niedziela, 30 listopada 2014

Książka przyciągająca okładką,
czyli "Przystań Julii"



  Wielu czytelniczkom, które pokochały serię kwiatową Katarzyny Michalak, z pewnością robi się przykro na samą myśl, że autorka doprowadza do końca losy trzech kobiet, których drogi nieustannie przecinały się ze sobą. Jest to naturalne. Uczucie smutku powstaje w odpowiedzi na czytelniczy niedosyt, który chciałby więcej i więcej. Jest to doskonale znane mi uczucie, choć ja niestety nie umiałam wejść do końca ani w tę powieść, ani w drugą część trylogii, nie mówiąc o innych książkach pani Kasi, którą prywatnie bardzo szanuję za to, co osiągnęła. Utwierdzam się jedynie w przekonaniu, że jej styl nie jest tym, który do końca czytelniczo mnie  zaspokaja, a po jej lektury sięgam dlatego, że kuszą mnie okładki, nazwisko, a przede wszystkim nadzieja, że tym razem jakąś jej książkę pokocham... "Przystani Julii" należy się jednak rzetelna recenzja, ponieważ jest to jedna z ważniejszych kobiecych premier tego, dobiegajacego już końca, roku. 


    Trzy przyjaciółki z Ulicy Leśnych Dzwonków nadal zmagają się ze swoimi problemami. Cieżarna Gosia nie może poradzić sobie z depresją po śmierci ukochanego i zamyka się w domu. W życiu Kamili i Łukasza panuje wieczny chaos spowodowany zarządzaniem dwoma potężnymi firmami i tejemniczym anonimem, który również w ich wspólnym szczęściu nieźle namiesza. Porzucona przez męża i dziecko Julia postanawia uciec od problemów i na jakiś czas przeprowadza się do Chatki Dorotki gdzieś w Bieszczadach z zamiarem rozpoczęcia tam nowego życia, co po części naprawdę jej się udaje, głównie za sprawą pojawiającego się nagle byłego narzeczonego (a może raczej za sprawą Bezy, niesfornej kotki, która uwielbia pakować się na klawiaturę laptopa) oraz przystojnego sąsiada Grzegorza, który służy jej pomocą przy każdej możliwej okazji. 

   Czy anonim i tajemnicze HV475 będą w stanie zburzyć wspólną przyszłość Łukasza i Kamili? Czy Gosia w końcu upora się ze stratą i na nowo otworzy się na ludzi? Jak potoczą się losy Julii chowającej się przed problemami na końcu świata i który mężczyzna na dobre skradnie jej serce? Tego wam nie zdradzę, ale gwarantuję  wszystkiego dowiecie się  podczas lektury ksiażki. 

     To, co uderza mnie kolejny raz po lekturze książki pani Kasi, to przede wszystkim słabość kobiet, którą przerywa dopiero pojawienie się mężczyzny. Mam wrażenie, że większość bohaterek, które autorka kreuje, są niczym trzcina na wietrze, którą to złamać może najmniejszy nawet podmuch wiatru czy kropelka wody. Niektóre te zagubione i rozmemłane emocjonalnie kobietki kryją gdzieś w sobie jednak siłę i taka jest właśnie Julia, która zdobywa się na postawienie wszystkiego na jedną kartę i ucieczkę. Przyznam, że ten wątek i klimat, który wokół niego zbudowała autorka rzeczywiście mnie urzekł. Niemalże czułam się jak stojąca w piwnicy na boso Julia bezradnie patrząca na wygasły piec i tak jak ona chowałam się pod starą pierzynę, żeby nie zmaraznąć. Wątek Julii, urzekł mnie w tej ksiażce chyba najbardziej. I nie wiem czy nie dlatego, że był najzwyklejszy i najmniej przesadzony... 

     Nie pierwszy raz, po przeczytaniu książki tej autorki mam wrażenie, że przesadza ona z ilością nieszczęść spadających na bohaterów, a fabuła utworu jest trochę za sucha, pozbawiona "tego czegoś" i pędzi zbyt szybko. Również podczas letury "Przystani Julii" niejednokrotnie miałam wrażenie, że jeszcze jedno dramatyczne wydarzenie i po prostu w tej dynamicznej fabule się zgubię, usiądę gdzieś na marginesie i bezradnie rozłożę ręce. Nieszczęśliwa miłość, samotność, kalectwo, słabo rokująca ciąża, problemy w pracy, bezpośrednie zagrożenie życia, pożary, zastraszanie... Przyznam, że kilkakrotnie miałam ochotę krzyknąć "kobieto, wystarczy tych dramatów, przystopuj!". Mam jednak świadomość, że jest to moja subiektywna opinia i wielu czytelniczkom podoba się ograniczenie opisów właściwie do minimum i skupienie się na szybkim rozwoju wydarzeń, które niczym lawina, ściągają za sobą następne. Dla mnie to jednak zbyt dużo i styl pisania pani Michalak raczej mi nie odpowiada, choć muszę przyznać, że opisy kwiatów rozpoczynajace kolejne rozdziały były niemalże jak miód na moje czytelnicze serce i delektowałam się każdym z nich. Przepiękne! 

    Podsumowując, "Przystań Julii" to książka, do której ja prywatnie podchodzę dość neutralnie. Dostrzegam w niej zarówno plusy i minusy. Niektóre elementy zachwycaja mnie i odbierają dech w piersiach, inne przytłaczają i najzwyczajniej w świecie męczą. Nie da się jednak ukryć, że zarówno okładka jak i nazwisko autorki działają na korzyść utworu. Jestem też pewna, że "Przystań Julii" oczaruje tysiące czytelniczek, które po nią sięgną, dlatego zachęcam was do jej lektury, choć mojego serca do końca nie skradła. Jest to też idealny pomysł na gwiazdkowy prezent dla każdej zaczytanej okularnicy i tej czytającej bez, której udało się, mimo ogormu przeczytanych stron, zachować dobry wzrok. To książka godna polecenia. 


        Za egzemplarz recenzenki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


      

piątek, 28 listopada 2014

Wyniki konkursu! 



Moi Drodzy Czytelnicy,
mam przyjemność poinformować was, że znamy już wyniki konkursu. Ze względu na fakt, że udzieliliście wielu naprawdę ciekawych i oryginalnych odpowiedzi, ciężko było mi wybrać zwycięzcę. Postanowiłam, wyjątkowo, uhonorować nagrodą dwie odpowiedzi, które w równym stopniu mnie urzekły. 
Książka pt. "Trzy odbicia w lustrze" trafi do osób o nickach: 

mana2529
oraz





Serdecznie gratuluję zwycięzczyniom, a was zapraszam do udziału w następnych konkursach,
których na moim blogu na pewno nie zabraknie! 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Najzabawniejsza książka w historii
czyli "Zły Kocurek. Kąpiel."



"Koty NIE CIERPIĄ kąpieli.
 Są wyjątkowo stanowcze w swojej decyzji o  NIECIERPIENIU kąpieli." 


  Książki dla dzieci mają w sobie niesamowitą magię i właśnie to jest głównym powodem, dla którego po nie sięgam. Teraz co prawda, sytuacja robi się trochę bardziej wyjątkowa, ponieważ zbliżają się święta, będące okresem, w którym jeszcze bardziej dziecinnieje, oraz chcę zaproponować wam kilka najwspanialszych książeczek dla najmłodszych, które umilą zimowe wieczory i idealnie nadadzą się na prezent dla ciekawego świata malucha. 

    "Zły Kocurek. Kąpiel" to książeczka skierowana nie tylko dla najmłodszych, która całkiem niedawno ukazała się nakładem wydawnictwa Mamania. Liczy sobie ok. 120 stron i zachwyca niesamowitą szatą graficzną, wspaniale ubogacającą przezabawne, a zarazem edukacyjne treści w niej zawarte. 

        "Zły Kocurek. Kąpiel." to książeczka o tym, jak wykąpać kota, obnażająca przed czytelnikiem ten żmudny, a zarazem przekomiczny proces. Nie wystarczy przecież po prostu przygotować kąpieli. Ogromnym wyzwaniem jest już samo znalezienie kocurka, który doskonale się kamufluje, a następnie przekonanie go (no dobrze, przy użyciu elementów przekupstwa), aby wszedł do wody. Jak możecie się domyślać, śmierdzący Kocurek potwornie  wody nie lubi i próbuje wykręcić się od kąpieli na wszelkie możliwe sposoby, których autor przedstawia w utworze zaskakująco wiele. 
     Ogromnym atutem książeczki o Kocurku jest przede wszystkim humor. Przyznam, że ubaw podczas lektury będą mieli nie tylko mali czytelnicy, ponieważ ja sama podczas czytania wybuchałam głośnym śmiechem i na bieżąco wysyłałam co ciekawsze fragmenty znajomym, ponieważ czułam usilną potrzebę natychmiastowego podzielenia się tą historią. Wrażenie robi też oszałamiająca wręcz szata graficzna, która na pierwszy rzut oka wydaje się być dosyć prosta. Zwalające z nóg obrazki jedynie dopełniają niesamowity klimat utworu. Koniecznie muszę też wspomnieć o przepięknym sposobie zapakowania książeczek w zaklejoną, papierową torbę z naklejką "Uwaga na kota w worku". Już sam element rozpakowywania książeczek był dla mnie niesamowitą frajdą, choć od dawna nie mam już kilku lat. 
       Jeśli jesteście właśnie na etapie poszukiwania prezentu, lub edukacyjnego, a przede wszystkim zabawnego, dodatku do niego, idealnym rozwiązaniem jest kupno dziecku "Złego kocurka". Właściwie... z czystym sumieniem mogę polecić kupno tego utworu nie tylko dzieciom, ale również zatwardziałym miłośnikom kotów. Zachwyci ich nie tylko treść, ale ogrom wiedzy zawarty w tak małej książeczce i rozśmieszający do łez słowniczek pojęć zawarty na końcu. Jeśli kochacie się śmiać i macie ochotę robić to całą rodziną, sięgnijcie po "Złego kocurka". Pokochacie to kocisko bezgranicznie już od pierwszej strony! 

    Za egzemplarz utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 



poniedziałek, 17 listopada 2014




Drodzy Czytelnicy, 
zapraszam was do udziału w konkursie, w którym do wygrania jest przepiękna saga rodzinna Zbigniewa Zborowskiego pt. "Trzy odbicia w lustrze"
ufundowana przez Wydawnictwo Zysk i Ska. 


Co należy zrobić, aby wygrać książkę? 
Krótko (max 10 zdań) odpowiedzieć w komentarzu na konkursowe pytanie, które brzmi: 

JAKIE JEST WASZE ODBICIE W LUSTRZE? 

 Nagrodzona zostanie odpowiedź najbardziej kreatywna. 
Miło widziane różne formy wypowiedzi.




Regulamin konkursu
1. Organizatorką konkursu jest właścicielka bloga Informator Czytelniczy oraz wydawnictwo Zysk i Ska.
2. Sponsorem nagrody jest wydawnictwo Zysk i Ska.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest odpowiedź na pytanie konkursowe w komentarzu pod konkursowym postem.
4. Konkurs trwa od 17 listopada 2014 roku do 24 listopada 2014 roku do godz. 23.59
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi do 27 listopada 2014.
6. Odpowiedzi należy udzielić pod konkursowym postem na blogu. W komentarzu należy podać także swój adres mailowy w celu poinformowania o ewentualnej wygranej w konkursie.
7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi jak  anonimowi uczestnicy, którzy popiszą się imieniem/nickiem oraz podadzą adres mailowy.
8. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest obserwowanie bloga.
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się za pomocą e-maila w dniu ogłoszenia wyników. W przypadku, gdy zwycięzca w ciągu 7 dni nie odpowie na wiadomość, nastąpi ponowny wybór zwycięzcy.
10. W konkursie mogą brać udział osoby zamieszkałe w Polsce.
11. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)

sobota, 15 listopada 2014

Jedna wielka miłosna gra
w "Historii pewnego narzeczeństwa"
Danki Braun



   "Kobieta chce niegrzecznego chłopca, który będzie grzeczny tylko dla niej. Mężczyzna chce grzecznej dziewczynki, która będzie niegrzeczna tylko dla niego."

      "Historia  pewnego  związku"  to  trzecia  część uwielbianej przeze mnie sagi Danki Braun,  która ukazuje się nakładem wydawnictwa Prozami. Jest to kolejny  już  utwór,  w  którym  czytelnicy  mogą spotkać  się  z  rodziną  Orłowskich.  Tym  razem nawet  nie  tyle  z  Robertem  i  Renatą,  co  przede wszystkim ich dorastającym synem i wybrankami jego serca. "Historia pewnego narzeczeństwa" to bez dwóch zdań utwór skradziony przez Krzyśka, syna  pary   głównych   bohaterów.  I  chociaż  na początku dość sceptycznie  podchodziłam do pomysłu przerzucenia większości akcji na młodszych bohaterów, tak  po  lekturze całej książki stwierdzam, że był to  całkiem niezły,  nadający  utworowi  świeżości, pomysł.

    Krzysztof Orłowski, syn Renaty i Roberta powoli zaczyna wchodzić w dorosłość. Po nieudanym, opisywanym we wcześniejszych częścią utworu, romansie z Anką, inteligentny i mądry chłopak opuszcza się w nauce i zaczyna spotykać z niewłaściwymi (zdaniem rodziców) dziewczynami, między innymi  hipiską Halszką, o twarzy ozdobionej licznymi kolczykami i kostkami otoczynymi kolorwą spódnicą. Wpadając w niewłaściwe towarzystwo chłopak zaniedbuje naukę i staje się krnąbrny oraz opryskliwy. Ponieważ rozmowy z nim na temat jego aktualnego zachowania nie przynoszą żadnych rezultatów, rodzice postanawiają wsiąć los syna we własne ręce. Robert razem z Renatą uknuwają misterny plan mający sprowadzić zagubionego syna na dobrą drogę. W tym celu uwaga obojga rodziców Krzyśka zaczyna skupiać się na Wice, byłej przyjaciółce chłopaka. Czy szalony plan martwiących się rodziców przyniesie założone skutki?

   Drugi wątek, również mocno zaakcentowany w powieści, to tym razem relacje między teściową a synową, bowiem powraca z Australii matka Roberta. Po wielu latach nieobecności i dziesiątkach wyrządzonych rodzinie krzywd, zamierza naprawić dawne szkody i ponownie stać się częścią rodziny. Wylewna i uczuciowa teściowa swoimi czystymi intencjami szybko zdobywa miłość i uznanie większości rodziny. Jedyną osobą, która nie potrafi jej zaufać jest Renata. Czy obawy o to, że kobieta chce z powrotem odebrać jej syna, okażą się słuszne? Co wyniknie ze wspólnego wyjazdu obu pań? Kto wróci z tarczą a kto na tarczy? Na te pytania odpowiedzi dostarczy wam tylko lektura utworu. 

    Danka Braun kolejny już raz urzeka mnie sposobem snucia niezwykle życiowych opowieści. Łapiąc się rzeczywistych problemów w relacjach społecznych, przede wszystkim tych damsko-męskich, wyjaskrawia i uwypukla problematyczne zjawiska. No bo czy nie jest dość powszechnym problemem fakt, że dziecko spotyka się z niewłaściwą, zdaniem rodziców, osobą, zdrada, albo konflikt między synową, a teściową? O książkach Danki Braun można by powiedzieć właściwie jedno zdanie: Samo życie. Nieraz bolesne, innym razem przyjemne i pozytywnie zaskakujące. W moim odczuciu warto czasem przeczytać książkę, która aż ocieka zwykłością i codziennością. Może dlatego, żeby w pewien sposób zdystansować się do tego co boli i uwiera, a może raczej po to, żeby uśmiechnąć się na samą myśl o ludzkiej infantylności. 

  Niezależnie, który powód wybierzecie, "Historia pewnego narzeczeństwa", jak i wcześniejsze części tej sagi, nadadzą się do tego wręcz idealnie. To książki, przy których się odpoczywa. Świat rodziny Orłowskich to świat, do którego chce się wracać niezależnie od humoru, pogody czy pory roku. Świetne kreacje bohaterów, wykrzywiający usta w uśmiechu komizm sytuacyjny, lekki język i wypracowany przez autorkę styl sprawiają, że tej rodziny wprost nie chce się opuszczać. Co więcej, chce się godzinami siedzieć w kuchni Renaty i Roberta i popijać z nimi kawę, słuchając przy tym ich rodzinnej historii, która wciąż się pisze. Szukacie książki, do której zapałacie sympatią już na wstępie i nie będziecie mogli odłożyć jej, dopóki nie prześledzicie wzrokiem ostatniej strony? Koniecznie sięgnijcie po "Historię pewnego narzeczeństwa". 



Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 



środa, 12 listopada 2014

Nawet największa miłość może się zachwiać,
czyli "List" Richarda Paula Evansa


  "Każdy ma jakąś zadrę pod skórą. Każdy. Podobną do odłamka szkła. Jak patrzysz, to nic nie widać, ale odłamek siedzi i w końcu zaczyna ropieć, boli tak, że najchętniej byś go nożem usunął. [...] Przychodzi taki czas, kiedy każdy musi znaleźć swoje odpowiedzi. Musi zrozumieć swoją przeszłość." 

  Sięgając po książki Evansa zawsze liczę na to samo, a mianowicie na fale emocji, które zaleją mnie podczas lektury. Nie ma znaczenia, czy będą to leniwe fale łagodnie obmywające mi stopy, czy wielkie, spienione grzywy, zalewające mnie całą. To nazwisko jest dla mnie, jak dla wielu czytelników, gwarantem dobrej lektury i właśnie dlatego z zapałem sięgnęłam po najmłodszą, niebieską powieść Evansa, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Znak. Jak możecie się domyślać, nie obyło się bez wzruszeń. Pokochałam "List" jak każdą jego poprzednią powieść. I dochodzę do wniosku, że nie ma w tym nic dziwnego... 

   MaryAnne i David to szczęśliwe małżeństwo, żyjące w Salt Lake City w latach '30 ubiegłego wieku. Mieszkając w urokliwej rezydencji prowadzą szczęśliwe życie u boku swoich wiernych i oddanych przyjaciół. Nikt z ludzi egzystujących dookoła nich nie ma wątpliwości co do tego, że to jedno z tych małżeństw, od których bijące szczęście niemalże razi w oczy. Rentowna fabryka, której właścicielem jest David, pomaga im przetrwać każde trudne chwile i chroni przed kryzysem. MaryAnne i David są naprawdę szczęśliwi. Nic jednak nie trwa wiecznie. Przychodzi moment, że los również ich wystawia na próbę, odbierając im największe słońce, trzyletnią córeczkę. Po tym przeżyciu oboje nie potrafią sobie poradzić, a na domiar złego, każde robi to w inny sposób. MaryAnne zanurza się w rozpaczy, a David zaczyna uciekać przed emocjami i zasłania się pracą. Chociaż jego miłość do żony pozostaje tak samo głęboka, mężczyzna odgradza się od niej murem pełnym obojętności i powoli zamraża swoje małżeństwo. Dopiero wyjazd ukochanej i pozostawiony przez nią list otwierają mu oczy na to, czego dokonał raniąc osobę wciąż będącą mu najbliższą. Dopiero ucieczka MaryAnne i pewna kartka papieru popychają go do wielkich zmian w swoim życiu. Ale czy nie będzie na nie za późno? Czy na drogę szczęścia można wrócić? 

   "Mężczyzna widzi ładną spódnicę i od razu nazywa ją miłością. Większość kobiet też nie jest mądrzejsza. Bardziej przemawiają do nich motyle w brzuchu niż przyjaźń. Ale prawdziwa miłość jest inna. Jest bardziej podobna do drzewa albo do rośliny, albo czegoś takiego. [...] Rozwija się, jeśli o nią dbasz. Ale to oznacza wysiłek i poświęcenie. Nikt nie patrzy na usychające drzewo i nie mówi "Pewnie to drzewo nie miało żyć." Tylko głupiec tak by mówił. Ale z miłością ludzie tak postępują cały czas."

   "List" jest to kolejna powieść autora, która zachwyciła mnie niczym innym, jak swoją prostotą. Klarowna opowieść, choć wielowątkowa, stworzona jest w przejrzysty sposób i w plastyczny sposób oddziałuje na wyobraźnię czytelnika. Dokładne, pozbawione patosu opisy i dialogi Evansa enty już raz podbiły moje zaczytane serce. Mam wrażenie, że "List" jest jedną z powieści, których się nie czyta, ale po których się spaceruje, zachwycając każdym napotkanym po drodze widokiem. Nie czytałam żadnych innych książek żadnego innego autora, który oczarowałby mnie właśnie minimalizmem i prostotą formy. Zaryzykuję stwierdzenie, że w "małości" stylu Evansa tkwi jego wielkość. To ona posiada tę magnetyczną siłę, przyciągającą mnie kolejny raz do jego twórczości. 

  "List" jest też kolejną powieścią Evansa, w której chwyta się on ważnej i bliskiej współczesnemu człowiekowi tematyki. Nie mam tu na myśli nawet samego ratowania związku dwojga kochających się ludzi, ani dramatycznego wpływu braków z dzieciństwa na dorosłe życie, choć są to tematy oczywiście ważne i w powieści zdecydowanie wysuwające się na pierwszy plan. Do mnie osobiście trafił, może poboczny i pomijany wątek równości wśród tamtejszego społeczeństwa, a raczej jej brak, który, w nieco innej formie, obserwować możemy także dziś. Tłem dla osobistych dramatów MaryAnne i Davida są bowiem wydarzenia związane z buntem rasy białej przeciwko rasie czarnej i mroczne sceny, których ludzie są w stanie dopuścić się w imię równości i wolności. Społeczeństwo pełne podziałów i nienawiści, w której pojęcie "człowieczeństwo" nabiera zupełnie innego znaczenia. Zawiść i szykanowanie. Oto jak wyglądały lata '30 ubiegłego wieku w tamtym zakątku świata. Czy nie brzmi to trochę znajomo? 

   Historia Davida i MaryAnne to opowieść, o której można pisać i pisać, wyciskając z niej coraz więcej. To powieść w stu procentach skończona, po której przeczytaniu jest się całkowicie nasyconym. Nie chcąc zdradzać wam jednak wielu wspaniale skonstruowanych, zazębiających się wątków, starałam się ograniczyć  naprawdę do minimum. To książka, o której nie trzeba wiele mówić, lecz bardzo się w niej rozsmakować. Feeria delikatnych smaków, którą Evans w "Liście" serwuje, z pewnością  pobudzi podniebienie nie jednego czytelnika. Co więcej - naprawdę go nakarmi. Jesteście głodni? 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:




piątek, 7 listopada 2014

"Holyfood" Szymona Hołowni,
czyli jak wieść smaczne życie duchowe


   „W sennych marzeniach widzę, jak w kraju rośnie kiedyś sieć punktów odkarmiania duszy pod znakiem takim, jak tytuł tej książki. Bo ona ma ci pokazać, gdzie szukać zdrowia, energii i siły. Ta książka jest po to, by ci powiedzieć, że masz być tym, kim mógłbyś być. Że Bóg jest prezesem twojego fanklubu”. 

    Przyznam, że pierwszy raz sięgnęłam po książkę autora, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać i zrobiłam to, będąc naprawdę ciekawa. Nie zainteresowałam się nią dlatego, że jakoś specjalnie przyciąga mnie nazwisko i wizerunek Hołowni, choć darzę go ogromnym szacunkiem za to, co robi. Nie sięgnęłam po tę książę również  po to, żeby na blogu zaroiło się od fali krytyki ludzi wierzących, co uważam za po prostu żenujące, bo każdego z nas dotyczy przecież wolność wyznania. Na "Holyfood" skusiłam się, ponieważ zaimponowało mi oryginalne podejście do tematu, który jest dla mnie ważny. To pierwsza książka kucharska, którą pochłonęłam całą sobą. Dlaczego? Dlatego, że jestem prawdziwie głodna. 

   "Holyfood" naprawdę mnie zaskoczyło. To pierwsza kucharska książka o tematyce religijnej, jaką w swoim życiu przeczytałam i powinnam chyba wyznać, że z wielu przepisów w niej zawartych sama zamierzam skorzystać. Proste, a zarazem wypróbowane przez autora instrukcje na to, jak wieść zdrowe i szczęśliwe życie, trafiają w punkt i z pewnością dotrą do każdej szarej komórki większości czytelników, którzy postanowią tę książkę przeczytać. Odnosząc się do własnych doświadczeń, Hołownia serwuje nam imponujące przepisy podpowiadające jak nakarmić wygłodniałą duszę. Za wyszukaną metaforą kuchni i gotowania, kryje się klarowny przepis na szczęście, wykonalny dla każdego przeciętnego człowieka w swojej prywatnej kuchni.  Okazuje się bowiem, że wszystkie niezbędne składniki mamy pod ręką i wystarczy jedynie odrobina dobrej woli, żeby po nie sięgnąć oraz odpowiednio wymieszać, aby  otrzymać danie doskonałe. Najwspanialsze i najbardziej  wykwintne, a zarazem tak banalnie łatwe w przygotowaniu. Czyż to nie kusząca propozycja?

     Co urzekło mnie w tej książce? Przede wszystkim prostota przekazu ukryta za wyszukaną, dobrze skonstruowaną, przenośnią. Z językowego punktu widzenia wydaje się to być dość sprzeczne. Jak za metaforą może kryć się coś prostego, skoro ten środek w swoim założeniu ma służyć "utrudnianiu" interpretacji? Ja też się dziwiłam. Po przerzuceniu ostatniej strony wydusiłam z siebie ciche: a jednak. Uwielbiam pomysłowe zabiegi językowe, a ten wyjątkowo przypadł mi do gustu. 

    Nie ma co ukrywać, że temat wiary i religii wywołuje w naszym kraju ostatnimi czasy ogromne kontrowersje. Jedni czerpią przyjemność z ośmieszania go i wywlekania brudów na światło dzienne, inni z heroicznej obrony tego, w co wierzą. Od lat istnieją i jedni i drudzy, a biorąc pod uwagę fakt, że każdy z nas jest człowiekiem wolnym, nie powinniśmy mieć z tym problemu. Problem jednak mamy i po ukazaniu się "Holyfood" na rynku, od razu wylała się kolejna fala krytyki autora, który korzystając ze swojej wolności, pisze o tym, co dla niego (i nie tylko dla niego) ważne. Pisze dobrze, nie tylko jeśli chodzi o styl i formę, ale przede wszystkim merytorycznie poprawnie, jeśli spojrzymy na treść. Również czytelnik powinien zatem skorzystać ze swojej wolności: chcesz-czytaj, nie chcesz- nie. Jeśli to "twój" temat przeczytaj i się zachwyć, jeśli nie - nie czytaj i nie krytykuj. 

    W moim odczuciu "Holyfood" jest świetną książką, nawet nie tyle kucharską, która po prostu mnie oczarowała. To jeden z bardzo niewielu utworów, który jest w moim domu niemalże rozrywany przez wszystkich członków rodziny chcących ją przeczytać. We wielu jej recenzjach pojawia się stwierdzenie, że jest to najbardziej osobista, jak do tej pory, książka Hołowni i właśnie dlatego robi wrażenie. Nie wiem, poprzednich nie czytałam, dlatego wstrzymuję się w tej kwestii od komentarza. Wiem jednak jedno. Po "Holyfood", choć udziela instrukcji, jak jeść, żeby się najeść, jestem jeszcze bardziej głodna. Zarówno innych książek autora, jak i tego najważniejszego, do czego się odnoszą... 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:



wtorek, 4 listopada 2014

Wywiad z Krystyną Bartłomiejczyk
i wyniki Zuzannowego konkursu

cyrysia
1. Który pisarz jest Pani największym autorytetem i wzorem?

Autorytet to ktoś więcej niż wyjątkowy. Jako człowiek musi być wierny swojemu sumieniu i przekonaniom, reprezentować ważne wartości moralne i etyczne,  a jako pisarz dodatkowo powinien mieć  pasję tworzenia i dar przekonywania.  Nie do końca jestem pewna czy Lew Tołstoj mieści się w tych kryteriach, był bowiem dziwnym i pełnym sprzeczności człowiekiem, lecz jako pisarz jest dla mnie wzorem. Podziwiam go za mrówczą pracowitość, potencjał i wyobraźnię, za realizm i za sposób, w jaki kreślił rysy głównych bohaterów. Nie kwalifikował ich jako postaci jednoznacznie złe bądź dobre, nie sugerował, kogo potępić a kogo polubić. Czytelnik sam musi wyrobić sobie o nich zdanie.

2. Jak opisałaby Pani siebie w trzech słowach?

Litości… Kobieta o sobie w trzech słowach? Jeśli powiem: niepewna siebie, impulsywna i roztargniona - będzie to prawda, ale zabrzmi opłakanie. Jeśli powiem: uczciwa, lojalna, życzliwa -  to też będzie prawda, ale zabrzmi lukrowato. Może wobec tego ograniczę się do słów: Jestem Wodniczką. Wodniczki będą wiedziały, o czym mówię, no ale przecież nie samymi Wodniczkami świat stoi więc dodam: Są to osoby o tak zmiennym charakterze, że same za sobą nie nadążają.

3. Jak Pani sądzi, dlatego tak mało czytelników sięga po naszą rodzimą literaturę?

Może w rozmowie towarzyskiej ładniej brzmi: „Czytam właśnie kolejną książkę Paulo Coelho”, niż: „Czytam powieść rodzimej/rodzimego X, Y, Z…”?  A może po prostu jest to kwestia chęci poznawania? Skłaniałabym się bardziej ku tej ciekawości świata. Wydaje się nam, że znamy na tyle rzeczywistość, w której żyjemy, że nie musimy o niej czytać, sięgamy więc po coś, co jest nam nieznane.

Kasia Jabłońska
1. Woli Pani lektury wywołujące uśmiech na twarzy, czy takie, przy których nie jedna łezka w oku się zakręci?

Nie ma reguły. Lubię różne gatunkowo książki, zarówno te, które zapewniają dużo godziwej rozrywki, jak i te, które poruszają czułe struny. Ważne, by miały to „coś”, co sprawia, że po ich przeczytaniu mówię sobie: Fajnie, że sięgnęłaś po tę książkę.

