wtorek, 18 sierpnia 2015

"Wyspa" Joanny Miszczuk 



Mówi się czasem, że wyobraźnia pisarzy nie zna granic. Tworzą oni coraz to bardziej oryginalne historie i potrafią nieźle zaskoczyć czytelnika. I chociaż do tej pory dostrzegałam w tym stwierdzeniu ziarnko prawdy, dopiero po lekturze "Wyspy" jestem w stanie całkowicie się z nim zgodzić. To, czego dokonała autorka tworząc tę powieść zasługuje na głośny aplauz. I to na stojąco. To książka, która dosłownie zwaliła mnie z nóg. Jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. 


Joanna Miszczuk to wrocławianka mieszkająca w Berlinie. Od lat nosi ją po świecie, dlatego włada czterema językami. Z wykształcenia jest pedagogiem, choć, jak sama mówi, zawodów ma wiele. Przez 20 lat prowadziła z mężem własne firmy, teraz jest samotną matką nastoletniej córki. Pisze od zawsze, lubi literaturę fantastycznonaukową i nowe wyzwania, co udowodniła również pisząc "Wyspę". 

Lizbona, XIX wiek. Kilku nieco szalonych śmiałków wyrusza w morze w celu odnalezienia zaginionych żeglarzy. Podczas groźnego sztormu ich okręt rozbija się o skały wyspy, której nie ma na żadnych mapach, a której mieszkańcy czują wstręt przed wojną, nienawiścią i przemocą, którymi znany żeglarzom świat jest po prostu przepełniony. 

 XX wiek. Maxime Dupont jest francuską ciastkarką, której matka zmarła podczas porodu, a ojciec, zginął w wypadku samochodowym. Choć jej życie od samego początku nie było różowe, dopiero, gdy została sierotą, zmieniło się ono w prawdziwy dramat. Jako nastolatka Maxime staje się ofiarą przemocy, a finalnie zostaje pozbawiona jedynego ukochanego i oskarżona o zabójstwo. Wszystkie te wydarzenia sprawiają, że staje się ona silną i odporną na przeciwności kobietą, która trafia na tajemniczą wyspę, Lumię. Jest ona miejscem odciętym od świata i nawet europejczycy nie zdają sobie sprawy z jej istnienia. Maxime szybko odkrywa, że mieszkańcy wyspy żyją w zupełnie inny sposób niż ten, który jest jej znany. Choć jest to cywilizacja równoległa do naszej, oparta jest ona na zupełnie innych prawach, zarówno moralnych, jak i technologicznych.

Co łączy te dwie historie? Niewątpliwie Lumia, ale nie tylko. Joanna Miszczuk łączy te historie z taką finezją, że podczas lektury "Wyspy" aż zapiera dech, nie mówiąc już o realizmie alternatywnego świata, który wykreowała. Chwilami sama łapałam się na tym, że rzeczywistość zlewała mi się w tej książce z fikcją. Jeśli kiedykolwiek wątpiłam w ograniczenia ludzkiej wyobraźni, to teraz na pewno już tego nie zrobię. Ta książka to po prostu mistrzostwo w sferze kreacjonizmu! 

Dodatkowo autorka sprawia, że czytelnik ma ochotę rzucić swoje dotychczasowe życie i jak najszybciej przenieść się na Lumię. Zakochałam się w tym świecie i nie ma w tym ani grama przesady. Lumia to wspaniały kontrast wobec naszego współczesnego świata. Podczas gdy my, Europejczycy, niszczymy ziemię i siebie na wzajem, tam życie toczy się w zupełnie inny sposób. Momentami było mi aż szkoda, że taki świat naprawdę nie istnieje, bo wydaje mi się, że każdy mieszkaniec zachodu trochę tęskni za opisanym przez Miszczuk życiem. Myśląc o tej książce, a ciężko się od tego oderwać, mam nieodparte wrażenie, że jest ona swoistym zaprzeczeniem prawdy zawartych w "Jądrze ciemności" Josepha Conrada. Podczas gdy on twierdził, że ludzie oderwani od cywilizacji natychmiast staną się źli, autorka "Wyspy" zwraca wiarę w człowieka. Szkoda tylko, że musiała go sobie wymyślić.

Tej książki się nie czyta, ją się po prostu się pochłania. Mistrzostwo wyobraźni pociąga za sobą też geniusz języka i formy. Choć niewątpliwie jest to dzieło wybitne, dzięki klarowności języka nawet przeciętny czytelnik nie będzie miał problemu z jego odbiorem. Jeśli macie dość książek bez przekazu i schematycznej fabuły, musicie koniecznie przeczytać tę książkę i poznać mieszkańców Lumii. Jestem pewna, że się w nich zakochacie. Tak samo, jak ja. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz