czwartek, 26 lutego 2015

Powieść, której atutem jest język
czyli o  "Zawirowaniu"



     "Sabina Czupryńska specjalista do spraw stylu i słów."

    Nie da się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że w pędzącym coraz bardziej do przodu świecie coraz trudniej się odnaleźć. Narastające w przerażającym tempie zjawisko samotności w tłumie i nieustające dążenie do doskonałości, a także skupianie się jedynie na indywidualnych potrzebach to zjawiska, które opanowują od środka każdego z nas wżerając się bez opamiętania. To właśnie te zagadnienia, a także inne choroby społeczne, przedstawia i podejmuje w swojej najnowszej książce Sabina Czupryńska. Kobieta, która inspiruje. 

     Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek zetknęliście się z prozą i stylem Sabiny Czupryńskiej i czy macie na jej temat wyrobione zdanie. W moim przypadku jest to pierwszy raz i właśnie z tego powodu postanowiłam pogrzebać w internecie i dowiedzieć się o niej czegoś więcej. I przyznam wam, że dawno nie wpadłam na trop tak inspirującej, a zarazem bliskiej mi fizycznie osoby, o której istnieniu nie miałam pojęcia! 

   Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim oraz Wiedzy o Teatrze w Akademii  Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie, niedoszła studentka Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, absolwentka Pomorskiego Studium Sztuk Wizualnych. Autorka scenografii i kostiumów w filmie i teatrze, projektantka odzieży i dodatków  oraz licznych stylizacji osób prywatnych, a także do sesji fotograficznych. Autorka koncepcji merytorycznej wydawnictw teatralnych, tekstów piosenek, tomu opowiadań oraz powieści. Sami widzicie, że nie sposób wyzbyć się podziwu. 

  Bardzo mało jest sytuacji, w których po lekturze książki mam ochotę mówić więcej o autorze niż samym jego dziele. Stety, czy niestety, to właśnie ten przypadek! 

    "Zawirowanie" to specyficzna pod względem formy powieść ukazująca damsko-męski świat i różne sposoby widzenia rzeczywistości. Dwie bohaterki: pełna emocji i erotyzmu ekscentryczna Mila oraz porządna i perfekcyjna Augusta pozbawiona poczucia własnej wartości, skrzywdzona w przeszłości przez ojca oraz bierną matkę, która boi się utracić kontrolę nad czymkolwiek. Czupryńska wykreowała dwie skrajnie różne postaci, które w obnażają naszą podwójną, kobiecą naturę. Bo czyż nie takie właśnie jesteśmy? Z jednej strony kokieteryjne i pożądliwe, mocne i aroganckie, ale z drugiej doświadczone, kruche i tkwiące w świecie złożonych relacji, nad którymi nie mamy żadnej władzy, kompensując to sobie w każdy możliwy sposób? Portrety kobiece, z którymi stykamy się w utworze to tak naprawdę nasze dwie twarze, które widzimy patrząc w lustro. Widzimy je, rozumiemy. Boimy się i właśnie takie chcemy być. Od wszystkich nas świat wymaga piękna i koncentracji na seksie, wpajając nam, że jedynie do tego jesteśmy stworzone. Kobiece uniwersum zebrane w niespełna 300 stronach książki. Jestem pod wrażeniem. 

    Jeśli chodzi o świat iście męski, to naturalnie, również z nim mamy w utworze do czynienia. Mam jednak wrażenie, że autorka trochę mocno przerysowała, czyniąc z bohaterów typowe męskie, szowinistyczne świnie. No dobrze, poza Robertem, którego za wydawcą nazwać można "symbolem współczesności". Problemy z potencją, zdrady, alkohol, seks, psychiatrzy, andydepresanty i bezsenność. Oto jak Czupryńska ujmuje współczesną męskość. W moim mniemaniu, bardzo przesadzony wizerunek, dla kontrastu ze świetnie uchwyconym profilem płci pięknej. 

     Najmocniejszą i najbardziej wyrazistą stroną "Zawirowania" jest z pewnością zawirowany styl, który towarzyszy fabule. Krótkie, często pourywane zdania. Dźwiękonaśladownictwo. Skrupulatnie dopracowany rytm, przemyślana konstrukcja formy, mieszanie poezji z prozą... słowem: to, co zachwyca najbardziej! Czytając tę powieść ma się wrażenie, że smakuje się wykwintne danie i popija je wytrawnym trunkiem. wszystko jest dopracowane perfekcyjnie, bez jakichkolwiek zagnieceń i wpadek. Przez ten utwór po prostu się płynie. Dryfuje przez morze niepokoju i spełnienia. Plastyczność opisów, dynamizm języka, wyraziste, świetnie wykreowane postaci, a przede wszystkim po mistrzowsku wychwycone emocje, towarzyszące kolejnym elementom zwykłej, szarej codzienności. Szok. Jeśli chodzi o językową stronę "Zawirowania" autorce należą się niskie ukłony. Coś pięknego! Nie jeden polski autor powinien się od niej uczyć. 

   Podsumowując, "Zawirowanie" to dynamiczna powieść obnażająca męskość i kobiecość pojmowaną przez współczesny świat, momentami w dość karykaturalny sposób, której najmocniejszą stroną zdecydowanie jest strona językowa. Dopracowany rytm zdań sprawia, że utwór wciąga, hipnotyzuje i urzeka. Nieco szalona forma powieści Czupryńskiej z pewnością przypadnie do gustu wszystkim tym, którzy mają ochotę posmakować czegoś naprawdę dobrego i przejadły im się klasyczne powieści z piękną, aczkolwiek typową narracją. Wykwintne danie. Dacie się skusić? 


       Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 





środa, 25 lutego 2015

Nie zmienił się tylko blond! 


Moi drodzy, dziś post o nietypowym charakterze. Chciałabym z wielką radością poinformować wszystkich wyczekujących na przygody Iwonki dostępne w regularnej sprzedaży, że otrzymałam dziś maila o treści: 

Miło mi powiadomić, że Pani książka „Nie zmienił się tylko blond” została przyjęta do naszego planu wydawniczego. Chcielibyśmy ją wydać jeszcze w tym roku.

Ja dziś świętuję, mam nadzieję, że wszytsko teraz będzie już z górki. W tekście wiele się zmieniło, ale oczywiście in plus. Mam nadzieję, że cieszycie się razem ze mną. Oczywiście będę informować na bieżąco co tam u mnie słychać w tej sprawie na swoim autorskim blogu. Dla niepoinformowanych, oto link: klik

wtorek, 24 lutego 2015

Wywiad z Dorotą Gąsiorowską,
nową mistrzynią powieści obyczajowej



  Witam serdecznie. Bardzo cieszę się, że zgodziła się Pani odpowiedzieć na kilka pytań, aby przybliżyć czytelnikom swoją książkę oraz postać. Pierwsze pytanie, które nasuwa się samo: Jak to się stało, że zaczęła Pani pisać i skąd pomysł na „Obietnicę Łucji”?

Pisałam już od dzieciństwa, ale tylko dla siebie. Potem, dość długo w moim życiu był taki okres, kiedy zaprzestałam pisania. W tym czasie robiłam wiele innych rzeczy: pracowałam w niewielkiej rodzinnej firmie, wychowywałam dzieci, ciągle szukałam swojej drogi. Książki zawsze były mi bliskie. Dużo czytałam. Myśl o powrocie do pisania dojrzewała we mnie jednak bardzo powoli. Wiele rzeczy musiało się w moim życiu wydarzyć, zanim poczułam, że jestem na nie gotowa. Że w to uwierzyłam. Sądzę, że po prostu musiałam sobie zaufać na sto procent. Inaczej nie ruszyłabym do przodu. W pewnym momencie mojego życia było tak, że w kilku zeszytach miałam rozpoczęte różne historie i wciąż nie mogłam znaleźć w sobie dostatecznie dużo siły, by je skończyć. Na szczęście dotarłam do takiego momentu , że w końcu powiedziałam: Dość połowiczności, koniec z ciągłym poszukiwaniem. Dotarło do mnie, że teraz jest ten właściwy czas. Napisałam do końca wszystkie, rozpoczęte wcześniej historie. I tak to się zaczęło.
Pomysł na Obietnicę Łucji pojawił się we mnie dość naturalnie. Tak jest ze wszystkimi moimi historiami. Ja ich nie wymyślam, one same odnajdują do mnie drogę, a je tylko zapisuję. Nie bardzo wiem, jak mam to wyjaśnić. Gdy zaczynam to analizować, rozbierać na małe czynniki: Dlaczego? Jak? Magia pisania znika. Przekonałam się o tym.

Gdyby miała Pani opowiedzieć krótko, o czym według Pani jest jej książka, jakby ta wypowiedź wyglądała?

Obietnica Łucji to trochę taka baśń dla dorosłych. Mimo ciepła i obecnej w niej bajkowości, na jej łamach poruszam wiele trudnych spraw. Temat dotyczący śmierci, zagadnienie skomplikowanych ludzkich relacji. Główna bohaterka, Łucja ma za sobą bardzo trudne dzieciństwo i nie całkiem udaną młodość. W momencie, kiedy ją poznajemy ma czterdzieści lat i czuje, że po raz kolejny musi rozpocząć wszystko od nowa. Przez przypadek trafia do urokliwej miejscowości, Różany Gaj. Ma nadzieję, że właśnie tam uda jej się odnaleźć długo poszukiwany spokój. Niestety, na nowym miejscu musi się skonfrontować ze swoją ciemną stroną, o której wolała nie pamiętać. W jej „nowym” życiu na prowincji, pojawiają się ludzie, których obecność budzi w kobiecie dotąd uśpione i dawno zagrzebane uczucia. W pewnym momencie, jej nie całkiem szczęśliwy, ale dotąd spokojny świat, zostaje wywrócony do góry nogami. Dzieje się tak za sprawą obietnicy, którą złożyła umierającej przyjaciółce. Łucja zobowiązała się, że odnajdzie ojca jej córki. Składając przyrzeczenie  nie zdawała sobie sprawy z tego, że to zobowiązanie będzie później tak trudno zrealizować w życiu. Zwłaszcza, kiedy  faktycznie pojawi się „on”. Przystojny, utalentowany, niezwykle wrażliwy i zasługujący na szczerość. Wspomnę tylko, że im dłużej Łucja będzie odwlekała moment wyjawienia mężczyźnie prawdy, tym bardziej skomplikuje się jej życie.

W swoim utworze pochwyciła się Pani dość popularnego teraz motywu w literaturze współczesnej, to jest bohaterki rozpoczynającej nowe życie gdzieś na prowincji. Co wyróżnia Pani książkę od podobnych pod względem tematyki i dlaczego właśnie ten motyw?

Prowincja jest mi bliska, ponieważ sama już od kilku lat mieszkam poza miastem. Tak jak bohaterka mojej książki, ja również przewartościowałam w życiu wiele spraw, w momencie, kiedy znalazłam się z dala od hałasu i świateł wielkiego miasta. Bliski kontakt z naturą, wszechobecna cisza – otwierają człowieka na kontakt ze sobą. Akcja Obietnicy Łucji dzieje się w małej urokliwej wiosce na Podkarpaciu, ale właściwie mogłaby się wydarzyć gdziekolwiek. Miejsce oczywiście jest bardzo ważne: specyficzny klimat, piękne barwy, zapachy, tajemnicze przedmioty, ale nie najważniejsze. Choć przyznam, że trudno byłoby mi opisać akurat tę historię w miejskich realiach. W Obietnicy Łucji najważniejsze są dla mnie uczucia. Bohaterowie pojawiający się na kartach książki są prawdziwi. Nie udają, nie boją się pokazywać uczuć, mówią o nich, przez co są bardzo wiarygodni w przekazie. Myślę, że właśnie to jest w tej powieści najbardziej istotne. Taka autentyczność ... jak w prawdziwym życiu,

      Z tego, co już wiem, Pani książka utrzymana jest w subtelnym klimacie. Różany Gaj, staropolskie, piękne imiona. Wiejska idylla! Dlaczego właśnie tak i jak wiele nastrój, jaki udało się Pani stworzyć ma wspólnego z Panią i Pani codziennym życiem? Wielu mówi o Pani, że jest Pani tak samo ciepła, jak Obietnica Łucji. Co łączy Panią i książkę?

Z książką łączy mnie to, że tak jak już wspominałam wcześniej, ja również, podobnie jak moja bohaterka, mieszkam na wsi. W związku z tym łatwiej jest mi zaobserwować pewne zjawiska, a potem je wiarygodnie opisać. Bardzo cenię sobie prowincjonalny spokój, specyficzny klimat, ale tak jak większość ludzi, ja również mam wiele problemów, z którymi muszę się zmagać każdego dnia. Myślę, że „idylla” to raczej stan umysłu, do którego ja nieustannie dążę. W każdym razie, dotarłam do takiego etapu w życiu, że potrafię cieszyć się rzeczami, które dla kogoś mogą wydawać się nieistotne. Wypita bez pośpiechu, filiżanka ulubionej herbaty, widok przelatujących ptaków, nawet zamglone niebo. Wszystko może być piękne, to my nadajemy temu wartość.

    Pani książka to przede wszystkim utwór o nadziei, prawdzie i przeznaczeniu. Czy te wartości są Pani szczególnie bliskie? Wydaje się, że muszą, skoro tak bardzo eksponuje ja Pani w swoim utworze.

Rzeczywiście te wartości są mi bliskie. Starałam się stworzyć autentyczne postacie, jasne w przekazie i przez to wiarygodne. Bohaterowie mojej książki nie są doskonali i nie boją się do tego przyznać. Popełniają mnóstwo błędów, przez co uczą się lepiej żyć. Ich losy obfitują w różne dramatyczne sytuacje. Często wychodzą z nich poturbowani i zmęczeni. Zawsze mają jednak nadzieję, że mimo bólu, strachu, przeciwności, wciąż mogą zacząć od nowa. Łucja jest tego idealnym przykładem. Odnajduje swoje miejsce w życiu... przeznaczenie, którego można dotknąć tylko wówczas, kiedy podąża się właściwą drogą.

Pani Doroto, przyniosła nam Pani wielkie zaskoczenie. Specjalistka od marketingu pisze książkę! Jakie cechy, według Pani, powinien posiadać pisarz? Co charakteryzuje taką osobę, co charakteryzuje Panią?

Nie wiem, jakie cechy powinien mieć pisarz. Każdy pisze inaczej. Nie da się znaleźć dwóch, identycznie piszących autorów. Każdy człowiek to inna opowieść, różne emocje, niepowtarzalność. Na pewno trzeba wiedzieć, co się chce przekazać, a potem skrupulatnie to notować. No i przede wszystkim sobie ufać, uwierzyć w siebie. Myślę, że wiara i zaufanie to 98% sukcesu. Pozostałe 2% to nasza praca, którą w to włożymy. W moim przypadku to się sprawdziło. W pewnym momencie odważyłam się zrobić coś, o czym kiedyś tylko nieśmiało marzyłam. Jedno jest pewne, trzeba wiedzieć, czego się chce, bo wtedy można po prostu to zrealizować. Gdy robimy to, co jest nam bliskie, w zgodzie ze sobą, to nawet ewentualne przeszkody, które pojawią się na naszej drodze, ominiemy z wdziękiem.

 
Podobno przez wiele lat pisała Pani jedynie do szuflady, a swoje słowa zapisywała, co dziwne, w zeszytach. Co skłoniło Panią do zawalczenie o wydanie książki? Jak zrodził się ten pomysł i jak wyglądała droga wydawnicza. Prosta autostrada czy kręta, leśna ścieżka?


Zdecydowanie kręta leśna ścieżka, na dodatek z licznymi pagórkami. Muszę jeszcze dodać, że często się w tym „lesie” gubiłam. Najważniejsze, że odnalazłam właściwy szlak, który zaprowadził mnie na rozległą, słoneczną polanę.
Rzeczywiście, pisałam od dawna, ale wciąż ustawiałam na swojej drodze przeszkody, by nie robić tego, co tak naprawdę jest mi bliskie. Mam to szczęście, że obok mnie zawsze była kochająca i wspierająca mama. To ona zmobilizowała mnie do tego, żebym w końcu „zmaterializowała” swoje marzenia. Myślę, że ona wierzyła w moją książkę bardziej niż ja sama. Kiedy w końcu wysłałam Obietnicę Łucji do wydawnictwa, okazało się, że kilka dni wcześniej akurat minął termin nadsyłania prac na najlepszą powieść. Pomyślałam tylko, że się spóźniłam. Okazało się, że tym razem los mi sprzyjał. Po miesiącu dostałam odpowiedź, że wydawnictwo jest zainteresowane moją książką. Dokładnie pamiętam pierwszą myśl, jaka wówczas pojawiła się w mojej głowie: „Marzenia się jednak spełniają”.

     Wielu  czytelników z pewnością zastanawia się jak to jest z drugiej strony, czyli jak powstaje książka i wygląda proces jej pisania. Jak to było u Pani? Proszę zdradzić nam, jak to jest „za kulisami”.

Powstawanie książki to długi proces. Książka w naturalnej, stworzonej przez pisarza wersji jest takim „nieoszlifowanym klejnotem”, któremu potem trzeba nadać wartość. Pod okiem wykwalifikowanych redaktorów trzeba się z nią zmierzyć jeszcze raz. Zdarza się, że coś trzeba w niej zmienić, dopisać jakiś niewielki fragment. Trzeba zaufać fachowcom. Wszystko odbywa się jednak za zgodą samego autora. W końcowej ocenie mogę stwierdzić, że wszelkie zmiany w mojej powieści, choć niewielkie, były pożądane i niewątpliwie podniosły jej walory.

Ile czasu pisała Pani Obietnicę Łucji?

Obietnicę Łucji pisałam pół roku. Ta historia tworzyła się każdego dnia po trochu. Pisałam ją intuicyjnie, bez gotowego planu. Kolejni bohaterowie pojawiali się w niej na bieżąco i za każdym razem wnosili do niej coś nowego. Kiedy zaczęłam pisać Obietnicę Łucji nie miałam pojęcia, jakie będzie jej zakończenie. Właśnie w taki sposób tworzę moje historie.

     Jedni podczas pytania muszą siedzieć z nogami w wodzie, a inni zajadają żelki. A u Pani? Ma Pani swoje rytuały?

Tak, mam swoje przyzwyczajenia. Muszę mieć stukartkowy zeszyt z szorstkimi stronami, najlepiej jeszcze z ładną okładką, odpowiedni długopis. A pod ręką filiżankę mojej ulubionej herbaty, lub kawy. W taki sposób mogę pisać wszędzie. W ogrodzie, przy stole, w łóżku ... gdziekolwiek. Raz pisze się lepiej, innym razem gorzej, staram się jednak każdego dnia rzucić coś na papier.

Proszę powiedzieć, co jest dla Pani ważniejsze. Zachwyt czytelników czy opinie krytyków?

Bez zastanowienia odpowiadam, że najważniejsza jest dla mnie aprobata czytelników, choć i zdrowa krytyka nie zaszkodzi. Na rynku wydawniczym jest tak dużo książek, że każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie. Obietnica Łucji na pewno nie jest dla każdego. Nie jest ona przeznaczona dla pasjonatów krwistych horrorów, czy trzymających w napięciu thrillerów. To książka dla ludzi poszukujących sensu życia, próbujących odpowiedzieć sobie na odwieczne pytania: Dlaczego żyjemy? Po co to wszystko? Czy warto?

    Wydawcy okrzyknęli Panią mianem „Nowej mistrzyni powieści obyczajowej”, jak się Pani z tym czuje? Czy już zaczęła Pani utożsamiać się z nowym tytułem?

Jestem niezwykle zaszczycona z powodu tytułu, jaki mi nadano. Przyznam się, że nie bardzo wiem, jak mam się do tego odnieść. Ja tylko napisałam książkę, a teraz mam ogromną nadzieję, że czytelniczki ją pokochają. Na tym zależy mi najbardziej.

Z tego, co wiem, jest Pani już w trakcie pisania nowej powieści. Czy mogłaby Pani zdradzić nam coś więcej, czy to jeszcze wielka tajemnica, a pomysł wciąż jest w toku?

Piszę kolejną książkę. Zaczęłam pisać ją od razu po skończeniu Obietnicy Łucji. Żeby nie zapeszać, na razie nie chcę jednak zdradzać żadnych szczegółów z nią związanych.

Czy Dorota Gąsiorowska zagości na rynku wydawniczym na stałe?

Bardzo chciałabym zagościć na rynku wydawniczym na stałe. Wierzę, że tak może być ... Nauczyłam się jednak, że w życiu nie można być pewnym niczego do końca. Więc myślę, że ... czas pokaże. Mam nadzieję, że okaże się on moim sprzymierzeńcem.

A na zakończenie mam do Pani wielką prośbę. Co chciałaby powiedzieć Pani czytelniczkom Obietnicy Łucji? Jak zachęciłaby je Pani do lektury?

Myślę, że główna bohaterka mojej powieści, Łucja to fajna kobieta. Warto ją poznać. Ja osobiście bardzo ją polubiłam i trudno było mi się z nią rozstać, na końcu książki. Łucja uczy jak walczyć o siebie. Pokazuje jak pokonać w sobie lęk, przegonić bezsilność, otworzyć się na swoje wnętrze.
Łucja kolejny już raz rozpoczyna nowe życie. Idzie do przodu mimo wszystko. Nie boi się zmian, choć te zmiany wywołują w jej życiu zamęt, stawiają na jej drodze nieodpowiednie osoby, przywołują niechciane wspomnienia. Główna bohaterka pokazuje jak prawdziwie żyć, uczy odczuwania. A to wbrew pozorom wcale nie jest takie łatwe. Łucja często wychodzi z pewnych sytuacji pokaleczona, ale mimo tego nie poddaje się i idzie do przodu. Zrzuca z siebie przyciężkawy bagaż przeszłości, który cały czas niosła na swych barkach. Dopiero wtedy dociera do niej, że może być szczęśliwa. Łucja uczy, jak z gracją pokonywać przeszkody. Dopóki żyjemy, na naszej drodze zawsze będą pojawiały się wyzwania. To od nas zależy, jaki będą miały one wpływ na nasze życie. Losy Łucji mogą być dla wielu kobiet drogowskazem, w drodze do odnalezienia siebie. Sądzę, że każda z czytelniczek znajdzie w głównej bohaterce mojej książki jakieś swoje cechy.

Pani Doroto, bardzo dziękuję Pani za chęci i czas, który poświęciła Pani na wywiad. Z serca bardzo dziękuję i życzę dalszych sukcesów literackich. No i oczywiście: czekamy na więcej!

Ja również bardzo dziękuję. A  Pani, oraz wszystkim, którzy  kiedyś przeczytają moje słowa, życzę Wszystkiego Dobrego!




I co myślicie? Ja mam wrażenie, że mamy nową, skromną i ciepłą autorkę,
która podbije wiele, oj wiele czytelniczych serc :) 

niedziela, 22 lutego 2015

Przed jesienią życia,
czyli "Babie lato" Danuty Pytlak


   Babie lato, to piękny okres przejściowy między latem, a jesienią, który można zaobserwować w naszej strefie klimatycznej, noszący nazwę od unoszących się wtedy w powietrzu delikatnych nici utkanych przez młode pająki. W naszej części Europy okres ten przypada na zwykle na drugą połowę września i jest sposobem dla rozprzestrzeniania się młodych pająków, które na niciach szybują w powietrzu właściwie tuż nad powierzchnią ziemi. 

   W powieści, o której chcę dziś opowiedzieć, babie lato to dla głównej bohaterki trudny, a zarazem obfitujący w niezwykłe doświadczenia, okres, w którym stoi ona na pograniczu młodości i wieku średniego i rozlicza się z własnym życiem. Debiut wchodzącej na rynek Danuty Pytlak to klimatyczna opowieść o tym krytycznym momencie, w którym prędzej, czy później znajdzie się każdy z nas. Temat piękny, fabuła pomysłowa, styl nie najgorszy. To w wielkim skrócie to, co myślę o tym utworze i postaram się zaraz wyjaśnić wam, dlaczego. 

  Michalina to kobieta sukcesu. Stabilna praca w dobrze prosperującej firmie zapewnia jej dobrą pozycję i napawa satysfakcją, no może, gdyby nie mąż hazardzista, którego jakiś czas temu wyrzuciła z domu, a który przegrał w karty większość ich oszczędności. Rozwodząca się kobieta, choć radzi sobie z tym wszystkim dość dobrze, orientuje się w pewnym momencie, że  męczące ją bóle głowy nie są czymś normalnym i za namową wiernej przyjaciółki udaje się do lekarza, gdzie dowiaduje się, że jest poważnie chora. W wyniku splotu tych wszystkich okoliczności kobieta musi zmierzyć się nie tylko z samotnością, ale też ciężką chorobą. Po operacji i niesamowitych przeżyciach w okresie śpiączki i rekonwalescencji, kobieta postanawia nagle przewartościować swoje dotychczasowe życie. A może to ktoś siedzący tam u góry postanawia pokierować jej losem trochę bardziej bezpośrednio, niż do tej pory i rzucić ją do potrzebujących ludzi i w wir rodzinnych tajemnic? 

  Jak by nie było, odziedziczony dom babci i znalezione w nim listy, a także tajemnicza, durna Marcia, pozwalają Michalinie zmienić swój stosunek do świata i rozliczyć się z zawiłą przeszłością, a także sprawami męża, które spadły na nią po rozwodzie. Wszytko to niesamowicie wpływa na tok rozumowania Michaliny i nakręca machinę przeróżnych zdarzeń, z którymi przyjdzie się zmierzyć bohaterce. Dopiero wtedy kobieta poczuje, że jej życie zaczyna prawdziwie się wypełniać. 

  "Babie lato" to obfita książka, utrzymana w przyjemnym, choć raczej smutnym klimacie, która z pewnością ma moc wzruszać i prowokować czytelnika do rozmaitych refleksji, będąc przy tym ciekawą formą rozrywki. Jak przystało jednak na debiut, i ten utwór nie jest wolny od wad. Osobiście mam odczucie, że wszystkie one wynikają z faktu, iż jest to pierwsza książka Danuty Pytlak i w związku z tym nie do końca doszlifowana. Krótko więc o wadach, zwłaszcza, jeśli chodzi o stronę językową. 

  Początek utworu jest dość ciężki w odbiorze, jeśli chodzi o język, co wydaje się być dość oczywiste, bowiem wraz z pisaniem autor nabiera wprawy i  płynności w tworzeniu opowieści. Proste zdania i prosta składnia nie obiecują czytelnikowi ambitnej powieści, ale wraz z liczbą stron, stają się coraz bardziej klarowne. Ogólnie nie jest więc źle, ale początek może wydać się nie idealny. Mój apel więc: nie zrażajcie się, mimo początkowych wybojów, warto czytać dalej. 

  Jeśli chodzi o fabułę, pomysł jest wręcz magiczny, a historia ciekawa, choć nie do końca rzeczywista. Liczba nieszczęść, spadająca na bohaterkę wydaje się być nieco przesadzona, a i niesamowite zbiegi okoliczności są aż nazbyt niesamowite, mocno naciągając życiowy realizm. Ilością tego wszystkiego można by swobodnie obdarzyć jeszcze dwie inne osoby i napisać dwie inne książki, zwłaszcza, że autorka stworzyła sporo wątków pobocznych, z których nie wszystkie dociąga do końca, porzucając niektóre w połowie utworu i pozostawiając bez zakończenia oraz należytej odpowiedzi. 

  Podsumowując, "Babie lato" jest interesującą, choć nie idealną, powieścią, na którą warto zwrócić uwagę. Ciekawa, choć w ogólny wydźwięku smutna książka będzie idealną lekturą na nie do końca wyklarowaną jeszcze porę roku, którą teraz mamy. Chwytające za serce wydarzenia i ciepły klimat, który udało stworzyć się Danucie Pytlak nadają utworowi wyjątkowy charakter. Wyznam wam, że jeśli na rynku ukaże się druga książka tej autorki, na pewno po nią sięgnę. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 



piątek, 20 lutego 2015

Książka dająca do myślenia,
czyli "Dlatego mnie kochasz" 



   Coraz więcej mówi się we współczesnym świecie o przemocy domowej i naiwności łatwowiernych kobiet, które ślepo wierzą w każde: "przepraszam, to już się więcej nie powtórzy, wybacz mi". My, ludzie stojący na zewnątrz często przypisujemy takim kobiety łatki, w stylu: głupia, naiwna, jak ona mogła, ja nigdy bym tak nie zrobiła. Schody zaczynają się wtedy, gdy ofiarą przemocy staje się młoda, atrakcyjna, a przede wszystkim mądra i inteligentna dziewczyna, którą doskonale znamy. Jak znaleźć w sobie siłę, by odejść? Jak wytrwać?

  Pytania mnożą się niesamowicie, a odpowiedzi na niektóre z nich ambitnie podejmuje się Magdalena Kołosowska w swojej najnowszej książce, pt. "Dlatego mnie kochasz". Różowej i niewinnie wyglądającej, tak samo, jak główna bohaterka. 

  Agata to młoda, cholernie ambitna i cholernie mądra dziewczyna, szukająca miłości. Gdy do zespołu rockowego jej brata dołącza o kilka lat od niej starszy perkusista Marcin, nawet nie zwraca na niego uwagi. Jak można się domyślać, do czasu. Romans między dwojgiem młodych ludzi wybucha szybko i gwałtownie, a razem z nim znikają marzenia o ukończonych studiach, potem rodzinie i wielkim domu. Kiedy Agata niespodziewanie zachodzi w ciąże, studia musi przerwać, ślub co prawda jest, ale o domu i pieniądzach dziewczyna może sobie pomarzyć. Marcin jednak nie daje za wygraną i pracując dniami i nocami udaje im się w końcu pobudować wymarzony dom. Gdyby tylko rodzina, którą stworzą, też była taka idealna... 

  Szybko okazuje się, że młoda dziewczyna staje się zupełnie zależna od męża. Pozbawiona wykształcenia i perspektyw godzi się na to, by to on zaczął za nią decydować i daje się wpędzić w rolę kury domowej. Gdyby tego było mało, w kilka lat po ślubie wychodzi na wierzch nowe oblicze jej męża, a mianowicie podła i okrutna twarz bezwzględnego tyrana, który nie cofnie się przed niczym. W jednym za to jest dobry. Naprawdę świetnie wychodzi mu każdorazowe przepraszanie i obiecywanie, że nigdy więcej nie podniesie na Agatę ręki. Za to powinni niemalże go ozłocić! 

  Agata staje się więc jedną z tych szarych, zalęknionych kobiet, które ze wstydem ukrywają swoje siniaki i udają, że wszystko jest w porządku. Choć ukryta pod grubą warstwą ubrań i pudru wydaje się być całkowicie sama, nie przestaje marzyć o wielkiej miłości i księciu z bajki, który... o losie, znajduje się na wyciągnięcie ręki. Dziewczyna zaczyna stąpać po naprawdę kruchym lodzie. Czy uda jej się bezpiecznie dotrzeć do brzegu i nie utopić przy tym swoich dwóch, Bogu ducha winnych córeczek? 

 "Dlatego mnie kochasz" jest jedną z tych książek, które wywołują w czytelniku potężne, aczkolwiek nie pozytywne, emocje. Podczas lektury razem z Agatą przeżywa się kolejne upokorzenia. Co więcej, nieraz po prostu ma się ochotę zdzielić ją porządnie w głowę i mocno nią potrząsnąć, krzycząc przy tym: kobieto, opamiętaj się w końcu! Szczegółowy, w dodatku nie czarno-biały portret psychologiczny bohaterów, który udało stworzyć się autorce, pozwala czytelnikowi niemalże na wejście w ich role i życie ich życiem, a sprawnie prowadzona, wiarygodna narracja idealnie oddaje motyw przemocy domowej, rozgrywającej się w zamkniętych czterech ścianach. 

  Książka "Dlatego mnie kochasz" to utwór, stawiający wiele pytań i, o dziwo, znajdujący na nie odpowiedzi. Kołosowka, ukazując nam działania Agaty i Marcina niemalże wytyka czytelnikowi ich błędy i popycha do wniosku: ku przestrodze. W tym utworze ani Agata nie jest święta, ani Marcin tak naprawdę okropny. Każde z nich jest raczej szare, a nie czarne, bądź białe. Są tak bardzo wiarygodni i prawdziwi, że momentami miałam ochotę wyjąć ich z utworu, postawić obok i pokazywać ludziom z podpisem: patrzcie, do czego prowadzi ignorancja i brak rozmowy. Patrzcie i uczcie się! 

  Dlaczego polecam "Dlatego mnie kochasz"? Dlatego, że bardzo dawno nie przeczytałam tak wiarygodnej, tak bardzo oddziałującej na człowieka książki. Nie pamiętam kiedy ostatnio złościłam się podczas lektury i bolejąc nad głupotą głównej bohaterki, miałam ochotę cisnąć nią o ścianę. Kołosowska pozwala nam przez uchylone drzwi podglądać rodzinny dramat i serwuje nam tym samym naprawdę bolesną, oddziałującą na psychikę lekcję. "Dlatego mnie kochasz" to mądra i życiowa książka, a nie przejaskrawiona bajka. Bardzo ważny i na czasie temat, w połączeniu z doskonałym warsztatem i wyobraźnią autorki sprawiły, że mogę polecić wam tę książkę z czystym sercem. To prawdziwy wulkan emocji. A o to przecież w literaturze chodzi. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:


czwartek, 19 lutego 2015

Przegląd nowości Informatora 


Moi Drodzy Czytelnicy! 
Postanowiłam zaserwować wam krótki przegląd nowości wydawniczych, których recenzje w najbliższych dniach zagoszczą na blogu. (A tuż po publikacji tego posta zabieram się za recenzję książki "Dlatego mnie kochasz", którą mam już za sobą.)

      A więc... 



 Wydawnictwo Znak Literanova na początek marca zaplanowało premierę powieści obyczajowej pt. "Obietnica Łucji", której autrorkę (słusznie bądź nie, ciężko mi jeszcze ocenić), okrzyknęło "Nową Mistrzynią powieści obyczajowej". 

      Krótko o czym fabuła: 
  Uciekając przed swoją przeszłością Łucja trafia do Różanego Gaju - uroczego miasteczka ze starym, zniszczonym dworkiem.   Przypadek sprawia, że zaprzyjaźnia się z młodą, umierającą kobietą i składa jej znaczącą obietnicę: zobowiązuje się odnaleźć ojca jej córeczki. Kiedy więc w zaskakujących okolicznościach poznaje genialnego muzyka i jego partnerkę, Adelę, zaczyna dostrzegać, że przypadki odgrywają w jej życiu coraz większą rolę. 
  A może to nie zbiegi okoliczności, ale przeznaczenie? 
  Nie wiem jak wy, ale ja mam wielki apetyt na tę powieść! 




  Prószyński i Ska dosłownie kilka dni temu zaserwowało czytelnikom miły prezent na coraz bardziej wiosenne poranki, wieczory i popołudnia. "Tu jeszcze nie raj" Aliny Krzywiec już czeka w mojej kolejce do przeczytania. Mam nadzieję, że będę zadowolona! 

  Eryka i Tomasz od siedmiu lat są szczęśliwym i zgodnym małżeństwem. Wystarczy jednak czterdzieści dni, by życie Eryki przewróciło się do góry nogami, podobnie jak wartości, na których zbudowała swój związek. Gdy trzydziestoletnia pedagog szkolna dostanie zgłoszenie o przemocy w zaprzyjaźnionej rodzinie, mimowolnie pozwoli się wciągnąć w machinę sekretów, półprawd i kłamstw. Przekona się, jak cienka granica dzieli troskę od osaczenia, ambicję od chciwości. Czy jej małżeństwo z liderem ultrakatolickiej wspólnoty przetrwa próbę, jakiej zostanie poddane? I czy okaże się warte dalszych wyrzeczeń?

  Poruszająca opowieść o tym, jak można zabłądzić idąc prosto. Czyż nie wydaje się interesująca? 




  Trochę z innej strony, czyli nasza mistrzyni kryminału i jej najnowsza książka. "Trzydziesta pierwsza" Katarzyny Puzyńskiej to pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników tego gatunku!       
  
   Premiera już za 5 dni! 


   W Lipowie nastał świąteczny czas. Wszystko pachnie sosnowym igliwiem, a w ceglanym kościele śpiewa się kolędy. Jedno tylko mąci spokój mieszkańców wsi: już za kilka dni ma wrócić morderca. Przez długie piętnaście lat nikt we wsi nie wymawiał nawet jego imienia. Młodszy aspirant Daniel Podgórski ma szczególne powody, żeby nienawidzić mężczyzny - sprawcy pożaru, w którym bohaterską zginął ojciec policjanta. Jakby tego było mało, we wsi zjawia się rodzeństwo ze Szwecji, które grozi jednemu z mieszkańców. Podgórski stara się zapanować nad sytuacją. Nie spodziewa się jednak, że na dzień przed Wigilią zabójczy ogień zapłonie na nowo.





   A na koniec, choć wcale nie gorsza, przepiękna powieść, w trakcie której lektury właśnie jestem, czyli "Babie lato" Danuty Pytlak. Już w tym momencie mogę wam powiedzieć, że to książka, której aż nie chce się odkładać! 


   Michalina, ceniona pracownica korporacji, opuszczona przez męża hazardzistę, w wyniku splotu różnych okoliczności nagle musi zmierzyć się nie tylko z samotnością, ale i z poważną chorobą. Po operacji, w trakcie rekonwalescencji, kobieta postanawia całkowicie przewartościować i zmienić swoje życie. A może to życie postanawia pokierować jej losem, kiedy Michalina w odziedziczonym po babci domu na wsi odnajduje napisane przez jej matkę listy… Wyjazd w rodzinne strony przyniesie więcej niespodzianek, które staną się dla kobiety przyczynkiem do walki o odzyskanie rodziny i poznania prawdy o własnej tożsamości.  




To w wielkim skrócie mój, jeszcze zimowy, przegląd nowości. 
Nie mogę się już doczekać lektury tych książek, a nawet każdej z osobna.
 Zabieram się teraz za recenzję, a was zostawiam z tym przeglądowym postem. 

Na który z tytułów wy macie ochotę?

środa, 18 lutego 2015

Wyniki konkursu


Moi Drodzy Czytelnicy! 

Zgodnie z obietnicą ogłaszam wyniki Valeriowego konkursu. 
Moja maszyna losująca zadecydowała, że książka trafi do: 


rudzinka12@wp.pl





Szczęśliwą laueatkę proszę o kontakt mailowy i dane adresowe, potrzebne do wysyłki,
a wszystkim pozostałym uczestnikom życzę powodzenia w następnych konkursach! 

Ps. Wykorzystam ten post również po to, by poinformować was, że sesja za mną, egzaminy pozdawane, więc wracam z typową dla siebie ilością recenzji, a nie marnymi czterema na miesiąc :) 

niedziela, 8 lutego 2015

Uwaga, wciąga! 
- czyli "W butach Valerii" 



   "- Mnie nie oszukacie. Żadna z was. - Odszedł o krok, spojrzał mi głęboko w oczy, położył dłonie na biodrach i powtórzył: - Żadna
  Halo? Czy to straż pożarna? Przyjedźcie natychmiast, płonę między nogami. Dziękuję."

     
  Zaczęłam czytać Valerię wczoraj wieczorem. Byłam dość zmęczona i zamierzałam położyć się wcześniej, pomijając już fakt, że chciałam zrobić tysiąc innych rzeczy, zanim wyląduję w łóżku, dlatego planowane "zaczęcie" Valerii obejmowało tylko kilkadziesiąt stron dla relaksu. Tylko że... zaczęłam czytać Valerię i po prostu nie potrafiłam jej odłożyć. Dałam się uwieść i musiałam dokończyć. Na siedząco, leżąco, stojąco i z wypiekami na twarzy. 

     Valeria to ustatkowana, młoda mężatka, która jakiś czas temu zrezygnowała z pracy, żeby w spokoju móc napisać swoją drugą książkę. I choć wydawca nie naciska, a dziewczynie właściwie nic nie przeszkadza, zadanie wydaje się przerastać jej możliwości. Może z powodu męża mruka od jakiegoś czasu skutecznie ją odtrącającego i posuchy w małżeństwie, o częstych kłótniach nie wspominając.  Może z powodu Loli (szalonej, bezpruderyjnej przyjaciółki) i dwóch innych, z któych każda ma jakieś sercowe problemy. Może z powodu jednego wieczoru, podczas którego Valeria razem z Lolą wybrała się do klubu i poznała Victora. Albo Victora, który za wszelką siłę chce być fair wobec męża Valerii, ale nie do końca mu to nie wychodzi. Albo tego, jak Victor pachnie. Albo z powodu Alex, ponętnej asystentki męża. A może z wszystkich tych powodów naraz? Ciężko powiedzieć, ale Valeria nie potrafi napisać ani słowa. Do czasu, gdy... no właśnie. Valeria musi być ze sobą szczera: seks, miłość, wymarzony mężczyzna... to zdecydowanie za dużo! 

     Valeria to zwykła, szczęśliwa kobieta, która w pewnym momencie uświadamia sobie, że do szczęścia właściwie jej daleko. Jest mądra i ustatkowana. No, przynajmniej na początku, bo później zaczyna podejmować dość nierozsądne decyzje. Zabawne jest jednak to, że nawet, gdybym chciała powiedzieć, że Valeria jest głupia, to po prostu przez gardło by mi to nie przeszło, bo Valeria jest dokładnie taka, jak ja. Mądra do pewnego czasu. No dobrze, mądra do czasu, gdy w grę nie wchodzą hormony. Albo przystojny mężczyzna. Albo wszystko na raz... 

   "Wejdź w buty Valerii" to jedna z bardziej zabawnych książek, jakie w życiu przeczytałam. Nie pamiętam już, kiedy podczas lektury czegokolwiek zdarzyło mi się śmiać w głos, tak, jak kilkakrotnie w tym przypadku. Nie mam też pojęcia, jak autorka to osiągnęła, ale pomimo, nie czarujmy się, momentami dość skromnych opisów, sprawiła, że "Valerię" ogląda się, a nie czyta. Akcja maluje się przed oczyma czytelnika jak najbarwniejszy, najlepiej napisany film z wspaniale wykreowanymi bohaterami w rolach głównych, a podczas lektury naprawdę nie można oprzeć się chęci poznania całej fabuły teraz, zaraz, już. 

   Mam wrażenie, że we "W butach Valerii" wszystko  idealnie ze sobą współgra (choć, nie będę ukrywać, momentami czułam się zażenowana wulgarnymi tekstami Loli i poziomem "inteligentnych" dyskusji wszystkich czterech przyjaciółek). Elisabet Benavent serwuje czytelniczkom świeży, lekki język w połączeniu z dynamiczną, pełną ekscesów akcją. Idealna książka na szare, zimowe dni, podczas których nie chce wychylać się nosa na zewnątrz. Idealna książka na szalone, letnie poranki. Idealna na poprawę humoru, pomimo tego, że do bólu rzeczywista.  

  PS. Jeśli zaczniecie czytać "Valerię", nie będziecie mieli ochoty na nic innego, niż więcej i więcej. UWAGA! Ta książka mocno wodzi na pokuszenie. I nie można po jej lekturze zasnąć. Przez długi, długi czas.  


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie: 





     

czwartek, 5 lutego 2015

Po prostu piękna książka
Barbary O'Neal


 Cztery blogerki, cztery różne historie i międzypokoleniowa, internetowa przyjaźń. 

    Mam wrażenie, że czytając ostatnio całkiem sporo, gubię w tym czytaniu najzwyklejszą w świecie nutkę relaksu i odprężenia. Oczywiście niezmiennie jest to moja ulubiona (a bardzo często jedyna) forma rozrywki, ale w gąszczu gatunków i tytułów ciężko znaleźć mi ostatnio książkę, która wyciszyłaby mnie i sprawiła, że po prostu rozpłynęłabym się z myślą: och, jak błogo. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, autorka prezentowanej dziś pozycji zaserwowała mi pyszną, lekką i niewymagającą powieść obyczajową, którą chce mi się podsumować jednym słowem: przepiękna. I wydaje mi się, że właśnie to słowo wyjaśnia, dlaczego wszystkie książki Barbary O'Neal od razu wędrują na szczyty list bestsellerów. 

  Lawender to starsza pani prowadząca samotnie dochodową farmę lawendy. Mając świadomosć tego, że serce nie sługa, a lata lecą, kobieta postanawia znaleźć sobie godnego następcę, albo następczynię, która, w przeciwieństwie do dwóch bratanków Lawender, nie przehandluje farmy za plik pieniędzy. Idealnym rozwiązaniem wydaje się więc ściągnięcie na farmę przyjaciółek blogerek, które, tak jak i ona, zakręcone są na punkcie gotowania i zdrowych dań, a następnie wybranie spośród nich godnej następczyni. 

      Po wielu przygodach związanych z podróżą poznajemy więc młodą Ruby i jej złamane serce, pod którym, ku wielkiemu zaskoczeniu całego świata, zaczyna rozwijać się dzidziuś, co, po chemioterapii i naświetlaniach wydaje się być wręcz mniej niż mało prawdopodbne. Pojawia się bojąca się świata Ginny, zbliżająca się do pięćdziesiątki, która podczas podróży uświadamia sobie, jak bardzo nieszczęśliwa jest w swoim pustym od dwunastu lat małżeństwie, a także Valerie i jej córka, które szukają nowego sensu po stracie trzech pozostałych członków rodziny w katastrofie lotniczej. Każda z kobiet przywozi na farmę swoje problemy, ale też swoje marzenia. Czy czar lawendowej królowej pomoże kobietom spełnić swoje marzenia i poskładać roztrzaskane na kawałki życiowe historie? 

     Fabuła utworu może czytelnikowi wydawać sie prosta i łatwa do przewidzenia. Mamy urocze miejsce, które posiadan niezwykły dar leczenia zbolałych dusz i układania życia na nowo. Ale pomimo tego, książce "Niech ci się spełnią marzenia" po prostu nie można sie oprzeć. Barbara O'Neal i jej zdolność do czarowania sprawiają, że utwór wciąga i nie chce puścić, dopóki nie dotrzemy do ostatniej kartki. Być może za sprawą pięknej narracji i realistycznych dialogów, a może za sprawą dokładnych i przemyślanych kreacji bohaterek. Spekulować na ten temat można by naprawdę długo, ale fakt jest jeden; to piękna, delikatna powieść obyczajowa, która będzie w stanie usatysfakcjonować panie w każdym wieku. Mam wrażenie, że zarówno młoda jak starsza czytelniczka w którejś z postaci odnajdzie fragment siebie i z wypiekami na twarzy zachłyśnie się losami bohaterek, a stworzenie międzypokoleniowej powieści, która będzie w stanie porwać tak zróżnicowane grono odbiorców, zasługuje conajmniej na medal! 

     "Niech ci się spełnią marzenia" to sentymentalna, miejscami smutna, a miejscami wesoła, powieść o tym, jak nie wiele trzeba, żeby zacząć widzieć świat inaczej, okraszona wspaniałymi fragmentami kulinarnych blogów prowadzonych przez bohaterki. Siadając do lektury wielokrotnie zabierałam ze sobą do czytania coś pysznego, bo blogowe wpisy, których nie poskąpiła autorka, potrafiły (oj, potrafiły) poruszyć moje kubki smakowe i to nie jeden raz! Jeśli więc zamierzacie zabrać się za tą książkę, nie zapominajcie o przekąsce, bo gwarantuję, będziecie musiały biegać do kuchni i odrywać się od lektury, co wcale nie będzie przyjemne! 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie: