środa, 2 grudnia 2015

"Dar morza"
Diane Chamberlain 


Daria Cato, w dniu swoich jedenastych urodzin, znajduje  na plaży koło swojego domu w Karolinie Północnej niewiarygodny dar morza: porzuconego noworodka. Pomimo usilnych starań, tożsamości maleńkiej dziewczynki nie udaje się odkryć i zostaje ona adoptowana przez rodzinę Darii. 

Pomimo upływu czasu tajemnice, które skrywa dziewczynka, nadal dręczą Darię. Teraz, dwadzieścia lat później, znaleziona niegdyś Shelly jest niezwykłą, eteryczną młodą kobietą, którą Daria za wszelką cenę stara się ochraniać, zwłaszcza, że po wyrzuceniu na brzeg, dziewczyna ma lekkie uszkodzenie mózgu. Kiedy jednak Rory Taylor, przyjaciel Darii z dzieciństwa, a obecnie producent telewizyjny, wraca, by na prośbę Shelly zrobić program o okolicznościach jej przyjścia na świat, w miasteczku Kill Devil Hills zachodzi dziwna zmiana. Im więcej pytań zadaje Rory, tym większy niepokój ogarnia małą społeczność, bo ściśle chronione sekrety i grzechy tamtego lata zaczynają wydobywać się na światło dzienne. Na domiar złego w miasteczku pojawia się dziwna kobieta, Grace, która mocno interesuje się Shelly. Tajemnica dziecka, tego „daru morza”, zostaje więc, fragment po fragmencie ujawniana, a jest to tajemnica, na spotkanie z którą nikt zainteresowany – ani Shelly, ani Daria, ani nawet Rory – nie jest przygotowany. Prawda zawsze bowiem zmienia przyszłość. Czy warto chcieć poznać ją za wszelką cenę?

Diane Chamberlain jest autorką, która już wielokrotnie udowodniła, że potrafi złapać czytelnika za serce i nie ma co ukrywać, że w "Darze morza" także to robi. Już z krótkiej noty zamieszczonej na okładce książki czytelnik wnioskuje, że dostanie porządną dawkę emocji i dynamiczną, tajemniczą fabułę. No bo kto nie chciałby poznać historii wyrzuconej przez morze, tajemniczej dziewczynki, w dodatku rozgrywającej się w zamkniętym społeczeństwie małego miasteczka? Ja na pewno, własnie taki klimat lubię! Już odkąd zobaczyłam zapowiedź tego utworu byłam na tak i nie mogłam doczekać się momentu, w którym zabiorę tę książkę do łóżka i przeczytam. 

Jeśli chodzi o fabułę "Daru morza", to muszę przyznać, że choć jest to książka mocno problematyczna, to czyta się ją bardzo przyjemnie i płynnie. Nie będę pisać o akcji nic więcej, żeby nie zepsuć Wam przyjemności lektury, ale mogę zapewnić, że dostaniecie porządną dawkę emocji, pięknie opisany splot tajemniczych wydarzeń i wspaniale wykreowane postaci. Wielu z nich naprawdę polubiłam, a na dodatek są bardzo realistyczni. Chamberlain ma niezwykle lekkie pióro, przez co, nawet czytając o poważnych tematach, czytelnik nie czuje się przytłoczony, a wręcz przeciwnie. Z każdą kolejną stroną odczuwa głód poznania dalszych losów bohaterów tej magicznej historii. Każdy z nich musi bowiem mierzyć się z demonami przeszłości, przez co książka wciąga już od pierwszych stron, a autorka skrupulatnie podsuwa nam kolejne rozwiązania zagadki z przeszłości, tylko po to, by zaraz wykonać obrót o 180 stopni i szybko je rozwiać. Lubię książki, w których dynamiczna fabuła sprawia, że nie jesteśmy w stanie odłożyć ich nawet na moment. "Dar morza" jest właśnie taką książką. Potrafi tak mocno wstrząsnąć i zaintrygować, że nie sposób oderwać się od czytania. W dodatku nie jest banalną historyjką o miłości, ale książką poruszającą ważne tematy. Bo kto nie chciałby dowiedzieć się więcej o swojej rodzinie i pochodzeniu? W dzisiejszych czasach nic już nie jest pewne. Jedynie zakończenie wydaje mi się być trochę "nagięte" do fabuły książki i mało rzeczywiste, ale chyba własnie takie musiało być, żeby porządnie zaskoczyć! 

Podsumowując więc, jeśli macie ochotę na lekturę niesztampowej i wzruszającej historii o małej, Bogu ducha winnej, dziewczynce, najnowsza powieść Chamberlain jest utworem właśnie dla was. Ja tę autorkę po prostu uwielbiam i za każdym razem wypatruję jej nowych utworów na księgarnianych półkach. Gwarantuję, że historia tajemniczej Shelly pochłonie was bez reszty, a na dodatek sprowokuje do przemyśleń. No bo czy warto rozpamiętywać wydarzenia z przeszłości, zamiast cieszyć się tym, co przeżywamy obecnie? Polecam! 

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:







wtorek, 1 grudnia 2015

"Garść pierników, szczypta miłości"
Natalii Sońskiej


"Hania zostawiła mamę i siostrę i wróciła do salonu, by przystroić choinkę. Przypomniała sobie o pierniczkach, które przygotowała z Mikołajem, i pokazała je matce. Ciasteczka w różnych kształtach, ciekawie udekorowane, pachnące, z czerwonymi wstążeczkami, były dopełnieniem dekoracji. Mama Hani z rozczuleniem spojrzała na puszkę, w której umieszczone były pierniki, gdy spostrzegła błysk w oku córki na wspomnienie tamtego wieczoru. Te małe ciasteczka stały się dla niej synonimem wypełniającego jej życie szczęścia."

Uwielbiam grudzień, bo kiedy przychodzi oznacza to mniej więcej tyle, że Boże Narodzenie już blisko. Choć świąteczny szał trwa w sklepach już o wiele wcześniej, a Mikołaje machają do nasz pełnych przepychu wystaw  już w listopadzie, dopiero grudzień prawdziwie sygnalizuje, że święta są blisko. I właśnie z tego powodu chciałabym zachęcić Was dzisiaj do czytania wyjątkowej, świątecznej książki, której autorką jest młoda dziewczyna, Natalia Sońska, a która podbiła serca czytelniczek pomimo tego, że do świąt jest jeszcze trochę czasu. Ale wiecie co? Tak sobie myślę, że najlepsze pierniczki są przecież wtedy, gdy upiecze się je wcześniej i będą mogły przed świętami poleżeć przez jakiś czas w papierowej torbie... 

Hania Bielska to młoda, ambitna dziennikarka, która stawia karierę o wiele wyżej, niż życie rodzinne. Właściwie, to chyba nawet ma powód, żeby to robić. Po nieudanym związku ze swoim szefem, Markiem, stroni od mężczyzn i miewa tylko krótkie romanse. No bo jeszcze los spłata jej figla i kolejnego "mężczyznę jej życia" zeswata z jej szefową? Nie, nie, nie! Jeden raz zdecydowanie wystarczy. Przez związek Marka z jej aktualną przełożoną życie Hani i tak jest pełne  problemów. I kiedy Hania żyje sobie spokojnie, z dala od mężczyzn i trosk, na jej drodze niespodziewanie staje Wiktor. Choć nie od razu pałają do siebie sympatią, bo Wiktor to twardo stąpający po ziemi mężczyzna sukcesu, Hania powoli zmienia o nim zdanie. Podczas wspólnego wypiekania pierników, Hanna ulega rodzinnej atmosferze i coraz trudniej jej poprzestać tylko na „przelotnej” znajomości z mężczyzną. Tylko czy to właśnie on odmieni serce głównej bohaterki? A jeśli nawet tak, to co się stanie, gdy o Hani przypomni sobie również jej dawna miłość, czyli mąż jej wiecznie zazdrosnej przełożonej, Marek? 

