piątek, 13 marca 2015

Specyficzna tragikomedia,
czyli  "My" Davida Nichollsa


"Nie mówiłam o włamywaczach. Mówiłam, że nasze małżeństwo dobiegło końca. Douglasie, chyba chcę od ciebie odejść."

Wybaczcie, że tym razem rozpocznę moją recenzję bardzo emocjonalnie i subiektywnie, ale cytat, który przytoczyłam we wstępie, to chyba jedno z najlepszych rozpoczęć książki, jakie w życiu przeczytałam. Te trzy zdania sprawiają, że już od pierwszej strony chce się poznać całą historię tego małżeństwa i to ze szczegółami! Z każdym, nawet najmniejsyzm detalem. No bo jak można żyć dalej nie wiedząc, dlaczego żona stwierdza nagle i od tak, że "chyba chce" odejść od męża? No jak?!  Te kilka zdań kończących pierwszą stronę sprawiły, że pokochałam "My" od samego początku, nie znając kolejnych 400 stron i trochę się chyba z tą miłością przeliczyłam... 

Douglas Petersen to typowy mężczyzna po pięćdziesiątce, którego syn właśnie wkracza w dorosłość, a żona, właśnie z tej okazji, informuje go, że ma zamiar od niego odejść. Nie ma dla niej znaczenia fakt, że cała rodzina stoi właśnie u progu wspaniałej, całowakacyjnej podróży po Europie. Ona którejś nocy po prostu stwierdza fakt, a potem dorzuca jeszcze coś w stylu: "kocham cię, śpij dobrze, porozmawiamy o tym za kilka miesięcy, a teraz korzystajmy z życia ile wlezie i jedźmy do tej Europy", wprawiając Douglasa i czytelnika w kompletne osłupienie. Mężczyzna, zamiast się załamywać, stawia przed sobą wielkie wyzwanie; zaplanować wakacje tak, żeby Connie zechciała po podróży do niego wrócić i uratować swoje małżeństwo. Ale czy można w kilka tygodni ocalić płomień, który gasł przez lata zupełnie się wypalając, tym bardziej, gdy podczas wakacji życia wszystko idzie nie tak? 


Douglas i Connie to jedno z typowych małżeństw i powinniśmy zacząć bić pokłony Nichollsowi za to, że właśnie takimi ich uczynił.  W ich życiu nie ma nic nadzwyczajnego. Można by nawet powiedzieć, że w tej swojej zwykłości stali się trochę nudni i to właśnie jest główny problem ich związku, z powodu którego Connie postanawia odejść. Douglas jest nudny, pedantyczny i staroświecki. Jest naukowcem, podczas gdy Connie jest żywiołową artystką. No i Albie, z którym Douglas za nic w świecie nie potrafi się dogadać... Typowa, zwykła rodzina. Czyż nie? 

I choć "My" to wspaniale przemyślana powieść o zwykłości, która mogłaby wnieść naprawdę wiele na rynek literacki i sprawić, że pokochają ją miliony czytelników, którzy dość mają przerysowanych historii i romantycznej miłości aż po grób, to muszę was rozczarować. Mimo fenomenalnego początku i ciekawego pomysłu na fabułę, przynajmniej w moim odczuciu, zabrakło w tej książce tej jednej, niesamowitej iskierki, która mogłaby sprawić, że nie chce się jej odkładać. Dlaczego? Dlatego, że nudnosć ukazana przez Nichollsa okazała się być... po prostu nudna. 

To, co jest dobre w tym utworze, to w moim odczuciu trzy rzeczy: genialny początek rozbudzający apetyt, dogłębna charakterystyka Douglasa i zakończenie, podczas lektury którego chciało mi się po prostu płakać. I tak sobie teraz myślę, że gdyby wyciąć z tej książki całą resztę, to byłby to światowej skali bestseller, z którym mogłabym nawet spać. W obecnej postaci, jest to tylko kolejna, przeciętna książka, której, mimo całego tragikomizmu, na którym skupił się autor, brakuje "tego czegoś". Brakuje jej błysku. 

Podsumowując, "My" to jedna z tych książek, po lekturze której ma się ogormny niedosyt i choć ogólny bilans plusów i minusów wskazuje jednak na plus, to mam wielką ochotę krzyczeć. No bo jak, (pytam jak?!) można zacząć książkę tak fenomenalnie, a potem znudzić czytelnika do tego stopnia, że nie chce mu się czytać do końca? Karygodne. W moim odczuciu historia Douglasa i Connie jest więc tylko kolejną książką, która mogłaby mieć potencjał, ale czegoś w niej zabrakło i przyznam, że po jej lekturze mocno zastanawiam się nad tym, czy po prostu nie przyczaić się gdzieś w ciemny rogu na autora i mocno nim potrząchnąć. Mam wielki niedosyt. Ogromny. 

Za ezemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 



13 komentarzy:

  1. Czytałam kiedyś "Dublera" tego autora i nawet mi się podobał :) Szkoda, że ten tytuł nie wykorzystuje swojego potencjału, skoro tak świetnie się zaczął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bardzo żałuję bo po ostatnich tytułach autora mialam na "My" wielki apetyt...

      Usuń
  2. Kurka wodna! Zmartwiłaś mnie tym, że po fenomenalnym początku czeka nas nudny koniec. Szkoda, że potencjał tej książki został zmarnowany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też zaluje, bo narobilam sobie apetytu, a tu proszę. Deser na początku i tyle.

      Usuń
  3. może faktycznie MY odbiegają od Jednego dnia i nie są tak wciągające, ale nie jest źle :) książka mi się podobała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tragedii nie ma, ale nie poczułam się dowartościowana jako czytelnik ;)

      Usuń
  4. Ciekawe. Twoja recenzja, mimo wszystko, zachęciła mnie do zapoznania się z książką.

    http://zakurzone-stronice.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda, że książka cię rozczarowała. Nie znam tego autora, ale może kiedyś się skuszę;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko polecam. Z tego co wiem, jego poprzednie książki są dużo lepsze, wiec warto spróbować :)

      Usuń
  6. Moje oczekiwania wobec tej książki zostały zaspokojone. Jedna z moich ulubionych książek. Ma swój specyficzny klimat i faktycznie nie każdemu może się podobać.... Ja jednak uwielbiam książki tego typu, miałam okazje czytać już powieść tego autora więc wiedziałam czego mogę się spodziewać;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Również mam skrajne odczucia po lekturze i właśnie zbieram się do napisania recenzji. Mogło być lepiej, ale źle nie jest...

    OdpowiedzUsuń