środa, 29 kwietnia 2015

"Razem będzie lepiej" 
Jojo Moyes 



Obszerna opowieść o kobiecie, która nie mówi słowa "dosyć". 

Mimo tego, że mamy wiosnę w powietrzu nadal brakuje optymizmu. Niby wszystko się zazieleniło, ale pogoda marna, ciśnienie tragiczne, a zupa przesolona przez potworny ból głowy. Czego nam potrzeba? Odpowiedź jest tylko jedna: potężnej dawki optymizmu!  To idealna recepta na chandrę, kiedy słońca za oknem praktycznie nie ma. Dlaczego? 

Jess jest typową matką, z tym, że na miano Matki Polki raczej się nie załapie, bo to nie ten region. Nie ważne. Jess pracuje na dwa etaty, daje z siebie wszystko, a i tak ledwie starcza jej żeby przetrwać od pierwszego od pierwszego i to przy robieniu zakupów na wyprzedażach. No dobrze, często wcale jej na to nie starcza, ale czy to takie znów istotne? 

Mąż Jess nie płaci alimentów nawet wtedy, kiedy jego wybitnie uzdolniona matematycznie córka ma szansę na wygranie prestiżowej olimpiady i przyjęcie do prywatnej szkoły kształcącej geniuszów. Jess klepie biedę, że aż piszczy, a mimo tego decyduje się na desperacki krok, jakim jest dowiezienie dziecka na olimpiadę. Pan Nicholls, biznesmen w trudnej sytuacji życiowej,  przypadkowo spotyka na środku drogi swoją sprzątaczkę z dwójką dzieci i psem. Wiecie co to znaczy? Tak. To znaczy aż tyle, że pan Nicholls pomoże Jess, dzieciakom i psu odbyć kilkunastu godzinną podróż i spełnić marzenie dziewczynki. No dobrze, przy okazji uratuje też Jess i jej trudnego nastolatka, porządnie się rozchoruje i wiele innych. Ale czy to wszystko jest takie znów istotne? 

Wiecie co? Mimo tego, że czytam około setki książek rocznie zdarzają się jeszcze historie, które złapią za serce tak, że człowiek przypomina sobie, dlaczego uwielbia czytać. Z pozoru prosta historia napisana przystępnym językiem, ale kryje się za nią jakaś magia, która po prostu urzeka. Nie mam pojęcia, jak można nie pokochać zaradnej, oszczędnej Jess, która jest w stanie zrobić dla swojego dziecka po prostu wszystko, albo małej dziewczynki zdecydowanie wyróżniającej się z tłumu za sprawą swojego matematycznego geniuszu. Nie wiem, jak można nie ulec urokowi bogatego biznesmena o wielkim sercu, czy też problematycznego nastolatka, który wydaje się rozumieć o wiele więcej, niż myśli sobie jego otoczenie. To historia, która przyciąga czytelnika jak magnes. Jedna z tych, które zapamiętuje się naprawdę na długo i chociaż łatwo przewidzieć zakończenie, nie jest się rozczarowanym. 

Jeśli chodzi o język i styl, jakim posługuje się Jojo Moyes, to naprawdę nie wiele mogę mu zarzucić, z wyjątkiem tego, że początek wydawał mi się trochę za bardzo młodzieżowy, co na szczęście szybko się zmieniło. Zdecydowanie największym plusem utworu jest narracja prowadzona z wielu perspektyw, będąca, w przypadku tej powieści, naprawdę wspaniale sprawdzającym się zabiegiem. Widzimy wydarzenia z wielu punktów widzenia, poznajemy kilka różnych historii, które doprowadzają do momentu, w którym znajdują się bohaterowie, dzięki czemu czujemy się po prostu czytelniczo zaspokojeni. To naprawdę piękny stan. 

Czytając "Razem będzie lepiej" parokrotnie złapałam się na myśleniu o tej książce trochę jak filmie, albo chociaż materiale na naprawdę dobry scenariusz. Przyznam wam, że pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego, że myślałam o książce jako obrazach, które chciałabym zobaczyć na ekranie. Jak o świetnej komedii romantycznej, którą wrzuca się do DVD i odtwarza w kółko, bo ona wcale się nie nudzi. I wiecie co? Nie mogę ukryć swojej radości, bo na końcu lektury natrafiłam na informację, że "Razem będzie lepiej" jest już ekranizowana. Po prostu nie mogę doczekać się tego filmu i szczerze polecam wam ten utwór. Poznajcie go, a nie pożałujecie. Ta historia chwyta za serce, a w wielu momentach po prostu nie można przestać się uśmiechać. Wiem, czytałam i jestem naprawdę zadowolona. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


czwartek, 23 kwietnia 2015

ŻYCZENIA


Wszystkim książkoholikom, którzy uwielbiają czytać i uciekać w alternatywne rzeczywistości oraz wszystkim autorom, za trud i determinację w tworzeniu tych światów składam w dzisiejszym dniu najserdeczniejsze życzenia i podziękowania. Twórzmy i czytajmy! Przecież nie ma prawdziwego świata bez fikcji literackiej. :) 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Dziś zapowiedź
zamiast recenzji 


Moi drodzy, z racji tego, że otrzymałam oficjalną wersję okładki swojej książki, czuję nieodpartą potrzebę podzielenia się nią z wami. Piszcie szczerze, co o niej myślicie. Dołączam też streszczenie.

Iwonka, tytułowa bohaterka utworu, to pewna siebie trzydziestosiedmiolatka, która osiągnęła w życiu wszystko, co tylko można osiągnąć, mianowicie odniosła sukces zarówno w życiu zawodowym jak i prywatnym. Dzięki mężowi, który prowadzi opłacalny sklep z luksusową bielizną dla pań, Iwonka nie musi pracować w zawodzie i spełnia się pisząc dobrze sprzedające się książki, gotując pyszne, domowe obiadki oraz wychowując czwórkę niesfornych dzieci, 2 psy oraz x kotów. Niestety, sielanka, idylla czy bukolika Iwonki (jak zwał, tak zwał) wcale nie trwa długo, gdyż jej mąż aż zbyt dobrze sprawdza się w zawodzie i oddając w ręce biuściastej pani Adeli komplet koronkowej bielizny dodaje pewne usługi gratis, jeśli wiecie co mam na myśli.