2. Co, według Pani jest najważniejsze w życiu: kariera, rodzina, a może realizacja własnych marzeń?

Zdecydowanie rodzina, aczkolwiek warto czasem odwrócić kolejność i bez wyrzutów sumienia postawić na pierwszym miejscu siebie. „JA” jest równie ważne jak „MY”. Człowiek realizujący swoje marzenia ma przekonanie  o własnej wartości, poczucie spełnienia, zaufanie i szacunek do siebie, czuje w głębi duszy, że jest ważny, dzięki czemu jest w stanie obdarzyć takimi samymi uczuciami inne osoby. Jeśli chodzi o mnie, dbam o rodzinę, ale jednocześnie o własne potrzeby i wcale nie uważam tego za przejaw egocentryzmu. To się nazywa zdrowy egoizm, który służy nam wszystkim.    
A co do kariery…  Cóż, robienie kariery nie jest złe, pod warunkiem, że nie za wszelką cenę.  W każdym razie ja nie oddałabym za nią duszy diabłu.

3. Pochodzi Pani z Kraśnika, mieszkała też Pani w Lublinie. Co, według Pani ma wschód Polski, czego nie ma reszta kraju? Bo, że jest tu pięknie, nie da się ukryć.

Zgadzam się, wschód Polski jest naprawdę piękny. Mimo pozornej monotonii mamy tu wspaniałą przyrodę z puszczańskimi lasami, obfitującymi w zwierzynę, ekopozytywną przestrzeń, która pozwala „naładować akumulatory”, fascynujące zabytki i kresowe miasteczka z pamiątkami po minionych czasach. Mamy też swoje perły – „perłę renesansu”, czyli Zamość, perłę między wzgórzami, czyli Kazimierz,  niejedną turystyczną perłę, jak na przykład  Józefów, Janów, Nałęczów, no i oczywiście Perłę w Koronie, czyli czwórniak z rodziny miodów pitnych. Cóż jeszcze mogę powiedzieć. Chyba tylko to, że jeśli te perły, perełki i perełeczki nie różnią nas od reszty kraju, to ja się poddaję. 

Pola Polaczek
1.     "– Jeanno, kobiety potrafią kochać o wiele mądrzej niż my! One nie kochają mężczyzny dla jego wyglądu. Nawet jeśli on się im bardzo podoba. – Joaquin westchnął błogo. – Kobiety kochają cię przez wzgląd na twój charakter. Twoją siłę. Twoją mądrość. Albo dlatego, że potrafisz zaopiekować się dzieckiem. Bo jesteś dobrym człowiekiem, masz honor i godność. One kochają cię inaczej niż mężczyzna kobietę. Nie z powodu kształtnych łydek ani nie dlatego, że w swoim garniturze budzisz zazdrość u jej koleżanek z pracy. Owszem, istnieją też takie kobiety, ale są tylko jak zły przykład dla innych" (Nina George "Lawendowy pokój"). Co sądzi Pani o tym cytacie? Czy uważa Pani, że kobiety i mężczyźni inaczej kochają? Co dla kobiet jest ważne w miłości, w wyborze Tego jedynego?

Bohater wypowiada kilka znanych wszystkim prawd. Pierwsza –mężczyzna odbiera kobietę wzrokiem, a kobieta mężczyznę wzrokiem plus wszystkimi innymi zmysłami. Druga – kobieta oczekuje od mężczyzny poczucia bezpieczeństwa i odpowiedzialności, zaś mężczyzna od kobiety wiary w to, że jest odpowiedzialny.  Trzecia – zasadniczo kobieta nie patrzy na urodę mężczyzny, więc przystojny gagatek ma u niej mniejsze szanse od szpetnego poczciwca.  Ergo. Na mężczyznę i kobietę działają zupełnie inne bodźce.  Czy też tak uważam? Hm… Wydaje mi się, że miłość to miłość, jest jedna dla wszystkich i jednakowo się objawia, ale chyba rzeczywiście jest tak, że oczekiwaniom mężczyzny i kobiety jakoś nie po drodze. Najkrócej rzecz ujmując, kobieta  kocha z całym dobrodziejstwem inwentarza, oczekuje wyłączności, bo lubi mieć świadomość, że jest tą jedną jedyną i najważniejszą, no i ma potrzebę ciągłości w okazywaniu jej uczuć. Najlepiej codziennie, ale co w tym dziwnego? W końcu zdradzają głównie mężczyźni.
Mężczyzna zaś kocha raczej czynami, nie słowami. Powie „kocham cię” i uważa, że nie musi tego powtarzać, bo przecież nic się nie zmieniło w ich związku. Od kobiety oczekuje, że będzie mówiła wprost, a nie półsłówkami, bo przecież kiedy mówi A, to myśli B, a on może usłyszeć jeszcze coś innego. Spodziewa się też, że będzie mu wierna, stanie się jego inspiracją i motywacją, a przy tym umiejętnie zajmie się domem.
Nie wiem czy to są fakty czy mity, bo nie jestem kopalnią wiedzy o relacjach damsko-męskich, ale jedno nie ulega wątpliwości. Kobiety przychodzą na świat z potencjałem do kochania i bycia kochanym. Mężczyźni też.

2. Wspominając dzieciństwo nasuwa mi się obraz moich dziadków, którzy siedzą przed kominkiem: dziadek pali fajkę, w całym domu unosi się zapach wanilii, a babcia robi na drutach ciepły sweter dla kolejnego wnuka. W kominku pali się ogień, w domu jest ciepło i przyjemnie, a dziadek zaczyna gawędzić o czasach wojennych (mój dziadek przeżył I i II wojną światową). Czasem babcia coś dopowie i tak za każdym razem moja wiedza o tych czasach się pogłębia. Na lekcjach historii w szkole bardzo często wykorzystywałam te wiadomości, co bardzo podobało się moim nauczycielom. Oczywiście również dużo czytam książek o tematyce historycznej, wojennej. Czy i Pani czerpie/czerpała też wiadomości od dziadków, a potem wykorzystuje w swoich powieściach? Czy może dzięki rozmowom z dziadkami czy też innymi członkami rodziny naszły Panią konkretne pomysły do wykorzystania w swoich książkach?

Gratuluję tak cudownych i ciepłych wspomnień z dzieciństwa.  I trochę zazdroszczę. Moi dziadkowie odeszli już dawno, a moja wiedza o ich życiu jest… no, może nie ograniczona, ale też nie wszechstronna.  O wiele więcej wiem na temat przeszłości rodziców, tyle że nie odważyłabym się czerpać z niej pomysłów na książki. Po prostu nie umiałabym zdystansować się do bólu mamy, tracącej miłość swego życia, czy też piekła, jakie zgotowała tacie wojna.  Co zatem mnie inspiruje? W zasadzie wszystko. Przypadkowo podsłuchana rozmowa, zaobserwowana na ulicy sytuacja, czyjaś celna riposta bądź jakiś niewiele znaczący szczególik, który nagle zapala czerwone światełko i uruchamia  wyobraźnię.  Życie to prawdziwy bank pomysłów i bez względu na to, jak bardzo człowiek chciałby być twórczy, wpływy z zewnątrz są nieuniknione.

3. W Polsce rynek wydawniczy jest bardzo pokaźny. Mamy to szczęście, że jest dużo wydawnictw, ale jak tworzyć w Polsce i nie zwariować, a przy tym jeszcze zarobić na życie, czynsz i opłaty? Czy jest szansa wydać książkę, zwłaszcza debiut, bez protekcji, sponsoringu i tzw. „pleców”? Jakich rad udzieliłaby Pani początkującym pisarzom, zwłaszcza tym, którzy się boją, że zostaną odrzuceni przez Wydawcę?

Oczywiście że jest szansa, a wysyp książek polskich autorów jest tego najlepszym dowodem. Trudno byłoby mi uwierzyć, że wszyscy zadebiutowali wyłącznie dzięki protekcji znajomych i sponsoringowi „szerokich pleców”. A co do rad…  Nie wiem na ile okażą się pomocne, w końcu sama jestem początkującym autorem, poleciłabym jednak przede wszystkim udział w konkursach literackich. Jeśli się zwycięży, co jest trudne, lecz nie niemożliwe, rynek wydawniczy stanie otworem. A jeśli nie, przyjąć to jako małe potknięcie, a nie porażkę i spróbować znaleźć słabe strony naszego pisania. W razie wątpliwości warto sięgnąć do poradników, podpowiadających jak pisać, względnie nie pisać. Istnieją takie.  No i jest jeszcze coś takiego jak instynkt, który podpowiada nam co jest dobre, a co kiepskie, co poprawić, a co zostawić. Ja swojemu zaufałam.
Drugim sposobem jest wysłanie powieści do wydawnictw, ale najpierw należałoby sprawdzić, czy profil wydawniczy jest zgodny z tematyką książki. Wiem, wiem… Strach przed odrzuceniem i wstyd przed ewentualną kompromitacją potrafią sparaliżować człowieka, ale jak mawia jedna z moich bohaterek: „Nie dowiesz się co potrafisz, jeśli nie spróbujesz” (działać).

Sylwka S
1.  Czy warto walczyć o swoje marzenia? Czy czasami warto odpuścić tylko po to, aby kogoś nie skrzywdzić? Czy iść za słowami, że "życie jest tylko jedno" i dojść do niektórych rzeczy po trupach?

Oj warto, warto. Nawet trzeba, ponieważ bujanie w obłokach bywa niezwykle twórcze. Gdyby człowiek nie marzył o lataniu, dziś nie byłoby samolotów, gdyby nie pragnął być zdrowym, nie byłoby szczepionek, gdyby nie fantazjował na temat przekazu informacji, nie mielibyśmy druku, telefonu, internetu… Można tak w nieskończoność i nie ma tu mowy o żadnej krzywdzie. Przeciwnie. Ludzkość nie tkwi w miejscu właśnie dzięki marzeniom i pragnieniom zarówno geniuszów jak i zwykłych ludzi, którzy mieli w sobie wiarę i odwagę, by je realizować. Oczywiście nie „po trupach”, bo nie warto.  Los bywa przekorny i nigdy nie wiadomo kiedy odda nam zło, i to z nawiązką.

2. Wspomnienie z dzieciństwa, który pamięta Pani do dziś?

Mam wiele wspomnień, fajnych i niefajnych, jednak najbardziej utkwiła mi w pamięci pewna nieprzespana noc. W okolicach Świąt Wielkanocnych wybraliśmy się na drugi kraniec Polski, gdzie mieszkała rodzina ze strony mamy – dość liczna i rozrzucona między Zgorzelcem a Górzynem. Gdziekolwiek się pojawiliśmy atrakcja goniła atrakcję, jednak gwoździem programu okazał się nocleg… z duchem. Nic tak nie działa na wyobraźnię  dziecka, jak opowieść równolatka o duchu babci, która każdej nocy nawiedza miejsce, gdzie zmarła.  Czyli łóżko, w którym leżałam wraz z siostrą! Przeżyłam koszmar nie do opisania. Siostra pewnie też, choć prędzej odgryzłaby sobie język, niż się do tego przyznała.

3. Każdy ma w życiu sytuacje, z których jest dumny lub odwrotnie. Co najbardziej szalonego zrobiła Pani w swoim życiu, a co chciałaby jeszcze zrobić?

Najbardziej szalonego? Lot w ciemno do Kanady. Na skutek różnych perturbacji – był to rok 1981, o czym trzeba pamiętać – poleciałam do swojej przyjaciółki nie mając pewności, czy nie przywitam się z klamką. I czy w ogóle do tej klamki dotrę. Miałam na to marne szanse, biorąc pod uwagę mizerną zawartość portfela i znajomość języka angielskiego w stopniu bardzo ograniczonym. No ale młodość jest taka odważna…  Na szczęście mój Anioł Stróż nie próżnował i wszystko skończyło się pomyślnie. Dziś nazwałabym swój czyn brakiem rozsądku, niemniej, mogłabym go powtórzyć, pod warunkiem, że mój A.S. nie przeszedł na emeryturę.

Zosia Samosia
1. Jakie jest Pani motto, którym kieruje się w życiu?

Właściwie nie mam. Albo inaczej. Kieruję się w życiu prostymi zasadami, na których się opieram i za pomocą których buduję swój system wartości. Na przykład: „Żyj sam, i pozwól żyć innym”, „Żeby coś zyskać, trzeba coś stracić”, Nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej”, a ostatnio coś zdecydowanie głębszego: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.

2. Do dziś pamiętam zapach ... ?

Blinów. Do dziś pamiętam zapach i smak blinów, które jadłam tylko raz w życiu, będąc nastolatką. Z późniejszych zapachów pamiętam zapach wypastowanej podłogi, który niezmiennie kojarzy mi się z rodzinnym domem, mamą i sobotą.

3. Gdyby wiedziała Pani, że ma przed sobą tylko jeden dzień życia, jakby go Pani spędziła i co by robiła w tych ostatnich minutach? Oprócz spędzenia czasu z najbliższymi bo tego pragnie każdy z nas.

Nie mam pojęcia, a co gorsza, nie będę spekulować czy pogodziłabym się z tym co nieuniknione, czy pisała zażalenie do Pana Boga.  Są po prostu rzeczy, których unikam nawet w myślach. Przykro mi, jeśli Panią zawiodłam.

Justyna G
1. Gdzie jest Pani miejsce na ziemi, gdzie czuje się najlepiej i najszczęśliwiej?

Kiedyś byłoby to każde miejsce, w którym potrafiłabym się zagnieździć i czuć się dobrze, dziś jest w Kraśniku. To miejsce, z którego niechętnie wyjeżdżam i do którego zawsze wracam z radością.  Miejsce, które wpisało się głęboko w moje serce wspomnieniami z dzieciństwa, zapachem poziomek, pierwszymi sukcesami i porażkami. Miejsce, które przypomina mi, że nie jestem samotna. Mam tu kochane rodzeństwo, na którym zawsze mogę polegać, wspaniałe przyjaciółki, które jeszcze nigdy mnie nie zawiodły, życzliwych znajomych, ale przede wszystkim – moje cudowne bliźniaczki. No, w zasadzie bardziej je miewam, niż mam, ponieważ studiują.

2. Czy uważa Pani, że każdy z nas może zostać pisarzem, czy potrzeba do tego choć trochę zdolności lub umiejętności?

Parafrazując Osła, mogę powiedzieć, że pisać każdy może. Lepiej – gdy ma talent, gorzej – gdy go nie ma. Zresztą, sam talent jeszcze nie czyni autora pisarzem . Potrzebne jest oprócz tego: oczytanie (żeby dobrze posługiwać się słowem) plus wyostrzony zmysł obserwacji (żeby umieć obserwować świat i ludzi) plus koncentracja (żeby skupić się tylko i wyłącznie na pisaniu) plus dobra pamięć (bo kiedy przyjdzie  wena, zdarza się zapomnieć o śniadaniu, obiedzie i kolacji) plus determinacja (żeby się przebić ze swoim utworem). Tak uważam, ale mogę się oczywiście mylić.

3. Bardzo łatwo jest opisywać książkę, dla kogoś innego, a jakby Pani poleciła i zachęciła czytelników do przeczytania książek o Zuzannie? Byśmy sięgnęli po tą pozycję bez mrugnięcia okiem.

Ja nie potrafię mówić o swojej książce! Ale chyba nie mam wyjścia, więc do dzieła.
Książki o Zuzannie to lektura lekka, łatwa i przyjemna, przeznaczona dla wszystkich kobiet. Tych, które chodzą z głową w chmurach i tych, które twardo stąpają po ziemi, dla twardej bizneswomen i dla niepoprawnej romantyczki, dla pesymistki i optymistki. Każda z nich znajdzie w niej cząstkę siebie, bo to rzecz o miłości, przyjaźni, zdradzie, marzeniach, nadziei i mierzeniu się z samym sobą. O tym, że marzenia się spełniają, ale wymagają czasu.
Uff… Mam ogromną nadzieję, że mi się udało.

Monika Z
1. Smutek i żal...jest istotną sprawą na tym świecie towarzyszącą każdemu...jak pocieszyłaby Pani osobę w takim stanie?

Pytanie, czy osoba ta chciałaby, aby ją pocieszyć? Załóżmy jednak, że tak, no to wtedy miałabym pewne trudności. Nie potrafię i nie lubię łagodzić bólu innych, ponieważ sama nie lubię być pocieszana. Muszę przeżyć swój smutek może niekoniecznie w odosobnieniu, ale na pewno w milczeniu. Gdyby ktoś próbował mnie przekonać, że mi współczuje, że rozumie, że ubolewa, wywołałby tylko moją irytację, albo utwierdził w tym, że istotnie mam problem. Jednak coś powinnam zrobić, prawda? Prawdopodobnie poczekałabym aż ta osoba się otworzy i wyrzuci z siebie ból. To nie musiałoby jeszcze oznaczać, że ma ochotę na rozmowę o problemie, więc wysłuchałabym jej w spokoju, a potem po prostu przytuliła. Tak byłoby chyba w porządku.

2. Co duża Krystyna powiedziała by małej Krysi z perspektywy czasu i doświadczeń życiowych?

Powiedziałaby: Wszystko ma swoje miejsce i czas i nic w życiu nie dzieje się przez przypadek. Podejrzewam jednak, że Krysia fuknęłaby, że jest odwrotnie, choć w głębi duszy uwierzyłaby. Gdyby Krystyna powiedziała jej: Nie wtykaj palca do kontaktu, bo cię prąd kopnie – Krysia wetknęłaby i mimo fryzury Einsteina twierdziłaby, że nic nie poczuła. Taka to z niej przekorna osóbka. Cóż, doświadczenia bywają bolesne, ale są nasze, więc zapamiętujemy je szybciej niż rady. 

3. Z którym bohaterem literackim umówiłaby Pani sie na kawę?

Na smutki, zmartwienia i wszelkie choroby najlepszy jest Lesio Kubajek – roztargniony, trochę ciapowaty, zakręcony jak bąk w tulipanie i potwierdzający regułę, że głupi ma zawsze szczęście.  Na Lesia nie ma siły. Przy nim turlałabym się ze śmiechu, co wyszłoby mi tylko na zdrowie, bo podobno weseli ludzie starzeją się wolniej.

Teresa K
1. Lubimy grać i oczywiście wygrywać. Popularną grą w Polsce jest toto-lotek. Dziś wygrywa Pani horrendalną sumę pieniędzy. I co wtedy? Zakłada Pani swoje wydawnictwo? Może kupi Pani bezludną wyspę i w spokoju będzie tam Pani tworzyła kolejne dzieła? A może zbuduje Pani super nowoczesny szpital i ludzie będą tam leczenie bez kolejek i bezpłatnie? Co zrobi Pani z tą ogromną sumą pieniędzy?

Dobre pytanie. Czy okazałabym się nieużytkiem, czy filantropem?
Z ogromnymi sumami pieniędzy bywa tak, że kiedy nieoczekiwanie spadają na człowieka – głupieje, wiec zapewne zgłupiałabym i ja. W pierwszej kolejności, bo kiedy doszłabym do siebie, rozdysponowałabym je tak: rodzinie według potrzeb, instytucjom, do których nic nie mam według  jednej potrzeby, wsparłabym wybraną fundację dzieciom, własnym zapewniłabym przyszłość wolną od problemów finansowych, sobie kupiłabym mały domek niedaleko lasu i z widokiem na jezioro, gdzie w spokoju i w bliskości z naturą mogłabym pisać, przyjaciółce zafundowałabym pobyt w Kanadzie, gdzie odwiedziłybyśmy naszą wspólną przyjaciółkę, zainwestowałabym w coś, co przynosiłoby regularne dochody… Dużo tego. Na super nowoczesny szpital już by nie starczyło.

2. Jakie jest Pani największe zawodowe marzenie? O jakiej nagrodzie literackiej Pani marzy i dlaczego akurat o tej? Czy zdobycie wymarzonego trofeum zmieni coś w Pani życiu?

Jedno już się spełniło – dwie wydane książki. Teraz moim marzeniem jest, by spodobały się czytelnikom, bo dla autora nie ma nic radośniejszego od świadomości, że jego praca nie poszła na marne. Jeśli chodzi o nagrodę literacką, to w ogóle o niej nie myślałam i nie myślę. Naprawdę. Nie twierdzę, że mi się nie zamarzy, ale to chyba jeszcze nie ten czas. Teraz mogę powiedzieć tylko tyle, że gdybym kiedykolwiek jakąkolwiek dostała – byłby to solidny kopniak energetyczny do dalszej pracy.

3. Pisanie na pewno wciąga i uzależnia. Spróbowało się raz i chce się jeszcze, więcej. Jakie są więc Pani dalsze plany pisarskie? Czy myślała Pani o pisaniu książek dla dzieci i młodzieży? Czy pozostanie Pani w kręgu powieści dla dorosłych?

Dalsze plany, to pisać, pisać, pisać… Póki starczy sił, chęci i zdrowia. Ale nie sięgnę po tematykę dla dzieci. Nie mam w sobie aż takiej odwagi i aż takiej wyobraźni. Pozostanę wierna powieściom dla kobiet, niekoniecznie w wieku Zuzanny (nowa bohaterka jest dużo od niej młodsza).



A do nagordy autorka wytypowała: 

"Muszę przyznać, że miałam ogromny dylemat,które z nich uznać za najciekawsze, ponieważ wszystkie były dojrzałe, starannie przemyślane i niezwykle interesujące. Najdłużej wahałam się między pytaniami Sylwki S. a Zosi Samosi, w końcu jednak wybrałam Sylwkę S. za to, że dzięki jej pytaniom mogłam wrócić pamiecią do jednych z nafajniejszych dni w moim życiu. Dziękuję za zainteresowanie, [...] pozdrawiam osoby, biorące udział w konkursie oraz oczywiście czytelniczki."

Ja również dziękuję za zainteresowanie konkursem, za wszystkie pytania, które zadałyście. Do Sylwki S. wędruje oczywiście komplet książek o przygodach Zuzanny. Chciałabym również podziękować serdecznie Pani Krystynie, za to, że wyraziła zgodę na zorganizowanie konkursu i odpowiedziała na ogrom pytań, którymi ją zasypałyście oraz Pani Sylwii z wydawnictwa Prozami za to, że pomogła w organizacji konkursu i przygotowała wspaniałe nagrody. 

A was zapraszam do następnych konkursów, kolejne atrakcyjne nagrody juz niedługo! :) 

niedziela, 2 listopada 2014

Książka, która porywa (i to dosłownie), 
czyli  "Black Ice" B. Fitzpatrick



"- Znowu gimnastykujesz swój język? Myślałem, że masz dość po zeszłej nocy.
 - Niech cię piekło pochłonie!
 - Wybacz, kochanie, ale już w nim jesteśmy. 
Nie odezwawszy się więcej ani słowem [...] pomaszerował w zasypany śniegiem las."

  Każdy z nas toczy codziennie jakieś walki. O to, żeby być docenionym, żeby móc spojrzeć rano w lustro. Walkę o ukochaną osobę, o dach nad głową. Walkę. Walkę. Walkę. I wielu z nas wydaje się, że jesteśmy silni. Codziennie odnosimy swoje małe sukcesy i wychodzimy z dumnie podniesioną głową z porażek. Wyobraźmy sobie jednak, że nagle i niespodziewanie zostajemy wyrwani z bezpiecznego świata i rzuceni w pokryte śniegiem góry, pozbawieni łączności ze światem zewnętrznym, w dodatku zdani samymi na siebie. Przychodzi nam stoczyć nie jakąś tam codzienną bitwę, ale prawdziwą walkę z przerażającą naturą i oprawcami. A przede wszystkim... walkę z samym sobą. 

  Becca Fitzpatrick rzuca nas tym razem w mroźny, zaśnieżony, a przede wszystkim niebezpieczny krajobraz górskiego łańcucha. W swojej najnowszej powieści autorka zabiera czytelnika w przerażającą podróż do głębi człowieczeństwa, odsłaniając przed nami to, co głęboko w nas ukryte, a co uzewnętrznia się dopiero podczas bezpośredniego zagrożenia zdrowia i życia. Rzuca nas w lodowaty świat, w którym rządzą instynkty, siła i zawziętość. Świat, w którym nie ma miejsca na zawahanie i chwilę słabości.  W zasypany śniegiem świat "Black Ice" z którego nie można wyrwać się o własnych siłach. Już od pierwszych stron, powieść dosłownie porywa nas  na tyle, że wydostanie się z "Black Ice"  jest dla czytelnika praktycznie niemożliwe. Nawet wtedy, gdy przerzuci ostatnią stronę utworu... 

  Britt jest przeciętną nastolatką, która po wakacjach ma wyjechać na studia. Ostatnie chwile beztroski pragnie spędzić na wędrowaniu górskimi szlakami, razem z niechętną pomysłowi przyjaciółką i jej starszym bratem, zarazem byłym chłopakiem Britt, który zerwał z nią rok temu. Britt właściwie sama nie wie, dlaczego decyduje się właśnie na wyprawę w góry. Czy dlatego, żeby udowodnić wszystkim dookoła, samej sobie, a przede wszystkim Calowi, który mówił kiedyś, że góry kocha tak samo jak ją, że potrafi? A może dlatego, żeby jeszcze raz zawalczyć o ukochanego i w jego ulubionym miejscu na nowo rozpalić przygasłe uczucie? Jedno jest pewne. Jakichkolwiek pobudek Britt by nie miała, jej podróż już od pierwszych chwil nie wygląda tak, jak by sobie tego  życzyła... 

  Grzęznąc samochodem gdzieś w środku drogi do górskiego domku, po kilku godzinach bezradnego czekania, Britt razem z przyjaciółką postanawia wziąć sprawy we własne ręce i wysiada z auta w przerażającą śnieżycę. Los chciał, że na swojej drodze dziewczęta znajdują leśniczówkę, w której pali się światło. Pełne nadziei wchodzą do środka, nieświadome tego, że w domku czeka na nich dwoje zbiegów, ukrywających się przed policją. Britt pod groźbą śmierci staje się ich zakładniczką. W zamian za wolność zostaje zmuszona do wyprowadzenia ich z gór, których właściwie sama nie zna. Wyczerpana i przemarznięta wędruje razem z nimi po górskim szlaku, rozpaczliwie szukając dla siebie ucieczki. Podczas wędrówki zmaga się sama ze sobą i z tym, co właściwie czuje do Cala, który ciągle figuruje w jej głowie jako ktoś, kto zaraz ją ocali.

  Nie jeden czytelnik, słysząc tę historię, powie, że gorzej już być nie może i z pewnością zdziwi się, gdy Britt odkryje na szlaku dowody grasowania seryjnego mordercy. A jeszcze bardziej, gdy dziewczyna zorientuje się, że sama staje się jego kolejną ofiarą...  Dopiero wtedy sprawy przybiorą naprawdę dramatyczny obrót. 

  Mam wrażenie, że Becka Fitzpatrick w "Black Ice" przechodzi sama siebie i podnosi wysoko już zawieszoną poprzeczkę do niebotycznych rozmiarów. Tworzy utwór niesamowity niemalże pod każdym względem. Wyjątkowy klimat górskiej zamieci śnieżnej i wypchniętych w prost w jej paszczę rozbitków, napisany płynnym i klarownym językiem. Pełną napięcia akcję, w której krew bryzga na ściany bez zastanowienia, w której nie ma miejsca na słabość i rezygnację. Kreuje świat, który mógłby naprawdę istnieć, w którym mógłby znaleźć się właściwie każdy z nas. Podczas lektury niemalże fizycznie czuje się na skórze padający śnieg, odmrożone stopy i ciepło buchające od rozpalonego ogniska. Jest to jedna z niewielu opowieści, w których czytelnik nie czuje się obserwatorem zdarzeń, ale ich uczestnikiem. Zostaje wciągnięty w fantastycznie stworzony, mroczny, lecz zachwycający świat. I wcale nie zostaje z niego wypuszczony tak łatwo. 

  Autorka oczarowuje też niezwykle realistyczną kreacją bohaterów. W zaskakujący sposób wciela się w silną, pewną siebie dziewczynę, która zmaga się sama ze sobą, aby przeżyć, aby przetrwać. Britt z zagubionej owieczki w jednym momencie zmuszona jest do stania się twardzielką i wywleczenia na wierzch najmroczniejszych instynktów, które w każdym z nas głęboko drzemią. W starciu z okrutnymi, pozbawionymi skrupułów oprawcami, musi zachować zimną krew i dosłownie ją zachowuje. Choć wyczerpana, trzyma głową na karku i wykazuje się niezwykłym sprytem i inteligencją.  Dzielna i pewna siebie. Choć fizycznie wymęczona i przerażona, wciąż pełna nadziei, która kawałek po kawałku, strona po stronie, dobitnie zostaje jej odbierana. To bohaterka, o której marzy się, żeby nią być.

  Nie sposób nie wspomnieć o królujących w utworze, różnobarwnych portretach mężczyzn. Kochający ojciec, kontra ojciec całkowicie pozbawiony sumienia. Zły porywacz, dla którego nacisnąć spust pistoletu jest jak zabić muchę, kontra ten lepszy, którym kierują słuszne pobudki i potrafi okazać serce nawet w tak odczłowieczonych warunkach. Prawdziwy obraz Cala zestawiony z jego wizerunkiem, który Britt nosi w pamięci. "Black Ice" to wielopłaszczyznowy utwór, na którego interpretację z pewnością zabrakłoby miejsca i czasu. Książka, z której można wyczytać o wiele więcej, niż tylko porywającą (i to dosłownie) fabułę. Moja ukochana powieść z nie dwoma, ale dwudziestoma dnami. 

  Podsumowując, jeśli nie urzekło was bursztynowe spojrzenie, lustrujące was z niezwykłej okładki utworu, które, przyznam, mnie kupiło od razu, z pewnością zrobi to zawartość książki. To niezwykle dobrze napisana powieść o porywającej fabule, która zapiera dech w piersiach i wyciska łzy. Unikatowy klimat trzymający w swoich mroźnych objęciach jeszcze długo po zakończeniu lektury. Oto tylko ułamek tego, co oferuje Becca Fitzpatrick w "Black Ice". Sięgnijcie po nią koniecznie. Ja przepadłam w tej książce do granic. Dałam się porwać. 

   "Dlatego muszę zapytać: czy tym razem też będzie śnieg?"


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: