wtorek, 26 maja 2015

"Ostatni kamień
 wspaniałego pomnika" 

 
Chociaż nie należę do osób, które wierzą w to, że zawsze, kiedy jest zbrodnia, jej sprawca zostaje ukarany, to mam ogromną potrzebę odczuwania sprawiedliwości. Prawdopodobnie ma tak większość z nas. Potrzebujemy jasnych reguł i zasad żeby czuć się na tym świecie po prostu bezpiecznie. To główna przywara życia w społeczeństwie i każdy z nas oczekuje tego żeby móc utrzymać swój komfort psychiczny na dość wysokim poziomie a łamanie norm wywołuje w nas falę różnorodnych emocji. Od złości po rozczarowanie. I to chyba właśnie to drugie udało się uchwycić Hakanowi Nesserowi w "Sprawie G.". Chciał pokazać nam jak czują się ludzie w obliczu sytuacji, w której wszystko jest aż nazbyt oczywiste, a jednak nie da się nic z tym zrobić...

Wydawnictwo Czarna Owca i kultowa Czarna Seria kolejny już raz przyjemnie połechatały moje zaczytane podniebienie, serwując hipnotyczny kryminał z komisarzem Van Veeterenem w jednej z ról głównych. Lubicie kryminały? Właściwie nie do końca ważna jest odpowiedź, bo po tym, co zaraz usłyszycie z pewnością je pokochacie... Wyobraźcie sobie nierozwiązywalną sprawę, w której wszystko jest aż nader oczywiste, a dowodów jak brak, tak brak. Po prostu... Tak! To po prostu Nesser! Mój prywatny skandynawski mistrz tego gatunku!

Hakan Nesser to jeden z popularniejszych szwedzkich autorów kryminałów, wielokrotnie nagradzany za swoje wciągające powieści. Nie da się ukryć, że to właśnie bijąca rekordy popularności seria o komisarzu na emeryturze, która ukazała się w 25 krajach i sprzedała w nakładzie ponad 10 mln egzemplarzy, rozsławiła nazwisko autora na całym świecie i przyczyniła się do nadania mu tytułu jednego z najbardziej popularnych autorów krymniałów. Jesteście ciekawi, co tym razem zaserwował nam Nesser? 
 
Van Veeteren prowadzi spokojne życie w antykwariacie gdy próg jego sklepiku przekracza młoda kobieta niosąca za sobą widma przeszłości. Jak się okazuje, przynosi ona niesłychanie ważne dowody związane ze sprawą... No właśnie! Związane z jedyną sprawą z przeszłości, która nie daje byłemu komisarzowi spać. Nie dość, że w pewien sposób dotyczyła go personalnie, to jeszcze jest sprawą wyjątkową. Choć jasne było, że to właśnie G. zamordował swoją żonę nikt z policjantów, nawet ON, VAN VEETEREN, nie był w stanie tego udowodnić. Czy po piętnastu latach wypłyną na jaw nowe dowody, które sprawią, że sprawiedliwości stanie się w końcu za dość? I czy będą one na tyle silne,  żeby kolejny raz wyrwać komisarza z zakurzonego świata książek? Odpowiedzi na te pytania koniecznie poszukajcie w utworze! Dla mnie ta fabuła to po prostu coś niesamowitego! No bo jak można wiedzieć co się stało i kto tego dokonał, a nijak w świecie nie da się tego udowodnić? Takie rzeczy zaserwować czytelnikowi to może chyba tylko Nesser.

"Sprawa G." to ostatni tom kultowej, uwielbianej przeze mnie, i nie tylko, serii o komisarzu Veeterenie i przyznaję z ogromnym żalem, że będzie mi go brakowało. Zdążyłam już przyzwyczaić się do tych opasłych tomisk kryjących w sobie wyjątkowo misternie zaplanowane intrygi i zawiłe śledztwa, od których ciężko się oderwać. Tak było również w przypadku mojego spotkania ze "Sprawą G.", chociaż, o dziwo, miałam taki moment, że trochę zaczynało wkurzać i nudzić mnie to, że Nesser przesadnie opóźnia wyjście na jaw ważnych dowodów. Chociaż i tak uważam tę książkę za mistrzostwo, tym razem autor przegiął lekko ze statyką. Fabuła mogłaby być nieco bardziej dynamiczna, a przynajmniej tak mi się wydaje. Poza tym, jak to bywa w przypadku Nessera, urzekły mnie przede wszystkim jego dialogi... ach, one po prostu topiły moje zaczytane serce i to nie raz, oraz to,  że każdego z bohaterów można by wyjąć z książki i uczłowieczyć niemalże na pstryknięcie palców.
 
