poniedziałek, 21 września 2015

"Nie tacy oni straszni"
Federica Bosco 



"Czasem nawet joga i buddyjskie mądrości nie są w stanie przywrócić ci równowagi…"

No nie! Jakkolwiek to nie zabrzmi i jakkolwiek przestałabym być z tego powodu autentyczna w swoich zachwytach, znowu się zakochałam. Znowu w książce, znowu w komedii romantycznej, ale w obliczu tego utworu po prostu inaczej nie można! Ja po prostu uwielbiam takie książki. Romantyczne i szalone. Nieprzewidywalne i wciągające, a przy tym niezwykle życiowe i pełne cennych rad. Momentami trochę smutne, ale jednak optymistyczne i radosne. Miód na moje serce. Czytając tę książkę śmiałam się w głos. Autentycznie i głośno, po prostu się śmiałam. A większej rekomendacji, kiedy poleca się komedię, to chyba wystawić  nie można. 


Cristina jest młodą i szczęśliwą dziewczyną, chociaż w jej przypadku te "szczęśliwą" to trochę pojęcie względną. No bo niby ma chłopaka, (chociaż jest on ogromnym fajtłapą i lepiej nie pokazywać się z nim publicznie), pracę (i to nie byle jaką, bo w telewizji), przytulne mieszkanie, kota z nadwagą (o jakże wymownym imieniu Krokiet) i trochę za bardzo ekscentrycznego brata bliźniaka. Tylko, że już dobę po tym, jak poznajemy Cristinę okazuje się, że tak naprawdę w jednej chwili zostaje pozbawiona tego wszystkiego a życie wymierza jej soczystego kopniaka. Chłopak znajduje sobie inną, Krokiet ucieka z domu, Cristina traci pracę i mieszkanie, a na domiar złego ląduje w szpitalu na płukaniu żołądka podejrzewana o próbę samobójczą, bo trochę przedawkowała walerianę! Gdyby tego było mało, po wyjściu z oddziału musi zamieszkać ze swoim stanowczo za bardzo zwariowanym bratem i rodzicami, którzy po czterdziestu latach małżeństwa nadal są na etapie mówienia do siebie: Pysiu i Kluseczko i obnoszenia się z uczuciami oraz traktowania Cristiny jak kilkuletniej dziewczynki. I jeszcze ten zabójczo przystojny młody pan doktor od płukania żołądka i fakt, że jest zajęty! I to nie przez byle kogo, ale przepiękną i mądrą Stefanię, lekarkę z tego samego szpitala.  Nie. Cristina na pewno nie jest szczęśliwa i nie ma co mówić tutaj o jakimś "pojęciu względnym". Chociaż właściwie... Czy mimo tego, że będąc reżyserką Cristina nie jest w stanie wyreżyserować swojego własnego życia, to ta jej sytuacja na dłuższą metę naprawdę będzie taka tragiczna? 

"Nie tacy oni straszni" to kolejna już komedia romantyczna, której autorka, żeby wciągnąć nas w wir niesamowicie zabawnych wydarzeń, sięga po utarty, ale sprawdzony schemat. I jak już mogliście wywnioskować z mojego zachwytu, w moich oczach robi to w sposób naprawdę udany, a wydaje mi się, że wychodzi jej to dobrze dlatego, że w tej książce, poza początkiem, naprawdę nic nie jest przewidywalne. Wydarzenia wykreowane przez autorkę są nieco przerysowane, owszem, to przecież komedia, ale  pozostają przy tym jednak bardzo autentyczne, co mocno mnie zaskoczyło. Spodziewałam się książki w stylu "Bridget Jones", ale "Nie tacy oni straszni" nie są ani  tak bardzo naiwni, ani tak bardzo infantylni. Chociaż Cristina może czasem wydawać nam się zagubiona albo głupiutka, powinniśmy popukać się w głowę i zastanowić, jak my zachowalibyśmy się mieszkając z jedzącymi sobie z dzióbków rodzicami, bratem-dziwolągiem, nie mając pracy, a do tego wpadając po uszy w fatalne zauroczenie zajętym lekarzem. W obliczu takich wydarzeń wcale nie jest się życiową niedojdą, o co pochopnie można by Cristinę oskarżyć, ale desperacko szuka stałego gruntu pod stopami. A że czasem wychodzi to w trochę zabawny sposób? I że nieszczęść spada jej przy tym na głowę jakoś tak wyjątkowo dużo? No i fajnie! Przecież śmiech to zdrowie. 

Takie książki jak "Nie tacy oni straszni" naprawdę chce mi się czytać, bo jestem prawdziwą fanką dobrych komedii romantycznych. Ciepłe i optymistyczne. Zwariowane i urocze. Takie trochę dotulające kiedy za oknem szaro i brzydko a w mediach trąbi się tylko o katastrofach i nieszczęściach. Napisane przyjemnym językiem, w których bohaterowie są wykreowani nader dobrze i dzięki temu nie jest trudno podążyć za ich zwariowanym tokiem myślenia. Trochę bajkowe, ale jednocześnie bardzo przyjemnie osadzone w naszej szarej i katastroficznej rzeczywistości. 

Nie dziwię się, że Włoszki pokochały tę książkę. Ja też ją pokochałam. A wiecie za co najbardziej? Za to, że dzięki niej kolejny raz ożyła we mnie nadzieja, że kiedy wydaje nam się, że coś w życiu się kończy, to coś jeszcze lepszego własnie się zaczyna. Trzeba tylko naprawdę chcieć to zobaczyć i nie zamykać się w przeszłości. Tym, na czym naprawdę warto się w życiu skupić, wcale nie musi być smutek. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


piątek, 18 września 2015

Przedpremierowo: "Wielkie kłamstewka"
Liane Moriarty


"Ta książka to prawdziwy hit!" 

Uwielbiam książki oryginalne. Często miło jest wrócić do utartych schematów ukazanych trochę z innej perspektywy, owszem, ale to książki wyjątkowe i nieprzewidywalne zapadają w pamięć. "Wielkie kłamstewka" Moriarty to utwór, po który sięgnęłam właśnie dlatego. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością tej świetnej autorki, bo w "Sekrecie mojego męża" zakochałam się już od pierwszego wejrzenia i wiedziałam, że niczym mnie ona nie znudzi, a wręcz przeciwnie. Byłam wręcz pewna, że zaserwuje mi kolejną, zapierającą dech w piersiach tajemnicę. Ale żeby aż tak?!?! Przyznam, że nadal nie mogę przestać myśleć o tej książce, a skończyła ją czytać już jakiś czas temu! Świat wykreowany przez Moriarty wciągnął mnie bez reszty i nie chciał wypuścić. Właściwie... To nadal nie chce. 

Madeline, to czterdziestolatka, której życie raczej nie rozpieszczało, a która, wraz ze swoim kochającym partnerem zajmuje się wychowaniem dzieci, w tym córeczki z pierwszego małżeństwa, którą przez długi czas musiała opiekować się sama. Chociaż od rozwodu minął już jakiś czas, Madeline nadal nie może pogodzić się z rozpadem swojego pierwszego małżeństwa. Widok byłego męża wraz z nową ukochaną zawsze rozbija ją emocjonalnie i to na drobne kawałeczki, tym bardziej, że w pewnym sensie jest na ich obecność po prostu skazana.
Celeste to klasyczna piękność. Przyciąga pożądliwe spojrzenia niczym prawdziwa bogini, a do tego jest naprawdę szczęśliwa. Ta kobieta ma prostu wszystko. Idealny małżeństwo, wspaniałe dzieci i nietypową urodę. Ludzie naprawdę jej zazdroszczą. Tylko nieliczni, w tym jej psychoterapeuta widzą o tym, że życie Celesty nie wygląda wcale tak idealnie, a w jej domu rozgrywa się jej prywatny, zamknięty za drzwiami. dramat.  
Jane, jest samotną matką, która ma na tym świecie właściwie tylko syna. A może to on jest całym jej światem? Los nie zamierza jednak oszczędzać jej problemów, bo kiedy Ziggy, oskarżony o napaść na koleżankę, zostaje odrzucony przez grono rówieśników, sytuacja tych dwojga naprawdę nie jest łatwa, a na dodatek okazuje się, że młoda kobieta skrywa przed światem mroczną tajemnicę i nikomu nie zdradziła tożsamości ojca swojego dziecka ani związanej z nim historii.


Trzy różne kobiety, trzy różne historie. Trzy przyjaciółki, które poznały się w szkole, do której codziennie odwożą swoje dzieci. I kiedy spotykają się na wieczorku integracyjnym dla rodziców, rozmawia im się ze sobą naprawdę dobrze aż do momentu, kiedy dochodzi do morderstwa i wszystkie trzy nie znajdują się pod lupą policji. Kto umarł? W tym właśnie tkwi cały sekret, bo... Nie wiadomo! Na jaw wychodzą jednak mroczne tajemnice, które rzucają cienie na losy każdej z tych kobiet...


Liane Moriarty napisała wielowarstwową powieść psychologiczno-obyczajową, którą udowodniła swoją wielkość i autorski geniusz. Czerpiąc z gatunku, jakim jest powieść psychologiczna, już na początku informuje nas, że ktoś zginął. Nie wiemy jednak, ani kto, ani dlaczego. Możemy się tego jedynie domyślać, a autorka, wkładając odpowiednie komentarze w usta stworzonych przez siebie bohaterów, rozgrzewa naszą chęć poznania tajemnicy morderstwa niemalże do granic możliwości. Przez cały utwór zachodzimy w głowę o co właściwie chodzi, chwytamy się każdego tropu, którego podrzuca nam autorka, z nadzieją, że jesteśmy już bliżej, że jesteśmy u końca rozwiązania tej zagadki. I wtedy okazuje się, że nie, że to fałszywy trop i trzeba zaczynać od nowa! Prawdziwa uczta dla naszych szarych komórek.

Jeśli chodzi o problematykę tego utworu, to jest to jedna z tych książek, w których nic nie jest czarne ani białe, w których nie ma dobra i zła. Każda z bohaterek ma swoje problemy i tajemnice i chociaż wszystkie trzy kiedyś w życiu zrobiły albo nadal robią źle, to czytelnik nie jest w stanie ich obwiniać, bo każde ich zachowanie jest naprawdę mocno uzasadnione, każde ma jakieś usprawiedliwienie. I właśnie tak przecież jest w życiu. Większość wyborów nie jest ani dobra, ani zła. Ich ocena zależy tylko od tego, jak by na nie spojrzeć. "Wielkie kłamstewka" to powieść głównie o przemocy, której, choć w różny sposób, doświadcza każda z tych kobiet, ale nie tylko . To książka o trudnym macierzyństwie, o żalu, o małżeństwie, o tęsknoscie, samotności... Po prostu o życiu i problemach każdego i każdej z nas. Boleśnie prawdziwa. I to dosłownie. Obnaża ludzką zawiść, złość i głupotę. Pokazuje, że każdy z nas w jakiejś sytuacji okaże się po prostu okrutny. To książka o mrocznych stronach człowieczeństwa, z którymi nie można się jednak nie zgodzić. 


"Wielkie kłamstewka" to powieść na miarę najlepszych nagród literackich i szczytów list bestsellerów. Wciąga już od pierwszej strony. Mogłabym napisać o niej naprawdę wiele, ale nie chcę. Ona obroni się sama. Tylko dajcie jej szansę. 


Za egzemplarz recencencki utworu dziękuję wydawnictwu:







środa, 16 września 2015

"Marzenie Łucji"
Doroty Gąsiorowskiej 


"Pani Matyldo, po tylu latach życia coraz bardziej się przekonuję, że na uśmiech losu nie ma patentu. Gdyby szczęście było choćby kamykiem, czy małym kawałkiem bursztynu, można by je zamknąć w tytanowej szkatułce i zakopać głęboko w ziemi, żeby nikt nie miał do niego dostępu. Tak się niestety nie da. [...] Nie można go sobie zachować na wyłączność."

Raptem kilka miesięcy temu zakochałam się w "Obietnicy Łucji". Przyciągnęła mnie nie tylko przepiękną i delikatną okładką, ale także niezwykle poruszającą treścią. Fabułą opowiadającą o samotności, wychowaniu, poszukiwaniu miłości i przekraczaniu swoich własnych granic, żeby móc być w końcu szczęśliwą. Czytałam tę książkę, a kiedy się skończyła, byłam autentycznie rozżalona tym, że nie mogę poznać dalszych losów bohaterów już, teraz, zaraz. Tonąć w Różanym Gaju i starym dworku bez reszty. To chyba własnie dlatego, kiedy tylko dowiedziałam się o tym, że na rynek wychodzi drugi tom książki, "Marzenie Łucji", nie mogłam posiąść się z radości i od razu zapragnęłam ją mieć. Ale czy Dorocie Gąsiorowskiej udało się utrzymać wysoki poziom, jakim uraczyła czytelniczy w "Obietnicy Łucji"? 

Łucja w końcu jest szczęśliwa. Po wielu, mało przyjemnych przejściach może w końcu spokojnie budzić się u boku swojego ukochanego, Tomasza i razem z jego córką, Anią, może mieszkać w starym dworku, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia. Wszystko wygląda fantastycznie. W końcu są szczęśliwą rodziną i mogą w spokoju przygotowywać się do ślubu.  Tylko przewrotny los, jak to zwykle w życiu bywa, okazuje się mieć dla Łucji całkiem inny plan i postanawia pomieszać jej szyki. Tomasz postanawia zostawić swoje dziewczyny same i wyjechać na tourne do Włoch, a jego podróż niespodziewanie dla wszystkich, mocno się przedłuża, sprawiając, że wizja ich ślubu rozwiewa się niczym mgła. A kiedy w Różanym Gaju pojawia się niesamowicie przystojny i tajemniczy malarz, który proponuje Łucji namalowanie jej portretu, wydarzenia w życiu nie tylko Łucji, ale wszystkich jej najbliższych, przybierają zupełnie inny obrót. Między kobietą a artystą tworzy się bowiem szczególna relacja, którą coraz ciężej jest im lekceważyć... 

Łucja musi więc na nowo zastanowić się, co jest dla niej w życiu naprawdę ważne, a w odpowiednim momencie wziąć się w garść i z uporem walczyć o swoje marzenia. Ale co wtedy, kiedy pewne drogi okażą się być nie do przebycia, a furtki do szczęśliwej przeszłości zamkną się na cztery spusty? Wyjście jest tylko jedno. Łucja musi odnaleźć w sobie siłę do znalezienia innych ścieżek prowadzących do realizacji jej głównych celów. Tylko czy da się to zrobić? I czy nie będzie za późno? 

"Marzenie Łucji" to przepiękna i wzruszająca książka o tym, że niczego w życiu nie można być pewnym, a już na pewno nie tego, że raz odnajdując szczęście, będziemy w stanie zachować je na zawsze. Życie, jak to życie, bywa bardzo przewrotne i nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, jakie niespodzianki szykuje dla nas w przyszłości i właśnie tak było w przypadku Łucji. W jej, wydawać by się mogło, w końcu poukładanym świecie, znowu zapanował chaos. Tomasz musiał wyjechać i to na długo, w ona znowu została sama, chociaż może bardziej trafnie byłoby powiedzieć, że ponownie stała się po prostu samotna, bo przyjaciele, jak to przyjaciele, wspaniale, że są, ale gdy nie ma obok ukochanego, nic nie wygląda już tak samo, jak wcześniej. 

I to właśnie wtedy a horyzoncie wydarzeń pojawia się przystojny Włoch, Luca, od którego kobieta, tak samo zresztą, jak każda z czytelniczek, po prostu nie potrafi nie zapałać sympatią. Jest miły, empatyczny, a przede wszystkim szczery i chętnie się Łucją opiekuje, nie kryjąc przy tym ani przed sobą, ani przed nią, że zaczyna mu na niej zależeć. Łucja znowu znajduje się na rozdrożu, ponownie musi podjąć ważne, nie tylko dla siebie, decyzje i to w obliczu kilku znaczących tajemnic. Kolejny już raz zostaje mocno skrzywdzona przez mężczyznę, któremu ufała, którego pokochała. Tylko czy będzie w stanie wybaczyć to, że Tomasz najzwyczajniej w świecie wziął przykład z jej ojca i ją porzucił? Przecież rany wyrządzone przez najbliższych pozostają w naszych sercach już zawsze... No i ten zabójczo przystojny Luca o dobrym sercu... Brr. Ja na pewno nie chciałabym być na jej miejscu! Ja nie umiałabym wybrać, a już z pewnością nie będąc w takiej sytuacji, jak ona. Miłość opisana w tej książce naprawdę nie jest łatwa, a kreacja głównych bohaterów i ich światów wewnętrznych po prostu mnie zachwyca. 

Dorota Gąsiorowska w swojej kolejnej książce ponownie ukazuje prawdziwą plejadę uczuć i emocji. Mamy tutaj miłość, tęsknotę, pożądanie, rozczarowanie, żal, gorycz, wyrzuty sumienia i wybaczenie. A to wszystko otrzymujemy wczytując się w jedną, niezwykle barwnie opowiedzianą opowieść! Do tego ten sielski klimat starego dworku i zapachu róż. Rozpływam się, po prostu rozpływam.

Gdybym miała określić "Marzenie Łucji" jednym słowem, z pewnością powiedziałabym, że ta książka jest po prostu przepiękna. To powieść po prostu wykwintna, rozpływająca się w ustach. Wszystko w niej jest smaczne i dobrze wyważone. Nic nie dzieje się przypadkiem, każdy, nawet najdrobniejszy szczegół jest mocno przez autorkę przemyślany i chociaż niektóre zbiegi okoliczności wydają mi się być aż nadto magiczne, to przecież ta książka właśnie taka jest. Oderwana od rzeczywistości a jednak mocno w niej osadzona. Nie rozumiem tego dysonansu, który mam w głowie, kiedy o niej myślę. To opowieść o normalnych ludziach przeżywających aż nader ludzkie emocje, a jednocześnie taka baśniowa, taka magiczna, że aż nie chce się od niej odrywać. Nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić. Może to po prostu majstersztyk? 

Podsumowując, jeśli szukacie książki, która zawiera w sobie garść tajemnic, romansu i jest niezwykle życiową opowieścią o trudnych relacjach, powinniście sięgnąć po "Marzenie Łucji" albo chociaż pierwszą część historii, "Obietnicę Łucji". Jest to niezwykle wzruszająca opowieść o marzeniach, która z pewnością zaskoczy was swoją niesztampowością i nieprzewidywalnością. Nie powiela ona żadnego schematu, jest bardzo oryginalna, a do tego dopracowana, mam wrażenie, pod każdym względem. Lubię tę opowieść. Lubię czytać o Łucji i jej najbliższych. Jest w niej coś magnetycznego co sprawia, że żywię do książek Gąsiorowskiej naprawdę ciepłe uczucia. A wy? Potrzebujecie trochę ciepełka? 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 




sobota, 12 września 2015

"Przypadki pewnej desperatki"
Magdaleny Wali



"Jak połączyć studia, pracę i marzącego o małżeństwie partnera? Co zrobić, kiedy dzwony weselne brzmią jak marsz pogrzebowy?"


"Przypadki pewnej desperatki" to śliczny, różowy debiucik Magdaleny Wali wchodzący w skład komediowej serii z babeczką wydawanej przez Czwartą Stronę. Jest lekką komedią z nutką historii i tajemnicy w tle, wprost idealną na pochmurne wieczory, które powoli zaczynają się dłużyć. Kusi okładką, przyznaję bez bicia, aż chce się wziąć tę książkę do ręki, ale czy tylko z zewnątrz wszystko wygląda tak różowo? O tym pragnę wam dzisiaj opowiedzieć. A zacznę tradycyjnie, bo od przedstawienia samej autorki. 

Magdalena Wala to bardzo ciepła (a wiem, bo miałyśmy okazję wymienić kilka wiadomości na jednym z komunikatorów) nauczycielka historii, która, jak sama o sobie mówi "za punkt honoru uznaje wtłoczenie do głów młodego pokolenia możliwie największej wiedzy o przeszłości naszej ojczyzny i otaczającego ją świata. " Lubi podróżować, uwielbia zabytki i ma słabość do starych, rozpadających się zamczysk. W wolnym czasie czyta i wyprowadza na spacer psa. A do tego pisze niezwykle zabawne i błyskotliwe komedie, o czym świadczy właśnie jej debiut, którym ja sama po prostu się zachwyciłam. 

Julia jest młodą dziewczyną powoli kończącą studia i wchodzi właśnie w świat pracy. Chociaż raczej nigdy o tym nie marzyła, udaje jej się dostać na zastępstwo do jednej z pobliskich szkół i zostaje nauczycielką historii. Do tego Julia ma dość spory problem ze swoim narzeczonym, Pawłem. Mężczyzna jest w nią zapatrzony jak w obrazek i marzy o szybkim założeniu  rodziny oraz spłodzeniu gromadki dzieci. Z punktu widzenia każdej normalnej kobiety taki mężczyzna to skarb, ale Julia patrzy na to trochę inaczej. Ona momentami czuje się mocno zmęczona jego nieustanną obecnością i raczej nie należy do kobiet, których marzeniem jest dać zamknąć się w domu, sprzątać, prać i gotować obiady. Chyba jeszcze nie jest pewna, czy chce się wiązać na stałe. Z kimkolwiek. A zwłaszcza z Pawłem. Jedyną kartą przetargową, którą trzyma w swoich rękach Paweł jest stary pałacyk, który dziedziczy po rodzicach. To właśnie w nim Julia znajduje stary pamiętnik pisany przez pensjonarkę służącą na dworze księżnej Izabeli Czartoryskiej. Zawarta w nim zagadka kryminalna coraz bardziej wciąga Julię i rozbudza jej wyobraźnię. Tylko co z Pawłem? I z jej młodszą, nastoletnią siostrą? I z upierdliwą dyrektorką ze szkoły? I z rozpoczynającą się właśnie sesją egzaminacyjną na studiach? Życie Julii to prawdziwy chaos. Jak ona może w takich warunkach myśleć o założeniu rodziny? No jak? 

"Przypadki pewnej desperatki" to książka, która pochłonęła mnie bez reszty i przeczytałam ją jednym tchem już tego samego dnia, w którym do mnie dotarła. Uwielbiam czytać książki autorek, które potrafią rozbawić i przelać na papier swój sposób widzenie świata przez różowe okulary, bo mimo wszystkich problemów, które Julia ma na głowie, to jej życie właśnie takie jest. Po prostu różowe. "Przypadki pewnej desperatki" to książka pełna szaleństw, zabawnych sytuacji oraz błyskotliwych spostrzeżeń dotyczących otaczającego nas świata. Chociaż Julia za bardzo nie wie, czego chce i czasem jest infantylna, to nie da się tej bohaterki nie polubić. Ona ma w sobie coś magnetycznego co wywołuje uśmiech na twarzach czytelniczek. Jej zwariowane życie, wielka odporność na stres, wyjątkowy upór, a przede wszystkim sytuacja "prawie matrymonialna", w której się znajduje, to sprawy i cechy, o których marzy każda z nas, kobiet. Julia jest trochę taką współczesna księżniczką z bajki wepchniętą w szarą codzienność, która ukazuje nam, że nawet tą naszą nudną zwykłość można widzieć na różowo, jeśli chociaż trochę się chce. Mnie osobiście tym po prostu urzekła i czytając nie mogłam odkleić uśmiechu od ust. 

Jeśli chodzi o stronę językową, to jest to utwór napisany lekkim i przyjemnym językiem. To nie jest książka wymagająca, którą czyta się z wielkim wysiłkiem, ale przyjemnie relaksująca, która na pewno was nie zmęczy. Znajdziemy w niej ogrom błyskotliwych dialogów, ciekawych przemyśleń i oryginalnych metafor. Najbardziej trafionym zabiegiem, który wykorzystała autorka jest jednak to, że między komediowe sceny z życia Julii wplotła fragmenty pisanego stylizowanym językiem, zabytkowego pamiętnika. To właśnie on sprawia, że "Przypadki pewnej desperatki" to książka inna niż wszystkie. Zagadka kryminalna z historią w tle nadają utworowi unikatowego klimatu i wciągają w wykreowany przez Walę świat jeszcze bardziej. Powtórzę się, ale od tego utworu naprawdę ciężko się oderwać. 

Podsumowując, "Przypadki pewnej desperatki" to lektura idealna na jesienne dni, w których, żeby uciec przed czyhającymi z każdej strony spadkami nastrojów, potrzeba porządnej dawki uśmiechu. Autorka wykreowała przekomicznych bohaterów i wspaniale opisała niecodzienną sytuację, w której się znajduje. Dodatkowo okrasiła swoją komedię świetnie wyważoną dawką historii, przez co książka jeszcze mocniej wciąga w swoje sidła. Ja w tej lekturze po prostu przepadłam i nie mogę doczekać się kolejnej książki tej autorki. Różowy świat zwariowanej desperatki naprawdę mnie pochłonął. A wy? Dacie się w niego wciągnąć? 

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:



niedziela, 6 września 2015

"Lato w Nowym Yorku" 
Wendy Markham


"Moje życie wyobrażam sobie tak: wyjdę za Willa. On zostanie sławnym aktorem, a ja porzucę pracę
w reklamie, żeby zająć się naszymi dziećmi. Nie przeprowadzimy się [...] ale raczej zostaniemy w Nowym Yorku [...] a kiedy zestarzejemy się razem, będziemy siadywać ramię w ramię przy stoliku w restauracji [...]. Tylko, że [...] Will i ja nie siedzieliśmy jeszcze w ten sposób w żadnym lokalu. Nigdy. Bo Will potrzebuje przestrzeni. W restauracjach. I w ogóle."

Chociaż za oknem wieje i pada ja pozostaję jeszcze pod wpływem upalnych, słonecznych dni. Być może dlatego, a być może na przeciw tej iście jesiennej pogodzie postanowiłam zaszyć się pod kocykiem z "Latem w Nowym Yorku" Wendy Markham, które już od kilku dni mocno mnie kusiło zerkając na mnie cierpliwie z regału pełnego książek. I wiecie co? Mimo pogody ta książka okazała się być naprawdę trafnym wyborem. Pogodna, przyjemna i niewymagająca. Jak gdybym w moim pokoju nie siedziała sama, ale z dobrą przyjaciółką. 

Jest lato na Manhattanie. Młoda Tracey zostaje w tym upalnym i tętniącym życiem mieście na całe wakacje, tylko, jak na złość, zostaje sama, bo jej chłopak, Will wyjechał własnie na letnie występy. Jest początkującym aktorem i musi dbać o swoją, dopiero co rozwijającą się karierę. A ona, Tracey, musi to zrozumieć. Na szczęście boski Will wróci do niej we wrześniu, a wakacje to wcale nie taki długi kawał czasu, jak mogłoby się wydawać. Tylko czy Will na pewno wróci własnie do niej? Tracey ma głowę pełną wątpliwości, dlatego postanawiam przemyśleć swoje życie i związek. A kiedy już to robi, dostrzega, że mieszka w obskurnej noże, jej wymarzona praca w reklamie to jedno wielkie rozczarowanie a Will... No cóż. Jego idealny wizerunek wcale nie jest taki znowu idealny. Wszystko to sprawia, że Tracey bierze się do siebie i zaczyna zmiany. A na pytanie co dobrego może wyjść z jej życiowej rewolucji, odpowie wam już tylko książka. 

"Lato w Nowym Yorku" to przyjemna, chociaż nie zbyt wymagająca książka. To takie lekkie czytadło doskonale nadające się do relaksu pryz którym bardzo wiele kobiet wspaniale się odpręży. Trochę zakompleksiona i obsesyjnie zakochana Tracey to miła i sympatyczna dziewczyna, do której wiele młodych czytelniczek na pewno zapała sympatią. A do tego ta jej życiowa rewolucja... Czy każda z nas nie marzy czasem własnie o czymś takim? O wywróceniu swojego życia do góry nogami i poukładania sobie wszystkiego na nowo? Chociaż idealnym czasem dla takich zmian wydają się być wakacje, kto powiedział, że nie można zacząć wprowadzać ich w życie właśnie wtedy, kiedy za oknem mamy jesień? Chociaż fabuła raczej niczym nas nie zaskoczy, to być może właśnie zainspiruje. I to osobom szukającym inspiracji do zmian właśnie ją polecam. 

Jeśli chodzi o styl, jakim posługuje się Markham, to jest on dosyć prosty i przyjemny, przez co tę książkę czyta się naprawdę lekko. Chociaż nie znajdziemy w niej wyszukanych metafor ani epitetów, da się go polubić i idealnie współgra on z tokiem myślenia oraz stylem bycia Tracey. To prosta, chociaż nieco zwariowana dziewczyna i tak właśnie napisana jest ta książka. Mam też wrażenie, że skierowana jest głównie do takich czytelniczek. 

Podsumowując, "Lato w Nowym Yorku" to książka, którą czyta się z przyjemnością. Idealnie nadaje się nie tylko na upalne, letnie popołudnia ale i jesienne wieczory, podczas których tęsknimy za słońcem i wakacyjnymi romansami. Ja bawiłam się podczas jej lektury naprawdę dobrze i z pewnością jeszcze do niej wrócę, bo Tracey podbiła moje serce swoim zwariowaniem i wielką chęcią zmian. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję wydawnictwu:

środa, 2 września 2015

"Królewna Lenka łapie skrzaty"
Aneta Krella-Moch

"Podobno na świecie żyje mnóstwo skrzatów. Jedne są miłe i uczynne, a inne mają trudny do zniesienia charakter. Pożyczalscy należą do tych mniej miłych. Przede wszystkim dlatego, że zabierają ludziom różne przedmioty." 

"Królewna Lenka łapie skrzaty" to już ósme spotkanie czytelników z zadziorną, chociaż bardzo przyjacielksą księżniczką. Tym razem Lenka pomaga koledze rozwiązać zagadkę znikania skarpetek, kluczy i innych przedmiotów. Wszystko wskazuje na to, że w pokoju chłopca zamieszkały małe złośliwe skrzaty! Ale czy to na pewno wina uciążliwych lokatorów? A może poszukiwania utrudnia panujący w pomieszczeniu bałagan i najpierw wypadałoby posprzątać?

"Królewna Lenka łapie skrzaty" to moje pierwsze spotkanie z małą królewną, ale na pewno nie ostatnie, bo bardzo udane.  Trudno w zasadzie wybrać, co w książeczkach o Lence jest lepsze: teksty czy szata graficzna. Poza pełną nauki (tak, tak, utrzymywanie porządku jest ważne!), ksiażeczka urzekła mnie niesamowitym humorem, którego się nie spodziewałam. Przygody uroczej królewny z pewnością zaskoczą Was i rozbawią. I nie mam tu na myśli tylko tych małych czytelników! Czytając ją uśmiechałam się od ucha do ucha! Może dlatego, że w moim domu też pojawiają się czasem Pożyczalscy i teraz już wiem, jak zabrać się do ich tępienia? 


Po lekturze tej małej, chociaż jakże uczącej i pełnej morału, a do tego zabawnej historii, nie można pozbyć się wrażenia, że autorka to baczny obserwator świata i ludzi – świetnie pisze o dużych problemach małych dzieci, podpowiada rodzicom, jak rozwiązywać je mądrze i tak, aby pociechy czuły, że są traktowane poważnie i z szacunkiem. Czasem, kiedy pojawiają się problemy z drobnymi, domowymi czynnościami, których dzieciaki nie chcą wykonywać, rodzicom brakuje pomysłów co mogli by zrobić, żeby to zmienić. A może wystarczy po prostu mała książeczka o przygodach rezolutnej, chociaż zabawnej Lenki? Nic przecież nie uczy tak, jak pięknie zobrazowane historyjki z morałem. A zwłaszcza takie wesołe i przyjemne w odbiorze. 


Utwór przeznaczony jest dla dzieci w wieku 3-5 lat. W moim odczuciu sprawdzi się jednak nie tylko jeśli chodzi o czytanie maluchom, ale i np. naukę czytania. Rozłożenie tekstu jest bardzo fajne, a litery spore.