Iwonka, jak na blondynkę przystało, nie zastanawia się jednak długo nad tym, co powinna zrobić i po honorowym zdzieleniu męża w twarz, zabiera się za pakowanie walizek. Gdyby mało jej było problemów, w ten sam dzień, w którym dowiaduje się o skoku w bok bawidamka (którego w przeszłości zwykła nazywać mężem), zaskakującą wiadomość przynosi do domu jej najstarszy syn, Łukasz, który  staje w drzwiach i wyrzeka magiczne:„Mamo, zostaniesz babcią”. Dramat? Moi drodzy, to dopiero początek!

Po powrocie do domu rodzinnego w Sosenkach również nie brakuje Iwonce kłopotów, zwykle za sprawą swojej pomysłowej łobuzerii, córki, która zakochuje się w miłośniku piercingu, dynamicznej i władczej matki Haliny, dawnego znajomego ze szkoły, któremu Iwonka nie potrafi odmówić pomocy i pokaźnego stadka zwierząt. No ale jak tu zachować spokój, kiedy kot ma nieustanną biegunkę,  matka wyprowadza się z domu, a kochliwy dyrektor szkoły, u którego Iwonka szuka pracy, okazuje się mocno przesadzać ze swoim kwiecistym uczuciem?!


Powieść to dynamiczny utwór, w którym fabuła pędzi do przodu na łeb, na szyję,  nie brakuje humoru i drastycznych zwrotów akcji i który przypadnie do gustu czytelniczkom w każdym wieku, bez względu na to, czy są blondynkami czy też nie.

wtorek, 14 kwietnia 2015

O problemie 
współczesnych kobiet



"Kobieta nie powinna iść przez życie sama - powiedziała babcia na łożu śmierci. - Kobieta nie powinna byś sama i powinna mieć dziecko. Dziecko scala kobietę i mężczyznę. [...] Tośka nie ma męża i dziecka. Babcia odchodzi, dalibóg może tam u góry lepsze życie, w każdym razie dziadek już tam czeka, w każdym razie babcia już niczego nie pragnie dla siebie. Ale... byłoby łatwiej odejść, gdyby Tośka miała męża i dziecko. Jeszcze dzisiaj. Ewentualnie jutro. Najdalej za rok." 


Matylda Man w "Męża poproszę" porusza dość zabawny, a zarazem smutny problem, mam wrażenie, wielu współczesnych kobiet, które idą przez życie same, mimo tego, że bardzo chciałyby iść z kimś. Znacie z autopsji? A może z najbliższego otoczenia? Skądś na pewno. Problem robi się tak bardzo popularny, że mamy w środowisku coraz więcej tzw. singielek, które boleją nad tym, że męża nie ma, no bo skąd miałoby się go wziąć, a jak już się jakiś kandydat napatoczy, to pijący, palący, wulgarny, albo bezrobotny. Do tego te ciągłe naciski otoczenia, że to przecież nie wypada i na starość przydałby się ktoś do porozmawiania, o celach prokreacyjnych nie wspominając. Brzmi znajomo? Ach tak! Temat trochę zaniedbany w naszej literaturze i miło było przeczytać książkę, która traktuje o nim boleśnie, życiowo, aczkolwiek w sposób prześmiewczy. 

W kolejnym akapicie miałam zamiar przedstawić wam bliżej nieznaną, przynajmniej przeze mnie do tej pory, autorkę, ale nie znalazłam zbyt wielu informacji na jej temat, poza tym, że urodziła się i  mieszka w Warszawie, kocha książki, czekoladę oraz psy. 

"Męża poproszę" jest opowieścią o Tosi, która, jak wynika ze wstępu mojej recenzji, jest kobietą samotną i choć nie boleje nad tym faktem aż tak bardzo jak jej najbliżsi, to wiadomo, we dwie pensje na pewno byłoby łatwiej, pomijając oczywiście fakt samotności. Tośka nie jest żadnym życiowym nieudacznikiem, ani szarą myszką. Jej życie to bujna, zabawna historia, w której owszem, mężczyzn nie brakowało, ale żaden z nich nie potrafił zagościć w nim dłużej niż na chwilę, bo a to był przy stary i łysawy, a to był typowym niedojrzałym chłopcem, któremu, oprócz seksu, raczej nie wiele mieści się w głowie. Tosia nie należy do kobiet, które użalają się nad losem i zdesperowane chadzają do klubów by złowić tam jakiegoś milionera albo chociaż faceta, który się nimi zainteresuje. Ona ma swoją godność, ale po prostu jest otwarta na nowe znajomości, co niestety, w jej świecie nie do końca się sprawdza... 

Dlaczego właściwie zwróciłam uwagę na "Męża poproszę" Matyldy Man? Jeśli mam być szczera, to dlatego, że wydała mi się jedną z tych pozycji, które są lekkie, odrywają od świata chociaż na jeden wieczór, a podczas lektury można się trochę pośmiać. Czy było warto? Wydaje mi się, że tak,. Podczas lektury rzeczywiście można się pośmiać, na co pozwala ogrom komicznych, przy tym jak najbardziej życiowych, sytuacji oraz język (ale mam wrażenie, że ten drugi miejscami stylizowany jest na śmieszny trochę na siłę i chwilami nieco mnie raził). I mimo tego, że Matylda Man napisała zabawną, a nawet śmieszną książkę, zamiast mnie rozluźnić sprowokowała mnie do wielu refleksji. Czym? Przede wszystkim tym, że nie jest to kolejna obyczajówka, w której samotna kobieta znajduje w końcu swojego księcia i żyją długo i szczęśliwie. 

Tośka, jak wspomniałam, na dobrą sprawą mogłaby być każdą z nas, a raczej: każda z nas mogłaby być Tośką. Każda kobieta marzy o wielkiej miłości, albo chociaż miłości malutkiej, w której będzie się mogła ogrzać podczas zimowych popołudni albo schować podczas wiosennych, deszczowych poranków. Tylko co w sytuacji, kiedy mimo prób znalezienie tej miłości jakoś nie do końca się sprawdza, a każdy kolejny kandydat raczej zniechęca i rozczarowuje? Kobiety w dzisiejszych czasach mają trudno. I chociaż wydawać by się to mogło śmieszne, z perspektywy psychologii i socjologii, wiele w relacjach damsko-męskich się zmieniło. Kiedyś kobieta po prostu nie miała wyboru. Rodzice kazali, trzeba było wziąć ślub i dziękuję. Siedziało się w domu, prało, gotowało i rodziło dzieci. A dzisiaj? Kultura indywidualistyczna, dostęp do wykształcenia, odkładanie małżeństwa na później, bo wydłużył się wiek życia i przyjdzie na nie jeszcze czas. Poza tym ci mężczyźni ciągle tacy niedojrzali i zdziecinniali. Warto w ogóle wychodzić za mąż i wikłać się w całe to małżeństwo? 

Sami widzicie. Taka ot książką, a tyle refleksji. Wobec bolesnej, chociaż zabawnie ujętej  przez Matyldę Man, rzeczywistości  po prostu nie da przejść się obojętnie. Każda zabawna anegdotka czy sytuacja sprawiają, że człowiek zaczyna zastanawiać się nad własnym życiem i otaczającym go światem i mimo tego, że w wielu miejscach usta wykrzywiały mi się w uśmiechu, mam wrażenie, że w większości przypadków był to jednak uśmiech przez łzy okraszony pytaniem: No rzeczywiście, to bardzo śmieszne, ale czy naprawdę nie jest właśnie tak? Jeśli miałabym ocenić tę książkę w skali od jeden do sześć (tak, jak to ocenia się w szkole), przyznałabym jej solidne 4,5. Nie ujęła mnie tak bardzo, żebym zamarzyła postawić ją na ulubioną półkę, ale na pewno dała do myślenia i rozbawiła, a to przecież naprawdę wiele. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


niedziela, 12 kwietnia 2015

Ciąg dalszy
baśniowej historii 
o dolinie mgieł i róż


"Był maj i dopiero co zakwitły bzy. Sabina czuła ich upojny zapach i nie mogła się skupić na pracy. Wiosna wybuchła z taką intensywnością, że nagle, w ciągu kilku dni pojawiły się bajecznie kolorowe kwiaty. Pisarkę zawsze zadziwiała ta nagła metamorfoza, gdy ze smutnego, nieokreślonego kolorystycznie przedwiośnia, w jakiś czarodziejski sposób wyłaniała się wiosna w pełnej krasie." 

Moi drodzy, nie bez powodu wybrałam ten właśnie cytat ze wszystkich zaznaczonych podczas lektury. Idealnie oddaje on moje uczucia po dzisiejszym porannym spacerze, zresztą... tak jak cały "Ogród księżycowy". Nie jest już dla mnie zaskoczeniem, że Pani Agnieszka Krawczyk ze swoją twórczością trafia w mój czuły punkt. Jej kolejna książka znów przyjechała do mnie w idealnym momencie. Kolejny raz mogłam więc odrywać się dzięki niej od rzeczywistości, przymykać powieki i rozpoczynać cichutki taniec gdzieś w wilgotnym powietrzu unoszącym się nad doliną mgieł i róż, a potem rozsiadać się wygodnie w świetle księżyca w wyjątkowym ogrodzie. Uosabia każdą moją największą tęsknotę za wsią i spokojem, których tak bardzo brakuje mi podczas zabieganego życia w mieście. Znów mam również nieodparte wrażenie, że proza, jaką serwuje nam autorka nie jest napisana, ale namalowana i zastanawiam się, czy właśnie skończyłam czytać książkę, czy też oglądać wystawę barwnych obrazów... 

W dolinie mgieł rozpoczęła się wiosna. Sabina kończy remontować swój wymarzony dom, który przyprawia ją o szybsze bicie serca, nie wspominając o wyjątkowym ogrodzie, który projektuje dla niej miejscowa ogrodniczka.  Miłość, która unosi się w powietrzu między pisarką i miejscowym lekarzem, Krzysiem, również rozkwita, niczym wspomniana wiosna. Przyszłość rysuje się między tym dwojgiem, a właściwie trojgiem, bo musimy uwzględnić w tym związku również córkę Krzysia, Julinkę, co najmniej kolorowo i magicznie. W otoczeniu przyjaciół i miejscowej społeczności Sabina czuje w końcu, że żyje. Hrabina Tyczyńska nadal produkuje swoje wyjątkowe perfumy, Marek Rokosz rozwija ogromną plantację ziół, a Mila prowadzi pensjonat z typową dla siebie pasją. Również kariera Sabiny pnie się w górę niczym kwiatowy pąk, głównie za sprawą agentki Carmen i ekscentrycznego reżysera, który przyjeżdża do Idy, żeby nakręcić o Sabinie film oraz warsztatom, które pisarka godzi się prowadzić. Ale czy w życiu wszystko bywa tak spokojne i harmonijne? 

Nie trudno o dobrą odpowiedź! Życie Sabiny i mieszkańców Idy traci równowagę, gdy niespodziewanie przybywa do wsi tajemniczy, choć nieproszony gość, mogący zaszkodzić szczęściu pisarki i całkowicie odmienić jej los. Czy dawne błędy można wybaczyć, zwłaszcza, gdy wybaczanie okazuje się nie być wcale takie proste? Czy miłość rzeczywiście ma moc uzdrawiania największych nawet ran? Jedno jest pewne. "Tej wiosny w dolinie mgieł i róż kilka serc zostanie złamanych."

Historia Sabiny to opowieść, do której aż chciało mi się wracać i przyznam szczerze, że "Dolina mgieł i róż" byłą jedną z niewielu zeszłorocznych książek, której kontynuacji po prostu nie mogłam się doczekać. Dlaczego? Może dlatego, że tęsknię za spokojem, który autorka oddaje opowiadając o małej, wiejskiej społeczności, albo dlatego, że jestem romantyczką i kocham synestezje, którymi zarówno "Dolina mgieł i róż" jak i "Ogród księżycowy" są po prostu przesycone. Moje "nie mogę się doczekać" podsycali również wyraziści, dobrze wykreowani bohaterowie, których pokochałam od pierwszego wrażenia i aż świerzbiły mnie palce, żeby usiąść i dowiedzieć się co też u nich nowego słychać. 