Przyznam Wam, że jestem oczarowana. Nie tylko dlatego, że uwielbiam Natalię jako koleżankę z tego samego wydawnictwa albo przez śliczną okładkę tej książki, ale dlatego, że autorka wyjątkowo pięknie i sugestywnie opisała, bądź co bądź, zwykłą, do bólu życiową historię. Uwielbiam zakochiwać się w książkach, w których wszystko jest piękne, lecz pozbawione przesady. "Garść pierników i szczypta miłości" to pod tym względem książka wyjątkowa. Czarująca i bajkowa, ale jednak taka... normalna. Mamy w niej młodego, obiecującego biznesmena z trochę przytłaczającym "życiowym bagażem", ukochanego z czasów młodości i rozdartą między nimi kobietę, która... nie bójmy się tego powiedzieć, trochę za szybko robi, niż myśli. I choć to książka o miłości, to wcale nie jest w niej  przesadnie cukierkowo, lecz realistycznie.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że opisana przez Natalię sytuacja, mogłaby przydarzyć się każdej i każdemu z nas. Jej bohaterowie nie są wyidealizowani, a opisane życie pozbawione patosu i przesady. Nie wiem, jak wy, ale ja uwielbiam książki o ludziach takich, jak ja! Normalnych i właśnie przez to interesujących. Hania to taka współczesna kobieta, która oddaje się pracy i spycha marzenia o rodzinie na dalszy plan. Pomimo tego, że z zewnątrz wydaje się być niezwykle stanowczą i pewną siebie osobą (brzmi znajomo, prawda?), tak naprawdę za tą powłoką kryje się delikatna kobieta, która pragnie miłości i stworzenia ogniska domowego. Kiedy myślę o postaci głównej bohaterki, dochodzę do wniosku, że Hania to taka trochę kwintesencja współczesnej kobiecości, jaką promuje nasz coraz bardziej indywidualistyczny świat. Brawo dla autorki za kreacje bohaterów. Nie tylko Hani, bo, choć na niej się skupiam, to wszyscy oni są niemal żywi. Stworzenie tak precyzyjnie dopracowanego świata, wiarygodnych bohaterów i wciągającej, aczkolwiek wciąż realistycznej fabuły, naprawdę zakrawa o mistrzostwo. 

"Garść pierników, szczypta miłości" to książka o dość szerokim spektrum tematycznym, dzięki czemu każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Mamy w niej miłość (tą dawną, trochę szaloną i tą spokojną, romantyczną), prawdziwą przyjaźń, pachnące piernikami rodzinne święta. Znajdziemy w niej nutę zazdrości, odrobinę szczęścia, smutku, czy łez. Autorka z niezwykłym wyczuciem prowadzi nas przez te wszystkie emocje sprawiając, że z każdą kolejną stroną chcemy więcej. To książka, która wciąga. 

Jeśli chodzi o język utworu, to jest on niezwykle plastyczny i lekki. "Garść pierników, szczypta miłości" to pięknie dopracowany obyczaj. Nie ma co ukrywać, że największą zaletą tej książki są właśnie barwne opisy i kreacja bohaterów. Tempo powieści jest dość szybkie, ale takie właśnie powinno być i takie własnie lubię. Podobało mi się też to, że w powieści nie zabrakło odrobiny dowcipu oraz wyjątkowej delikatności, czy wrażliwości podczas pisania przez autorkę o miłości. Najbardziej ujął mnie oczywiście opis świąt rodziny Bielskich. Rodzina, strojenie choinki, kolacja, kolędy... Aż chce się coś zrobić, żeby móc zamanipulować czasem i święta nadeszły jak najszybciej!

Podsumowując, jeśli potrzebujecie jakiegoś "wprowadzacza" w świąteczną atmosferę, bądź szukacie książkowego prezentu dla bliskiej osoby, "Garść pierników, szczypta miłości", to książka, która nada się do tego idealnie. Polecam na te grudniowe, długie wieczory. Przyjemnie się ją czyta. 

Ja swoją książkę nabyłam tu klik, do czego też was zachęcam. 

Za możliwość przeczytania utworu dziękuję platformie:



środa, 25 listopada 2015

"Utopce"
Katarzyny Puzyńskiej


"Pomysłowość Katarzyny Puzyńskiej nie zna granic". I ja się z tym zgadzam. 

Są takie serie, do których aż chce się wracać i w moim odczuciu należy do nich własnie niesamowita seria Katarzyny Puzyńskiej, opisująca pracę policjantów z Lipowa oraz funkcjonowanie małej, zamkniętej społeczności. Z ogromną przyjemnością sięgnęłam więc po najnowszą powieść autorki  i znów przeniosłam się do konsekwentnie kreowanego przez nią świata. I wiecie co? Nigdy bym się o to nie posądziła, ale naprawdę coraz bardziej lubię kryminały społeczno-obyczajowe. A wszystko to dzięki kolejnej książce Puzyńskiej. 

Upalne lato tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku na zawsze pozostanie w pamięci mieszkańców odciętej od świata wsi Utopce. To wtedy ofiarą krwiożerczego wampira padły dwie osoby. Wśród przepastnej puszczy pełnej leśnych duchów łatwo jest uwierzyć w działanie sił nadprzyrodzonych. Czy gwałtowna śmierć obu ofiar naprawdę jest dziełem upiora? A może to któryś z mieszkańców wsi miał swoje powody, żeby zabić?

Trzydzieści lat później sprawę rozwikłać muszi dobrze znany przez czytelników Daniel Podgórski, Emilia Strzałkowska i kontrowersyjna Klementyna Kopp. Jednak w pracy, jak to w pracy, nie da się oddzielać obowiązków od życia prywatnego, co utrudnia temu wyjątkowemu duetowi dotarcie do prawdy. Czy mimo nie łatwych do przeskoczenia niuansów uda im się w końcu odłożyć sprawy prywatne na bok i odkryć tożsamość mordercy? A może tylko obudzą przyczajonego przez lata wampira i nic nie będzie już w stanie powstrzymać nadchodzącego zła?


„Utopce” to piąty tom sagi kryminalnej o policjantach z Lipowa, w moim odczuciu najmroczniejsza, a Katarzyna Puzyńska to jedna z moich ulubionych autorek powieści kryminalnych. Tym razem postanowiła przenieść czytelnika miejsce pełne magii, tajemnic i leśnych duchów i całkiem nieźle udało jej się stworzyć owiany grozą i pełen strachu klimat. Czytając książkę wielokrotnie czułam ciarki na plecach. Mieszkańcy tytułowych Utopców to bowiem dość nietypowi ludzie. Wszyscy zdają się coś ukrywać, a na domiar złego chronią się wzajemnie,  by ich sekrety nigdy nie wyszły na jaw. No i w Utopcach jest też ktoś jeszcze, a mianowicie wampir, który trzydzieści lat temu ponoć zamordował dwoje ludzi. Zadaniem policjantów z Lipowa, jest rozwikłać zagadkę z przeszłości i uspokoić przejętych mieszkańców lokalnych miejscowości. Jednak nie jest to takie łatwe, bo mieszkańcy Utopców nie lubią obcych, a strach przed wampirem odbiera im mowę. Odkrycie prawdy nie będzie więc takie proste, również z powodu niezwykle temperamentnej Klementyny Kopp (która od razu zdobyła moją sympatię)... Chociaż właściwie, czy  śledztwo w wykonaniu policjantów z Lipowa kiedykolwiek było łatwe?

Puzyńska, kolejny już raz, kupiła mnie niesamowitym sposobem, w jaki bawi się z czytelnikiem i wodzi go za nos. Kiedy podczas lektury wydaje ci się, że już wiesz, kto zabił, okazuje się, że to jednak nie to, sprawy nabierają zupełnie innego obrotu, a na jaw wychodzą zupełnie nowe okoliczności. Kilkukrotnie, kiedy już zdawało mi się, że mam, że wiem, okazywało się, że... no nie do końca. Niesamowita płynność, z jakiej przychodzi autorce przeskakiwanie z płatka na płatek, wyraziste kreacje bohaterów i zaskakujące zwroty akcji, a tym razem także mroczny, trochę "nadprzyrodzony" klimat, sprawiają, że sympatycy tego gatunku na pewno nie będą zawiedzeni. Autorka konstruuje akcje w niesamowicie lekki sposób i kolejny już raz zastanawiam się, jak udaje jej się nie pogubić w tych wszystkich wątkach. W książce ciągle coś się dzieje, akcja nabiera prędkości i nie zwalnia ani na momencik, by w końcu bach!, wybuchnąć i zwalić czytelnika z nóg. 

Podsumowując, najnowsza opowieść o Lipowie łączy w sobie elementy klasycznego kryminału i powieści obyczajowej z rozbudowanym wątkiem psychologicznym. Ja porównałabym autorkę z Agathą Christie czy Hakanem Nesserem. "Utopce" są prawdziwą obietnicą mocnych wrażeń i ciarek na plecach, w której przepadniecie na dobre. Jestem zachwycona, a przede wszystkim czytelniczo usatysfakcjonowana. Podkreślę kolejny raz, że Puzyńska serwuje nam kryminały na iście światowym poziomie. 

