piątek, 24 lipca 2015

Wywiad z Małgorzatą Sobieszczańską


Witam serdecznie, pani Małgorzato, jest mi niezwykle przyjemnie gościć Panią na swoim blogu. Pierwsze pytanie właściwie nasuwa się samo: Jak to się stało, że zaczęła Pani pisać?

Pisałam właściwie zawsze, zaczęło się od opowiadań, które spisywałam w dzieciństwie, więc trudno mi złapać ten jeden moment, gdy pomyślałam: od teraz będę pisać. Zmieniały się formy: pisałam artykuły, recenzje, wiadomości, potem były scenariusze, a teraz powieści.

Jedni podczas pisania muszą siedzieć z nogami w wodzie, a inni zajadają żelki. A u Pani? Ma Pani swoje rytuały?

Oczywiście! Zwłaszcza na początku pisania, gdy jeszcze nie wiem, o czym tak naprawdę będzie historia. Wypijam litry kawy, wypalam dziesiątki papierosów, chodzę na długie spacery, a kiedy zaczynam pisać, muszę być sama w swoim pokoju. Ale muszę spróbować z tymi nogami w wodzie, na to jeszcze nie wpadłam.

Pani Małgorzato, w notce biograficznej na lubimyczytać.pl przeczytałam, że jest Pani mocno związana również ze środowiskiem filmowym. Czym różni się tworzenie scenariuszy od pisania książek? I co w Pani odczuciu jest łatwiejsze, bardziej przyjemne?

Scenariusz to generalnie materiał do pracy na planie: dla reżysera, aktorów, operatora, scenografa, rekwizytora, charakteryzacji… Scenarzysta odpowiada za historię i bohaterów, potem każdy wnosi w opowieść swoją wyobraźnię, swój sposób widzenia świata. Więc film to wypadkowa spotkania wszystkich, którzy brali udział w jego tworzeniu. Natomiast pisząc książkę, sama odpowiadam za wykreowanie całego świata.
Nic nie jest łatwiejsze, bo pisanie w ogóle nie jest łatwe. To niekończąca się walka o to, by jak najlepiej opowiedzieć historię. A więc tak naprawdę nie ma znaczenia, czy będzie to scenariusz, czy powieść – obie formy są równie trudne.

Nie ulega wątpliwości, że w „Kilka dni lata” trochę Pani psychologizuje. Każda z bohaterek ma swoje problemy, skupia się Pani też na relacjach. Skąd czerpała Pani wiedzę i inspirację do pisania tej książki? Nie da się ukryć, że musiała być Pani do jej tworzenia niezwykle przygotowana.

Każda opowieść to połączenie obserwacji rzeczywistości z wyobraźnią piszącego. Zdokumentowałam czasy, w których dzieją się poszczególne historie, natomiast bohaterowie pochodzą całkowicie z wyobraźni. W pisaniu i w życiu najbardziej interesuje mnie człowiek. Oczywiście czytam sporo pozycji naukowych dotyczących psychologii, ale postępowanie bohaterów nigdy nie jest prostym odwzorowaniem opisanego przez psychologów schematu. Tego szukam w życiu.

Bohaterki, o których Pani pisze to postaci niezwykle dobrze wykreowane. Czytając „Kilka dni lata” miałam wrażenie, że mogłyby istnieć naprawdę. Bardzo ciekawi mnie, czy mają one z Panią coś wspólnego i która z nich jest Pani najbliższa?

Każda i żadna jednocześnie. Kiedy pisałam historię Amelii, ona była mi najbliższa. Ale potem pisałam historię Janiny i patrzyłam na Amelię jej oczami, a najbliższa stała się Janka. Podobnie było z Mają. Co więcej – tak samo musiałam zbliżyć się do Kostka, czy dziewięcioletniego Kuby. Tak więc chociaż starałam się być jak najbliżej każdego z bohaterów, żaden nie jest mną.

Pani książka to niewątpliwie świetny utwór o relacjach i rodzinie. W moim odczuciu to idealna powieść „na teraz”, ponieważ rodzina przechodzi swoisty kryzys. Coraz więcej rozwodów i coraz mniej ludzi wstępuje w trwałe związki. Dlaczego podjęła się Pani właśnie tego tematu? Czy miało to związek właśnie z tymi zjawiskami?

Nie myślałam w ten sposób. Chciałam opisać coś, co dla mnie jest ważne: problem z umiejętnością budowania relacji. Rodzina wydała mi się dla tego najlepsza.
Inspiracja, czyli to coś, co nas uruchamia do pisania, to ogromna tajemnica. Bardzo długo sami nie wiemy, dlaczego właśnie ta historia domaga się od nas napisania. Autor ogląda  historię od środka, czasami trafia w czas, czasami nie, to już nie zależy od niego. Autor pisze, czytelnicy interpretują.

