sobota, 31 października 2015


KONKURS 
WYGRAJ ZESTAW KSIĄŻEK!


Moi Drodzy,
mam dziś dla Was pachnący nowością, zestaw książek Danuty Noszczyńskiej, tego- i zeszłorocznej laureatki nagrody literackiej Pazur w Konkursie Literatury Kobiecej Pióro i Pazur w Siedlcach. W skład zestawu wchodzi nagrodzona w tym roku "Harpia" oraz najnowsza książka Pani Danuty, "Farbowana Blondynka", więc sami widzicie, że jest o co powalczyć. Książki ufundowało wydawnictwo Prószyński i Ska. 

Zasady są proste:
jeżeli macie ochotę na ten zestaw zgłoście się w komentarzu pod spodem i uzasadnijcie krótko, dlaczego książki mają trafić własnie do Was. Zostawcie też swój adres mailowy, żebym mogła skontaktować się z Wami w razie nagrody. 


Konkurs trwa od 31.10.2015 do 10.11.2015 do godziny 23.59


Regulamin konkursu

1. Organizatorką konkursu jest właścicielka bloga Informator Czytelniczy oraz wydawnictwo Prószyński i S-ka
2. Sponsorem nagrody jest wydawnictwo Prószyński i S-ka
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest udzielenie odpowiedzi na konkursowe pytanie w komentarzu pod postem (max 3 zdania)
4. Konkurs trwa od 30 października 2015 roku do 10 listopada 2015 roku do godz. 23.59
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi w ciągu tygodnia od zakończenia konkursu na blogu lub stronie bloga na profilu Facebook
6. Odpowiedzi należy udzielić pod konkursowym postem na blogu
7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi jak  anonimowi uczestnicy, którzy popiszą się imieniem/nickiem oraz podadzą adres mailowy
8. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest obserwowanie bloga Informator Czytelniczy na blogspocie lub portalu Facebook
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się za pomocą e-maila. W przypadku, gdy zwycięzca w ciągu 7 dni nie odpowie na wiadomość, nastąpi ponowny wybór zwycięzcy.
10. W konkursie mogą brać udział osoby zamieszkałe w Polsce.
11. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)

piątek, 30 października 2015

Wywiad z Dagmarą Andryką, 
autorką „Tysiąca”

1. Witam serdecznie, pani Dagmaro, jest mi niezwykle przyjemnie gościć Panią na swoim blogu. Pierwsze pytanie właściwie nasuwa się samo: Jak to się stało, że zaczęła Pani pisać?
Bardzo dziękuję za zaproszenie, jest mi bardzo miło. Pisałam od dawna, najpierw krótkie opowiadania, potem coraz dłuższe, aż wreszcie powstała moja pierwsza powieść. W tej chwili pracuję nad kolejną książką, mam nadzieję, że będzie tak dobrze przyjęta jak "Tysiąc".

2. Na księgarniane półki trafiają rocznie dziesiątki tysięcy książek. Jak u Pani wyglądało szukanie i finalnie znalezienie wydawcy? Ile czasu upłynęło od napisania książki, do jej wydania?
W listopadzie 2014 roku, wysłałam książkę do kilku największych wydawnictw. Książka spotkała się z zainteresowaniem, finalnie w lutym 2015 podpisałam umowę z wydawnictwem Prószyński, a książka pojawiła się w październiku 2015. Czyli minął prawie rok od postawienia ostatniej kropki.
Myślę sobie, że miałam dużo szczęścia, że takie duże i dobre wydawnictwo zaproponowało mi współpracę, bardzo się z tego cieszę.

3. Co było Pani inspiracją do napisania „Tysiąca”?
Po pierwsze lubię kryminały, więc chciałam napisać coś w tym stylu, po drugie ciekawią mnie nieoczywiste sytuacje i zagadki, a po trzecie lubię czuć dreszczyk grozy. Musiałam to wszystko jakoś połączyć i wyszedł "Tysiąc". 

4. Czy od zawsze chciała Pani napisać kryminał? W jakich jeszcze gatunkach czuje się Pani dobrze?
Kiedyś chciałam napisać komedię, ale mroczna część mojej duszy okazała się silniejsza i od kilku lat zaczęłam śledzić rozwój kryminału jako gatunku. Poza tym, myślę, że wydarzenia z Mille mogą się znaleźć tylko w powieści kryminalnej.

