wtorek, 28 lipca 2015

"Cofnąć czas" 
Samanthy Young


"- Więc można cię nazwać bohaterem, Cole'u Walkerze? 
- A kogo właściwie można nazwać bohaterem? 
- Myślę, że kogoś, kto ratuje ludzi. 
- Tak, to słuszna definicja. 
- Czyli ratujesz ludzi? 
- Mam dopiero piętnaście lat. Daj mi szansę."

Samantha Young jest bardzo popularną, szkocką autorką bestsellerów "New York Timesa" i nie tylko. Odkąd stworzyła nasiąkniętą wyrafinowanym erotyzmem serię o grupie znajomych, którą zapoczątkowało "Wbrew zasadom", jej książki opublikowano w ponad trzydziestu krajach na całym świecie. "Sztuka uwodzenia" i wspomniana wcześniej powieść zostały nawet nominowane do Goodreads Choice Award. Autorka jest niedościgłym wzorem w kreowaniu romantycznych, choć trochę pikantnych scen miłosnych. Na okładce jej najnowszej powieści czytamy, że "Urzekające pary i wciągające historie  ich miłości sprawiają, że czytelniczki kochają jej książki!" i ja się w pełni z tym stwierdzeniem zgadzam . To jedna z tych pisarek, po które sięgam w ciemno i wiem, że nigdy się nie zawiodę. 

Shannon MacLeod od zawsze przyciągała niewłaściwych mężczyzn. Właściwie, jeśli by przeanalizować jej życie, to brnęła od jednego toksycznego związku do drugiego. Dopiero po chwili poważnego niebezpieczeństwa i obfitujących w duże nieszczęście konsekwencjach, przyszło na nią otrzeźwienie. Obiecała sobie trzymać się z daleka od mężczyzn, a już na pewno chamsko podrywających ją playboyów. Los chciał jednak inaczej. Zaczynając nowe życie rozpoczyna pracę w studiu tatuażu, w którym pracuje również chłopak, którego poznała, mając piętnaście lat. Choć zamienili wtedy ze sobą zaledwie kilka zdań, nigdy nie udało jej się o nim zapomnieć. Niestety, Cole uosabia wszystko, przed czym Shanonn chce uciec. Jest niezwykle przystojny, czarujący i pewny siebie, a w dodatku tworzy prawdziwe dzieła sztuki. Chociaż pod tą powierzchowną otoczką kryje się prawdziwa głębia i wielkie serce, Shannon nie potrafi w to uwierzyć. Swoim asekuranckim zachowaniem wystawia ich relację na wielką próbę i, być może bezpowrotnie, łączy więź opartą na zaufaniu, którą Cole z takim trudem budował... 

"Cofnąć czas" to jedna z bardziej klimatycznych książek, jakie ostatnio przeczytałam. Chociaż poprzednie książki tej autorki były wspaniałe, ta zdaje się bić je na głowę właśnie unikatowym klimatem, jaki udało jej się stworzyć. Czytając ten utwór czytelnik niemalże czuje zapach papierosów unoszących się w mrocznym studiu tatuażu, w którym, w pocie czoła, pracują prawdziwi artyści, a na ludzkich ciałach powstają wyjątkowe dzieła sztuki. Słyszy brzęczenie narzędzi do tatuażu i razem z bohaterami daje się porwać w sidła namiętności. Chociaż nigdy nie myślałam, że zapałam sympatią do takiego miejsca, a tym bardziej rozsmakuję się w świecie tatuażu, muszę przyznać, że mocno się myliłam. Jeśli ktoś, a w tym wypadku Young, zrobi z niego niemalże sacrum i wkomponuje w ten mrok przepiękną i dobrze skonstruowaną powieść, człowiek jest w stanie odrzucić swoje "nigdy".

Shannon i Cole to ludzie mocno poharatani przez życie, którym nie łatwo jest się odnaleźć we współczesnym świecie, przez co oboje zakładają na twarze rozmaite maski. Ona nie jest lodową księżniczką, za jaką chce uchodzić, a jemu daleko do miana aroganckiego playboya, którego stara się zgrywać. "Cofnąć czas" to nie tylko smaczna powieść erotyczna, ale książka o walczeniu z duchami przeszłości, które często nie pytając o zdanie przejmują władzę nad naszym zachowaniem i o szukaniu prawdziwej miłości oraz nieustannej wierze w to, że mimo wszystko, ona gdzieś tam jest. To książka o błędach, które popełniamy w młodości, a które oddziałują potem nie tylko na nas, ale i naszych najbliższych i o trudnych wyborach. A w końcu to opowieść o rodzinie, która nie zawsze jest taka, jak byśmy sobie tego życzyli. Wszystkie te ważne tematy, których chwyta się autorka sprawiają, że "Cofnąć czas" nie jest tylko kolejną, głupiutką powiastką o miłości, ale książką o czymś znacznie więcej. Ogrom perfekcyjnie skomponowanych relacji, w jakie wpleceni są główni bohaterowie i dyskretnie płynące z nich morały, z pewnością sprawią, że wiele czytelniczek wyciągnie z niej o wiele więcej. 

Samantha Young kolejny raz dała popis swoich umiejętności w tworzeniu realistycznych i wyjątkowych bohaterów. Ich kreacja są tak żywe, że momentami czytelnikowi wydaje się, że czyta nie o fikcyjnych, ale prawdziwych ludziach. Jej płynna, wartka i dobrze prowadzona narracja odkrywa przed nami najbardziej mroczne zakamarki psychiki bohaterów, dawkując napięcie tak fenomenalnie, że jej książki pochłania się, nie czyta, przerzucając strony z porażającą wręcz prędkością. Niemalże samemu jest się zagubioną i pełną lęków Shannon pałającą trudnym do opisania uczuciem do boskiego Cole. Pisałam to już kilkakrotnie, ale to właśnie dobrze wykreowani bohaterowie i pełna tajemnic, świetnie skonstruowana fabuła są w moim odczuciu największymi zaletami książek Young. Nie mówiąc oczywiście o opisach scen erotycznych. Te w tym wypadku bronią się same, musicie mi wierzyć na słowo. 

Podsumowując, jeśli w tę brzydką, wakacyjną pogodę szukacie lektury, która nie tylko was rozbawi, ale wniesie do waszego życia także "coś więcej", powinniście rozejrzeć się za "Cofnąć czas" Samanthy Young. To książka, w której wszystko jest doskonale wyważone, a bohaterowie nad podziw prawdziwi. Nie jest głupia i oczywista, ale pełna emocji i wzruszeń. Ta książka pochłania i do głębi wciąga w swoje mroczne sidła. Daję głowę, że nie jedna z was zakocha się w czarującym tatuażyście, Cole'u Walkerze. A która z pań nie marzy o letnim, literackim romansie? 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 






piątek, 24 lipca 2015

Wywiad z Małgorzatą Sobieszczańską


Witam serdecznie, pani Małgorzato, jest mi niezwykle przyjemnie gościć Panią na swoim blogu. Pierwsze pytanie właściwie nasuwa się samo: Jak to się stało, że zaczęła Pani pisać?

Pisałam właściwie zawsze, zaczęło się od opowiadań, które spisywałam w dzieciństwie, więc trudno mi złapać ten jeden moment, gdy pomyślałam: od teraz będę pisać. Zmieniały się formy: pisałam artykuły, recenzje, wiadomości, potem były scenariusze, a teraz powieści.

Jedni podczas pisania muszą siedzieć z nogami w wodzie, a inni zajadają żelki. A u Pani? Ma Pani swoje rytuały?

Oczywiście! Zwłaszcza na początku pisania, gdy jeszcze nie wiem, o czym tak naprawdę będzie historia. Wypijam litry kawy, wypalam dziesiątki papierosów, chodzę na długie spacery, a kiedy zaczynam pisać, muszę być sama w swoim pokoju. Ale muszę spróbować z tymi nogami w wodzie, na to jeszcze nie wpadłam.

Pani Małgorzato, w notce biograficznej na lubimyczytać.pl przeczytałam, że jest Pani mocno związana również ze środowiskiem filmowym. Czym różni się tworzenie scenariuszy od pisania książek? I co w Pani odczuciu jest łatwiejsze, bardziej przyjemne?

Scenariusz to generalnie materiał do pracy na planie: dla reżysera, aktorów, operatora, scenografa, rekwizytora, charakteryzacji… Scenarzysta odpowiada za historię i bohaterów, potem każdy wnosi w opowieść swoją wyobraźnię, swój sposób widzenia świata. Więc film to wypadkowa spotkania wszystkich, którzy brali udział w jego tworzeniu. Natomiast pisząc książkę, sama odpowiadam za wykreowanie całego świata.
Nic nie jest łatwiejsze, bo pisanie w ogóle nie jest łatwe. To niekończąca się walka o to, by jak najlepiej opowiedzieć historię. A więc tak naprawdę nie ma znaczenia, czy będzie to scenariusz, czy powieść – obie formy są równie trudne.

Nie ulega wątpliwości, że w „Kilka dni lata” trochę Pani psychologizuje. Każda z bohaterek ma swoje problemy, skupia się Pani też na relacjach. Skąd czerpała Pani wiedzę i inspirację do pisania tej książki? Nie da się ukryć, że musiała być Pani do jej tworzenia niezwykle przygotowana.

Każda opowieść to połączenie obserwacji rzeczywistości z wyobraźnią piszącego. Zdokumentowałam czasy, w których dzieją się poszczególne historie, natomiast bohaterowie pochodzą całkowicie z wyobraźni. W pisaniu i w życiu najbardziej interesuje mnie człowiek. Oczywiście czytam sporo pozycji naukowych dotyczących psychologii, ale postępowanie bohaterów nigdy nie jest prostym odwzorowaniem opisanego przez psychologów schematu. Tego szukam w życiu.

Bohaterki, o których Pani pisze to postaci niezwykle dobrze wykreowane. Czytając „Kilka dni lata” miałam wrażenie, że mogłyby istnieć naprawdę. Bardzo ciekawi mnie, czy mają one z Panią coś wspólnego i która z nich jest Pani najbliższa?

Każda i żadna jednocześnie. Kiedy pisałam historię Amelii, ona była mi najbliższa. Ale potem pisałam historię Janiny i patrzyłam na Amelię jej oczami, a najbliższa stała się Janka. Podobnie było z Mają. Co więcej – tak samo musiałam zbliżyć się do Kostka, czy dziewięcioletniego Kuby. Tak więc chociaż starałam się być jak najbliżej każdego z bohaterów, żaden nie jest mną.

Pani książka to niewątpliwie świetny utwór o relacjach i rodzinie. W moim odczuciu to idealna powieść „na teraz”, ponieważ rodzina przechodzi swoisty kryzys. Coraz więcej rozwodów i coraz mniej ludzi wstępuje w trwałe związki. Dlaczego podjęła się Pani właśnie tego tematu? Czy miało to związek właśnie z tymi zjawiskami?

Nie myślałam w ten sposób. Chciałam opisać coś, co dla mnie jest ważne: problem z umiejętnością budowania relacji. Rodzina wydała mi się dla tego najlepsza.
Inspiracja, czyli to coś, co nas uruchamia do pisania, to ogromna tajemnica. Bardzo długo sami nie wiemy, dlaczego właśnie ta historia domaga się od nas napisania. Autor ogląda  historię od środka, czasami trafia w czas, czasami nie, to już nie zależy od niego. Autor pisze, czytelnicy interpretują.

Czy zgadza się Pani z przedstawionymi przeze mnie w pytaniu powyżej stwierdzeniami?

Statystyki mówią same za siebie, rośnie liczba rozwodów, spada liczba chętnych na małżeństwo. Przyczyny są bardzo złożone, myślę, że po prostu zmienia się model funkcjonowania społeczeństwa i dawna forma rodziny przestaje spełniać w nim swoją rolę. Świat zmienia się cały czas, natomiast ludzie i ich podstawowe potrzeby – bezpieczeństwa, akceptacji – pozostają takie same. Możemy tylko obserwować, co z tego wyniknie.

Wiele bloggerek w swoich recenzjach pisze o tym, że w „Kilka dni lata” odwołuje się w pewien sposób do schematu: trzy pokolenia kobiet i ich problemy. Czy nie bała się Pani, że z tego powodu Pani książka zginie wśród innych tego typu pozycji? (choć po lekturze doskonale wiem, że tak nie jest) Czym Pani książka wyróżnia się od innych utworów z tego gatunku?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nie czytałam innych książek, mających podobny schemat. Ale wiem, że są. Pisałam tak, jak czułam, nic więcej zrobić nie mogłam. Natomiast o to, by książka nie przepadła, dba pani Aleksandra Surdykowska z Wydawnictwa Literackiego, mam poczucie, że jestem w naprawdę świetnych rękach.

Nie ulega niczyim wątpliwościom, że „Kilka dni lata” to jedna z najlepszych książek tego roku i postawiła sobie nią Pani poprzeczkę bardzo wysoko. Czy odczuwa Pani z tego powodu swoistą presję? Że następną musi Pani co najmniej jej dorównać?

Następną na szczęście już napisałam. I jest zupełnie inna niż „Kilka dni lata” i „Z ostatniej chwili”, moja poprzednia książka. To klasyczny kryminał, myślę, że lżejszy niż poprzednie powieści.
Będę pisać, dopóki będę miała historie do opowiedzenia – bez myślenia o tym, czy będą lepsze. Piszę o tym, co mnie dotyka, co dla mnie jest ważne, mając jedynie nadzieję, że może to okazać się istotne również dla kogoś jeszcze. Gdybym pomyślała, że chcę napisać coś, co będzie lepsze, nie napisałabym ani jednego zdania.
Ale cieszę się bardzo, że książka Pani się spodobała.

Co jest dla Pani ważniejsze: zachwyt czytelników czy opinie krytyków?

Przecież krytycy to również czytelnicy! Każdy odzew jest dla mnie równie ważny. Bo książka to pośrednik w spotkaniu dwóch osób: autora i czytelnika. Z ogromną ciekawością słucham i czytam opinie po lekturze, każdy przecież filtruje tę opowieść przez siebie, swoją wrażliwość, doświadczenia i każdy dostrzega w niej coś innego. Książka jest więc dla mnie punktem wyjścia do spotkania z drugim człowiekiem.

Czy ma Pani już jakieś literackie plany na przyszłość? Mogłaby Pani nam co nieco na ten temat zdradzić?

Zawsze coś piszę, ale nigdy nie wiem, o której z tych pozaczynanych opowieści powiem w końcu, że jest napisana. Ale piszę, więc mam nadzieję, że którąś uda mi się zakończyć. Więcej nie mogę zdradzić, żeby nie zapeszyć.

A na zakończenie mam do Pani wielką prośbę. Czy mogłaby Pani zachęcić czytelniczki do lektury „Kilku dni lata”?

To trudne zadanie! Może tak: jeżeli chcecie poznać nowych ludzi: Amelię, Janinę, Maję, Kostka i Kubę, pobyć z nimi w ich szczęśliwych i trudnych chwilach, przyjrzeć się łączącym ich relacjom, szukać z nimi przyczyn, dlaczego te więzi wyglądają tak, jak wyglądają, zapraszam do sięgnięcia po książkę.

Pani Małgorzato, bardzo serdecznie dziękuję za Pani chęci i czas włożone w odpowiedzi na moje pytania. Niezwykle miło było mi gościć Panią na moim blogu i nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Pani dalszych sukcesów literackich. Wszystkiego dobrego!

Dziękuję, mi również było bardzo miło, i także życzę powodzenia.


poniedziałek, 20 lipca 2015

„Robot w ogrodzie”
Deborah Install


„Kiedy mnie nie było, myślałem o tym, że powinienem się zmienić, żeby cię odzyskać. Ale potem[…] zrozumiałem, że jest już za późno. I uświadomiłem sobie, że chcę się zmienić wcale nie dla ciebie, ale dla samego siebie. […] Więc zrobiła się z tego całkiem inna sprawa: wyboru życia, na jakim mi zależy, oraz sposobu, żeby to zrealizować.”

Ben jest bardzo miłym i bardzo przyzwoitym facetem. Ma kochającą go żonę i sam mocno ją kocha, a przynajmniej tak im się wydaje. Amy wkurza się na Bena za to, że wciąż ucieka przed odpowiedzialnością, unika pracy, nie chce kontynuować nauki, nie kończy tego, co zaczyna, a na domiar złego, podczas gdy ona marzy o tym, żeby mieć dziecko, on nie chce o tym nawet słuchać. Zresztą, w jej oczach on wcale nie nadaje się na męża. Po co być z kimś takim?

Prawdziwy moment krytyczny w życiu tych dwojga nadchodzi wraz z niespodziewanym pojawieniu się w ich ogrodzie małego, zepsutego robota, Tanga. Podczas gdy Ben od razu nawiązuje z nim kontakt, Amy traci w końcu cierpliwość i… odchodzi. Porzucony Ben decyduje się  więc  zaopiekować robotem i naprawić jego uszkodzone części, co oznacza szaleńczą wyprawę niemalże na koniec świata. Dopiero ta niezwykła przyjaźń, jaka zrodzi się między tą dwójką uświadomi mu, co stracił i pozwoli zmierzyć się z bolesną przeszłością. A może też dostrzec to, czego zabrakło w jego relacji z żoną i zdecydować się to naprawić? Tylko czy nie będzie za późno? I czy znów nie będzie musiał wybierać między nią, a bezbronnym Tangiem?

Przyznam, że z początku podchodziłam nieco sceptycznie do „romantycznej książce o robocie”, ale te obawy okazały się być bardzo bezpodstawne. Deborah Install w „Robocie w ogrodzie” porusza sprawy i wartości, które, pomimo upływu czasu, są ważne dla każdego z nas, a dodatkowo wplata je w wartko poprowadzoną fabułę, która nie jednym może czytelnika zaskoczyć. Zarówno Ben, jak i Tang to niezwykle sympatyczne postaci, choć obaj są nieco zniszczeni. Tang mechanicznie, a Ben jest poharatany wewnętrznie. Ich przyjaźń wydaje się czytelnikowi być w pewien sposób magiczna, ponieważ w świecie luksusowych Androidów zniszczony robot, taki jak Tang, to po prostu przeżytek. Zamiast lecieć przez cały świat Ben mógłby go po prostu wyrzucić i sprawić sobie błyszczącego androida. Co więc w Tangu takiego wyjątkowego? Dlaczego mężczyzna uznaje, że jest on wart aż takiego poświęcenia? I dlaczego rodzi się między nimi aż tak niewytłumaczalnie silna więź? Tego powinniście dowiedzieć się sami, ale zdradzę wam, że odpowiedzi na te pytania są nieco zaskakujące.

 Choć trochę obawiałam się  również o to, jak autorce uda się skonfrontowanie świata ludzi ze światem sztucznej inteligencji, wy nie powinniście zastanawiać się nad tym ani chwili. „Robot w ogrodzie” to mądra i przepiękna powieść o dojrzewaniu, rozliczaniu się ze swoją przeszłością i błędami, a także ponownym ustawianiu swoich priorytetów. To książka tak ludzka, że aż zapiera dech. Ukazuje nie tylko przyjaźń, ale także i proces przemiany pogubionego człowieka znajdującego się w przełomowym momencie swojego życia. Czasem potrzeba przecież przysłowiowego kopa, albo chociaż delikatnego popchnięcia. Wydaje mi się, że Benem w pewien sposób mógłby być każdy z nas, a Tangiem mógłby być każdy inny człowiek. Codziennie natykamy się przecież na swoich Tangów, choć może nie zawsze potrafimy to dostrzec.


Dobrze opowiedziana i przepiękna powieść o robocie z pewnością poruszy wasze serca i skłoni do zastanowienia się nad sobą oraz swoimi wyborami. Zastanawiając się nad tą lekturą po jej zakończeniu nie mogę się pozbyć wrażenia, że to utwór ponadczasowy, który kryje w sobie nie jedno, a nawet nie dwa dna. W niej nie chodzi tylko o robota. Ani o Bena. To książka, w której chodzi o o wiele więcej. O miłość, przyjaźń i zmianę samego siebie. Mam nadzieję, że i wy dostrzeżecie w niej te kolejne dna, a może nawet zapragniecie coś w sobie zmienić?  To wzruszająca i moralizatorska powieść, od której nie można się oderwać. Polecam z całego serca. Moje nadal bije dla niej trochę szybciej.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 




środa, 15 lipca 2015

"We dwoje" -
Katarzyna Woźniczka 


Choć media zarzucają nas obrazkami zakochanych w sobie ludzi i szczęśliwych związków, wiadomo nie od dziś, że bycie razem to nie tylko chwile pełne euforii. Czasem pojawiają się smutki, złości i łzy. Bajka pryska na rzecz szarej, ponurej codzienności. Ukochany odchodzi i nagle zaczyna brakować nam sensu. Przestajemy mieć dla kogo żyć i usychamy z powodu braku miłości. "We dwoje" to książka właśnie o tym. 

Pełna optymizmu, młoda Karolina to kobieta, która miała u swoich stóp cały świat. Kochający mąż, świetna praca, stabilna sytuacja finansowa (co na współczesnym rynku pracy jest przecież dość trudne do osiągnięcia). To wszystko sprawiło, że bez jakichkolwiek obaw podjęła decyzję o zajściu w ciążę. Czuła, że los jej sprzyja, dlatego nie przejmowała się spotykanymi na tej drodze niepowodzeniami. Maleństwo miało ożywić jej doskonały świat i z pewnością tak by się stało, gdyby nie fakt, że idealne życie jej małżeństwa pewnego lipcowego dnia rozpadło się na drobne kawałki. Po raz pierwszy w jej życiu coś poszło nie tak i kobieta zaczęła tracić grunt pod nogami. W jej poukładany dotąd świat wkraczają nowi ludzie, a inni zaczynają z niego odchodzić. Wszystko wydaje się być przeciwko niej. Karolina jest pełna przerażenia i mocno zagubiona. Nie umie odnaleźć się w nowej sytuacji, a musi walczyć o to, by stworzyć bezpieczną przyszłość noszonemu pod sercem synkowi. Cała ta fatalna sytuacja doprowadza ją do tego, że oddaje stery swojego życia bliskim. Tylko, czy to jeszcze jest życie, czy już wegetacja? 

"We dwoje" to niezwykle życiowa i wzruszająca historia, podczas lektury której czytelnik przeżywa bardzo szerokie spektrum emocji. Od euforii i szczęścia, przez ogromny smutek i żal, aż do marazmu oraz walki i mobilizacji. Historia walecznej Karoliny to tak jak samo życie opowieść pełna niespodziewanych zwrotów akcji i ludzkich dramatów, z których bardzo ciężko się podnieść. Ile prawdziwych kobiet zostaje nagle same z małym dzieckiem i nie wie, co ze sobą zrobić? Ile matek prawdziwie cierpi z samotności i niemożności, nie potrafiąc wziąć się w garść i zawalczyć o odzyskanie dawnej równowagi oraz spokoju. Wydaje mi się, że bardzo ciężko jest pisać o temacie, którego podjęła się autorka, ponieważ są to sprawy bliskie każdemu z nas. Jeśli nie osobiście, to chociaż pośrednio stykamy się z sytuacjami, w których ktoś w jednym momencie traci dosłownie wszystko. Wali się cały jego świat. Ale czy umiemy takim ludziom pomóc? Przecież sami na pewno oczekiwalibyśmy na ich miejscu pomocy. Dlaczego biernie patrzymy na ich walkę, zamiast w jakikolwiek sposób się zaangażować? 

Jeśli chodzi o techniczne aspekty tej powieści, to czyta się ją bardzo płynnie, choć wydaje mi się, że w obliczu poruszanego przez autorkę tematu oraz bardzo emocjonalnego sposobu, w jaki nam go przedstawia, nie ma to jakiegokolwiek znaczenia. Jest to bardzo poprawna językowo książka, którą czyta się z ogromną przyjemnością. 

Podsumowując, jeśli macie dość niewymagających, letnich propozycji, powinniście koniecznie sięgnąć po "We dwoje". To utwór, który rozłoży was na łopatki ukazując jedynie brutalną rzeczywistość, z którą dzień w dzień spotykają się dziesiątki samotnych kobiet. To książka o walce o lepsze życie, przeżywaniu tragedii oraz ponownym stawaniu na nogi.  Mam wrażenie, że powinna ją przeczytać każda kobieta. Polecam z czystym sercem. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


wtorek, 14 lipca 2015

"Kilka dni lata" 
Małgorzaty Sobieszczańskiej


Mówi się, że nie daleko pada jabłko od jabłoni, ale czy zastanawialiście się kiedyś, ile w tym powiedzeniu jest prawdy? Czy rzeczywiście jesteśmy tacy, jak nasi rodzice? Czy nieświadomie naśladujemy ich zachowania, postawy i gesty? A może to wszystko tylko mit? Pusty banał bez pokrycia?  Czy to tylko geny, czy może aż geny?

Jak by finalnie nie było, w powieści "Kilka dni lata" Małgorzaty Sobieszczańskiej, mowa jest właśnie o tym. To na te pytania szukają odpowiedzi bohaterki tej książki. To właśnie o kobietach nieświadomie popełniających te same błędy opowiada autorka. Sprawdźmy, jakiej odpowiedzi na te pytania nam udzieli... 

Maja to kobieta po trzydziestce, która rok temu się rozwiodła. Choć uczęszczała z tego powodu nawet na terapię, nie potrafi pogodzić się ze stratą ukochanego i każdego popołudnia wystaje pod jego blokiem chcąc sprawdzić, czy wraca sam, czy z kobietą. Tymczasowo razem z synem pomieszkuje u rodziców, gdzie jej losy krzyżują się z historią babci Amelii oraz matki Janiny. Podczas gdy ta druga jest zmęczona i sfrustrowana opieką nad chorą matką, ta pierwsza cierpi na samotność. Od niepamiętnych czasów żyje bardziej przeszłością, niż teraźniejszością i boleje nad tym, że nie ma komu o niej opowiedzieć. Jedynym powiernikiem wydaje jej się być prawnuczek, ale on też zawodzi, ponieważ nie za bardzo interesuje go zakazana miłość i niechciane małżeństwo. Choć wszystkie trzy kobiety mieszkają razem, wcale nie wydają się być rodziną. Ich relacje są powierzchowne i dopiero pogrzeb babci Amelii sprawia, że matka z córką zaczynają spędzać ze sobą trochę czasu, a nawet więcej! Udają się do mieszkania zmarłej, żeby tam odkrywać tropy pozostałe po jej dawnej miłości. Ale czy ta historia sprawi, że uda im się uporządkować własne życia? Czy historia z przeszłości może w jakikolwiek sposób wpłynąć na pełną problemów teraźniejszość? 

"Kilka dni lata" to skomplikowana saga rodzinna przedstawiająca losy trzech pokoleń kobiet, które mają problem nie tylko same ze sobą, ale i ze relacjami. W życiu każdej z nich jest coś, co po prostu nie wyszło. U jednej jest to rozwód, u drugiej niespełniona miłość i dotkliwa samotność, a u trzeciej przemęczenie i żal. Czytając ten utwór miałam wrażenie, że opowiada on historię nie jednej polskiej rodziny. Sobieszczańska trafiła z tym tematem niemalże w punkt. W świecie, w którym rodzice oddalają się od dzieci, a dzieci nie rzadko stają przeciw nim, powinno się pisać właśnie o tragicznych skutkach tego zaniku rodzinnych więzi. O tym, że bardzo często nie wiemy nic o osobach, z którymi dzielimy nie tylko dach nad głową, ale i własną codzienność. Bohaterki "Kilku dni lata" właśnie z tym muszą się mierzyć. Z brakiem bliskości i miłości. Dopiero pogrzeb jednej z nich i nieopowiedziana nigdy historia pewnej miłości, sprawiają, że zaczynają inaczej patrzeć na otaczający je świat. Ale nie na każdego z nas czeka taka historia. Wiele rodzin nigdy nie dostanie swojej wielkiej szansy. Czy można jeszcze jakoś temu zapobiec? 

Maja Sobieszczańska napisała mądrą i ważną powieść, która, w moim odczuciu, pod względem tematyki i sposobu jej przedstawienia jest po prostu świetna. To genialny utwór o tym, że nieraz można zmienić strasznie dużo zmieniając bardzo niewiele i nie zatracając przy tym siebie samego. To książka z przesłaniem i o mądrości przeszłych pokoleń, która uczy doceniać każde najmniejsze szczęście. Niestety, jest też jedno ale. Nie zachwycił mnie ciężki styl, którym posługuje się autorka. Zabrakło mi w nim płynności i świeżości. Być może to przez nagromadzenie imion i małą liczbę zaimków? Albo specyficzną konstrukcję zdań?  A może stosunkowo małą liczbę realistycznych dialogów? Ciężko mi jednoznacznie wskazać, ale nie ma przecież tego złego, co na dobre by nie wyszło. Czy ten utwór nie byłby zbyt idealny, gdyby wszystko w nim było po prostu perfekcyjne? 

Podsumowując, autorka zaserwowała nam problematyczny utwór niosący za sobą ważne przesłanie. Wykazała się ogromną wnikliwością i zdolnością obserwacji czyhających w naszym społeczeństwie pułapek. Wspaniale wychwyciła odchodzenie od kolektywizmu na wzór zachodnich trendów, ale wskazała też, jak można by temu zapobiec. Podkreśliła, jak ważna jest rodzina i że nie daleko spada jabłko od jabłoni. Czytałam tę lekturę z dużą przyjemnością i mocno wam ją polecam. Ukazane w niej wartości nigdy nie przestaną być aktualne. To książka właśnie na teraz. Na wczoraj, na dziś i na jutro. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 




poniedziałek, 13 lipca 2015

"Uroczysko" M. Kordel
- nie wyobrażam sobie
wakacji bez tego miejsca 


Cóż, we wstępie powinnam chyba napisać, że od lat jestem wielką fanką Pani Magdaleny Kordel, a moja miłość zaczęła się właśnie od "Uroczyska", które w te wakacje zostało wznowione przez wydawnictwo Znak. Od tamtej właśnie chwili z niecierpliwością czekam na kolejne utwory, które wyjdą spod pióra tej autorki. A może bardziej adekwatnie byłoby napisać, że spod jej stukajacych w klawisze palców. Jak by tego jednak nie nazwał, "Uroczysko" to książka, którą oceniam 11/10, a Malownicze, miasteczko położone u podnóża Sudetów, to już praktycznie mój trzeci dom. 

"- Wiesz co, moja nowa ciociu? - zagaiła Anielka, schodząc po schodach. - Masz straszny bałagan w domu. Czy ty aby nie jesteś brudafonem? [...] 
- Brudafonem? A kto to taki? - udałam, że się nie domyślam, o co chodzi. 
- No, ktoś taki jak ty - wyjaśniło ufnie dziecko. - Kto rzuca rzeczy na podłogę, nie zmywa garnków i trzyma śmiecie pod łóżkiem. Bo wiesz, ja u cioci Łucji widziałam taką panią, która może ci pomóc. [...] 
- W telewizji - sprecyzowała Anielka. - Jest taka pani, do której można się zgłosić, jak się chce być perfekcyjną panią domu. Ona zaprasza te panie do siebie, puszcza im film, na którym są ich brudne domy, one płaczą i obiecują sprzątać. Czy ty też, moja nowa ciociu, będziesz wtedy płakała?" 

Majka traci grunt pod nogami. Nie dość, że jej mąż okazał się zdradzieckim potworem, to jeszcze nabrał kredytów bez jej zgody, a jego firma upadła i komornik zabrał im dom pozbawiając dachu nad głową nie tylko ją, ale i jej nastoletnią córkę. Jedyne, co wydaje się jej w tym momencie słuszną decyzją, to ucieczka do położonego w Sudetach domu ciotki. Majka chce odpocząć, odciąć się od całego tego szaleństwa i zebrać siły do dalszej walki z Igorem. Chociaż zupełnie się tego nie spodziewała, na szalonej i tętniącej życiem wsi, w towarzystwie rodziny, przyjaciół, uratowanego psa, krowy i wielu, wielu innych, na nowo zaczyna układać sobie życie. Chociaż pełne jest szaleństw i komicznych sytuacji i  nie jest tak, jak sobie wyobrażała, Majka odnajduje w Malowniczym swój nowy dom. Właściwie, to nie tylko dom. Ale tego powinniście dowiedzieć się już z książki... 

"Uroczysko" to komediowa powieść obyczajowa rozpoczynająca niezwykłą, literacką przygodę z niezwykle urokliwym miasteczkiem i wyjątkową społecznością, do której nie można nie zapałać sympatią. Opisane przez panią Magdalenę górskie szklaki, drewniane domy, a przede wszystkim ogrom ukrytego w nich serca od lat biorą w swoje posiadanie stada czytelniczek. Która z nas nie marzy o ucieczce od "tego wszystkiego" do świata, w którym na problemy patrzy się jakoś tak zupełnie inaczej, pomimo tego, że roją się nad głowami bohaterów jak pszczoły? "Uroczysko" to pierwsza taka podróż. Niezwykle emocjonalna i przyjemna, a w dodatku można odbywać ją bez wychodzenia z domu i ciepłego łóżka. To książka wnosząca do życia odbiorców ogrom swoistej magi, optymizmu i dobrej zabawy, w której czytelnik zatraca się bez reszty. 

Jeśli chodzi o bardziej techniczne elementy tej książki, też jest dobrze. Bohaterowie są żywi i wyraziści, a przede wszystkim tacy sami jak my. Majka jest normalną kobietą, a mimo tego marzy się o tym, by być taką jak ona. Akcja jest zwariowana, ale klarowna, a emocje i przekaz wyjątkowo prawdziwe. Mimo tego, że czytam ten utwór już któryś raz nadal śmieję się z powiedzonek kilkuletniej Anielki i bujnych miłości córki Majki, Marysi. Język, choć nie bardzo bogaty, jest prosty i idealnie nadaje się do oddania małomiasteczkowego klimatu. Mieszkam na wsi, więc coś o tym wiem. Jedyne, co można by "Uroczysku" zarzucić to przewidywalna fabuła, ale ona własnie taka musi być. Właściwie, to jest ona nawet zaletą twórczości pani Magdaleny. Pokazuje, jak wiele niesamowitych historii można stworzyć wokół jednego schematu. W tym wypadku świadczy to o jej geniuszu, a nie jego braku. 

To, co najbardziej lubię w twórczości pani Magdaleny to to, że w jej książkach zawsze wygrywa miłość, rodzina i dobro. Niepodważalne, fundamentalne wartości, bez których nie sposób się obejść. Bez cienia wątpliwości stwierdzam, że Malownicze to mój trzeci dom. Każda wyprawa do niego obfituje w ogrom komicznych sytuacji, ciepłą herbatę i pełen uśmiechu odpoczynek. Uwielbiam stworzonych przez autorkę bohaterów i śmiało nazywam ich swoimi przyjaciółmi. To książka, dzięki której taki mól książkowy jak ja, zakochał się w literaturze. Wakacje? Niezależnie od pogody tylko w "Uroczysku"!


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


piątek, 10 lipca 2015

Wyniki konkursu
#prawdziweobliczeraju 

Witajcie! W ten deszczowy dzień spieszę do Was z przebłyskiem słońca. 
Mam przyjemność poinformować, że książkę T. Valko "Miłość na Bali" wygrywa pani Iwona P. 
Bardzo proszę o wiadomość z adresem do wysyłki książki, 
a wszystkim uczestnikom bardzo serdecznie dziękuję za udział. :) 

środa, 8 lipca 2015

"Utracona i odzyskana"
- recenzja 


Zdarzają się historie miłosne, które aż proszą, by je opowiedzieć. Jest w nich niesamowita magia, coś klimatycznego i wyjątkowa szczerość. Nie spłaszczają tego uczucia do powierzchownej cielesności, którą tak namiętnie zachwyca się współczesny świat. Zdarzają się historie miłosne, które aż proszą, by je przeczytać. Właśnie taką opowieścią jest "Utracona i odzyskana" Lucy Folowey. To książka, obok której nie powinno się przejść obojętnie. 

Lucy Foley studiowała literaturę angielską i została redaktorką. Mieszka w Londynie, jej pasją są podróże. Ta miłość ma swoje odzwierciedlenie również na kartach jej powieści. "Utracona i odzyskana" to jej literacki debiut, który okazał się być niezwykle udany. Do tej pory przetłumaczono go na 14 języków. W moich oczach już sam ten fakt świadczy o jakości tej książki. 

W ręce młodej Kate trafia niezwykły rysunek. Tuż przed śmiercią babcia przekazuje jej obraz jej biologicznej babki. Podobieństwo między nią, a Kate jest po prostu uderzające. Okazuje się, że autorem rysunku jest bardzo znany malarz, Thomas Stafford. Popychana ciekawością dziewczyna decyduje się go odnaleźć i odkryć rodzinną tajemnicę. Nie jest to jednak proste. Mieszkający na Korsyce Tom, choć uważa się za odludka, decyduje się zaprosić do siebie Kate i opowiedzieć jej historię swojej miłości, która rozegrała się niemalże pół wieku temu. Dziewczyna poznaje więc historię prawdziwej babki, Alice. Niegdyś pięknej i pewnej siebie kobiety oraz zakochanego w niej studenta prawa, który marzył skrycie o tworzeniu wielkich dzieł. Stafford otwiera się przed Kate i mówi jej o tym, jak przez lata odnajdywał i tracił swoją ukochaną. Opowiadana przez niego historia sprawia, że Kate zaczyna pałać ogromną sympatią do nieznanej kobiety, a przy tym jego wnuka, Olivera. Losy Alice urywają się jednak w kulminacyjnym momencie. I tu górę nad Kate bierze ciekawość. Kolejne tropy prowadzą do Nowego Yorku. Czy dziewczyna postawi wszystko na jedną kartę i postanowi odnaleźć babkę? Czy odkryje zakończenie tej niezwykle romantycznej, rozgrywającej się w czasach wojny, historii? I co wniesie ona do jej własnej, prywatnej historii? 

Historia opowiedziana przez Foley to historia pełna niezwykłego uroku i piękna. Przypomina mi trochę opowieści Sparksa i Jio, które darzę ogromnym sentymentem. Choć dotyka również mrocznych stron natury człowieka, robi to w smaczny i wysublimowany sposób. Jest w pewnym sensie po prostu delikatna. Autorka opowiada słowami Stafforda niezwykle czarującą i piękną historię miłości, rozgrywającej się w XX wieku. Alice, młoda panienka z dobrego domu i aspirujący do miana malarza Tom to bohaterowie, których z miejsca obdarza się sympatią i ani przez chwilę nie przestaje się im kibicować. Chociaż ich związek nie jest usłany różami, a oboje podejmują również i błędne decyzje, kulisy związku tych dwojga to historia, którą śledzi się z zapartym tchem. Ich losy zaplatają się ściśle z losami wojny i choć obu im udaje się przetrwać, życie pisze swój własny scenariusz, który nie podoba się tak samo czytelnikowi, jak i im. Choć żyją z daleka od siebie, przez lata pozostają dla siebie najważniejsi. Niesamowita wierność ukazana w tym utworze nie jednego romantyka zwaliłaby z nóg. To dopiero jest wyraz miłości. 

To, co warte jest jeszcze podkreślenia, to przygotowanie autorki do tematu oraz styl, który przypomina mi delikatne, aczkolwiek stanowcze pociągnięcia i kreski wymalowane na bielusieńkim płótnie. W tej historii nie ma rzeczy nie przemyślanych, są tylko zaskoczenia. Nie ma braków i niedomówień. Wszystko jest jasne i klarowne. Nawet wojna i głośny świat sztuki przedstawione są w niezwykle realistyczny sposób, do tego stopnia, że czytelnik odnosi wrażenie, iż ta historia nie jest fikcją, ale opowieścią o losach prawdziwych ludzi zbudowanych z krwi i kości. Stworzenie tak realistycznej, plastycznej i dobrej technicznie książki na pewno nie jest łatwe. 

Podsumowując, "Utracona i odzyskana" to powieść, podczas lektury której świat zwalnia i górę nad czytelnikiem biorą zupełnie inne wartości. Widzimy w niej czystą, oddaną miłość, ogromne poświęcenie i wierność. Ta historia urzeka i to od samego początku. Pełna jest wzruszeń i wielobarwnych emocji. To opowieść, która chwyta za serce. Magiczna książka z motywem tajemniczego rysunku w tle. Polecam nie tylko wysublimowanym romantykom. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 



czwartek, 2 lipca 2015

"Ekstrakt z kwiatu orchidei" 
- recenzja 


Gdy świat wali nam się na głowę, trzeba brać sprawy w swoje ręce! 


Nie wiem czy w moim najbliższym otoczeniu są kobiety, które nie kochają, a przynajmniej nie lubią kosmetyków. Z każdej strony jesteśmy bombardowane informacjami o tym, że jeśli wetrzemy w siebie to lub tamto na pewno będziemy wyglądały lepiej. I to o niebo! Kobiety marzą o utopijnej wiecznej młodości i choć każda z nas wie, że nie da się zatrzymać tego, co ulotne, nie przestajemy próbować. Sięgamy po coraz to nowsze kremy i olejki wyczekując niesamowitych efektów. A co, gdyby ktoś powiedział wam, że istnieje prawdziwy eliksir młodości i trzy niezwykle silne kobiety są już o krok od jego wynalezienia?

Weronika Wierzchowska to autorka urodzona w mieście, która przez długie lata zatrudniona była w wielkiej korporacji jako chemiczka. Dopiero niedawno przerwała karierę, zrzuciła 30 kilogramów i wyprowadziła się na wieś. Obecnie zawodowo związana jest z małą, kameralną firmą kosmetyczną, w której zajmuje się wymyślaniem i wytwarzaniem kremów, żeli i serum odmładzających. Mówi, że wolny czas poświęca córce, domowemu kucharzeniu oraz grzebaniu w starych książkach, które bardzo kocha. Zamiłowanie do dawnych historii i wymyślania własnych próbuje połączyć, tworząc opowieści o życiu kobiet: tych współczesnych i tych żyjących w dawnych czasach. W moim odczuciu naprawdę nieźle jej to wychodzi. 

"Ekstrakt z kwiatu orchidei" to opowieść o trzech kobietach, które prowadzą niedużą firę kosmetyczną w odremontowanej XIX-wiecznej fabryce. Choć sukces Stelli (nazwa firmy) wydaje się być niemalże na wyciągnięcie ręki, okazuje się, że brutalny świat przemysłowych korporacji wcale nie jest usłany różami. Chociaż może w kontekście tej powieści bardziej właściwie byłoby powiedzieć orchideą. Okazuje się, że konkurencja nie śpi gdy pod wodzem młodych, a przede wszystkim dobrze obeznanych w kosmetyce kobiet wyrasta im pod nosem poważna konkurencja. Jak na złość każdą z bizneswoman zaczynają dopadać również prywatne problemy. Beata, "większa" szefowa odkrywa, że jest zdradzana przez męża. Jej młodsza siostra, Aneta powoli i biernie obserwuje rozpad swojego małżeństwa, a podpora całej firmy, Dorota zaczyna mieć poważne problemy z byłym mężem o dość psychopatycznej osobowości. Życie całej trójki chwieje się w posadach a jedynym lekiem na całe zło, zarówno w ich życiu zawodowym, jak i prywatnym, okazuje się być niedostępny ekstrakt z kwiatu orchidei... Wszystko to osadzone w kontekście pewnej mrocznej tajemnicy oraz okraszone nieco czarnym humorem. Jak tu nie dać skusić się tej propozycji? 

Muszę przyznać, że gdy tylko przeczytałam w zapowiedziach wydawniczych o książce Weroniki Wierzchowskiej od razu zapragnęłam ją przeczytać i  wybór ten okazał się być niezwykle trafiony. Autorka serwuje nam przemyślaną i dobrze napisaną powieść o trzech zupełnie innych bohaterkach połączonych przez niedostępny ekstrakt z kwiatu orchidei. Odnoszę wrażenie, że Weronika Wierzchowska ma ogromną wiedzę jeśli chodzi o konstrukcję fabuły jak i o kreację bohaterów. Życiorys i charakter każdej z kobiet skonstruowany jest w sposób niemalże perfekcyjny. (Podobnie zresztą jeśli chodzi o pobocznych bohaterów.) Są  to niezwykle realistyczne postaci zmagające się z bolesną przeszłością, pełną zmartwień (chociaż także komediowych sytuacji) teraźniejszością oraz niepewnie patrzące w przód. Czytelnik kibicuje wszystkim trzem, chociaż momentami nieźle też wkurzają i z zapartym tchem śledzi ich losy aż do ostatniej strony. 

Niezwykle interesujący jest również kontekst, w którym Wierzchowska osadziła swoją fabułę. Trochę mroczna tajemnica, której spodziewałabym się raczej w kryminale, a nie kobiecej powieści również działa hipnotyzująco i czytając tę powieść aż wyczekuje się na jej finał. To książka niezwykle dobra technicznie jak i zaskakująco satysfakcjonująca jeśli chodzi o treść.

"Ekstrakt z kwiatu orchidei" to kolejny dowód na to, że Polki potrafią pisać. I to zaskakująco dobrze! Takich książek na naszym rynku powinno być znacznie więcej. Zdecydowanie różni się ona od obyczajówek królujących w naszych księgarniach a na dodatek wszystko w niej jest smaczne i dobrze wyważone. (Chociaż chwilami ma się wrażenie, że niektóre zbiegi okoliczności są dosyć "magiczne" a autorka nieco popłynęła jeśli chodzi o splatanie się wątków.) To przyjemna, pachnąca orchideą powieść o losach trzech silnych kobiet, które pokazują, że najlepszym, co można zrobić w obliczu problemów, jest po prostu wzięcie się w garść i odważne stawienie czoła zagrażającemu niebezpieczeństwu. Polecam. To pozycja, na którą warto było czekać! 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 



środa, 1 lipca 2015

Premierowe świętowanie! 

Moi Drodzy, wybaczcie. Miała być dziś recenzja a jest świętowanie. 
Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. 


#prawdziweobliczeraju

A to moje pytania do autorki "Miłości na Bali": 
1. Dlaczego wybrała Pani taki, a nie inny styl? Stosowanie czasowników tylko w czasie teraźniejszym sprawia, że czytelnik może zapałać do niego niechęcią i utrudnia odbiór utworu. Dlaczego pisze Pani właśnie w ten sposób? 
2. W swojej książce pisze Pani o rzeczywistości, z którą spotyka się Pani na co dzień. Czy są w utworze jakieś wydarzenia, które miały miejsce na prawdę? 
3. Odsłania Pani przed nami mroczną twarz rajskiej wyspy. A jakie widzi w niej Pani elementy raju?