Czy zgadza się Pani z przedstawionymi przeze mnie w pytaniu powyżej stwierdzeniami?

Statystyki mówią same za siebie, rośnie liczba rozwodów, spada liczba chętnych na małżeństwo. Przyczyny są bardzo złożone, myślę, że po prostu zmienia się model funkcjonowania społeczeństwa i dawna forma rodziny przestaje spełniać w nim swoją rolę. Świat zmienia się cały czas, natomiast ludzie i ich podstawowe potrzeby – bezpieczeństwa, akceptacji – pozostają takie same. Możemy tylko obserwować, co z tego wyniknie.

Wiele bloggerek w swoich recenzjach pisze o tym, że w „Kilka dni lata” odwołuje się w pewien sposób do schematu: trzy pokolenia kobiet i ich problemy. Czy nie bała się Pani, że z tego powodu Pani książka zginie wśród innych tego typu pozycji? (choć po lekturze doskonale wiem, że tak nie jest) Czym Pani książka wyróżnia się od innych utworów z tego gatunku?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nie czytałam innych książek, mających podobny schemat. Ale wiem, że są. Pisałam tak, jak czułam, nic więcej zrobić nie mogłam. Natomiast o to, by książka nie przepadła, dba pani Aleksandra Surdykowska z Wydawnictwa Literackiego, mam poczucie, że jestem w naprawdę świetnych rękach.

Nie ulega niczyim wątpliwościom, że „Kilka dni lata” to jedna z najlepszych książek tego roku i postawiła sobie nią Pani poprzeczkę bardzo wysoko. Czy odczuwa Pani z tego powodu swoistą presję? Że następną musi Pani co najmniej jej dorównać?

Następną na szczęście już napisałam. I jest zupełnie inna niż „Kilka dni lata” i „Z ostatniej chwili”, moja poprzednia książka. To klasyczny kryminał, myślę, że lżejszy niż poprzednie powieści.
Będę pisać, dopóki będę miała historie do opowiedzenia – bez myślenia o tym, czy będą lepsze. Piszę o tym, co mnie dotyka, co dla mnie jest ważne, mając jedynie nadzieję, że może to okazać się istotne również dla kogoś jeszcze. Gdybym pomyślała, że chcę napisać coś, co będzie lepsze, nie napisałabym ani jednego zdania.
Ale cieszę się bardzo, że książka Pani się spodobała.

Co jest dla Pani ważniejsze: zachwyt czytelników czy opinie krytyków?

Przecież krytycy to również czytelnicy! Każdy odzew jest dla mnie równie ważny. Bo książka to pośrednik w spotkaniu dwóch osób: autora i czytelnika. Z ogromną ciekawością słucham i czytam opinie po lekturze, każdy przecież filtruje tę opowieść przez siebie, swoją wrażliwość, doświadczenia i każdy dostrzega w niej coś innego. Książka jest więc dla mnie punktem wyjścia do spotkania z drugim człowiekiem.

Czy ma Pani już jakieś literackie plany na przyszłość? Mogłaby Pani nam co nieco na ten temat zdradzić?

Zawsze coś piszę, ale nigdy nie wiem, o której z tych pozaczynanych opowieści powiem w końcu, że jest napisana. Ale piszę, więc mam nadzieję, że którąś uda mi się zakończyć. Więcej nie mogę zdradzić, żeby nie zapeszyć.

A na zakończenie mam do Pani wielką prośbę. Czy mogłaby Pani zachęcić czytelniczki do lektury „Kilku dni lata”?

To trudne zadanie! Może tak: jeżeli chcecie poznać nowych ludzi: Amelię, Janinę, Maję, Kostka i Kubę, pobyć z nimi w ich szczęśliwych i trudnych chwilach, przyjrzeć się łączącym ich relacjom, szukać z nimi przyczyn, dlaczego te więzi wyglądają tak, jak wyglądają, zapraszam do sięgnięcia po książkę.

Pani Małgorzato, bardzo serdecznie dziękuję za Pani chęci i czas włożone w odpowiedzi na moje pytania. Niezwykle miło było mi gościć Panią na moim blogu i nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Pani dalszych sukcesów literackich. Wszystkiego dobrego!

Dziękuję, mi również było bardzo miło, i także życzę powodzenia.


4 komentarze:

  1. Ja z chęcią poznałabym książkę "Kilka dni lata". A wywiad bardzo interesujący, ciekawe pytania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam książkę, a za miłe słowa odnośnie wywiadu dziękuję w imieniu swoim i autorki :)

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy i profesjonalnie brzmiący wywiad :) Książkę już mam, tylko muszę jeszcze znaleźć na nią czas:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za miłe słowa dzięki. Chętnie też przeczytam recenzję tej powieści na Twoim blogu. Będę wypatrywać! :)

      Usuń