Czy jestem usatysfakcjonowana powrotem do Idy? No pewnie! Wielki ukłon należy się Pani Agnieszce za to, że nie odmówiła nam przyjemności do ponownego podglądania życia miasteczka, urozmaicając je jednak kilkorgiem nowych bohaterów, którzy zjawili się w miejscowości, żeby nieźle namieszać. Dzięki nowym problemom, z jakimi musieli mierzyć się wiejscy mieszkańcy historia nie stała się nudna, a wręcz nabrała zupełnie nowego smaczku, którym przyjemnie było się rozkoszować. Bardzo podoba mi się to, że autorka nie boi się pisać o ważnych problemach i zjawiskach, które autentycznie zachodzą w zamkniętych społecznościach. Jej książki nie są głupiutkie i śmieszne, ale naprawdę mądre i nie wiem czy właśnie nie to urzeka mnie w jej prozie najbardziej. (Poza plastycznością języka, rzecz jasna, bo tego nic nie jest w stanie przebić, naprawdę.)

Czy widzę w utworze jakieś wady? Mówię to trochę z bolącym sercem, ale jeśli chodzi o jeden z wątków mam pewien niedosyt i myśląc o "Ogrodzie księżycowym" całościowo, wydaje mi się, że można było nieco bardziej go rozbudować i pociągnąć. Chodzi mi oczywiście o wątek Marka Rokosza, ale być może się czepiam. Autorka po prostu narobiła mi smaczku na początku opowieści i spodziewałam się po nim... żeby wam nie zdradzać... po prostu czegoś więcej. 

Podsumowując, z niesamowitą przyjemnością spotkałam się jeszcze raz z prozą naszej rodzimej Jane Austen utrzymaną w sielskim, niesamowicie ciepłym, a przede wszystkim barwnym klimacie pachnących kwiatów i księżycowego światła. Autorka kolejny raz okazuje się być w moich oczach prawdziwą wróżką, która zamiast napisać po prostu namalowała przed czytelnikiem swoją książkę perfekcyjnie dobraną kreską. Dalsze losy Sabiny w żaden sposób nie odstają od magii zawartej w "Dolinie mgieł i róż". Historia nadal pozostaje doskonałą kompozycją zapachów opakowaną w zachwycający flakonik którego nie chce wypuszczać się z rąk. Nie mogę doczekać się więcej!!!

Ps. Hołd należy się również wydawcy za niesamowitą szatę graficzną powieści. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 

 


środa, 8 kwietnia 2015

Uniwersalna, upiornie prawdziwa historia,
która mogłaby opowiadać o każdej z nas



Czy w wieloletnim związku można w kilka tygodni przejść od stabilizacji do morderstwa? 

Chociaż wielu współczesnych ludzi zakochanych i młodych wzbrania się usilnie przed instytucją małżeństwa, to nie ulega niczyjej wątpliwości, że jawna i publiczna deklaracja miłości złożona w obecności rodziny i świadków zmienia w życiu młodej pary dosłownie wszystko. Wywraca je do góry nogami przynosząc wyczekaną pewność oraz niezachwiane poczucie bezpieczeństwa. Przysięga małżeńska, w swoim założeniu, nigdy się nie kończy. Ale co, w przypadku, gdy nigdy jej nie było, a miłość się kończy? 

A.S.A. Harrison to nieżyjąca już pisarka kanadyjska mieszkająca w Toronto, która zmarła na nowotwór w bardzo krótkim czasie  od wydania "W cieniu" (a w oryginale "The silent wife", który to tytuł zdecydowanie lepiej oddaje ducha powieści i wypada mi w tym momencie napisać, że wydawca "nawalił" z tłumaczeniem i to zupełnie, bo nasze tłumaczenie nijak ma się do treści powieści) swojej debiutanckiej powieść, która ujrzała światło dzienne w 2013 roku i  została przetłumaczona na 27 języków. 

Jodi to "idealna żona". Biorę te słowa w cudzysłów, bo ani ona idealna, ani z niej żona. Jodi to po prostu zwykła kobieta, która ma poważny problem ze swoimi emocjami mimo tego, że od kilkunastu lat prowadzi szczęśliwe życie u boku zamożnego mężczyzny, za którego nigdy nie zgodziła się wyjść. Znana i szanowana psychoterapeutka ma wszystko, czego można by tylko zapragnąć, a przynajmniej mogłoby się tak wydawać zewnętrznym obserwatorom. Najostrzejszą, najmocniej zarysowaną cechą Jodi jest to, że ona nie krzyczy i nie robi awantur. Jest kobietą z kamienną twarzą, która zamiast mieć pretensje i robić Toddowi wyrzuty, w każdej możliwej sytuacji krytycznej zachowuje milczenie i obojętność, pomimo tego, że mężczyzna jej życia przyprawia ją o prawdziwy zawrót głowy.

Ona wie, że on ją zdradza. Wie, że po pracy wcale nie wychodzi z kumplami tylko jedzie do jednej ze swoich panienek na telefon, a mimo tego jest przy nim i udaje, że nic złego się nie dzieje. I może powinna się za to porządnie wściec i zrobić mu awanturę. Może powinna, ale... 

Życie Jodi zmienia się diametralnie dopiero w momencie, w którym Todd, a raczej jego przyjaciel, oświadcza jej, że mężczyzna, z którym do tej pory dzieliła życie odchodzi do ciężarnej dwudziestolatki, z którą miał romans już od dłuższego czasu, a która nalega na małżeństwo. Ta młoda siksa chce dać Toddowi to, czego Jodi nie mogła, a raczej nie chciała przez ostatnie kilkanaście lat, a nawet więcej! Ona chce odebrać Jodi nie tylko Todda, ale mieszkanie, widok z tarasu, a nawet psa. Chce wyrzucić ją na bruk i zostawić z niczym.

Jodi ma w tej sytuacji tylko jedno wyjście. Zabić męża, zanim się ożeni i jego testament ulegnie zmianie. 

Jodi wie, że musi działać szybko, rozważnie i z zimną krwią. 

"W cieniu" to przenikliwy thriller psychologiczny ukazujący powolny rozpad związku dwojga dorosłych ludzi, a przede wszystkim dramat, który rozgrywa się w głowie człowieka, który balansuje na krawędzi przesiąknięty bolesną świadomością, że za kilka dni straci wszystko. Zjawiska i procesy psychiczne widziane oczami psychologa wciśnięte są w utworze w normalny świat normalnych ludzi i tak naprawdę codziennie rozgrywające się w głowach każdego z nas mogą poważnie zachwiać światopoglądem czytelnika i sprowokować do przemyśleń, co dodatkowo wzmacnia zabieg uniwersalizacji, śmiało i obficie wykorzystywany przez autorkę, proste zdania i wspaniale dobrany do poruszanych zagadnień styl. 

Chciałabym napisać o tej książce bardzo dużo. Zanalizować ją z perspektywy psychologa i rozłożyć na części i świadomość, że nie mogę tego zrobić, bo zepsułabym wam całą mroczną przyjemność płynącą z tego utworu, po prostu mnie pali. "W cieniu" to najlepszy thriller psychologiczny jaki w życiu przeczytałam. W pusty i beznamiętny sposób obnaża prawdziwą naturę człowieka, którą rządzą instynkty życia i śmierci. Przez ostatnie kilka dni przeczytałam sporo recenzji tego utworu i naprawdę nie mogę się nadziwić, że duża część z nich to były recenzje negatywne. Mam aż ochotę zaapelować: "Ludzie, czy wy naprawdę nie rozumiecie tej książki? Nie umiecie wyczytać między wierszami bolesnej prawdy, którą autorka chciała wam przekazać?". Mam też jednak bolesną świadomość, że patrzę na nią w ten sposób, w jaki patrzę, bo psychologia to mój chleb powszedni i właśnie jako ktoś, kto siedzi w tej dziedzinie po uszy zachęcam was do przeczytania tej książki. To historia, która mogłaby rozegrać się w głowach każdego i każdej z was. Niesamowicie moralizatorska i prowokująca do przemyśleń. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 




niedziela, 5 kwietnia 2015

Wywiad 
z Agnieszką Krawczyk 


Z okazji świąt i zbliżającej się premiery "Ogrodu księżycowego" razem z Wydawnictwem Filia i niesamowitą Panią Agnieszką Krawczyk przygotowaliśmy dla was wywiad. 
Zachęcam do lektury! 


Witam serdecznie, pani Agnieszko, jest mi niezwykle przyjemnie gościć Panią na swoim blogu. Pierwsze pytanie właściwie nasuwa się samo: Jak to się stało, że zaczęła Pani pisać i skąd pomysł na wykreowanie Idy i zamieszkujących ją bohaterów?
Ja też witam Panią i wszystkich Czytelników. Pomysł na Idę przyszedł mi pewnego lata, gdy spędzałam wakacje w Bieszczadach. Zetknęłam się wówczas z bardzo ciekawymi ludźmi, większość z nich realizowała zresztą swoje marzenia o „wielkiej ucieczce”, opuszczając miasta i przenosząc się właśnie w Bieszczady. Spotkałam tam artystów, właścicieli pensjonatów i agroturystyki - malarka ze Śląska prowadziła małą knajpkę, w której często jedliśmy. Spodobała mi się ta atmosfera życzliwości i swoistej beztroski, i chciałam ją utrwalić w książce. Chyba się udało, bo często dostaję prośby, żeby zdradzić, gdzie mieści się Ida, bo ktoś chciałby spędzić tam wakacje. No i spotykam się z pewnym rozczarowaniem, gdy pytający się dowiaduje, że to miejsce istnieje tak naprawdę tylko w mojej głowie i w książkach.

Sabina Południewska, którą Pani wykreowała, jawi nam się, jako prawdziwa pisarka z krwi i kości. Czy patrząc z boku na jej postać, mogłaby Pani się z nią utożsamiać? Obie piszecie wspaniałe książki. Ile macie wspólnego, a jak wiele was różni?
No cóż, powiem przewrotnie, że specjalnie uczyniłam pisarkę bohaterką swojej powieści, żeby otrzymywać takie pytania! Oczywiście, żartuję w tym momencie. Tworząc taką postać jak Sabina Południewska, chciałam pokazać, a chociażby zasugerować, jak może wyglądać życie pisarza. Wiele osób widzi tylko zalety tej pracy i zapewniam – ma ona więcej blasków niż cieni, ale i one występują. Sabina jest zamknięta w sobie, samotna, ma trudności z komunikowaniem się z ludźmi, a pisarstwo, jako profesja zakładająca samodzielną i samotną pracę, tylko te cechy potrafi wzmocnić. Moja bohaterka zresztą zmienia się – wychodzi ze swej skorupy pod wpływem życzliwości, która zaczyna ją otaczać. Co dzielę z moją bohaterką? Umiejętność widzenia słów w kolorach, czyli synestezję, tzw. „barwne słyszenie”. Jest to sposób postrzegania świata, którego przez wiele lat się wstydziłam, zwłaszcza gdysię dowiedziałam, że synestezja jest zaburzeniem mózgu (teraz już się tak nie uważa!). Potem przeczytałam sonet Arthura Rimbauda „Samogłoski” i poczułam wielką ulgę, że nie jestem z tym sama. Widzenie liter i słów w kolorach jest dla mnie całkowicie naturalne i nie bardzo potrafię do końca opisać i wyjaśnić to zjawisko. Próbowałam jego istotę przedstawić w „Dolinie mgieł i róż”, i mam wrażenie, że nawet mi się to udało.


Pani Agnieszko, zarówno w „Dolinie mgieł i róż” jak i „Ogrodzie księżycowym” skupia się Pani na ukazaniu życia na wsi, zamkniętej społeczności i specyficznych relacji, które łączą bohaterów wsi, choć sama mieszka Pani w Krakowie. Skąd czerpie Pani wiedzę na temat tej małomiasteczkowości?
Mam wielki sentyment do małych miasteczek i wsi. Ja jestem urodzoną optymistką i dla mnie zawsze szklanka jest połowy pełna, więc nie dostrzegam jakoś szczególnie mocno „ciemnych stron” takich, jak Pani trafnie ujęła, zamkniętych społeczeństw. Co nie znaczy, że uważam, iżwszędzie żyją wyłącznie ludzie dobrzy i życzliwi. Nie. Jednocześnie jestem pewna, że każdy może się zmienić i tej życzliwości się nauczyć. Obserwując małe miejscowości, staram się wyłuskiwać ciekawe osoby, interesujące historie. Naprawdę zaskakujące jest, ilu nas otacza niezwykłych ludzi, warto się zatrzymać w biegu i przyjrzeć im dokładnie.

W „Dolinie mgieł i róż” zdecydowanie najbardziej urzekły mnie zabiegi i procedury służące produkcji perfum przez hrabinę Tyczyńską i z tego, co wiem, nie zabraknie perfumiarstwa i róż również w „Ogrodzie księżycowym”. Skąd czerpała Pani wiedzę na ten temat i skąd pomysł na wprowadzenie tego elementu do książki?
Powiem szczerze, że ja się pasjonuję perfumiarstwem. Zainteresowania hrabiny Tyczyńskiej są więc moimi zainteresowaniami. Pozycją, która najbardziej mnie zainspirowała była „Erotyka perfum, czyli tajemnice pięknych zapachów”AndreiHurton, bajeczna książka, w której opisane są różne techniki destylacji perfum, surowce perfumiarskie oraz rozmaite zapachy. Myślę, że u mnie synestezja jest związana z dużą wrażliwością zarówno na kolory, jak i na aromaty. Dlatego też tak chętnie je opisuje. Świat dla mnie jest pełny barw i zapachów, więc próbuję to przenieść na karty moich książek i robię to z przyjemnością. W „Ogrodzie księżycowym” równie wiele miejsca co perfumom, poświęciłam sztuce ogrodowej. Sabina decyduje się na ogród, który najlepiej będzie się prezentował nocą, w świetle księżyca. Takie ogrody, pełne białych kwiatów były ogromnie popularne na Wschodzie. W Europie często pojawiały się w Anglii, ich wielką zwolenniczką była brytyjska poetka i arystokratka Vita Sackville-West, dobry duch mojej powieści. Fascynowało mnie zagadnienie nocnych ogrodów, z precyzyjnie rozmieszczonymi źródłami widmowego światła i sadzawką, która wabi nocne motyle. I do tego blask księżyca – obraz bardzo działający na wyobraźnię. Taki właśnie ogród „podarowałam” mojej Sabinie.

W notce wydawcy będącej zapowiedzią „Ogrodu księżycowego” możemy przeczytać, że wraca w nim Pani do bohaterów, których czytelnicy zdążyli już poznać i pokochać, ale nie bała  się Pani wprowadzić do społeczności też kilku nowych bohaterów. Czy mogłaby Pani nam zdradzić kim oni są, czy pozostawi Pani te informacje tajemnicą?
Informacje o tych nowych bohaterach pojawiają się na okładce, więc nie jest to żadna tajemnica: Kalina Olczak zaprojektuje dla Sabiny jej księżycowy ogród, zaś Sebastian, to młody chłopak, „szczęśliwy włóczęga”, obieżyświat, wzorowany trochę na Jacku Londonie. No i pojawi się „czarny charakter”, ktoś, kto wprowadzi wiele zamieszania w życie mieszkańców Idy, ale tutaj właśnie – cicho sza, tajemnica.

Ogród księżycowy” to powieść o dawnych błędach i wybaczaniu. Czy uważa Pani, że miłość, tak jak w wypadku Sabiny i Krzysia, może wybaczyć wszystko?
Trudne pytanie, ale chciałabym wierzyć, że tak, prawdziwa miłość pokona wszystko. Choć wiem, że są krzywdy, których nie można wybaczyć i rozumiem to. Wie Pani, na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi „zawsze tak”, „zawsze nie”. Takie właśnie jest życie – niejednoznaczne, lecz ja wierzę, że świat zmierza w dobrym kierunku.

Nawiązując do poprzedniego pytania… Czy Agnieszka Krawczyk jest romantyczką, czy są takie tylko jej książki?
Kolejne trudne pytanie, bo dotykamy tu subiektywnego widzenia swej osobowości. Subiektywnie nie jestem romantyczką. Widzę siebie jako osobę pragmatyczną, twardo stąpającą po ziemi. Ludzie, z którymi się stykam, oceniają mnie zupełnie inaczej. Jedna z koleżanek powiedziała mi nawet, że „bujam w obłokach” i generalnie jestem postrzegana jako artystka z głową w chmurach. Właśnie w tym przypadku – oceny mojej osoby przez innych i przez samą siebie – widzę jak wiele zależy o tzw. punktu widzenia. Jak Pani sama może zauważyć, te dwa sposoby widzenia diametralnie się różnią, więc sama nie wiem, jak to ze mną jest – pragmatyczna romantyczka? Rozważna i romantyczna w jednym? Może właśnie tak!

„Dolina mgieł i róż” wzbudziła zachwyt ogromu czytelniczek. Nie sposób nie stwierdzić, że tym utworem postawiła sobie Pani poprzeczkę naprawdę wysoko. Czy pisząc „Ogród księżycowy” odczuwała Pani w związku z tym presję?
Powiem szczerze, że nie czuję presji. Pisanie sprawia mi ogromną przyjemność i robię to również dla siebie. Kiedy przestanę czuć tę frajdę, tę potrzebę pisania – przestanę to robić. Mam nadzieję, że każda moja książka jest lepsza od poprzedniej, ja przynajmniej staram się stale doskonalić warsztat i uczyć się czegoś nowego. Z wykształcenia jestem teoretykiem literatury i zawsze śmieję się, że to taki „teoretyczny pisarz”, bo wie jak się powinno się to robić, zna zasady, prawidła rządzące gatunkiem, ale to nie oznacza, że potrafi to wcielić w życie. Mam nadzieję, że jednak jestem bardziej „pisarzem praktycznym”, aczkolwiek – co zawsze podkreślam – moje wykształcenie bardzo mi ułatwiło pracę pisarską. To zwłaszcza jest widoczne w literaturze gatunkowej, mam na myśli kryminał – czytając powieść od razu wiem, czy pisał ją filolog, a w każdym razie osoba obeznana z regułami gatunku.

Pani Agnieszko, pamiętam, że recenzując „Dolinę mgieł i róż” użyłam sformułowania, że Pani książki są bajkowe i magiczne, a Pani prawdziwą dobrą wróżką, która maluje nam barwne sceny i sytuacje. Jak to się dzieje? Czy mogłaby Pani zdradzić nam ten swój sekret?
To się wiąże z jednej strony ze sposobem w jaki postrzegam świat, a w moim świecie dominują zapachy i kolory, więc nauczyła się je opisywać w taki sposób, żeby czytelnik mógł popatrzeć na świat trochę moimi oczami. Z drugiej strony dużą rolę odgrywa tutaj moje zamiłowanie do poezji. Nigdy nie pisałam wierszy, choć pasjami lubię je czytać. Uważam, że poezja to jest wyraz prawdziwej ekspresji duszy autora. W tej zwykle bardzo krótkiej formie można zawrzeć niezwykle celne uwagi filozoficzne, często tak celne, że aż kręcimy głową ze zdumienia. Dlatego też w moich powieściach jest tyle literackich cytatów, głównie z poezji właśnie. Mam cichą nadzieję, że komuś spodoba się cytowany fragment i sięgnie po całość wiersza, a może nawet polubi tego poetę? Wydaje mi się, że czytanie poezji łagodzi obyczaje i czyni z nas lepszych ludzi.

Wielu czytelników sięgając po książki zastanawia się, jak wyglądał proces ich tworzenia. Czy mogłaby zdradzić nam Pani, jak wygląda to u Pani? Spontanicznie płynące słowa i ogólny zarys fabuły, czy szczegółowy konspekt, którego w trakcie pisania ściśle się Pani trzyma?
No cóż, po tym wszystkim co powiedziałam powyżej, na pewno zdziwi Panią, że ja jestem „mistrzem planowania” – specjalnie mówię to w cudzysłowie. Zawsze przystępuję do pracy z opracowanym wcześniej planem. Mam konspekt w głowie i na papierze, wiem jaka będzie kolejność wydarzeń, punkt wyjścia i dojścia. Lubię tak pracować i ten system mi się sprawdza. Nigdy nie mam więc problemów z tzw. deadlinem – kończę zwykle tego dnia, który sobie wyznaczyłam na początku. Tak wiem – to nudne. Ale cóż poradzę – „jestem nudziarą” (i celowo cytuję tu tytuł powieści Moniki Szwai).

Jedni podczas pisania muszą siedzieć z nogami w wodzie, a inni zajadają żelki. A u Pani? Ma Pani swoje rytuały?
Wiem do czego Pani zmierza – Sabina Południewska, bohaterka „Doliny mgieł i róż” zasiadała do pisania w błękitnym szalu i z otwieranym pierścieniem, sekretnikiem, czy jak ja je lubię nazywać, „poison ring” (bo ponoć w dawnych czasach chowano w nich truciznę, by niepostrzeżenie wsypać ją wrogom do kieliszka), na palcu. Historia literatury zna wiele takich przyzwyczajeń: Balzak pisał na stojąco, Proust lubił zapach jabłek. Ja po prostu muszę mieć spokój. Piszę zawsze w jednym miejscu (na kanapie w kuchni, bo mamy małe mieszkanie) i słucham muzyki, zwłaszcza z filmów. Czy to są rytuały? Sama nie wiem.

Pani Agnieszko, co jest dla Pani ważniejsze: zachwyt czytelników czy opinie krytyków?
Opinie czytelników. Dostaję mnóstwo maili od czytelniczek, które dzielą się ze mną wrażeniami z lektury, czasem opowiadają mi o swoim życiu. Proszę mi wierzyć – nie zawsze są to wesołe historie. Jestem dumna, że chcą mi to opowiedzieć, bo mam wrażenie, że uważają mnie za osobę, której warto się zwierzyć, zaufać. Właśnie to zaufanie czytelników jest dla mnie największą radością. Bardzo się cieszę, gdy dowiaduje się, że moja książka umiliła komuś smutne chwile, czy była dla niego rozrywką w chorobie. Szczerze mówiąc, także po to piszę, żeby dawać innym radość. Ogólnie uważam, że może za mało staramy się dawać z siebie innym. Ja staram się to robić również w taki sposób.

Która z powieści, które do tej pory wyszły spod Pani pióra, a raczej klawiatury, jest dla Pani najważniejsza i dlaczego? Czy napisała już Pani tę najlepszą, dzieło swojego życia, o stworzeniu którego marzy każdy autor, czy jest to wciąż przed Panią?
Mam nadzieję, że najlepsza książka jeszcze wciąż przede mną. Przyznam, że ogromnie lubię cykl o Idzie, w którym ukazuje się właśnie „Ogród księżycowy”, ale lubię też bardzo mój mroczny kryminał retro „Noc zimowego przesilenia”. Jestem zadowolona z tej książki, bo udało mi się połączyć w niej klimatyczną atmosferę z moją pasją historyczną – akcja toczy się podczas II wojny światowej.

Nie da się ukryć, że Agnieszka Krawczyk zagościła na naszym rynku wydawniczym na stałe. Czy ma już Pani dalsze plany na przyszłość? Będzie trzeci tom magicznej opowieści o mieszkańcach Idy? Czym pragnie nas Pani jeszcze zaskoczyć?
Będzie… czwarty tom. Cykl liczy ich cztery, i w tym roku ukaże się zamykające całość „Jezioro szczęścia” i wznowienie pierwszego tomu, czyli „Magiczne miejsce”. Jeśli mają Państwo ochotę zobaczyć jak zaczęła się ta cała historia, zapraszam do przeczytania „Magicznego miejsca”. Od razu powiem, że przygotowując wznowienie, znacznie rozszerzyłam tę powieść. Wielu czytelników zarzucało mi, że jest po prostu za krótka, niektóre wątki nie są do końca „wygrane”. We wznowieniu starałam się to naprawić, a ponieważ przez te pięć lat od pierwszego wydania dużo się nauczyłam, mam nadzieję, że powieść jest też dużo lepsza. W każdym razie nadal śmieję się, czytając ją, bo to chyba moja najdowcipniejsza powieść z tego cyklu. No i wreszcie „Jezioro szczęścia”, które trafi do rąk Czytelników zapewne jesienią. Bardzo dobrze pisze mi się tę książkę. Są nowi bohaterowie, liczne komplikacje uczuciowe i tajemnica z przeszłości związana z osobą hrabiny Tekli Tyczyńskiej. Tym razem w Idzie panuje zima, dużo miejsca poświęcę więc opisowi… światła i zapachu śniegu. Przyznam się, że bardzo lubię tę książkę i mam nadzieję, że polubią ją też moi Czytelnicy.
No tak… Na dokończenie czekają też dwa kryminały! Kiedy ja to wszystko napiszę? Oto jest pytanie – jakby powiedział Hamlet.

A na zakończenie mam do Pani wielką prośbę. Czy mogłaby Pani zachęcić swoje czytelniczki do lektury „Doliny mgieł i róż” oraz „Ogrodu księżycowego”?
Jeśli lubią Panie opowieści klimatyczne, pełne zapachu róż, zanurzone w emocjach i uczuciach, o dobrych ludziach, którym zdarzają się problemy i trudne sytuacje, ale potrafią z nich wybrnąć, historie o magii codzienności – proszę sięgnąć po moje cztery książki: „Magiczne miejsce”, „Dolinę mgieł i róż”, „Ogród księżycowy” i „Jezioro szczęścia”. Mam nadzieję, że nie sprawią Paniom zawodu!

Pani Agnieszko, bardzo dziękuję za chęci i czas poświęcony na udzielenie odpowiedzi na moje pytania. Życzę Pani dalszych sukcesów literackich i wszystkiego dobrego. No i oczywiście: czekamy na więcej baśniowych, magicznych historii, od których nie będzie można się oderwać!

I ja dziękuję, to była dla mnie przyjemność mówić do Państwa za pośrednictwem „Informatora Czytelniczego”, bloga, który bardzo lubię!

sobota, 4 kwietnia 2015

O wyjątkowo silnej bohaterce
czyli recenzja "Sereny"


"Jeśli ten ptak potrafi poradzić sobie z takim grzechotnikiem, to potrafi też poradzić sobie ze wszystkim, co chodzi na czterech nogach, a nawet dwóch, jeśli o tym mowa. Nie zadzierałbym z tym orłem, tak samo jak nie zadzierałbym z kimś, kto umie oswoić takiego stwora."


Książki obyczajowe mają do siebie to, że jeśli brakuje w nich choćby minimalnej dawki tzw. magii, mają moc zanudzić czytelnika do granic możliwości i zniechęcić go do czytania tego gatunku na bardzo długi czas. Przyznam wam, że zabierając się za "Serenę" miałam właśnie takie obawy, tym bardziej, że brnąc przez pierwsze około 100 stron utworu fabuła nie była w stanie mnie porwać, a opisy przyrody, choć piękne i malownicze, powoli zaczynały mnie nudzić. Po zakończeniu lektury ostrzegam was jednak, że nic bardziej mylnego! Początkowe uśpienie akcji wydaje się w tym utworze zabiegiem zupełnie celowym i nie powinniście dać się na niego nabrać. Ron Rash w pewnym momencie przełamuje nudę i bombarduje czytelnika wciągającą, dynamiczną akcją, od której odbiorca nie ma ochoty oderwać się nawet na chwilę. 

Jest rok 1929, kiedy George Pemberton przybywa razem z małżonką do Karoliny Północnej w celu zbudowania potężnego imperium drzewnego. Młode małżeństwo, w którym panują partnerskie relacje, od razu rozpoczyna rządy twardą ręką i zaczyna bezwzględnie, a nawet brutalnie rozprawiać się z każdym, kto ośmieli się wejść im w drogę i zakłócić spokój, a przede wszystkim ich jasno stawiane sobie cele. Pemberton, tak samo jak budząca postrach Serena marzą jednak o dziecku, które przejęłoby po nich imperium i cały dobytek. Kiedy na młode małżeństwo spada wiadomość o tym, że nie mogą mieć dzieci i nigdy nie doczekają się spełnienia tego marzenia, ich życie przemienia się w piekło. Serena bowiem podejmuje wszelkie, bezlitosne działania by pozbyć się nieślubnego dziecka George'a, któremu w tej sytuacji przypada cały majątek. Silna bohaterka nie zawaha się nawet na ułamek sekundy, by zapobiec temu, co wydaje się być nieuniknionym. 

Największym, wybijającym się ponad wszystko inne, atutem "Sereny" jest wyrazista kreacja głównej bohaterki. Podczas gdy panie w tamtym okresie lubowały się w balowych sukniach i biżuterii, Serena wybiera czarne buty i bryczesy. Jej silna osobowość bije od niej już od pierwszych scen utworu, w których, mam wrażenie, sama o wiele chętniej niż jej mąż złapałaby za nóż. Niesamowicie twarda kobieta, która nie cofnie się przed niczym, potrafi porządnie zaskoczyć czytelnika swoim wyrachowaniem i brakiem litości. Niezależna, choć kochająca do bólu Serena potrafi oswoić orła i powalić niedźwiedzia. Budzi strach, a przede wszystkim podziw. Jest postacią, która nie cofnie się przed niczym i, wręcz dosłownie, dąży po trupach do postawionego przez siebie celu. Świadoma swoich wad i zalet brnie z dumnie podniesioną głową w świat zbrodni, zemsty i śmierci, od którego niejednej czytelniczce może zakręcić się w głowie. To ona tworzy całą historię i nadaje wydarzeniom dynamicznego charakteru. 

Elementem, na który nie sposób nie zwrócić uwagi jest też wyjątkowo plastyczny, choć powściągliwy język, którym posługuje się autor. Przepiękne opisy przyrody, scen, w których Serena szkoli orła, albo przechadza się z nim po lesie sprawiają, że tej książki się nie czyta, ale ogląda i nie mam nawet cienia wątpliwości, że to właśnie dlatego autor zdecydował się na ekranizację swojej powieści. Dzika, górska sceneria sprawia, że mroczny świat, w którym obraca się Serena, wydaje się nam być baśniowy i magiczny, mimo tego, że stanowi tło dla opowieści o zepsuciu, chciwości i zdradzie. Ron Rash jawi się nam w Serenie już nawet nie jako pisarz, ale poeta, a to przecież poezja łagodzi obyczaje i ma moc poruszania ludzkich serc. Narracja, którą wybrał sobie autor, a przede wszystkim bogactwo języka, którym się przed nami popisuje sprawiają, że "Serenę" chcę się czytać do ostatniego tchu. 

Jeśli więc lubicie powieści, w których nic nie jest czarne ani białe, a zło upersonifikowane jest na przepiękną kobietę, sięgnijcie po ten utwór i nie zrażajcie się nieco patetycznym początkiem. W pewnym momencie akcja dostaje tak zawrotnego tempa, że chce się wertować strony jeszcze szybciej i pochłania treść całym sobą. Jak dla mnie "Serena" to prawdziwa bomba. O tak. To słowo określa ją idealnie i w pełni oddaje to, co jest do oddania. To powieść, która zapada w pamięć na lata. 

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: