niedziela, 25 października 2015

„Pisarz chce pisać i pisze” 
- wywiad z Jakubem Winiarskim


Fot. Mirosława Kowalczuk
Panie Jakubie, bardzo cieszę się, że zechciał pan poświęcić kilka chwil na rozmowę. Zacznę od tego, że gdy wrzucimy pana nazwisko w wyszukiwarkę internetową, znajdziemy przy nim wiele bardzo ciekawych określeń: poeta, prozaik, redaktor, krytyk literacki, no a teraz jeszcze nauczyciel!. pana życie jest pełne literatury! Od czego i jak to się wszystko zaczęło?

Od czytania. Banalnie. Dużo czytałem, a potem coś tam zacząłem sobie skrobać i tak zostało.  

Z którego z wymienionych wyżej określeń jest pan najbardziej dumny? Które jest dla Pana teraz najważniejsze?

 W ogóle nie interesują mnie te etykietki.

A skąd pomysł, żeby uczyć pisania? Czy uważa pan, że pisarz to zawód jak każdy inny i można go nauczyć?

Pisanie może być zawodem i na rzemieślniczym poziomie można uczyć się pisarskiego warsztatu tak samo, jak można uczyć się warsztatu muzyka czy malarza. Niestety, w Polsce pokutuje pogląd, że pisać można tylko arcydzieła lub jest się grafomanem. To bzdura. Obok nielicznych arcydzieł w literaturze światowej jest mnóstwo dobrej, rzemieślniczo sprawnej literatury. Takiej literatury, którą można nauczyć się pisać i której nikt nie musi się wstydzić. Co więcej, bestsellery to rzadko arcydzieła. Bestsellery to najczęściej właśnie książki autorów, którzy są świetnymi rzemieślnikami. Albo nawet nie świetnymi, ale mieli farta. Ale to temat na inną rozmowę.

Całkiem niedawno na świat wyszedł podręcznik „Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller”, którego jest pan autorem. Skąd wziął się pomysł na napisanie tej książki i jak wyglądała praca nad nią?

Od jakichś dziesięciu lat prowadzę warsztaty pisarskie. Od sześciu doskonalę własną metodykę nauczania. Przyszedł czas na zebranie wiedzy. Po drodze trafiłem na teksty Jolanty Rawskiej i zaprosiłem ją do projektu. Zgodziła się, okazała wspaniałą współautorką i tak powstało „Po bandzie”. Z mojego pomysłu i mojej potrzeby, ale przy współudziale kogoś, kto często inaczej niż ja patrzy na literaturę i kwestie warsztatowe.

Pisze pan w „Po bandzie”, że tym, co czytelnik ma zapamiętać z powieści jest nie piękny język, ale przede wszystkim historia. Gdyby miał pan wskazać najważniejsze cechy dobrej, zapadającej w pamięć opowieści, to jakie by one były?

Jak się pani zapyta kogoś, co mu się podobało w książce, o której opowiada, to mało kto wspomni język. Bo trzeba wiedzieć coś o języku, żeby móc go pochwalić lub skrytykować. Zresztą, język to tylko narzędzie. Tym narzędziem opowiada się historię. I co się zwykle pamięta z opowiedzianej historii? Bohatera, jeśli nas poruszył swoja determinacją w dążeniu do celu. Miejsce, jeśli jest opisane plastycznie, z detalami i tak, że praktycznie nie mielibyśmy nic przeciwko, by się tam znaleźć. Błyskotliwe riposty w dialogach, jeśli autor był błyskotliwy w dialogach. Intrygi knute przez złych i przez dobrych, jeśli były jakieś intrygi. Suspens, a więc to napięcie, które nie pozwala odłożyć książki i włączyć nowy odcinek aktualnie popularnego serialu.

Jest takie piękne powiedzenie, że każdy człowiek nosi w sobie materiał na jedną powieść. Jak Pan się na nie zapatruje?

Myślę, że to prawda. Przynajmniej na jedną powieść każdy ma w sobie materiał. Ale wiele osób ma w sobie znacznie więcej historii. Trzeba jedynie, by nauczyli się je z siebie wydobywać, zapisywać i wysyłać w świat.

W naszym społeczeństwie pokutuje ostatnio powiedzenie, że coraz więcej ludzi pisze, a coraz mniej czyta książki. To z pewnością przesada, ale jakieś ziarnko prawdy w tym powiedzeniu na pewno jest. Czym różni się według pana pisarz od kogoś, kto po prostu coś pisze? Przecież piszą prawie wszyscy! Pamiętniki, opowiadania, wiersze…  Kiedy, według pana, osoba, która pisze dla przyjemności, dla swoich bliskich, staje się pisarzem?

Znam osoby, które nic nie napisały i czują się wybitnymi pisarzami. Znam też ludzi, którzy mają kilka książek na koncie i wciąż nie chcą i nie myślą, że są pisarzami. Bardzo to jest indywidualna sprawa. A o to, że ktoś pisze, zwykle czepiają się zazdrośnicy zbyt leniwi, by sami coś napisali.  

Co definiuje ten „sukces”? Co jest tu według pana granicą?

Ten który sukces? Pisarski? Cóż, znowu jest to bardzo indywidualne. Jednemu wystarczy, że go ktoś z rodziny poklepie po ramieniu, inni mają tysiące czytelników oraz pieniądze ze sprzedaży książek, a i tak czują się niedopieszczeni i patrzą na wszystko spode łba. Nie ma reguły. Czytelnik może być przekonany, że autor jest człowiekiem sukcesu i utalentowanym szczęściarzem, a ten autor może być akurat na granicy samobójstwa z rozpaczy. Bo ma w sobie takie deficyty uczuć, że żaden sukces tego nie załata. Mnóstwo takich przypadków zna literatura.

Co według pana sprawia, że jakiś mało znany pisarz nagle osiąga gigantyczny sukces, a jego książki zaczynają sprzedawać się w setkach tysięcy egzemplarzy. Świetnie napisana książka? Promocja i dobrze rozreklamowane nazwisko? A może coś jeszcze?

Wiem, na co warto zwrócić uwagę, żeby powstał potencjalny bestseller. Ale świadomie używam słowa „potencjalny”, ponieważ sukces jest bardziej dziełem przypadku niż kalkulacji. Chociaż żyjemy w czasach, kiedy promocja, zwłaszcza gdy jest naprawdę nachalna, może zdziałać cuda. Ludzie widzą po raz setny nazwisko, więc łamią się w końcu i kupują dzieło, po czym czytają i wstrząśnięci pukają się w czoło, przez krótki moment zastanawiając się, jak do tego doszło, że kupili takiego gniota. Czasem dociera do nich, że zostali zmanipulowani. Ale częściej odrzucają tę wiedzę, by nie poczuć się źle. Żeby nie musieli wyzbyć się przyjemnych złudzeń na temat własnej inteligencji i sprytu.


Mam taką refleksję, że nauka pisania może trochę zabijać kreatywność. Weźmy sobie takiego młodego, świeżego twórcę z potencjałem. Ma energię, swój styl i zapał, a tu nagle okazuje się, że fabuła, żeby była niesamowita musi mieć jakiś schemat, język najlepiej, żeby był taki, a nie inny, zdania długie, opisy oddziałujące na emocje… I tak dalej i tak dalej. Oszaleć można! Czy według pana literatura nie potrzebuje trochę świeżości i wyrwania się ze swoistych ram, o których pisze Pan w „Po bandzie”?

Czy poznanie nut zabija kreatywność młodzieńca dmuchającego w puzon? Nie zabija. A czy poznanie teorii malarskich zabija kreatywność dziewczyny chcącej doskonale malować? Nie zabija. Tak samo z literaturą, pisaniem. Poznanie reguł daje narzędzia i praktycznie stymuluje kreatywność. Ergo: poznanie warsztatu wydatnie pomaga w pisaniu. Teoria o tym, że jak będę wiedział, jak coś zrobić dobrze, to tego na pewno nie zrobię, bo moja kreatywność zostanie zniszczona lub osłabiona, to jakiś żart. Niebezpieczny, jeśli go rozpowszechniać.

Jeżeli miałby pan takiemu początkującemu twórcy dać jedną, krótką, ale najważniejszą radę, to jaka ona by była?

Nie myśl, pisz.

Jakie cechy osobowości powinien według pana posiadać pisarz? Co wyróżnia takiego człowieka spośród innych?

Pisarz chce pisać i pisze. Tak jak malarz chce malować, więc maluje. A muzyk chce muzykować, więc muzykuje. Jedyne, co jest potrzebne, by coś robić, to zacząć to robić. Reszta to mydlenie oczu i dyrdymały.

Ile według pana pisarz powinien pisać, żeby się nie „wypisać”? Każdego człowieka prędzej czy później spotyka wypalenie zawodowe. Czy pisarz powinien pisać codziennie, bez jakichkolwiek przerw? Poświęcać się temu bez reszty?

 Niech każdy pisze, ile dusza zapragnie. Jak ktoś ma pasję, to się jej poświęca. Tak w tańcu, jak w lepieniu pierogów.

Jako człowiek związany z literaturą na pewno dużo pan czyta. Czy dostrzega pan we współczesnej literaturze jakieś „trendy”? Czy według pana rozwijamy się literacko, czy raczej cofamy? I czy pokusi się pan na proroctwo odnośnie przyszłości literatury? Jaka ona będzie?

Ostatnim trendem, który zmusił duże księgarnie do przearanżowania stoisk, była moda na literaturę erotyczną lub erotyzującą. Wszystkie te Sylvie Day i inne popłuczyny po „Pięćdziesięciu twarzach Greya”. Widzę, że to się skończyło i na razie nie ma czegoś kolejnego na taką skalę. To tak globalnie. Natomiast polskich autorów trzeba w tym miejscu pochwalić. Bo piszą o tym, co tylko ich interesuje i najwyraźniej w ogóle ich nie interesuje, jakie są światowe trendy. Ktoś może uznać, że to głupie, ale fakt faktem, że tacy ludzie, jak Szczerek, Rudnicki, Głowacki, Twardoch, Bator, Dehnel, Masłowska, Pustowiak, Rejmer, Stasiuk, Tokarczuk, Anderman, Pilch, Grynberg, Kuczok czy Varga – by wymienić tylko kilka nazwisk – piszą po prostu swoje. Piszą, co im w duszy gra. Tak samo zresztą jak moi uczniowie i uczennice: Pałasz, Zaborowska, Ponińska, Kołczewska, Grodzka-Górnik, Stawińska, Majewski, Man czy Mazalik. Może się to pisanie podobać, można na nie grymasić, można krytykować ten czy inny tytuł, ale nie można powiedzieć, że ci ludzie są jakimiś koniunkturalistami, szukającymi pod jaki by się tu nurt podczepić, żeby być „modnym”. Co jest, uważam, cenne, ponieważ rozmaite –izmy wciąż próbują uczynić nas częścią tępej biomasy. Tym ważniejsze jest, że pisarze i pisarki walczą o zachowanie autonomii. Walczą o to, by wciąż móc mówić „ja” i nie dać się skusić żadnemu „my”. Może nieudolnie walczą, może za dużo w tym przypadkowości i chaosu, a za mało przemyślanej strategii, ale dobre i to, co jest.  

Panie Jakubie, bardzo dziękuję za czas poświęcony na rozmowę ze mną. Było mi niezmiernie miło móc zadać panu kilka pytań.

Dziękuję.  


2 komentarze:

  1. Bardzo wyczerpujący wywiad. Zgadzam się, że po "Greyu" był okropny wysyp literatury erotycznej, jedne lepsze inne gorsze...
    podoba mi się też stwierdzenie, że ktoś kto pisze "ot tak sobie " uważa się za większego pisarza, niż autor który wydaj juz książkę. Jakie to prawdziwe .
    pozdrawiam Justyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszędzie rządzą jakieś trendy., nawet w świecie książki, niestety. Ale chyba teraz już się to uspokaja. Coraz mniej erotyki nas zalewa (albo przynajmniej nie jest o niej tak głośno) i dobrze, bo ile można! :) Co do drugiego stwierdzenia... No cóż. Oby każdemu "pisarzowi" udało się kiedyś coś wydać :)

      Usuń