Podsumowując, jeśli poszukujecie dobrze napisanego kryminału, którego lektura zajmie wam więcej, niż kilka krótkich chwil, a do tego pochłonie bez reszty i sprowokuje do myślenia, to "Sprawa G." jest stworzona właśnie dla was. Nesser serwuje czytelnikowi niezwykle zawiłą fabułę, w której nawet oczywistości przestają być tak oczywiste, jak mogłoby zdawać się na początku, a do tego rozkłada przed nim prawdziwy wachlarz emocji. To książka, od której trybiki w waszych głowach zaczną pracować naprawdę szybko! 

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 



 

czwartek, 21 maja 2015

O tym, jak łatwo stać się kimś,
kim nigdy nie chciało się być 


"To, co wydarzyło się między nami, nie wynikało z naszej słabości. [...] nie zaczął sunąć dłonią po mojej twarzy dlatego, że akurat leżałam obok, a jemu zebrało się na pieszczoty. Nie przytulił się do mnie dlatego, że mu się podobam, i wiedział, że będzie przyjemnie. Nie zaczął mnie całować dlatego, że to lubi. Staraliśmy się to zwalczyć, ale musieliśmy ulec, ponieważ uczucia są o wiele silniejsze niż pożądanie. Z pożądaniem łatwo wygrać. Zwłaszcza, gdy jego jedynym orężem jest wzajemny pociąg. 
O wiele trudniej jest wygrać walkę z własnym sercem."

Nie wiele jest książek, a przynajmniej niewiele z nich trafia w moje ręce, które wciągałyby i intrygowały już od pierwszego zdania tak, jak "Maybe Someday". Już pierwsze zdanie tej książki sprawia, że czytelnik wie, że pochłonie ją całą i to na raz. Ze mną tak właśnie było. Byłam akurat na dworze kiedy listonosz podarował mi niewinnie wyglądającą paczuszkę i, jak to mam w zwyczaju, od razu wyciągnęłam pachnącą drukarnią książkę. Następnie przekartkowałam kilka stron i otworzyłam na samym początku. Mój wzrok padł na nie. Na pierwsze, intrygujące zdanie, które idealnie oddawało mój aktualny stan emocjonalny. I tak to się zaczęło. Właśnie tak przepadłam w "Maybe Someday" na kilka kolejnych godzin. Kilka wspaniałych godzin pełnych refleksji, przemyśleń, smutków i radości. Kilka godzin pełnej przyjemności.

Sydney kończy właśnie 22 lata, kiedy dowiaduje się, że chłopak, z którym widziała się na ślubnym kobiercu zdradza ją z jej najlepszą przyjaciółką. W jeden dzień doszczętnie wali się cały jej idealnie poukładany świat. Zostaje bez dachu nad głową, przyjaciółki i chłopaka. Pomocą w tej dramatycznej sytuacji okazuje się dla niej Ridge. Nieznajomy muzyk, któremu w przedziwnych sytuacjach zgodziła się pomóc w pisaniu tekstów do piosenek jego zespołu. To właśnie przez niego, a może dzięki niemu, Sydney przekona się, jak łatwo skrzywdzić drugą osobę, złamać komuś serce, a przede wszystkim stać się kimś, kim nigdy nie chciało się być. Stać się kimś, kto w przeszłości nas samych mocno skrzywdził. 

"Maybe Someday" przypadła mi do gustu zarówno, jeśli chodzi o fabułę jak i o język. Historia, z którą autorka wychodzi do czytelnika na pewno nie jest śmieszna i banalna, chociaż z pewnością i tych dwóch cech momentami można by się w niej doszukać. Przede wszystkim jest mądra i moralizująca. Hoover wychodząc z typowych problemów, z jakimi borykają się młodzi ludzie, ukazuje wiele życiowych mądrości. Pisze o tolerancji, o rywalizacji serca z rozumem i tym, jak łatwo jest kogoś skrzywdzić, choć wcale nie miało się takich intencji. Mam wrażenie, że pisze o życiu właśnie takim, jakie ono jest. Nie wyjaskrawia ani nie przerysowuje. Oddaje myśli, problemy i uczucia w wyjątkowo realny sposób ubierając wszystko w tak wspaniałą powłokę językową, że aż zapiera dech. 

Hoover pisze wspaniale. Ogrom młodych czytelniczek przekonał się o tym sięgając po bestsellerowe "Hoopeles". W "Maybe Someday" autorka nadal trzyma poziom. Stosując wiele dyskretnych zabiegów językowych po prostu wciąga nas do swojego świata. No bo jak można nie chcieć dowiedzieć się, dlaczego Sydney zrobiła to, co zrobiła, a o czym dowiadujemy się już w pierwszym zdaniu? Mówi się, że żeby rozpoznać dobrą książkę, wystarczy kilka pierwszych stron. Nonsens. Żeby rozpoznać genialną książkę wystarczy pierwsze zdanie. Bezapelacyjnie. 

To, co podobało mi się jeszcze w "Maybe Someday" to zdecydowanie fakt, że autorka stawia na dialogi i rozmowy. Wydaje mi się, że nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że "Maybe Someday" mocno zakrawa o powieść epistolarną. Tak, jak kiedyś w pisało się książki, w których główny motyw stanowiły listy, tak tutaj spotykamy się z wiadomościami SMS i czatem na Facebooku. W moim odczuciu to ciekawie, a przede wszystkim celowo zastosowany zabieg. Zdecydowanie przyjemniej jest poznawać bohaterów poprzez ich działanie czy słowa i samemu wyciągać wnioski niż dostawać cały ich rys psychologiczny przygotowany przez autora. Hoover nie popełniła tego błędu. Pozwoliła czytelnikowi samodzielnie myśleć podczas lektury i naprawdę mi się to podobało. 

Podsumowując, "Maybe Someday" jest prawdziwą bombą emocjonalną i nie tylko. Nie wiem, czy czytałam ja właśnie w takim dniu, czy ona po prostu taka jest, ale idealnie oddawała moje stany wewnętrzne. Od frustracji po radość a nawet łzy. Autorka idealnie uchwyciła to, co dzieje się w głowach dwudziestolatków. Historia Sydney i Ridge'a jest wyjątkową historią. Jest mądra a momentami nawet przestrzega przed robieniem głupot. Wydaje mi się jednak, że jej największym atutem jest to, że stawia na serce. Na rytmiczne uderzenia dochodzące z naszych klatek piersiowych. Co to znaczy? A tego dowiecie się już z lektury książki. Powiem wam jedno: dawno nie czytałam tak wiarygodnej i dobrze napisanej książki. Pochłonęłam ją w kilka godzin. Przepadłam od pierwszego zdania. 

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


wtorek, 19 maja 2015

Wyniki konkursu! 

Moi Drodzy, 
drogą losowania "Akademię Miłości" wygrywa:

Patrycja Serkowska! 

Szał! Gratuluję zwyciężczyni a wszystkim uczestnikom dziękuję za wzięcie udziału w konkursie i oczywiście: zachęcam do zabawy w następnych! :)

poniedziałek, 11 maja 2015

Bardzo subiektywnie
o pewnej babcinej historii


"- No cóż, Agnieszka chyba oceniła prezent po opakowaniu - mruknęła leśniczyna. - Z zewnątrz cud-miód, a w środku... - Machnęła ręką. - Babcia zawsze przestrzegała mnie przed takimi. Według niej zbyt piękny chłopiec to nic dobrego. A gdyby się takiego spotkało na bagnach albo w lesie, za nic nie wolno za nim iść. "W pięknym ciele mężczyzny kryje się czort", powiadała... Dopiero gdy ty się pojawiłeś, łaskawie przyznała, że wyjątki się zdarzają." 

Ciężko mi pisać o książkach, które uwielbiam, w które wchodzę całą sobą. 

