poniedziałek, 4 maja 2015

Przedpremierowo
o "Akademii Miłości" 


Czy wszyscy kochamy tak samo? Czy romantyzmu można się nauczyć?  Skorzystajcie z kursu w "Akademii Miłości"!

"- Wiesz Kier, jest czas, żeby odejść, nawet kiedy nie ma dokąd pójść - powtórzyłam, modląc się o jakąkolwiek oznakę uznania w orzechowych oczach brata. 
Wręcz przeciwnie. Mając najwyraźniej dość moich cytatów, cisnął we mnie moim własnym: "Najsmutniejszą rzeczą na świecie jest kochać kogoś, kto kiedyś kochał ciebie."

Na majówkę wybrałam sobie dość obszerną powieść Belindy Jones, która zagości na sklepowych półkach za kilka dni. "Akademia Miłości" wydawała mi się wszystkim, czego w tych dniach będę potrzebowała. Lekką opowiastką o romantycznej miłości rozgrywającej się w Wenecji, która nie sprowokuje mnie do żadnych głębszych przemyśleń, ale zrelaksuje i trochę rozbawi. I wiecie co? Nie spodziewałam się, że będzie zupełnie inaczej. "Akademia Miłości", choć fabułę ma dosyć banalną, okazała się być naprawdę wartościową książka prowokującej do popatrzenia na pewne sprawy w zupełnie inny sposób. 

Fabuła "Akademii Miłości" rozgrywa się Wenecji. Wręcz przesycona jest opisami kanałów, gondolierów, a przede wszystkim włoskiego rozumienia miłości. Kristy jest młodą dziennikarką, która od kilku lat żyje w szczęśliwym związku. Razem z ukochanym kupili dom, Joe chce dziecka. Wszystko jest idealnie, prawda?  Tak jej się wydaje, tylko jak można być szczęśliwym, kiedy rozmowy z ukochanym ograniczają się do: proszę, kup ziemniaki, a w głowie kołacze się niebezpieczna myśl, że czegoś jej w życiu brakuje?

Na polecenie swojej szefowej z magazynu "Hot!" Kristy podejmuje się nie lada wyzwania: ma sprawdzić, czy ciesząca się wśród singli coraz większym uznaniem włoska "Akademia Miłości" to prawdziwa szkoła uczuć, czy też kolejna, tania agencja towarzyska zarabiająca na nieszczęściu samotnych ludzi. Kristy ma dowiedzieć się, czy zatrudnieni w niej Amore rzeczywiście proponują uczestnikom zapierające dech w piersiach wzloty uczuciowe, zdradzają jak kochać i uwodzić we włoskim stylu. Kobieta dostaje więc nową tożsamość i razem z bratem leci do magicznej Wenecji, żeby rozpocząć kilkudniowy kurs. Jak na złość, jej Amore zostaje wyjątkowy mężczyzna, któremu po prostu nie może się oprzeć. Czy Kristy w seksownym i pełnym pasji nauczycielu odnajdzie to, co umknęło jej w związku z Joem, czy może przeciwnie: zajęcia sprawią, że zrozumie i zaakceptuje, na czym polega prawdziwa miłość? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie tylko w "Akademii Miłości".

Bardzo rzadko kończąc lekturę mam nieodparte wrażenie, że jeszcze do niej wrócę. Zwykle urzeka mnie język albo fabuła, ale wiecie co? W tym przypadku jest zupełnie inaczej. Zapowiedź na okładce wskazuje na to, że czytelnik dostanie kolejną komedię romantyczną, którą przeczyta i... tyle. Jakże mocno można się zdziwić, kiedy w trakcie lektury okazuje się, że ten utwór przesycony jest wieloma radami i wskazówkami, które (odwołując się do mojej wiedzy z psychologii) naprawdę mają rację bytu, a w dodatku są przemycone do fabuły tak sprawnie, że nie rażą, ale prowokują do zastanowienia się nad sobą i swoimi związkami. To naprawdę coś wyjątkowego. Dostajemy mnóstwo skrzętnie przemyconych rad, chociaż  nie czytamy podręcznika akademickiego, ani jakiegoś taniego poradnika. Czy to nie zakrawa o mistrzostwo? No bo czy każdego z nas nie dręczą pytania o to, czy wszyscy kochamy tak samo, albo czy romantyzm ma rację bytu w wieloletnich związkach? Czy nie zastanawiamy się nad tym, o co tak naprawdę chodzi w tym, że to my mamy postrzegać świat romantycznie, a nie partner przygotowywać dla nas pełne kwiatów i czekoladek kolacje? I w końcu, czy można kochać więcej niż jedną osobę, a miłość może tak po prostu się wypalić? 

Sami widzicie. Po "Akademii Miłości" ma się mnóstwo pytań i jeszcze więcej odpowiedzi. To piękna książka, którą czyta się z dużą przyjemnością, choć język i fabuła nie są zbyt wymyślne. Belinda Jones pozytywnie mnie zaskoczyła i jestem pewna, że rozpocznę niedługo poszukiwania kolejnych książek jej autorstwa. Może dlatego, że cenię sobie romantyzm? Albo dlatego, że mam duszę marzycielki? Nie istotne. Jeśli chcecie inaczej popatrzeć na miłość, zachęcam was do lektury tej powieść. A nóż, któraś z rad trafi do was na tyle mocno, że dzięki niej uda wam się coś w sobie zmienić?


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 





2 komentarze:

  1. Też myślałam, że to zwyczajna komedia romantyczna, a jednak pozory bywają mylne. W każdym razie zainteresowałaś mnie tą książką i bardzo chętnie poznam ją bliżej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię , gdy książki mnie tak pozytywnie zaskakują:)

    OdpowiedzUsuń