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:


wtorek, 24 listopada 2015

"Sekretnik,
czyli przepis na szczęście" 


"Czego potrzeba, by spełniać swe marzenia? Pieniędzy? Szczęścia?  Odwagi, moja kochana. Przede wszystkim odwagi."

Willa? Lexus? Książę? A może po prostu dobra praca? Wszystko, o czym tylko marzysz, jest na wyciągnięcie twojej ręki,  a przynajmniej tak twierdzi Katarzyna Michalak w swoim "Sekretniku". W pierwszoosobowej narracji, w pewnie sposób odbywając rozmową z samą sobą, chce przekazać czytelniczkom, że wcale nie potrzebują czarodziejskiej różdżki, by spełnić swoje marzenia. Twierdzi, że wystarczy wyobraźnia i odwaga, żeby osiągnąć to, o czym marzy się przed snem. A pomaga jej w tym Patrycja, bohaterka "Poczekajki", wraz z którą autorka snuje monolog na temat szczęścia i spełniania marzeń. 

Nie mam pojęcia, ile wiecie o Katarzynie Michalak, ale "Sekretnik" z pewnością pozwoli Wam poznać drogę do sukcesu tej bestsellerowej pisaki. Była zwyczajną dziewczyną. Gnieździła się w maleńkiej kawalerce razem z małymi dziećmi i nienawidziła swojej pracy. Pewnego dnia, właściwie zupełnie nieoczekiwanie, stała się pisarką bestsellerów, kobietą sukcesu, a "Sekretnik" napisała w swoim wymarzonym domku pod lasem. Wiele z czytelniczek powie "Kopciuszek", takie rzeczy nie dzieją się w prawdziwym życiu. Autorka "Sekretnika" udowadnia, że wcale nie trzeba spotkać czarodziejskiej wróżki, żeby wywrócić swoje życie i osiągnąć spokój. I właśnie o tym jest "Sekretnik". Opowieścią o kobiecie, która z dnia na dzień osiągnęła sukces i chce się tym podzielić ze swoimi czytelniczkami. Próbuje też w pewien sposób pomóc im w spełnianiu swoich marzeń. Czy skutecznie? Żeby ocenić, powinnyście ocenić same... 

Jeśli chodzi o moja wrażenia po lekturze "Sekretnika", to na pewno urzekło mnie wydanie tej niewielkiej książeczki. Już na pierwszy rzut oka widać, że te małe cudeńko idealnie nadaje się do tego, by owinąć je w kolorowy papier i podarować komuś w Wigilijny wieczór. Piękne ilustracje, kredowy papier i dopracowana szata graficzna z pewnością przykuwają wzrok i sprawiają, że chce się tę książkę mieć na swojej półce.

A co, jeśli chodzi o treść? Chociaż nie przepadam za twórczością Katarzyny Michalak, to jest ona w moich oczach bardzo inspirującą osobą i z prawdziwym zapałem sięgnęłam po "Sekretnik", w którym opowiada o spełnianiu swoich marzeń. Jeśli myślę o tej książce w ten sposób, to jestem usatysfakcjonowana. To naprawdę piękna historia o tym, jak tracąc wiele (żeby nie rzecz: wszystko), można odbić się od ziemi i stać kimś. Jeśli natomiast miałabym spojrzeć na ten utwór przez pryzmat poradnika, to jeśli chodzi o formę, oczywiście nim on jest i nie mam wątpliwości, że nie jednej kobiecie pozwoli spełniać swoje marzenia i zmotywuje do zmian. Do mnie niestety, jako studentki psychologii,  rady Michalak nie trafiły (a już na pewno nie jej wersja psychoanalizy). Ale ja, przez to, że mam głowę pełną teorii, nie przepadam za "pseudo-psychologicznymi" poradnikami (zaznaczam to, żeby nie umniejszać tej książce). 

Nie mam jednak wątpliwości co do tego, że jeśli kiedykolwiek będę szukała pomysłu na prezent dla przyjaciółki, to wręczę jej właśnie "Sekretnik". To książka, która pozwala zatrzymać się nad samą sobą i popycha do zmian. Pozwala też zastanowić się, czy to, o czym marzymy naprawdę jest nam niezbędne do życia i popukać w głowę, że wcale nie mamy tak źle, jak na pierwszy rzut oka nam się wydaje. Może, zamiast gonić za niedoścignionym, lepiej rozejrzeć się dookoła i zacząć cieszyć z wspaniałych ludzi i rzeczy, które nas otaczają? Do tego "Sekretnik" naprawdę krzyczy, żeby wziąć go w ręce. Nie mogę przestać go oglądać, taka jest śliczny. Polecam go na gwiazdkowy prezent. 


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu:



poniedziałek, 23 listopada 2015

"Rozważna czy romantyczna"
Anny Karpińskiej


Wzruszająca opowieść o determinacji w dążeniu do szczęścia, które nie zawsze zależy od naszej woli. I o tym, że czasem warto zdać się na tak zwany przypadek. 

Akcja powieści rozpoczyna się dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia. Natalia, redaktorka jednego z gdańskich wydawnictw, mama małego Krzysia zaczyna wreszcie układać sobie życie. Wszystko wskazuje na to, że już do grobowej deski spędzi je u boku ukochanego Bruna. Kiedy jednak Natalia przygotowuje się na randkę z Brunem i debatuje nad wyborem sukienki: "Czerwona czy czarna? Romantyczna czy klasyczna?", dzwoni Andrzej, mężczyzna niegdyś ważny w jej życiu i umawiają się na spotkanie. W czasie gdy umówieni mężczyźni wyraźnie się spóźniają, niedaleko domu Natalii dochodzi do groźnego wypadku, w którym ginie kierowca sportowego auta. Wszystko wskazuje na to, że może być to jeden z nich… Czy los ponownie odwróci się od Natalii, czy też uchroni ją od kolejnych nieszczęść?

Anna Karpińska to autorka, która ukończyła politologię na Uniwersytecie Wrocławskim, która w swoim życiu chwytała się już różnych zajęć: uczyła studentów, była dziennikarką, wydawaje książki, prowadzi firmę zajmującą się szkoleniami i wdrażaniem systemów jakości. Ma męża, trójkę dorosłych dzieci, synową, zięcia i wnuka. Na co dzień mieszka w Toruniu, ale weekendy spędza na wsi. Przynajmniej raz w roku podróżuje gdzieś dalej, by naładować akumulatory. Książki pisuje przy kuchennym stole. Jak sama mówi: „Nie żałuję niczego. Bez zdarzeń, ludzi, zajęć, wrażeń nie byłoby ani mnie, ani moich bohaterów”.

Choć po okładce zupełnie się tego nie spodziewałam, "Rozważna czy romantyczna?" to bardzo przyjemnie napisana opowieść o miłości, zdradzie, przyjaźni, rodzinie i walce o własne marzenia. Historia trochę pogubionej w życiu Natalii przypadła mi do gustu i sprawiła, że czytałam tę książkę z zaangażowaniem. Podobało mi się, że jest to utwór dość realistyczny, a przedstawiona przez autorkę historia z życia wzięta. Jeżeli rozejrzymy się dookoła, na pewno dojdziemy do wniosku, że mogłaby przytrafić się każdemu z nas, mało tego! Nawet nie mogłaby, bo każdy z nas ma czasem rodzinne problemy, uczucie pustki, osamotnienia. Wokół pełno zdrad i rodzinnych dramatów. I choć czasem robi nam się przykro, że tak właśnie jest, to nie ma co uciekać od rzeczywistości i warto czasem o niej poczytać.  

Jeśli chodzi o język, to poza uczuciem, że książka jest trochę rozdmuchana opisami, nie mam zastrzeżeń. Czyta się ją przyjemnie i lekko. Ciężko przyczepić się do mankamentów w kreacji bohaterów albo w fabule. "Rozważna czy romantyczna?" to przyjemna, babska książka, choć, ze względu na trudną tematykę, nie nazwałabym jej łatwą w odbiorze. Dość pomysłowym zabiegiem, o którym warto wspomnieć, jest wplecenie do historii Natalii motywu poprzedniej książki Anny Karpińskiej pt. „Chorwacka przystań”. Natalia znajduje ją w formie rękopisu w szufladzie zmarłej mamy i postanawia wydać. Zastanawiam się, czy to już kompozycja szkatułkowa, ale na pewno ciekawy zabieg. W dodatku wydarzenie to otwiera przed bohaterką nowe perspektywy, z czasem prowadząc nawet do Dubrownika. Nie spotkałam się jeszcze z czymś takim w żadnej książce. Czasem autorzy "wrzucają" do nowych tworów bohaterów, z którymi nie mogą się rozstać, ale pomysłem Anny Karpińskiej jestem wręcz oczarowana. 

Zastanawiacie się czasem, czy jesteście bardziej "Rozważne, czy romantyczne?" Jeśli nie, to może warto zacząć to robić, a świetnym startem na pewno będzie najnowsza powieść Anny Karpińskiej. To poruszająca książka o tym, że życie nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli i zaskakuje nas w najmniej oczekiwanych momentach. Płynie z niej też bardzo ciekawy morał: o szczęście trzeba czasem zawalczyć. 

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:


sobota, 14 listopada 2015

"Po prostu bądź" M.Witkiewicz
- recenzja


Są psychologowie, którzy twierdzą, że życie jest pasmem strat, a główną rolą człowieka jest wypracowanie sobie skutecznej strategii radzenia sobie z tymi stratami. I właśnie o tym w moim odczuciu jest ta opowieść. 

"Po prostu bądź" to jedna z tych książek, które zapadają czytelnikowi w pamięć i pozostają z nim nawet nie na długo, ale na zawsze. Choć to moje pierwsze literackie spotkanie z twórczością Magdaleny Witkiewicz, to jestem oczarowana jej twórczością i od razu chcę więcej. Chociaż może nie! Po tej książce nie mam ochoty czytać żadnej innej, nie chcę się od niej odrywać. Gdyby to było możliwe, to chciałabym przeżywać ją w kółko i w kółko, a potem jeszcze raz. "Po prostu bądź" to prawdziwy rollercoaster emocjonalny. Wciąga w swój świat i za nic w świecie nie chce wypuścić. A na dodatek nie jeden raz podczas lektury wyciśnie z Was łzy... Jeżeli więc szukacie pięknej, a za razem do bólu prawdziwej historii o miłości, to trafiliście idealnie. To powieść właśnie dla Was.

Pola to młoda dziewczyna, której rodzice, niestety, mieli wobec niej inne plany, niż ona sama. Z racji tego, że Pola to ich najmłodsza, a do tego nieplanowana córka, postanowili, że dziewczyna zostanie z nimi na wsi i będzie pomagała w gospodarstwie. Nie chcieli, by uczyła się w liceum, bo po co komu wykształcenie? Do pracy w gospodarstwie wystarczy zawodówka. Pola miała szybko wyjść za mąż i zbyt wiele nie protestować. Kandydat już nawet był,  oczywiście wybrany przez rodziców, więc Pola miała tylko powiedzieć sakramentalne tak.  Jej rodzice nie przewidzieli tylko jednego, a mianowicie tego, że Pola to mądra i ambitna dziewczyna, która będzie miała odwagę sprzeciwić się ich planowi i wyjechać na studia, żeby zawalczyć o lepszą przyszłość...

"W życiu nie ma GPSa, który w momencie, gdy obierzesz niewłaściwą drogę, powie nam: "Zawróć, gdy to tylko możliwe"."

Pola dostaje się na architekturę i zostaje sama. Może tak nie zupełnie, bo jest u jej boku przyjaciel, ale musi liczyć sama na siebie. Jest rozdarta między pracą a studiami i właściwie powoli traci nadzieję na to, że kiedykolwiek zazna miłości. Jej życie zmienia się jednak, gdy poznaje Aleksandra, jednego ze swoich wykładowców. Choć wydaje się to dość mało prawdobodobne, uczucie które rodzi łączy tych dwoje, w końcu przeradza się w prawdziwą miłość. Stają się nierozłączni. Jednak los, jak to zwykle w życiu bywa, ma wobec nich zupełnie mam inne plany. W jednej chwili odbiera Paulinie to co najcenniejsze i dziewczyna znowu zostaje sama. W dodatku w jeszcze bardziej podłej sytuacji, nich dotychczas. Pogrążona w rozpaczy, nie wie jak dalej żyć. Jednak jest przy niej ktoś, kto obiecał że się nią zaopiekuje. Bliski przyjaciel, z którym Paulina zawiera pewien pakt...

"Po prostu bądź" to smutna, osadzona w rzeczywistości i pełna bólu, ale jednak bajka. Mam spory problem z tym, jak mówić o tej książce. Z jednej strony jest tak piękna i wzruszająca, że aż boli serce, a z drugiej tak nieprawdopodobnie romantyczna... Przygotowując się do pisania recenzji nie mogłam się zdecydować, którym z tych dwóch sformułowań powinnam ją nazywać, ale dzięki temu rozdarciu doszłam do ciekawego wniosku. Właśnie w tej sprzeczności tkwi magia tej książki. Autorka rzuca bohaterami i czytelnikiem ze skrajności w skrajności. Od smutku do euforii i tak ciągle. Nie wiem, czy kiedykolwiek czytałam książkę aż tak bardzo oddziałującą na emocje, jak ta, ale wiem jedno: jestem oczarowana. 

Napisałam na początku, że "Po prostu bądź" to opowieść o radzeniu sobie ze stratami, więc śmiało mogę powiedzieć jest to po prostu książka życiu. Nie przerysowanym, nie wyjaskrawionym, ale własnie takim, jakie ono jest. Nieraz wesołym, a nieraz smutnym. Pola to taka każda z nas, dziewczyna jak wszystkie inne. Nie jest księżniczką i choć spotyka księcia w lśniącej zbroi, to jej życie nie przypomina bajki nawet za grosz. Wręcz przeciwnie. Jest ono pełne tragedii i traum, a do niej należy radzenie sobie z nimi, choć nie jest łatwo. A właściwie to chyba bardziej poprawnie byłoby stwierdzić, że jest po prostu fatalnie. Pola traci wszystkich i ciągle musi układać sobie wszystko od nowa. Ale czyje życie własnie takie nie jest? "Po prostu bądź" jest historią do bólu prawdziwą i chyba właśnie to jest w niej najpiękniejsze. Czytając ją czytamy o swojej codzienności. O swoich problemach, o podobnym postrzeganiu świata, o miejscach, w których bywamy na co dzień (może nie wszyscy, bo miejscem fabuły jest Gdańsk, a ze mnie tymczasowo gdańszczanka). Każdy znajdzie w niej coś dla siebie, jestem pewna! Uwielbiam też w tym utworze to, że mimo wszystkich tych nieszczęść w życiu Poli po burzy wychodzi w końcu słońce. To książka pełna nadziei na to, że i w naszych życiach wszystko może dobrze się skończyć. Wystarczy tylko cierpliwie poczekać...

"Po prostu bądź" to powieść napisana naprawdę porządnie. Zarówno fabuła jak i bohaterowie są dopracowani w najmniejszym nawet szczególe. (Osobiście zachwycam się ukazywaniem przez autorkę stanów emocjonalnych Poli.) Nie ma tu żadnej przypadkowości, wszystko jest starannie dopracowane. Widać, że autorka włożyła w tę powieść dużo solidnej pracy. Język jest prosty i przyjemny w odbiorze, nie ma w nim niepotrzebnego patosu, nawet podczas mówienia o sprawach trudnych i bolesnych. Dialogi równoważą się z opisami idealnie. Zachwyca też jej wiarygodność.


Stawiam "Po prostu bądź" w hierarchii swoich ulubionych na wysokości ubóstwianego przeze mnie autora, Nicholasa Sparksa. Z tym, że jego opowieści to bajki, a ta, choć też romantyczna i piękna, jest też do bólu prawdziwa... Nie mogę ochłonąć po przeczytaniu tej książki.

Ebook "Po prostu bądź" możecie nabyć pod linkiem: Woblink, Po prostu bądź, do czego gorąco Was zachęcam, a za możliwość przeczytania tej książki dziękuję serdecznie: 



wtorek, 3 listopada 2015

Zanim będzie za późno, 
Lauren Frankel - recenzja


"Dziecko może chwilowo zawiesić przeżywanie żałoby, ale to nie znaczy, że już sobie z nią poradziło. Zawsze tam była, tuż pod powierzchnią, w każdej chwili mogła wypłynąć."