Jak już z pewnością wiecie, pani Magdalena Kordel jest w moim odczuciu najlepszą na ten moment rodzimą pisarką, do której twórczości mam ogromny sentyment. Każda jej książka, a znam na pamięć praktycznie wszystkie, trafia w punkt jeśli chodzi o moje czytelnicze gusta, chwyta za serce, a przede wszystkim skutecznie przenosi w świat pełen magii  odrywając tym samym od realnego, w którym nie wszystko jest tak oczywiste. Z ogromną przyjemnością sięgnęłam więc po "Tajemnice bzów", w którym autorka serwuje nam Malownicze z zupełnie innej strony. Tym razem prymu nie wiedzie żadna młoda i nieco zwariowana bohaterka, ale sklep z antykami, urocza starsza pani i jej wspomnienia. I wiecie co? Nie ma nic piękniejszego niż klimatyczne opowieści o dawnej Polsce zwłaszcza dla kogoś, kto wręcz przepada za czasami wojny i... retrospekcją. Nie ma nic piękniejszego niż książka ulubionej autorki, zielony kocyk i wiosenne popołudnie. 

Pani Leontyna jest kilkudziesięcioletnią właścicielką wyjątkowego sklepu z antykami pogodzoną ze swoim wiekiem, losem i samotnością. Choć nie ma w Malowniczym zbyt wielu przyjaciół, Majka, właścicielka pensjonatu, a teraz także i Magda skutecznie wypełniają jej wolny czas, dbają o nią i sprawiają, że jej pomarszczone życie nie wydaje się być takie nudne, na jakie mogłoby wyglądać. Chociaż czytelnik, tak samo, jak i pani Leontyna, nie oczekują od jej życia już żadnych ekscesów, pewnego dnia coś się w nim zmienia. Za sprawą tajemniczego mężczyzny z uporem przyglądającego się jej sklepowi oraz niesfornemu pierścionkowi i jego wariactwu, pani Leontyna otwiera przed Magdą swoją duszę i opowiada o czasach, do których od bardzo dawna nie wracała pamięcią. Zabiera nas do przedwojennego Lwowa, w którym rozgrywały się, nieco burzliwe losy, wielopokoleniowej rodziny. Do świata szczęśliwych i smutnych miłości rozgrywających się w cieniu drażniącego zmysły zapachu bzów. Do czasów szczęśliwego dzieciństwa i wojny, która wszystko zmieniła. 

To, co najbardziej urzekło mnie w tej książce, to to, że"Tajemnica bzów" nie jest głupiutką opowiastką, którą czyta się tylko i wyłącznie dla relaksu, ale można z niej naprawdę sporo wynieść. Autorka wciska w usta bohaterów wiele życiowych mądrości i wartości, które wydają się blaknąć w realiach dzisiejszego świata i mocno tracić na wartości. Czytając je naprawdę ma się wrażenie, że słucha się historii opowiadanej przez uśmiechniętą babcię siedzącą w bujanym fotelu, która ostrzega przed marnowaniem sobie życia i snuje przepiękną, choć pełną bólu historię miłości. Właściwie to nawet nie jednej, a każda z nich jest wyjątkowa i niepowtarzalna. Pani Magdalena zwraca uwagę na to, że świat od dawna pełen był dysonansów, trudnych decyzji i cierpienia. Chociaż to wszystko wygląda teraz zupełnie inaczej niż 100 lat temu i mentalność człowieka nieco się zmieniła, nadal przeżywamy to samo. Czujemy tak samo. Cierpimy i się śmiejemy. Ta odległa przeszłość wcale nie jest taka odległa, jakby nam się to zdawało i wydaje mi się, że na współczesnym rynku książki brakuje utworów, które przekazywałyby tę prawdę coraz młodszym pokoleniom. 

"Tajemnica bzów" to taka subtelna lekcja historii.

Na pochwałę zasługuje również przygotowanie autorki do tematu. Podejmowanie się pisania o odległych czasach, nie ważne, czy to sto, czy tysiąc lat wstecz, wymaga nie lada zaangażowania i zgłębienia wielu kwestii. Trzeba wiedzieć jak ludzie żyjący wtedy mówili, ubierali się, a jeśli trzymamy się konwencji realizmu wypadałoby wiedzieć gdzie spędzali czas albo przy jakiej ulicy mieszkali. W "Tajemnicy bzów" wszystkie kwestie z tym związane dopięte są na ostatni guzik. Naprawdę zdziwiło mnie to, że pani Magdalena Kordel AŻ TAK dokładnie odtworzyła Lwów i jego obyczaje, a nawet archaizmy językowe. Byłam, i nadal jestem, pod wrażeniem! Spodziewałam się dużej skrupulatności, ale sposób, w jaki skonstruowała bohaterów i opisała Lwów oraz Powstanie Warszawskie zasługują na wielkie brawa i ukłony. Fascynuje mnie historia XX wieku i przyznaję, że podczas lektury "Tajemnicy bzów" byłam naprawdę usatysfakcjonowana.

Mam wrażenie, że mogłabym o tej książce pisać i pisać. Budowanie fabuły na zasadzie retrospekcji jest czymś, co uwielbiam. Wracanie do przeszłości też. Nawet babcina historia pani Leontyny i tajemniczy mężczyzna wyjątkowo trafili w moje czytelnicze gusta, chociaż lubię czytać raczej o młodszych bohaterkach (i właściwie nie mogło być inaczej, bo to przecież pani Kordel!). "Tajemnica bzów" to lektura niemalże idealna. Bawi i rozśmiesza choć prowokuje do myślenia i nie zawsze jest "lekka". Czytałam ją z ogromną przyjemnością. 

Nie! Ja ją pochłonęłam!!! 



Ps. A o to co myślę o całej serii Malownicze: 







czwartek, 7 maja 2015

ROMANTYCZNY 
KONKURS!
 
 
Macie ochotę przeczytać poruszającą powieść pt. "Akademia miłości", która podbiła na świecie ogrom zaczytanych, kobiecych serc?  Chcecie zastanowić się nad swoim związkiem? A może zrozumieć, o co chodzi w romantyzmie? Nic prostszego, możecie wygrać ją w konkursie, który dziś wam proponuję. 


Co należy zrobić?
1. Wyrazić w komentarzu chęć wygrania książki zwrotem "Zgłaszam się"
2. Napisać w komentarzu swój adres e-mail, żebym mogła poinformować was o ewentualnej wygranej. 
3. Być obserwatorem publicznym bloga Informator Czytelniczy jeśli posiadacie konto na gmailu lub fanpage'a na Facebooku.
4. W konkursie mogą brać udział również anonimowi użytkownicy, którzy nie mają konta na blogerze.

Konkurs trwa od 07.05 do 14.05 do godziny 24.00. Wyniki ogłoszę w kilka dni po zakończeniu konkursu. 
 
Jeśli macie ochotę dowiedzieć się więcej o "Akademii Miłości", moja recenzja tej książki w poście poniżej. 


Regulamin konkursu
1. Organizatorką konkursu jest właścicielka bloga Informator Czytelniczy.
2. Sponsorem nagrody jest Wydawnictwo W.A.B
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest zgłoszenie się w komentarzu.
4. Konkurs trwa od 07.05.2015 roku do 14.05 2015 roku do godz. 24.00
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi do 20 maja.
6. Zgłosić się należy  pod konkursowym postem na blogu. W komentarzu należy podać także swój adres mailowy w celu poinformowania o ewentualnej wygranej w konkursie.
7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi jak  anonimowi uczestnicy, którzy popiszą się imieniem/nickiem oraz podadzą adres mailowy.
8. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest obserwowanie bloga jeśli posiada się konto na gmailu.
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się za pomocą e-maila w dniu ogłoszenia wyników. W przypadku, gdy zwycięzca w ciągu 7 dni nie odpowie na wiadomość, nastąpi ponowny wybór zwycięzcy.
10. W konkursie mogą brać udział osoby zamieszkałe w Polsce.
11. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)

poniedziałek, 4 maja 2015

Przedpremierowo
o "Akademii Miłości" 


Czy wszyscy kochamy tak samo? Czy romantyzmu można się nauczyć?  Skorzystajcie z kursu w "Akademii Miłości"!

"- Wiesz Kier, jest czas, żeby odejść, nawet kiedy nie ma dokąd pójść - powtórzyłam, modląc się o jakąkolwiek oznakę uznania w orzechowych oczach brata. 
Wręcz przeciwnie. Mając najwyraźniej dość moich cytatów, cisnął we mnie moim własnym: "Najsmutniejszą rzeczą na świecie jest kochać kogoś, kto kiedyś kochał ciebie."

Na majówkę wybrałam sobie dość obszerną powieść Belindy Jones, która zagości na sklepowych półkach za kilka dni. "Akademia Miłości" wydawała mi się wszystkim, czego w tych dniach będę potrzebowała. Lekką opowiastką o romantycznej miłości rozgrywającej się w Wenecji, która nie sprowokuje mnie do żadnych głębszych przemyśleń, ale zrelaksuje i trochę rozbawi. I wiecie co? Nie spodziewałam się, że będzie zupełnie inaczej. "Akademia Miłości", choć fabułę ma dosyć banalną, okazała się być naprawdę wartościową książka prowokującej do popatrzenia na pewne sprawy w zupełnie inny sposób. 

Fabuła "Akademii Miłości" rozgrywa się Wenecji. Wręcz przesycona jest opisami kanałów, gondolierów, a przede wszystkim włoskiego rozumienia miłości. Kristy jest młodą dziennikarką, która od kilku lat żyje w szczęśliwym związku. Razem z ukochanym kupili dom, Joe chce dziecka. Wszystko jest idealnie, prawda?  Tak jej się wydaje, tylko jak można być szczęśliwym, kiedy rozmowy z ukochanym ograniczają się do: proszę, kup ziemniaki, a w głowie kołacze się niebezpieczna myśl, że czegoś jej w życiu brakuje?

Na polecenie swojej szefowej z magazynu "Hot!" Kristy podejmuje się nie lada wyzwania: ma sprawdzić, czy ciesząca się wśród singli coraz większym uznaniem włoska "Akademia Miłości" to prawdziwa szkoła uczuć, czy też kolejna, tania agencja towarzyska zarabiająca na nieszczęściu samotnych ludzi. Kristy ma dowiedzieć się, czy zatrudnieni w niej Amore rzeczywiście proponują uczestnikom zapierające dech w piersiach wzloty uczuciowe, zdradzają jak kochać i uwodzić we włoskim stylu. Kobieta dostaje więc nową tożsamość i razem z bratem leci do magicznej Wenecji, żeby rozpocząć kilkudniowy kurs. Jak na złość, jej Amore zostaje wyjątkowy mężczyzna, któremu po prostu nie może się oprzeć. Czy Kristy w seksownym i pełnym pasji nauczycielu odnajdzie to, co umknęło jej w związku z Joem, czy może przeciwnie: zajęcia sprawią, że zrozumie i zaakceptuje, na czym polega prawdziwa miłość? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie tylko w "Akademii Miłości".

Bardzo rzadko kończąc lekturę mam nieodparte wrażenie, że jeszcze do niej wrócę. Zwykle urzeka mnie język albo fabuła, ale wiecie co? W tym przypadku jest zupełnie inaczej. Zapowiedź na okładce wskazuje na to, że czytelnik dostanie kolejną komedię romantyczną, którą przeczyta i... tyle. Jakże mocno można się zdziwić, kiedy w trakcie lektury okazuje się, że ten utwór przesycony jest wieloma radami i wskazówkami, które (odwołując się do mojej wiedzy z psychologii) naprawdę mają rację bytu, a w dodatku są przemycone do fabuły tak sprawnie, że nie rażą, ale prowokują do zastanowienia się nad sobą i swoimi związkami. To naprawdę coś wyjątkowego. Dostajemy mnóstwo skrzętnie przemyconych rad, chociaż  nie czytamy podręcznika akademickiego, ani jakiegoś taniego poradnika. Czy to nie zakrawa o mistrzostwo? No bo czy każdego z nas nie dręczą pytania o to, czy wszyscy kochamy tak samo, albo czy romantyzm ma rację bytu w wieloletnich związkach? Czy nie zastanawiamy się nad tym, o co tak naprawdę chodzi w tym, że to my mamy postrzegać świat romantycznie, a nie partner przygotowywać dla nas pełne kwiatów i czekoladek kolacje? I w końcu, czy można kochać więcej niż jedną osobę, a miłość może tak po prostu się wypalić? 

Sami widzicie. Po "Akademii Miłości" ma się mnóstwo pytań i jeszcze więcej odpowiedzi. To piękna książka, którą czyta się z dużą przyjemnością, choć język i fabuła nie są zbyt wymyślne. Belinda Jones pozytywnie mnie zaskoczyła i jestem pewna, że rozpocznę niedługo poszukiwania kolejnych książek jej autorstwa. Może dlatego, że cenię sobie romantyzm? Albo dlatego, że mam duszę marzycielki? Nie istotne. Jeśli chcecie inaczej popatrzeć na miłość, zachęcam was do lektury tej powieść. A nóż, któraś z rad trafi do was na tyle mocno, że dzięki niej uda wam się coś w sobie zmienić?


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: