nie da sie ukryć, że Annie Kacperskiej udało się stworzyć w swojej powieści przysłowiowy "klimat", który wpisuje się w to drugie - szaleństwo. I chyba w tym jest pies pogrzebany. Choć polubiłam Wiki, to nie pokochałam, ponieważ zdecydowanie cenię sobie te pierwsze, błogość i idyllę. 

         "Co na to Bridget?" jest zabawnym debiutem udowadniającym, że życie bez mężczyzny nie musi oznaczać katastrofy, a kobieta bez faceta jest raczej jak ryba bez roweru, a nie bez wody. Jest ciepłą i zabawną powieścią, która przenosi czytelnika w zwariowany świat szalonej bohaterki nie przebierającej w słowa podczas snucia swoich metafizycznych przemyśleń. Jest lekka i idealnie nada się na poprawę humoru podczas depresyjnego jesiennego wieczoru w połączeniu z gorącą herbatą i czekoladą. Pewnie pomoże ukoić nie jedno złamane serce i na nowo tchnąć w nie optymizm i chęć życia. Czy nie takie ksiażki o tej porze roku lubimy najbardziej? 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu: 



wtorek, 7 października 2014

Historia chwytająca za serce
- "Samotność ma twoje imię"
Moniki A. Oleksa



    "-A może niektórzy są powołani do samotności? [...]

      -Bzdury opowiadasz. Człowiek zawsze ciągnie do człowieka, bo tak już nas Pan Bóg stworzył. Gdyby chciał, abyśmy byli sami, ukryłby Ewę przed Adamem. A On mu ją dał w opiekę. Oboje ich przeznaczył dla siebie po to, aby jedno drugiemu było w tym trudnym życiu podporą. Więc nie mów mi tu, kochanie, o powołaniu do samotności." 

   Samotność we współczesnych czasach wydaje się być nie tylko coraz trudniejsza, ale przede wszystkim przybiera szerszy niż do tej pory wymiar. Ludzie żyjący tuż obok siebie najzwyczajniej w świecie się nie znają i nie robią nic w tym kierunku. Dopiero, gdy wydarzy się jakieś nieszczęście zwracamy uwagę na tych, którzy pozostawieni sami sobie bezradnie egzystują na naszych osiedlach, w miejscowościach, czy niedaleko zakładów pracy. Mijamy setki, tysiące opuszczonych twarzy, często nie zdając sobie sprawy z tego, że wystarczyłby uśmiech, albo zamienione w biegu kilka słów, aby wyrwać zagubionego człowieka z tego, co boli najbardziej. Wyrwać go z samotności. 

   Ewa to dojrzała kobieta oddana bez granic ośrodkowi tanecznemu, który prowadzi. W życiu zawodowym spełnia się i realizuje. W prywatnym towarzyszy jej ukochana babcia, kotka oraz przyjaciółka. Jest też on. Wspomnienie. Widmo, które powoli staje się coraz bardziej rzeczywiste. Ten, którego pokochała we wczesnej młodości. Któremu oddała serce bez reszty, nie potrafiąc pogodzić się z jego stratą. Ten, któremu właściwie nigdy nie pozwoliła odejść. O którym nie potrafiła zapomnieć wiążąc się z każdym kolejnym mężczyzną. Wyśniony, wymarzony i wytęskniony. Jak zachowa się Ewa, gdy po latach stanie z nim twarzą w twarz? 

  Ewa, Martyna, Hanna, Janina, Danuta i Magda. 6 zwykłych kobiet żyjących w rodzinach lub bez. Oddanych pracy lub nie. Kobiety w różnym wieku, niosące na swoich barkach przeróżne bagaże doświadczeń życiowych. Znają się lepiej lub gorzej. Spędzają ze sobą więcej, albo mniej czasu. Łączy je jednak jedna. Ta najdotkliwsza. Nazywają ją Samotnością... 

  Przyznam szczerze, że "Samotność ma twoje imię" to jedna z piękniejszych powieści obyczajowych, jakie ostatnio czytałam. Niesamowity, refleksyjny klimat, który udało się wykreować autorce zachwyca już od pierwszych stron utworu i sprawia, że nie chce się odkładać lektury nawet na moment. Płynny, miejscami prawdziwie poetycki język dodaje jej uroku. Akcja przeplatana prozą poetycką sprawiała, że przez kilka chwil czułam się, jak gdybym czytała nie powieść, lecz poezję.  Zachwyca w niej również fakt, iż rozdziały fabularne przeplatane są krótszymi o tematyce iście refleksyjnej i metaforycznej. Te krótkie wstawki trafiały do mnie niesamowicie i sprawiają, że w książce odnajduje się porządną cząstkę siebie. Brawo! Jeśli chodzi o stronę językową i styl, autorce nie można kompletnie nic zarzucić. 

   Autorka zaimponowała mi też tematem, jakiego się podjęła. Powiedzmy szczerze, nie należy on do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych. W tworzeniu profili psychologicznych bohaterów w takiej dziedzinie trzeba być dość ostrożnym i uważać, żeby nie przerysować pewnych zachowań i tendencji. Sam ten fakt zasługuje już na uznanie. Podoba mi się też sposób, w jaki autorka uchwyciła problem samotności i naprawdę zróżnicowane perspektywy, z jakich go ukazała. Można by powiedzieć, że rozebrała go na czynniki pierwsze ukazując jego naprawdę szeroką problematykę i różne oblicza. Można oczywiście stwierdzić, że wiele nie ukazała, ale stworzenie różnorodnych wizerunków kilku samotnych kobiet i mężczyzny to wyczyn na naprawdę dużą skalę.  W tym wszystkim udało jej się również sprawić, że czytelnik w książce odnajdzie nie jedną cząstkę samego siebie. Tekst bezpośrednio wzbudza emocje. Czy może być coś lepszego? 

  Podsumowując, "Samotność ma twoje imię" to niebanalna powieść kobieca. Choć wychodzi z tematyki miłosnej, ukazuje przede wszystkim dojrzewanie i rozwój osobisty. Wskazuje, jak ważną wartością w życiu każdego jest rodzina oraz przyjaciele. Zwraca się ku stwierdzeniu, że wszystko może się walić, ale tych elementów nigdy nie może w życiu zabraknąć. To książka napisana pięknym językiem oscylująca wokół ważnej tematyki. Prywatnie przyznam, że utwór ten postawił mnie na nogi po naprawdę ciężkim okresie. Czy może istnieć lepsza rekomendacja? 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję wydawnictwu: 



poniedziałek, 6 października 2014

Historia z podkładem muzycznym
- "To ty mnie ocalisz" J.Wilder



    "Chcieliśmy wierzyć, że po usłyszeniu magicznych słów "ja ciebie też", wszystko już będzie dobrze. Że to zaklęcie miłości roztoczy parasol ochronny, przepędzi zły los i demony. Ale tak nie jest. Po wypowiedzeniu tych słów wszystko po prostu boli bardziej..." 


   Kontynuacje książek, które mi się podobały zawsze napawają mnie podekscytowaniem, tym bardziej, gdy historia prawdziwie podbija moje zaczytane serce. "To ty mnie ocalisz" Jasindy Wilder było pozycją wyczekiwaną przeze mnie już od momentu, w którym przerzuciłam ostatnią kartkę "To ty mnie pokochasz". Czymś, na co czeka się z utęsknieniem i nie zazna spokoju, dopóki nie trafi w twoje dłonie. I wiecie co? Jestem naprawdę zadowolona, a nawet więcej. Nigdy nie myślałam, że będę się jeszcze zaczytywała w książkach dla nastolatek i wracała do nich tak chętnie. Choć w przeszłości nieco sceptycznie podchodziłam do nurtu New Adult, tak teraz, za sprawą Wilder i jej książek zaczynam czuć do niego coraz większą sympatię. 

  Kylie i Oz po wszystkich zdarzeniach, które miały miejsce w przeszłości, są już  pewni, że chcą resztę życia spędzić razem. Ale życie, jak to życie, co chwila znajduje sposób, żeby pokrzyżować im plany, a to katastrofą, przeszłością rodzinną czy zazdrością Bena. Jednym zdaniem - nie przebiera w środkach, "a, że historia lubi się powtarzać są to środki ostateczne." Tak właśnie we wspólnym życiu Kylie i Oza pojawia się ból, lęk, widmo straty, pożegnanie oraz przeszłość, która zupełnie niespodziewanie staje w białych drzwiach. Mieszanina przeróżnych uczuć i emocji, które podczas lektury niemalże fizycznie udzielają się czytelnikowi. To właśnie to, czym naznaczona jest historia napisana przez Wilder. Historia o prawdziwych emocjach z podkładem muzycznym w tle. 

    Kylie i Oz zbliżają się do siebie coraz bardziej. Zarówno jeśli brać pod uwagę psychikę, jak i ich fizyczność. To, co w przeszłości odwlekane staje się teraz realną możliwością. Również ich kariera muzyczna, dzięki ćwiczeniom i kolejnym staraniom rozkwita w końcu i przynosi obojgu ogromną satysfakcję i przyjemność. Zapoczątkowana miłość powoli rozkwita, niczym najpiękniejszy kwiat, pławiąc się w tym wszystkim pod czujnym okiem rodziców. Moment krytyczny w ich życiu pojawia się wraz z pojawieniem zazdrości Bena, który nadal nie potrafi pogodzić się ze stratą ukochanej. Targany rozpaczą i złością chłopak powoli posuwa się do czynów, których sam po sobie by się nie spodziewał. Czy Oz i Kylie przetrwają razem każdą wichurę, którą zgotuje im życie? Każdą bolesną próbę?

   Co urzeka w utworze i uderza już na wstępie, to fakt, iż książka tym razem pisana jest z iście męskiej perspektyw. Rozgrywające się wydarzenia widzimy oczami Oza, Coltona i Bena. Trójki mężczyzn, pozornie różniących się niemalże pod każdym względem, lecz w rzeczywistości naprawdę do siebie podobnych. To właśnie ich oczami widzimy kontynuację przepięknej historii miłosnej pisanej łzami. Zabieg ten wydaje się na tyle ciekawy, że Wilder stroni dzięki niemu od refleksji i chaosu typowego dla kobiecego myślenia. Opowieść Oza i Coltona jest konkretna, męska i momentami mogłaby wydawać się sucha. Jest wulgarna i prosta, lecz przyjemna w odbiorze przez damską część czytelniczek, gdyż odkrywa choć rąbek męskiego myślenia. Tajemnicy niedostępnej dla każdej z nas.

  Czytając pierwszą część utworu można by odnieść wrażenie, że historia dwojga młodych bohaterów jest dość banalna i klasyczna. Po lekturze "To ty mnie ocalisz" nie da się chyba już tak pomyśleć, przede wszystkim za sprawą życiowych, choć nie zwyczajnych wydarzeń oraz dynamicznym tempem akcji sprawiającym, że od książki naprawdę ciężko się oderwać i połyka się ją na raz pragnąc więcej. Na nudę nie wpływają też częste zmiany narracji, pisanej z perspektywy różnych bohaterów. Dzięki temu czytelnik ma szersze niż normalnie spektrum zapatrywania się na to, co się dzieje i może sam dokonać między innymi oceny bohaterów i zdarzeń. Uwielbiam ten zabieg wykorzystywany w książkach, gdyż nie narzuca czytelnikowi własnej interpretacji lecz na nią pozwala. W moim odczuciu to duży plus. 

  Podsumowując, "To ty mnie ocalisz" jest świetną kontynuacją i przyjemną w odbiorze książką. Zyskuje dynamiczną fabułą, językiem, a przede wszystkim nie banalną narracją. Utrzymana jest w lekkim, młodzieżowym tonie, doskonale oddając pragnienia i odczucia nastolatków. To historia przesączona wszelkimi możliwymi emocjami, od których może zakręcić się w głowie. Podszyta problemami, z którymi zmagać się musi młodzież we współczesnym świecie oraz dobrą, tym razem współczesną muzyką. Książka, która pochłania.  Polecam ją nastolatkom, miłośniczkom literatury oscylującej wokół romansu i powieści erotycznej oraz fanom nurtu New Adult. Ta pozycja z pewnością się wam podoba.



Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


sobota, 4 października 2014

Wspaniały sposób na burzę
- "Czarownica i pierniki" 


  Dziś serwuję wam kolejną dziecięcą propozycję godną uwagi, która ukazała się dość niedawno nakładem ubóstwianego przeze mnie wydawnictwa Skrzat. "Czarownica i pierniki" autorstwa Mai Strzebońskiej to kolejny już tom magicznej serii o nazwie "Czary nie do wiary", którą od pewnego czasu może się raczyć mały czytelnik. Niezwykle klimatyczna historia, klarowny język, a przede wszystkim wspaniałe obrazki. Czego można chcieć więcej?! 

       Czarownica i jej trzy koty spędzają wieczór w chatce na skraju lasu. Jak to bywa o tej porze roku, jesienna burza, głośne gromy i świetliste błyskawice sprawiają, że czwórka bohaterów chowa swoje wystraszone nosy pod grubą kołdrę. Mijają minuty, godziny, a burza nie przechodzi. Wystraszone koty boją się coraz bardziej, a mądra wiedźma wpada na kreatywny pomysł, aby zająć czymś ich kocie rozumki i oderwać myśli od zjawiska pogodowego. Co wymyśli czarownica, żeby jej przyjaciele przestali się bać? Przeczytajcie koniecznie i dowiedzcie się, jakim to magicznym sposobem rozdygotane zwierzaki zapomniały w końcu o burzy. Może odkryjecie również, dzięki czemu krzywa chatka zmieniła się nie do poznania? 

    Prezentowana przez Skrzata seria o czarownicy to przebój cieszący od pewnego czasu zarówno małych jak i dużych czytelników. Mądre, ciepłe opowieści Mai Strzebońskiej dopełnione barwnymi, pobudzającymi wyobraźnię ilustracjami jej mamy, Alicji Kaczmarskiej- Strzebońskiej, aż proszą, żeby zdjąć je z półki i zagłębić się w kolejną przygodę czarownicy i jej zwierzaków. Prosty język, trafiający idealnie do dziecka, duże literki, pomysłowo rozmieszczone na kartach książeczki mogą służyć jako nauka czytania lub wieczorna usypianka, którą czytać może zarówno maluch jak i rodzic, doskonale się przy tym bawiąc.

     Nie znacie jeszcze sympatycznej czarownicy? Koniecznie sięgnijcie po jej przygody, a nie pożałujecie. Dobra zabawa i multum uśmiechów podczas lektury gwarantowane! 

      W serii ukazały się również pozycje: "Czarownica i kot", "Czarownica i ryba", "Czarowncia i kociaki", "Czarownica i tajemnicza mikstura", "Czarownica i zimowe szaleństwa". 


Za egzemplarz recenzencki książeczki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


piątek, 3 października 2014

Niby jedna, a tak bardzo różnorodna
- miłość w "Odcieniach miłości" 
Alice Ann Munro



   "Miłość jest nieodgadniona i jej drogi są nieodgadnione. [...] Miłość może nas skłonić do podłości. Tak się zdarza. Jeśli jesteśmy od kogoś uzależnieni emocjonalnie, niekiedy zaczynamy tę osobę źle traktować." 


   Ponadczasowa codzienność zamknięta w 500 stronach jednej książki. Odcienie miłości. A każdy z nich wydaje się być właśnie o mnie... 

      Alice Ann Munro to kanadyjska pisarka, urodzona w 1931 roku w Wingham w prowincji Ontario, któej właściwie nikomu nie trzeba już przedstawiać. Laureatka Nagrody Nobla w roku 2013. Uważana, zresztą jak najbardziej słusznie, za jedną z najwybitniejszych artystek specjalizujących się w krótkich formach prozatorskich. Książki Munro przetłumaczono na ponad 20 języków, w każdym z nich cieszą się ogromną ilością sprzedanych egzemplarzy. Mistrzyni pisania o codzienności w sposób porywający. 

     Alice Munro w "Odcieniach miłości" serwuje nam kolejną dawkę wyjątkowych opowiadań. Mimo tego, że napisanych na przełomie lat 1985-1986, nadal niezwykle oryginalnych i chwytających za serce. Nie ma się jednak co dziwić. Jak może nie poruszyć prawdziwość opisywanych przez autorkę relacji, dogłębna charakterystyka ludzkiej psychiki, uniwersalnej dla każdego z nas? Uwierzcie mi. W każdym z opowiadań noblistki odnalazłam cząstkę siebie. I być może właśnie dlatego "Odcienie miłości" tak bardzo mną wstrząsnęły.

    Opowiadania zebrane w "Odcienie miłości" to około 50- stronicowe formy prozatorskie, których akcja rozgrywa się w najzwyklejszej, najbardziej szarej codzienności. Można by wysnuć tezę, że każda z historii właściwie mogłaby przydażyć się każdemu z nas. Również bohaterowie opowiadań są dość zwykli. Prosty mechanik, nauczyciela czy farmer, a każdy z nich przeżywający uczucia doskonale nam znane. Miłość braterską, rodzicielską, partnerską, religijna. Czystą i bezinteresowną, albo przepełnioną pożądaniem. Motywy zdrady i oddania. Dorastanie i dojrzewanie. Pragnienia, obawy i lęki. Najszersze z możliwych spektrum przejawów miłości, zarówno tych namacalnych, jak i nie, zamknięte w krótkich, fabularnych historiach przepełnionych obfitymi garściami refleksji, a może raczej wniosków. Odsłonięcie, obnażenie psychiki i myślenia każdego z nas w sposób dosadny, momentami niezwykle bolesny, zobrazowany w przeróżnych życiowych sytuacjach. Gdybym chciała przybliżyć dokładniej treść opowiadań, musiałabym zająć się omawianiem każdego z osobna i z pewnością zabrakłoby mi tu na to miejsca. Każde z nich jest wyjątkowe, każde z nich przypadło mi do gustu na swój własny, niepowtarzalny sposób, dlatego też ciężko mi wybrać jedno, które chciałabym wam bliżej przedstawić.  

    To, co urzekło mnie w opowiadaniach Munro najbardziej, to charakterystyczna narracja, która sprawia, że przez kolejne strony utworu niemalże się płynie. Język, którym posługuje się autorka wydaje się być niezwykle lekki. Urzeka statyczność opowiadań, ale przede wszystkim to, że Munro nie komentuje sytuacji. Ona po prostu o nich pisze. Sucho. Miejscami wydawałoby się, że bez emocji, chwytając tym samym za serce, pozostawiając interpretację czytenikowi. To właśnie w tym tkwi potężny uniwersalizm jej twórczości, o którym tyle się mówi. W prostocie formy przekazującym maksimum treści przy minimum prywatnego komentarza. Coś niesamowitego.

  Zaryzykowałabym stwierdzenie, że twórczość Munro w pewien sposób zahacza o zmodyfikowany do własnych potrzeb naturalizm. Psychika człowieka, na której się skupia, nie tylko, jeśli chodzi o motyw miłości, ukazuje go trochę w zwierzęcy sposób. Pozwala czytelnikowi myśleć, że w pewien sposób gatunkowo wszyscy jesteśmy do siebie podobni, a jej przymiotniki i określenia wydać się mogą momentami dość ohydne, jeśli chodzi o ukazanie uniwersalizmu naszej zakrawającej o zwierzęcość natury. To odkrycie wydać się może trochę bolesne, odbierając nam po części istotę człowieczeństwa, ale proza Munro prowokuje. Wydaje mi się, że sedno jej geniuszu tkwi właśnie nie w skupianiu się na oryginalności i unikatowości jednostki, ale w dążeniu do ukazania uniwersalizmu. Odebraniu nam czegoś, z czego tak bardzo się chełpimy.  

   Proza Alice Munro poprzez ukazywanie codzienności odebrana może zostać przez czytelnika jako trochę nużąca. Jest to jednak prawdziwy wulkan emocji i uczuć rodzących się po przerzuceniu kolejnych stron utworu. Autorka nie tworzy superbohaterów i nie gloryfikuje. Obnaża i skupia się na słabościach. Właśnie tym zachwyca. Mnie. Was, którzy już poznaliście "Odcienie miłości" i tych, którzy dopiero to zrobią. Sięgnijcie po nią koniecznie, bo czy istnieje czytelnik, który nie chce się zachwycić? 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:



czwartek, 2 października 2014

Genialne pomysły
"Penny z Piekła Rodem"



   "Naprawdę wcale nie nazywam się Penny z Piekła Rodem. Nazywam się Penelopa Jones, a kawałek "z piekła rodem" to żart taty. Wcale nie jestem z piekła rodem. Po prostu czasami ludzie nie doceniają moich genialnych pomysłów."


    Wy i wasze dzieci uwielbiacie książeczki o szaleństwie, w których dzieje się tak wiele zwariowanych rzeczy, że aż ciężko nadążyć? A może chcecie razem się pośmiać, bo jesienna pogoda zachęca raczej do spuszczenia nosa na kwintę? Jeśli lubicie razem z dziećmi, albo nawet samemu, raczyć się zwariowanymi opowieściami, nie ważne, czy po południu, czy na dobranoc, "Penny z Piekła Rodem. Szczyt szkód" to idealna pozycja dla was tej jesieni. Nie duża, bo zaledwie 140 stronicowa książeczka o przygodach Penelopy Jones wydana przez Akapit Press, która jest w stanie rozbawić do łez największego nawet ponuraka!

    Penny to kilkuletnia dziewczynka, która razem ze swoim najlepszym przyjacielem, ma głowę pełną zwariowanych pomysłów. Dorośli trochę się na nią z tego powodu złoszczą i często dostaje kary oraz reprymendy, ale ona uparcie twierdzi, że nie robi nic złego. "No bo polowanie na wampiry było przecież genialnym pomysłem, tym bardziej że Kosmo powiedział, że pan Bernard Kubełek tylko udaje człowieka." Babcię, która przyjechała do nich w odwiedziny i wiecznie nic jej się nie podobało, należało przecież rozweselić, prawda? A kto zrobi to lepiej niż jej wnuczka? No dobrze, może całkowita zmiana wyglądu w dodatku niezmywalnymi mazakami wcale nie była najlepszym pomysłem, ale przecież zaoszczędziła masę czasu nie musząc malować się przez następne dni. Rekordy Guinnessa też bije się nie codziennie, a kuchnia jest od tego, żeby robić w niej eksperymenty, do tego łatwo się sprząta. O co więc tyle krzyku?! Rodzice zamiast się złościć powinni ją raczej pochwalić...

    Zaprezentowane w utworze kolejne trzy przygody kultowej i często nagradzanej serii o genialnych pomysłach małej Penny, to standardowa już dawka śmiechu dla całej rodziny, którą od pewnego czasu serwuje małym i dużym czytelnikom Akapit Press. Nie da się ukryć, że fantastycznie napisane, kreatywne pomysły dziewczynki, w dodatku pomysłowo ilustrowane, podbijają serca czytelników na całym świecie. Język stylizowany na mowę i przemyślenia kilkuletniego dziecka sprawiają, że opowieści czyta się wyjątkowo płynnie, a historie urozmaicone ciekawą szatą graficzną brzmią jeszcze lepiej, gdy podczas lektury śledzić wzrokiem można przezabawne obrazki. Również stosowane w tekście pogrubienia i miejscami komiksowe dymki sprawiają, że książeczce daleko do miana monotonnej. Jednym zdaniem: to wspaniała lektura zarówno dla dzieci jak i rodziców. Duża czcionka i przemyślane podzielenie tekstu na niedługie rozdziały sprawiają, że czytać ją można partiami i doskonale nadaje się do szlifowania umiejętności czytania przez małych odbiorców, którzy potrzebują częstych przerw.

   Właściwie to po przeczytaniu książeczki przychodzi mi na myśl porównanie serii o Penny do kultowego "Koszmarnego Karolka", którego znają chyba dzieci na całym świecie. Jest to jednak wersja nie tylko dla chłopców, ale i dla dziewczynek, co zdecydowanie jest wielkim plusem jeśli chodzi o zróżnicowanie grona odbiorów. W dodatku moje serce podbiło a'la drzewo genealogiczne rodziny i znajomych Penny, którzy przewijają się przez wszystkie utwory. Jeśli nie śledzi się losów od początku, pewnych faktów o bohaterach można nie wiedzieć, z czym doskonale radzi sobie krótkie, lecz konkretne przedstawienie ich na początku, dzięki czemu serię można zacząć czytać w dowolnym momencie, co jest wielkim, wielkim plusem, gdyż nie zawsze ma się możliwość zaczynania od początku.

   Podsumowując, jeśli jesteście rodzicem małego urwisa, a może nawet i nie koniecznie, albo szukacie książeczki do wspólnego czytania lub usypiania, "Penny z Piekła Rodem. Szczyt szkód." to przezabawna pozycja, która skutecznie wypełni czas podczas wydłużających się jesiennych wieczorów i popołudni. Nie zawsze dobrym pomysłem jest włączanie dziecku telewizora, a książka, którą można za równo czytać jak i oglądać jest w tym wypadku niezastąpioną alternatywą. Seria o Penny to wspaniały materiał do tego, aby zaszczepić w dziecku miłość do literatury, bo kto nie pokocha zwariowanej dziewczynki o głowie pełnej pomysłów?


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:




środa, 1 października 2014

Podsumowanie września



Witajcie kochani,
bardzo lubię te wpisy, którę moge skierować do was osobiście i napisać kilka słów zupełnie od siebie. Już we wstępie chciałabym serdecznie podziękować wam za te tysiące odwiedzin, którymi mnie raczycie w ostatnich miesiącach, a szczególnie we wrześniu. Powtórzę się, ale ich liczba znów przekorczyła moje najśmielsze oczekiwania, a to wszystki tylko dzięki wam, bardzo dziękuję, że jesteście ze mną, czytacie, to co piszę, komentujecie, bierzecie udział w organizowanych konkursach i po prostu jesteście. Dzięki temu chce mi się czytać, pisać i prowadzić bloga Informatora. 




Jeśli chodzi o wrzesień, udało mi się przeczytać 16 książek, tak jak w poprzednich miesiącach o dość zrożnicowanej tematyce, choć ponownie (co nie powinno już dziwić), królowały oczywiście obyczajówki. Oczywiście podobała mi się większość książek, które przeczytałam, ale te dwie pokochałam najbardziej. Za najlepsze wrześniowe pozycje uważam więc:

1. "Małżeńską fuzję" Jennifer Probst, którą miałam przyjemność przeczytać dzięki wydawnictwu Akapit Press. Autorkę uważam za moje ostatnie największe odkrycie, mam ochotę na wiecej, dużo więcej jej utworów, jest wspaniała! Poza tym porwała mnie niesamowita historia, świetny język i... i wszystko to, za co kocham książki najbardziej, a co w niej znalazłam. W październiku ukazuje się nowa książka Probst, co jest dla mnie wspaniałą informacją. Mam nadzieję, że dla was też. :)
2.  "Całą nadzieję w Paryżu" D. McKinlay, wydaną przez Feerię. Pyszna książka o miłości, po której nie miałam ochoty sięgać po następną, tak mnie nasyciła. Książka, która po prostu mnie urzekła, w dodatku była przepięknie wydana i wyczekana przeze mnie. To naprawdę wspaniałe, że spełniła wszystkie moje oczekiwania, a nawet więcej! 

Najgorszej pozycji wskazywać nie będę, bo takowej nie było. Każda z przeczytanych książek miała w sobie coś, za co dała się lubić, nie ma więc powodów do nadmiernej krytyki i czepialstwa. Były dobre, a wskazanie najlepszych według mnie zależy tylko i wyłącznie od mojego prywatnego spojrzenia i gustu czytelniczego, który jest dość wybiórczy i specyficzny.

Na sam koniec chciałabym zaprosić was na mojego autorskiego bloga >klik<

Znajdziecie tam informacje głównie o mojej pracy nad książką, pisaniu nie tylko recenzji i wiele, wiele innych rzeczy. Także serdecznie zapraszam, a od jutra czeka na was kolejna dawka recenzji. Wydaje mi się, że rozpocznę od "Co na to Bridget", choć nie jestem jeszcze pewna, gdyż książki piętrzą się i piętrzą, że końca nie widać, aż nie wiadomo w co ręce wsadzić. A może lepiej zabrzmiało by wzrok? :) W każdym razie, również w październiku recenzji nie zabraknie!