Pod adresem trzynastoletniej Callie pada oskarżenie o agresywne zachowanie i znieważenie nauczycielki. Doskonale znająca łagodne usposobienie przysposobionej córki, jej opiekunka prawna, Rebecca jest przekonana o jej niewinności. Dzięki sprawnej interwencji Rebeki Callie zostaje więc oczyszczona z podejrzeń, ale koleżanka, która ją oskarżyła, zaczyna przysyłać wiadomości z pogróżkami o coraz bardziej rozpaczliwej treści. W dodatku zostawia je w bardzo ważnych dla dziewczynki miejscu. Widząc co się dzieje Rebecca postanawia interweniować. Próbując pomóc niezrównoważonej dziewczynie dzwoni do jej matki i rozmawia z pedagogami. Wszystkie te wydarzenia sprawiają, że Rebbeca wspomina także własne nastoletnie dramaty i przyjaźnie. Wraca pamięcią do czasów, których nie chce pamiętać. Przypomina sobie, jak w czasach jej młodości brak zrozumienia wobec najbliższych doprowadził do tragedii i postanawia uczynić wszystko, aby historia, w którą wplątana jest Callie zakończyła się inaczej. 

Jednak nie będzie to proste. Rebecca nie wie wszystkiego, nie rozumie, kto jest prawdziwą ofiarą, i nie zdaje sobie sprawy, w jak wielkim niebezpieczeństwie znalazła się Callie.


"Zanim będzie za późno" to oddziałująca na wyobraźnię opowieść o intensywnych emocjach wieku dojrzewania, który zdecydowanie należy do najtrudniejszych w życiu człowieka i o relacjach między światem nastolatki-dorośli. Chociaż Rebbeca bardzo stara się pomóc Callie, nie wiedząc o niej wszystkiego jedynie gmatwa się w swoich działaniach i momentami odczuwa bezradność. Czy nie jest to aż nader popularne zjawisko występujące we współczesnych rodzinach? Autorka, miejscami trochę brutalnie, konfrontuje czytelników ze złożoną naturą dojrzewającej młodzieży, którą czasem bardzo ciężko zrozumieć. Wskazuje na obecne w życiu adolescentów problemy ze swoją tożsamością i rozprawia o okrucieństwie, nie obcym żadnemu z nas. Ukazuje, że żądny poklasku, pozbawiony kontroli człowiek zdolny jest do wszystkiego i bardzo łatwo staje się bezkarny, co w wypadku tej książki spotkało kilka młodych dziewczynek. Frankel pisze też o tym, jak łatwo z roli kata przejść do roli ofiary i wskazuje na nieprzewidywalność losu. "Zanim będzie za późno" to odważne spojrzenie na najgorsze ludzkie instynkty, które oddalają nas nie tyle od bliskich, co od siebie samych. Przecież przed sobą samym nie można grać. Ale czy na pewno? Czy wyrzekanie się swojej  tożsamości przed sobą samym nie byłoby czasem wybawieniem? 

Debiutancka powieść Lauren Frankel przypadła mi do gustu głównie ze względu na pogłębioną analizę psychologiczną bohaterów i problematykę, chociaż mam wrażenie, że przez dominujące w utworze, związane z tym opisy, aż za bardzo spowolniły akcję. Zabrakło mi w niej dynamizujących opowieść dialogów i częstszego ukazywania bohaterów w działaniu, ale oczywiście rozumiem, że autorka miała na ten utwór właśnie taki, nie inny zamysł. Gusta są różne, mnie to nie zachwyciło, ale dzięki temu Frankel mogła w pełni ukazać nam motywy bohaterów. Ciekawym zabiegiem były w utworze na pewno dość częste retrospekcje,w  których Rebecca wracała do swojej młodości i swoich problemów z tamtego okresu. Dzięki temu czytelnik może w pełni zrozumieć dlaczego zarówno Rebecca, jak i Callie są jakie są. Może też uświadomić sobie to, jak trauma z przeszłości wpływa na ich aktualne zachowanie. Bardzo dobrze wykorzystany zabieg. 

Przyznam, że jeśli chodzi o wybór tej lektury podziałało na mnie hasło "Kobieca strona thrillera" i nie mogłam oprzeć się usilnej chęci poznania losów Callie i Rebeki. Jak napisałam już wcześniej, nie zawiodłam się. "Zanim będzie za późno" to bardzo wiarygodny utwór podejmujący temat, który w taki, czy inny sposób dotyka każdego z nas. Może nie wszyscy jesteśmy rodzicami, ale każdy z nas na pewno był nastolatkiem. W moim odczuciu warto przeczytać tę książkę. Na pewno jest to opowieść z morałem, z której można wyciągnąć wiele przydatnych związków. Lepiej przecież wznieść fałszywy alarm, niż czekać, aż będzie za późno, prawda?

Za egzemplarz utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:

sobota, 31 października 2015


KONKURS 
WYGRAJ ZESTAW KSIĄŻEK!


Moi Drodzy,
mam dziś dla Was pachnący nowością, zestaw książek Danuty Noszczyńskiej, tego- i zeszłorocznej laureatki nagrody literackiej Pazur w Konkursie Literatury Kobiecej Pióro i Pazur w Siedlcach. W skład zestawu wchodzi nagrodzona w tym roku "Harpia" oraz najnowsza książka Pani Danuty, "Farbowana Blondynka", więc sami widzicie, że jest o co powalczyć. Książki ufundowało wydawnictwo Prószyński i Ska. 

Zasady są proste:
jeżeli macie ochotę na ten zestaw zgłoście się w komentarzu pod spodem i uzasadnijcie krótko, dlaczego książki mają trafić własnie do Was. Zostawcie też swój adres mailowy, żebym mogła skontaktować się z Wami w razie nagrody. 


Konkurs trwa od 31.10.2015 do 10.11.2015 do godziny 23.59


Regulamin konkursu

1. Organizatorką konkursu jest właścicielka bloga Informator Czytelniczy oraz wydawnictwo Prószyński i S-ka
2. Sponsorem nagrody jest wydawnictwo Prószyński i S-ka
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest udzielenie odpowiedzi na konkursowe pytanie w komentarzu pod postem (max 3 zdania)
4. Konkurs trwa od 30 października 2015 roku do 10 listopada 2015 roku do godz. 23.59
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi w ciągu tygodnia od zakończenia konkursu na blogu lub stronie bloga na profilu Facebook
6. Odpowiedzi należy udzielić pod konkursowym postem na blogu
7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi jak  anonimowi uczestnicy, którzy popiszą się imieniem/nickiem oraz podadzą adres mailowy
8. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest obserwowanie bloga Informator Czytelniczy na blogspocie lub portalu Facebook
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się za pomocą e-maila. W przypadku, gdy zwycięzca w ciągu 7 dni nie odpowie na wiadomość, nastąpi ponowny wybór zwycięzcy.
10. W konkursie mogą brać udział osoby zamieszkałe w Polsce.
11. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)

piątek, 30 października 2015

Wywiad z Dagmarą Andryką, 
autorką „Tysiąca”

1. Witam serdecznie, pani Dagmaro, jest mi niezwykle przyjemnie gościć Panią na swoim blogu. Pierwsze pytanie właściwie nasuwa się samo: Jak to się stało, że zaczęła Pani pisać?
Bardzo dziękuję za zaproszenie, jest mi bardzo miło. Pisałam od dawna, najpierw krótkie opowiadania, potem coraz dłuższe, aż wreszcie powstała moja pierwsza powieść. W tej chwili pracuję nad kolejną książką, mam nadzieję, że będzie tak dobrze przyjęta jak "Tysiąc".

2. Na księgarniane półki trafiają rocznie dziesiątki tysięcy książek. Jak u Pani wyglądało szukanie i finalnie znalezienie wydawcy? Ile czasu upłynęło od napisania książki, do jej wydania?
W listopadzie 2014 roku, wysłałam książkę do kilku największych wydawnictw. Książka spotkała się z zainteresowaniem, finalnie w lutym 2015 podpisałam umowę z wydawnictwem Prószyński, a książka pojawiła się w październiku 2015. Czyli minął prawie rok od postawienia ostatniej kropki.
Myślę sobie, że miałam dużo szczęścia, że takie duże i dobre wydawnictwo zaproponowało mi współpracę, bardzo się z tego cieszę.

3. Co było Pani inspiracją do napisania „Tysiąca”?
Po pierwsze lubię kryminały, więc chciałam napisać coś w tym stylu, po drugie ciekawią mnie nieoczywiste sytuacje i zagadki, a po trzecie lubię czuć dreszczyk grozy. Musiałam to wszystko jakoś połączyć i wyszedł "Tysiąc". 

4. Czy od zawsze chciała Pani napisać kryminał? W jakich jeszcze gatunkach czuje się Pani dobrze?
Kiedyś chciałam napisać komedię, ale mroczna część mojej duszy okazała się silniejsza i od kilku lat zaczęłam śledzić rozwój kryminału jako gatunku. Poza tym, myślę, że wydarzenia z Mille mogą się znaleźć tylko w powieści kryminalnej.

5. Przyznaję bez bicia, że mnie osobiście „Tysiąc” po prostu zachwycił. To książka o unikatowym klimacie. Jak wyglądała praca nad jego pisaniem?
Bardzo Pani dziękuję, to bardzo miłe. Najpierw musiałam się zastanowić o czym tak naprawdę chcę napisać, a potem, przez wiele miesięcy pracowałam nad fabułą, czyli obmyślałam wydarzenia, bohaterów itp.,. W kryminałach to absolutnie kluczowa sprawa, ja jako autor muszę wiedzieć wszystko dużo wcześniej niż „to” się pojawi w książce. Finalnie na końcu, każdy element musi do siebie pasować. Kryminał narzuca pewien reżim, co mi bardzo odpowiada.

6. Co było dla Pani podczas pisania „Tysiąca” najłatwiejsze, a co najtrudniejsze?
Najłatwiejsze było nakreślenie klimatu Mille, bo ja go czułam całą sobą, pisanie o tym miejscu sprawiało mi dużą przyjemność. Najtrudniejsze, nie tyle w pisaniu co w konstrukcji fabuły, było utrzymanie czytelnika, do końca w niepewności. Często zastanawiałam się w trakcie różnych scen, czy nie za dużo podpowiadam. Ale wiem od pierwszych, zadowolonych czytelników, że dość długo wodzę ich za nos.

7. „Tysiąc” to nie klasyczny kryminał. Jest zbrodnia, a nawet kilka, ale możemy umieścić go też na granicy powieści społeczno-obyczajowej. Fenomenalnie oddała Pani w tym utworze klimat małej, zamkniętej społeczności. Skąd czerpała Pani wiedzę na ten temat?
Choć to niemożliwe, bo Mille tak naprawdę nie istnieje, to ja niemal tam zamieszkałam. Stworzyłam bardzo dokładny plan miasta, zlokalizowałam budynki, polubiłam mieszkańców. Chciałam, by czytelnicy, oczami Marty poznawali Mille, by poczuli, że właściwie każdy z nich mógłby znaleźć się w takiej sytuacji. Jak to jest gdy nie jest się mile widzianym gościem? Okropne uczucie, dlatego perspektywa Marty pozwoliła mi oddać klimat miasteczka o którym Pani mówi.

8. Jak to jest pisać książkę pełną lęku i niebezpieczeństwa? Czy w jakiś sposób udzielało się to Pani podczas pisania? Czy miała Pani takie momenty, w których, jak główna bohaterka albo Czytelnik, musiała Pani spoglądać przez ramię, żeby sprawdzić, czy nikt za Panią nie stoi?
Dobre pytanie. :) Najgorzej jest pisać takie sceny wieczorami, a ja zwykle piszę gdy zapada zmrok, dlatego czasem udało mi się, samą siebie przestraszyć.

9. Na uwagę zasługuje również nienaganna kreacja bohaterów „Tysiąca”. Choć osobiście kupuję ich wszystkich, to chyba nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że najbardziej przypadła mi do gustu postać tajemniczego Kowala. A do której ze swoich postaci Pani zapałała największą sympatią? I dlaczego?
Kowala też lubię, ale moim faworytem jest Bolo Markuszewski i Włoszka Sophia.
Bolo bo jest mentorem i opoką, daje poczucie bezpieczeństwa, a Sophia, dlatego, że lubię włoską kuchnię i długie rozmowy przy stole. Myślę, że mogłabym się z nią zaprzyjaźnić, choć czytelnicy już wiedzą, że i on potrafi zaskoczyć.

10. A dlaczego uczyniła Pani główną bohaterkę, Martę, właśnie dziennikarką?
Chyba dlatego, że sama kiedyś chciałam nią zostać, a poza tym uwielbiam wolne zawody.

11. W „Tysiącu” naprawdę dużo jest psychologii i nie mówię tutaj o takiej potocznej wiedzy, ale naprawdę skomplikowanych procesach i zjawiskach. Po prostu czapki z głów! Już po kilkunastu stronach książki, jako osobę mocno z psychologią związaną, zaczęło nurtować mnie pytanie: skąd Pani posiada tę nieprzeciętną wiedzę?
Uwielbiam słuchać ludzi, jestem skupionym i uważnym słuchaczem. Nigdy nie krytykuję, nie oceniam, uważam, że każdy ma w sobie jakąś ciekawą historię. Bardzo lubię, gdy moi rozmówcy dzielą się ze mną swoimi przeżyciami. To pewnie główny kanał wiedzy.
Poza tym miałam zajęcia z psychologii na studiach, moja przyjaciółka właśnie kończy ten kierunek, jestem niemal na bieżąco z najnowszymi badaniami w tej dziedzinie. No i po prostu mnie to bardzo interesuje. Myślę sobie, że chyba każdy autor musi być trochę psychologiem.

12. Czy ma Pani podczas pisania jakiś swoich fachowych konsultantów, którzy doradzają Pani, czytają tekst i generalnie służą dobrą radą?
Tak, mam to szczęście, że mam jak to się mówi BETA czytelników. Są wśród nich przyjaciele, którzy nie mają problemu by mnie konstruktywnie skrytykować, mam rodzinnych konsultantów i dwie pisarki kryminałów, które mi natychmiast pokazują, gdzie jest konstrukcyjny błąd, a także co warto podkręcić. Takie grono to prawdziwy skarb, wszystkich umieściłam w podziękowaniach.

13. Uważa Pani pisanie bardziej za hobby, czy jednak w pewien sposób pracę?
Pisanie wciąż jest moim hobby, dlatego tym bardziej cieszy mnie, że moja książka mogła trafić w ręce czytelników.

14. A teraz moje ulubione pytanie do autorów TAKICH książek jak  „Tysiąc”. Czy Dagmara Andryka zagości na naszym rynku na stałe?
Bardzo Pani dziękuję za te słowa. Odpowiem krótko: bardzo bym chciała móc cieszyć Państwa następnymi książkami. Wierzę, że tak będzie. Będę na to uczciwie pracować :)

15. Pani Dagmaro, było mi niezmiernie miło dowiedzieć się więcej o Pani, jak i o Pani książce. Z serca bardzo dziękuję i życzę dalszych sukcesów literackich. No i oczywiście: czekamy na więcej!

To ja bardzo dziękuję. Dla takich słów jakie od Pani usłyszałam, warto pisać książki :)
Zapraszam wszystkich czytelników w mroczną podróż do Mille i serdecznie pozdrawiam!

poniedziałek, 26 października 2015

"Tysiąc" Dagmary Andryki
- recenzja niesamowitego debiutu


Co takiego dzieje się w MILLE?!

Dziennikarka Marta Witecka jedzie nakręcić reportaż i przez zwykły przypadek trafia do niewielkiej miejscowości Mille, położonej niedaleko Trójmiasta. Mijając znak z przekreślonym i zmienionym na "Miłe" napisem, ma ogromną nadzieję na to, że ktoś pomoże jej z głośnym stukaniem w samochodzie. Chociaż nigdy wcześniej nie słyszała o Mille, to musi zostać tam na dłużej, bowiem zepsuł jej się samochód i nie ma jak się z niego wydostać. Co więcej, nikt w miasteczku nie chce jej pomóc, mieszańcy ignorują ją i za wszelką cenę chcą się jej pozbyć z Mille. 

Dopiero po kilku dniach Marta dowiaduje się o widzącej nad Mille klątwie. W miasteczku może mieszkać nie więcej niż tysiąc osób. Następstwa przekroczenia tej liczby są przerażające. Czując, że jest to świetny temat na reportaż i nie mając możliwości wyjazdu, Marta zaczyna zgłębiać tajemnicę klątwy i, co przerażające, coraz sprawniej funkcjonować w przedziwnym, odwróconym systemie tej społeczności, w której pogrzeby to wesołe uroczystości, bo zwalnia się miejsce, a związek gejów jest powszechnie akceptowany, bo nie będą mieli dzieci. Szukając dowodów na nieistnienie klątwy Marta poznaje mieszkańców, konsekwencje łamania panujących w Mille, dziwacznych zasad i historie ofiar klątwy.  I kiedy samochód jest w naprawie, a Marta, razem z byłym policjantem alkoholikiem rozpoczyna swoje śledztwo, dochodzi do kolejnego wypadku. W nocy na ulicy zostaje znalezione zmasakrowane ciało nauczycielki. Miasteczko nie szuka winnych, wszyscy cieszą się, że klątwa znowu nie dopadła nikogo z nich. Marta nie może już tego wszystkiego wytrzymać, zawzięcie pragnie udowodnić, ze nad Mille nie wisi żadna klątwa, jednak zebrane dane i opowieści ludzi sprawiają, że i ona powoli zaczyna wierzyć w istnienie anatemy...

Czytając dziesiątki, a może nawet setki książek rocznie, bardzo często ma się wrażenie, że czyta się o tym samym. Ciągle przewijają się jakieś oklepane historie, które ktoś postanowił spróbować napisać w nowy, można powiedzieć, innowatorski sposób. Ale czy właśnie to jest kluczem do sukcesu? Owszem, być może jest. Ale wiadomo nie od dziś, że tym, co czytelnik zapamięta z książki nie jest innowacyjne tworzenie metafor i język, który umknie nam po przerzuceniu ostatniej strony, ale oryginalna historia. I właśnie taką książkę oddała w nasze ręce Dagmara Andryka. Jej debiut ukazał się w ubiegłym tygodniu w wydawnictwie Prószyński i Ska i powiem wam, że ja jestem nim po prostu oczarowana. Dawno nie czytałam tak dobrego debiutu. Aż ciężko mi było uwierzyć, że ktoś, kto potrafi tak perfekcyjnie stworzyć mroczny świat nie napisał wcześniej żadnej powieści. 

"Tysiąc" to książka, w której zbrodnia nie jest jedna, ale jest ich co najmniej kilka, chociaż tak właściwie, przez wzgląd na klątwę, to właściwie żadnej zbrodni tu nie ma... Nawet pewna siebie, usilnie starająca się rozwiązać tajemnicę Mille Marta w pewnym momencie dojdzie do punktu, w którym to właśnie klątwa wyda jej się najlepszym wytłumaczeniem tego, co dzieje się w tym wcale nie miłym miasteczku. No bo jak wyjaśnić coś, czego nie ma? I to wtedy, kiedy żadne ślady do siebie nie pasują, wszystkie zbrodnie to nieszczęśliwe wypadki, a żaden podejrzany nie jest winny? Nawet policja ma gdzieś to, co dzieje się pod jej nosem i ślepo wierzy w tajemnicę klątwy doskonale bawiąc się na kolejnych pogrzebach. Czy to wszystko nie brzmi kusząco? Czy nie macie ochoty wejść w owiany mrokiem i tajemnicą świat Mille i razem z Martą zabawić się w detektywa, którego dochodzenie... Cóż. No jak by na to nie spojrzał, idzie na marne i nie przynosi żadnych rezultatów, bo Mille rządzi się własnymi prawami? 

"Tysiąc" to kryminał o mocno dopracowanym obyczajowym tle, które, poza zdecydowanie wybijającą się na pierwszy plan, oryginalną akcją, jest największym atutem tej powieści. Mille to miejscowość, która, podczas lektury tej książki (i po jej zakończeniu też), istnieje na mapie naprawdę. Czytelnik nie ma wrażenia, że ogląda film, albo czyta książkę. Nie jest tylko obserwatorem abstrakcyjnych zdarzeń, ale ich uczestnikiem. On naprawdę tam jest! W Mille. W świecie drewnianych domów z gotowymi do zamknięcia w każdej chwili okiennicami, w świecie zabłoconych ulic i przesiąkniętej zapachem tytoniu karczmy "Rzym", w której ludzie topią smutki w alkoholu, żeby chociaż na chwilę zapomnieć o klątwie. Takie samo wrażenie odnosi się, jeśli chodzi o bohaterów. Ich kreacja także nie jednego czytelnika zwali z nóg. Każdy z nich jest kimś, każdy jest dopracowany, każdy ma swoją historię. Autorka nie zapycha nimi dziur w fabule, oni żyją naprawdę! To nie Marta z nimi rozmawia ale my. To nie jej opowiadają swoje tajemnicze historie, ale nam. 

"Tysiąc" to utwór o tak unikatowym, pochmurnym klimacie i zadziwiającej konstrukcji, że nie da się w nim nie zatracić. To książka przesiąknięta lękiem i nerwową atmosferą, podczas lektury której momentami ma się gęsią skórkę albo ma ochotę obejrzeć się za siebie tak, jak biegnąca do drewnianych drzwi główna bohaterka, która czuje na plecach czyjś wzrok. Ona jest po prostu pełna emocji i chociaż w wielu recenzjach przeczytałam, że fabuła "Tysiąca" rozkręca się zdecydowanie za wolno i za dużo jest tu opisów, to śmiem się nie zgodzić z tym, jakoby były to wady. To właśnie dzięki tym opisom i z pozoru  leniwie płynącej fabule Mille i bohaterowie są tak bardzo wiarygodni i prawdziwi. Zaskakująca i imponująca jest też wiedza autorki z psychologii społecznej, której to daje w tym utworze niesamowity popis. Jako studentka psychologii muszę powiedzieć, że taką książkę powinno się omawiać na niejednych zajęciach na moich studiach. Wiarygodna i prawdziwa. Obnażająca naturę zamkniętego, opartego na swoich własnych fundamentach społeczeństwa. Jak dla mnie: mistrzostwo! Pochłonęłam "Tysiąc" na raz. To zdecydowanie jedna z lepszych książek tej jesieni. 



Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję wydawnictwu:




niedziela, 25 października 2015

„Pisarz chce pisać i pisze” 
- wywiad z Jakubem Winiarskim


Fot. Mirosława Kowalczuk
Panie Jakubie, bardzo cieszę się, że zechciał pan poświęcić kilka chwil na rozmowę. Zacznę od tego, że gdy wrzucimy pana nazwisko w wyszukiwarkę internetową, znajdziemy przy nim wiele bardzo ciekawych określeń: poeta, prozaik, redaktor, krytyk literacki, no a teraz jeszcze nauczyciel!. pana życie jest pełne literatury! Od czego i jak to się wszystko zaczęło?

Od czytania. Banalnie. Dużo czytałem, a potem coś tam zacząłem sobie skrobać i tak zostało.  

Z którego z wymienionych wyżej określeń jest pan najbardziej dumny? Które jest dla Pana teraz najważniejsze?

 W ogóle nie interesują mnie te etykietki.

A skąd pomysł, żeby uczyć pisania? Czy uważa pan, że pisarz to zawód jak każdy inny i można go nauczyć?

Pisanie może być zawodem i na rzemieślniczym poziomie można uczyć się pisarskiego warsztatu tak samo, jak można uczyć się warsztatu muzyka czy malarza. Niestety, w Polsce pokutuje pogląd, że pisać można tylko arcydzieła lub jest się grafomanem. To bzdura. Obok nielicznych arcydzieł w literaturze światowej jest mnóstwo dobrej, rzemieślniczo sprawnej literatury. Takiej literatury, którą można nauczyć się pisać i której nikt nie musi się wstydzić. Co więcej, bestsellery to rzadko arcydzieła. Bestsellery to najczęściej właśnie książki autorów, którzy są świetnymi rzemieślnikami. Albo nawet nie świetnymi, ale mieli farta. Ale to temat na inną rozmowę.

Całkiem niedawno na świat wyszedł podręcznik „Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller”, którego jest pan autorem. Skąd wziął się pomysł na napisanie tej książki i jak wyglądała praca nad nią?

Od jakichś dziesięciu lat prowadzę warsztaty pisarskie. Od sześciu doskonalę własną metodykę nauczania. Przyszedł czas na zebranie wiedzy. Po drodze trafiłem na teksty Jolanty Rawskiej i zaprosiłem ją do projektu. Zgodziła się, okazała wspaniałą współautorką i tak powstało „Po bandzie”. Z mojego pomysłu i mojej potrzeby, ale przy współudziale kogoś, kto często inaczej niż ja patrzy na literaturę i kwestie warsztatowe.

Pisze pan w „Po bandzie”, że tym, co czytelnik ma zapamiętać z powieści jest nie piękny język, ale przede wszystkim historia. Gdyby miał pan wskazać najważniejsze cechy dobrej, zapadającej w pamięć opowieści, to jakie by one były?

Jak się pani zapyta kogoś, co mu się podobało w książce, o której opowiada, to mało kto wspomni język. Bo trzeba wiedzieć coś o języku, żeby móc go pochwalić lub skrytykować. Zresztą, język to tylko narzędzie. Tym narzędziem opowiada się historię. I co się zwykle pamięta z opowiedzianej historii? Bohatera, jeśli nas poruszył swoja determinacją w dążeniu do celu. Miejsce, jeśli jest opisane plastycznie, z detalami i tak, że praktycznie nie mielibyśmy nic przeciwko, by się tam znaleźć. Błyskotliwe riposty w dialogach, jeśli autor był błyskotliwy w dialogach. Intrygi knute przez złych i przez dobrych, jeśli były jakieś intrygi. Suspens, a więc to napięcie, które nie pozwala odłożyć książki i włączyć nowy odcinek aktualnie popularnego serialu.

Jest takie piękne powiedzenie, że każdy człowiek nosi w sobie materiał na jedną powieść. Jak Pan się na nie zapatruje?

Myślę, że to prawda. Przynajmniej na jedną powieść każdy ma w sobie materiał. Ale wiele osób ma w sobie znacznie więcej historii. Trzeba jedynie, by nauczyli się je z siebie wydobywać, zapisywać i wysyłać w świat.

W naszym społeczeństwie pokutuje ostatnio powiedzenie, że coraz więcej ludzi pisze, a coraz mniej czyta książki. To z pewnością przesada, ale jakieś ziarnko prawdy w tym powiedzeniu na pewno jest. Czym różni się według pana pisarz od kogoś, kto po prostu coś pisze? Przecież piszą prawie wszyscy! Pamiętniki, opowiadania, wiersze…  Kiedy, według pana, osoba, która pisze dla przyjemności, dla swoich bliskich, staje się pisarzem?

Znam osoby, które nic nie napisały i czują się wybitnymi pisarzami. Znam też ludzi, którzy mają kilka książek na koncie i wciąż nie chcą i nie myślą, że są pisarzami. Bardzo to jest indywidualna sprawa. A o to, że ktoś pisze, zwykle czepiają się zazdrośnicy zbyt leniwi, by sami coś napisali.  

Co definiuje ten „sukces”? Co jest tu według pana granicą?

Ten który sukces? Pisarski? Cóż, znowu jest to bardzo indywidualne. Jednemu wystarczy, że go ktoś z rodziny poklepie po ramieniu, inni mają tysiące czytelników oraz pieniądze ze sprzedaży książek, a i tak czują się niedopieszczeni i patrzą na wszystko spode łba. Nie ma reguły. Czytelnik może być przekonany, że autor jest człowiekiem sukcesu i utalentowanym szczęściarzem, a ten autor może być akurat na granicy samobójstwa z rozpaczy. Bo ma w sobie takie deficyty uczuć, że żaden sukces tego nie załata. Mnóstwo takich przypadków zna literatura.

Co według pana sprawia, że jakiś mało znany pisarz nagle osiąga gigantyczny sukces, a jego książki zaczynają sprzedawać się w setkach tysięcy egzemplarzy. Świetnie napisana książka? Promocja i dobrze rozreklamowane nazwisko? A może coś jeszcze?

Wiem, na co warto zwrócić uwagę, żeby powstał potencjalny bestseller. Ale świadomie używam słowa „potencjalny”, ponieważ sukces jest bardziej dziełem przypadku niż kalkulacji. Chociaż żyjemy w czasach, kiedy promocja, zwłaszcza gdy jest naprawdę nachalna, może zdziałać cuda. Ludzie widzą po raz setny nazwisko, więc łamią się w końcu i kupują dzieło, po czym czytają i wstrząśnięci pukają się w czoło, przez krótki moment zastanawiając się, jak do tego doszło, że kupili takiego gniota. Czasem dociera do nich, że zostali zmanipulowani. Ale częściej odrzucają tę wiedzę, by nie poczuć się źle. Żeby nie musieli wyzbyć się przyjemnych złudzeń na temat własnej inteligencji i sprytu.


Mam taką refleksję, że nauka pisania może trochę zabijać kreatywność. Weźmy sobie takiego młodego, świeżego twórcę z potencjałem. Ma energię, swój styl i zapał, a tu nagle okazuje się, że fabuła, żeby była niesamowita musi mieć jakiś schemat, język najlepiej, żeby był taki, a nie inny, zdania długie, opisy oddziałujące na emocje… I tak dalej i tak dalej. Oszaleć można! Czy według pana literatura nie potrzebuje trochę świeżości i wyrwania się ze swoistych ram, o których pisze Pan w „Po bandzie”?

Czy poznanie nut zabija kreatywność młodzieńca dmuchającego w puzon? Nie zabija. A czy poznanie teorii malarskich zabija kreatywność dziewczyny chcącej doskonale malować? Nie zabija. Tak samo z literaturą, pisaniem. Poznanie reguł daje narzędzia i praktycznie stymuluje kreatywność. Ergo: poznanie warsztatu wydatnie pomaga w pisaniu. Teoria o tym, że jak będę wiedział, jak coś zrobić dobrze, to tego na pewno nie zrobię, bo moja kreatywność zostanie zniszczona lub osłabiona, to jakiś żart. Niebezpieczny, jeśli go rozpowszechniać.

Jeżeli miałby pan takiemu początkującemu twórcy dać jedną, krótką, ale najważniejszą radę, to jaka ona by była?

Nie myśl, pisz.

Jakie cechy osobowości powinien według pana posiadać pisarz? Co wyróżnia takiego człowieka spośród innych?

Pisarz chce pisać i pisze. Tak jak malarz chce malować, więc maluje. A muzyk chce muzykować, więc muzykuje. Jedyne, co jest potrzebne, by coś robić, to zacząć to robić. Reszta to mydlenie oczu i dyrdymały.

Ile według pana pisarz powinien pisać, żeby się nie „wypisać”? Każdego człowieka prędzej czy później spotyka wypalenie zawodowe. Czy pisarz powinien pisać codziennie, bez jakichkolwiek przerw? Poświęcać się temu bez reszty?

 Niech każdy pisze, ile dusza zapragnie. Jak ktoś ma pasję, to się jej poświęca. Tak w tańcu, jak w lepieniu pierogów.

Jako człowiek związany z literaturą na pewno dużo pan czyta. Czy dostrzega pan we współczesnej literaturze jakieś „trendy”? Czy według pana rozwijamy się literacko, czy raczej cofamy? I czy pokusi się pan na proroctwo odnośnie przyszłości literatury? Jaka ona będzie?

Ostatnim trendem, który zmusił duże księgarnie do przearanżowania stoisk, była moda na literaturę erotyczną lub erotyzującą. Wszystkie te Sylvie Day i inne popłuczyny po „Pięćdziesięciu twarzach Greya”. Widzę, że to się skończyło i na razie nie ma czegoś kolejnego na taką skalę. To tak globalnie. Natomiast polskich autorów trzeba w tym miejscu pochwalić. Bo piszą o tym, co tylko ich interesuje i najwyraźniej w ogóle ich nie interesuje, jakie są światowe trendy. Ktoś może uznać, że to głupie, ale fakt faktem, że tacy ludzie, jak Szczerek, Rudnicki, Głowacki, Twardoch, Bator, Dehnel, Masłowska, Pustowiak, Rejmer, Stasiuk, Tokarczuk, Anderman, Pilch, Grynberg, Kuczok czy Varga – by wymienić tylko kilka nazwisk – piszą po prostu swoje. Piszą, co im w duszy gra. Tak samo zresztą jak moi uczniowie i uczennice: Pałasz, Zaborowska, Ponińska, Kołczewska, Grodzka-Górnik, Stawińska, Majewski, Man czy Mazalik. Może się to pisanie podobać, można na nie grymasić, można krytykować ten czy inny tytuł, ale nie można powiedzieć, że ci ludzie są jakimiś koniunkturalistami, szukającymi pod jaki by się tu nurt podczepić, żeby być „modnym”. Co jest, uważam, cenne, ponieważ rozmaite –izmy wciąż próbują uczynić nas częścią tępej biomasy. Tym ważniejsze jest, że pisarze i pisarki walczą o zachowanie autonomii. Walczą o to, by wciąż móc mówić „ja” i nie dać się skusić żadnemu „my”. Może nieudolnie walczą, może za dużo w tym przypadkowości i chaosu, a za mało przemyślanej strategii, ale dobre i to, co jest.  

Panie Jakubie, bardzo dziękuję za czas poświęcony na rozmowę ze mną. Było mi niezmiernie miło móc zadać panu kilka pytań.

Dziękuję.