5. Przyznaję bez bicia, że mnie osobiście „Tysiąc” po prostu zachwycił. To książka o unikatowym klimacie. Jak wyglądała praca nad jego pisaniem?
Bardzo Pani dziękuję, to bardzo miłe. Najpierw musiałam się zastanowić o czym tak naprawdę chcę napisać, a potem, przez wiele miesięcy pracowałam nad fabułą, czyli obmyślałam wydarzenia, bohaterów itp.,. W kryminałach to absolutnie kluczowa sprawa, ja jako autor muszę wiedzieć wszystko dużo wcześniej niż „to” się pojawi w książce. Finalnie na końcu, każdy element musi do siebie pasować. Kryminał narzuca pewien reżim, co mi bardzo odpowiada.

6. Co było dla Pani podczas pisania „Tysiąca” najłatwiejsze, a co najtrudniejsze?
Najłatwiejsze było nakreślenie klimatu Mille, bo ja go czułam całą sobą, pisanie o tym miejscu sprawiało mi dużą przyjemność. Najtrudniejsze, nie tyle w pisaniu co w konstrukcji fabuły, było utrzymanie czytelnika, do końca w niepewności. Często zastanawiałam się w trakcie różnych scen, czy nie za dużo podpowiadam. Ale wiem od pierwszych, zadowolonych czytelników, że dość długo wodzę ich za nos.

7. „Tysiąc” to nie klasyczny kryminał. Jest zbrodnia, a nawet kilka, ale możemy umieścić go też na granicy powieści społeczno-obyczajowej. Fenomenalnie oddała Pani w tym utworze klimat małej, zamkniętej społeczności. Skąd czerpała Pani wiedzę na ten temat?
Choć to niemożliwe, bo Mille tak naprawdę nie istnieje, to ja niemal tam zamieszkałam. Stworzyłam bardzo dokładny plan miasta, zlokalizowałam budynki, polubiłam mieszkańców. Chciałam, by czytelnicy, oczami Marty poznawali Mille, by poczuli, że właściwie każdy z nich mógłby znaleźć się w takiej sytuacji. Jak to jest gdy nie jest się mile widzianym gościem? Okropne uczucie, dlatego perspektywa Marty pozwoliła mi oddać klimat miasteczka o którym Pani mówi.

8. Jak to jest pisać książkę pełną lęku i niebezpieczeństwa? Czy w jakiś sposób udzielało się to Pani podczas pisania? Czy miała Pani takie momenty, w których, jak główna bohaterka albo Czytelnik, musiała Pani spoglądać przez ramię, żeby sprawdzić, czy nikt za Panią nie stoi?
Dobre pytanie. :) Najgorzej jest pisać takie sceny wieczorami, a ja zwykle piszę gdy zapada zmrok, dlatego czasem udało mi się, samą siebie przestraszyć.

9. Na uwagę zasługuje również nienaganna kreacja bohaterów „Tysiąca”. Choć osobiście kupuję ich wszystkich, to chyba nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że najbardziej przypadła mi do gustu postać tajemniczego Kowala. A do której ze swoich postaci Pani zapałała największą sympatią? I dlaczego?
Kowala też lubię, ale moim faworytem jest Bolo Markuszewski i Włoszka Sophia.
Bolo bo jest mentorem i opoką, daje poczucie bezpieczeństwa, a Sophia, dlatego, że lubię włoską kuchnię i długie rozmowy przy stole. Myślę, że mogłabym się z nią zaprzyjaźnić, choć czytelnicy już wiedzą, że i on potrafi zaskoczyć.

10. A dlaczego uczyniła Pani główną bohaterkę, Martę, właśnie dziennikarką?
Chyba dlatego, że sama kiedyś chciałam nią zostać, a poza tym uwielbiam wolne zawody.

11. W „Tysiącu” naprawdę dużo jest psychologii i nie mówię tutaj o takiej potocznej wiedzy, ale naprawdę skomplikowanych procesach i zjawiskach. Po prostu czapki z głów! Już po kilkunastu stronach książki, jako osobę mocno z psychologią związaną, zaczęło nurtować mnie pytanie: skąd Pani posiada tę nieprzeciętną wiedzę?
Uwielbiam słuchać ludzi, jestem skupionym i uważnym słuchaczem. Nigdy nie krytykuję, nie oceniam, uważam, że każdy ma w sobie jakąś ciekawą historię. Bardzo lubię, gdy moi rozmówcy dzielą się ze mną swoimi przeżyciami. To pewnie główny kanał wiedzy.
Poza tym miałam zajęcia z psychologii na studiach, moja przyjaciółka właśnie kończy ten kierunek, jestem niemal na bieżąco z najnowszymi badaniami w tej dziedzinie. No i po prostu mnie to bardzo interesuje. Myślę sobie, że chyba każdy autor musi być trochę psychologiem.

12. Czy ma Pani podczas pisania jakiś swoich fachowych konsultantów, którzy doradzają Pani, czytają tekst i generalnie służą dobrą radą?
Tak, mam to szczęście, że mam jak to się mówi BETA czytelników. Są wśród nich przyjaciele, którzy nie mają problemu by mnie konstruktywnie skrytykować, mam rodzinnych konsultantów i dwie pisarki kryminałów, które mi natychmiast pokazują, gdzie jest konstrukcyjny błąd, a także co warto podkręcić. Takie grono to prawdziwy skarb, wszystkich umieściłam w podziękowaniach.

13. Uważa Pani pisanie bardziej za hobby, czy jednak w pewien sposób pracę?
Pisanie wciąż jest moim hobby, dlatego tym bardziej cieszy mnie, że moja książka mogła trafić w ręce czytelników.

14. A teraz moje ulubione pytanie do autorów TAKICH książek jak  „Tysiąc”. Czy Dagmara Andryka zagości na naszym rynku na stałe?
Bardzo Pani dziękuję za te słowa. Odpowiem krótko: bardzo bym chciała móc cieszyć Państwa następnymi książkami. Wierzę, że tak będzie. Będę na to uczciwie pracować :)

15. Pani Dagmaro, było mi niezmiernie miło dowiedzieć się więcej o Pani, jak i o Pani książce. Z serca bardzo dziękuję i życzę dalszych sukcesów literackich. No i oczywiście: czekamy na więcej!

To ja bardzo dziękuję. Dla takich słów jakie od Pani usłyszałam, warto pisać książki :)
Zapraszam wszystkich czytelników w mroczną podróż do Mille i serdecznie pozdrawiam!

poniedziałek, 26 października 2015

"Tysiąc" Dagmary Andryki
- recenzja niesamowitego debiutu


Co takiego dzieje się w MILLE?!

Dziennikarka Marta Witecka jedzie nakręcić reportaż i przez zwykły przypadek trafia do niewielkiej miejscowości Mille, położonej niedaleko Trójmiasta. Mijając znak z przekreślonym i zmienionym na "Miłe" napisem, ma ogromną nadzieję na to, że ktoś pomoże jej z głośnym stukaniem w samochodzie. Chociaż nigdy wcześniej nie słyszała o Mille, to musi zostać tam na dłużej, bowiem zepsuł jej się samochód i nie ma jak się z niego wydostać. Co więcej, nikt w miasteczku nie chce jej pomóc, mieszańcy ignorują ją i za wszelką cenę chcą się jej pozbyć z Mille. 

Dopiero po kilku dniach Marta dowiaduje się o widzącej nad Mille klątwie. W miasteczku może mieszkać nie więcej niż tysiąc osób. Następstwa przekroczenia tej liczby są przerażające. Czując, że jest to świetny temat na reportaż i nie mając możliwości wyjazdu, Marta zaczyna zgłębiać tajemnicę klątwy i, co przerażające, coraz sprawniej funkcjonować w przedziwnym, odwróconym systemie tej społeczności, w której pogrzeby to wesołe uroczystości, bo zwalnia się miejsce, a związek gejów jest powszechnie akceptowany, bo nie będą mieli dzieci. Szukając dowodów na nieistnienie klątwy Marta poznaje mieszkańców, konsekwencje łamania panujących w Mille, dziwacznych zasad i historie ofiar klątwy.  I kiedy samochód jest w naprawie, a Marta, razem z byłym policjantem alkoholikiem rozpoczyna swoje śledztwo, dochodzi do kolejnego wypadku. W nocy na ulicy zostaje znalezione zmasakrowane ciało nauczycielki. Miasteczko nie szuka winnych, wszyscy cieszą się, że klątwa znowu nie dopadła nikogo z nich. Marta nie może już tego wszystkiego wytrzymać, zawzięcie pragnie udowodnić, ze nad Mille nie wisi żadna klątwa, jednak zebrane dane i opowieści ludzi sprawiają, że i ona powoli zaczyna wierzyć w istnienie anatemy...

Czytając dziesiątki, a może nawet setki książek rocznie, bardzo często ma się wrażenie, że czyta się o tym samym. Ciągle przewijają się jakieś oklepane historie, które ktoś postanowił spróbować napisać w nowy, można powiedzieć, innowatorski sposób. Ale czy właśnie to jest kluczem do sukcesu? Owszem, być może jest. Ale wiadomo nie od dziś, że tym, co czytelnik zapamięta z książki nie jest innowacyjne tworzenie metafor i język, który umknie nam po przerzuceniu ostatniej strony, ale oryginalna historia. I właśnie taką książkę oddała w nasze ręce Dagmara Andryka. Jej debiut ukazał się w ubiegłym tygodniu w wydawnictwie Prószyński i Ska i powiem wam, że ja jestem nim po prostu oczarowana. Dawno nie czytałam tak dobrego debiutu. Aż ciężko mi było uwierzyć, że ktoś, kto potrafi tak perfekcyjnie stworzyć mroczny świat nie napisał wcześniej żadnej powieści. 

"Tysiąc" to książka, w której zbrodnia nie jest jedna, ale jest ich co najmniej kilka, chociaż tak właściwie, przez wzgląd na klątwę, to właściwie żadnej zbrodni tu nie ma... Nawet pewna siebie, usilnie starająca się rozwiązać tajemnicę Mille Marta w pewnym momencie dojdzie do punktu, w którym to właśnie klątwa wyda jej się najlepszym wytłumaczeniem tego, co dzieje się w tym wcale nie miłym miasteczku. No bo jak wyjaśnić coś, czego nie ma? I to wtedy, kiedy żadne ślady do siebie nie pasują, wszystkie zbrodnie to nieszczęśliwe wypadki, a żaden podejrzany nie jest winny? Nawet policja ma gdzieś to, co dzieje się pod jej nosem i ślepo wierzy w tajemnicę klątwy doskonale bawiąc się na kolejnych pogrzebach. Czy to wszystko nie brzmi kusząco? Czy nie macie ochoty wejść w owiany mrokiem i tajemnicą świat Mille i razem z Martą zabawić się w detektywa, którego dochodzenie... Cóż. No jak by na to nie spojrzał, idzie na marne i nie przynosi żadnych rezultatów, bo Mille rządzi się własnymi prawami? 

"Tysiąc" to kryminał o mocno dopracowanym obyczajowym tle, które, poza zdecydowanie wybijającą się na pierwszy plan, oryginalną akcją, jest największym atutem tej powieści. Mille to miejscowość, która, podczas lektury tej książki (i po jej zakończeniu też), istnieje na mapie naprawdę. Czytelnik nie ma wrażenia, że ogląda film, albo czyta książkę. Nie jest tylko obserwatorem abstrakcyjnych zdarzeń, ale ich uczestnikiem. On naprawdę tam jest! W Mille. W świecie drewnianych domów z gotowymi do zamknięcia w każdej chwili okiennicami, w świecie zabłoconych ulic i przesiąkniętej zapachem tytoniu karczmy "Rzym", w której ludzie topią smutki w alkoholu, żeby chociaż na chwilę zapomnieć o klątwie. Takie samo wrażenie odnosi się, jeśli chodzi o bohaterów. Ich kreacja także nie jednego czytelnika zwali z nóg. Każdy z nich jest kimś, każdy jest dopracowany, każdy ma swoją historię. Autorka nie zapycha nimi dziur w fabule, oni żyją naprawdę! To nie Marta z nimi rozmawia ale my. To nie jej opowiadają swoje tajemnicze historie, ale nam. 

"Tysiąc" to utwór o tak unikatowym, pochmurnym klimacie i zadziwiającej konstrukcji, że nie da się w nim nie zatracić. To książka przesiąknięta lękiem i nerwową atmosferą, podczas lektury której momentami ma się gęsią skórkę albo ma ochotę obejrzeć się za siebie tak, jak biegnąca do drewnianych drzwi główna bohaterka, która czuje na plecach czyjś wzrok. Ona jest po prostu pełna emocji i chociaż w wielu recenzjach przeczytałam, że fabuła "Tysiąca" rozkręca się zdecydowanie za wolno i za dużo jest tu opisów, to śmiem się nie zgodzić z tym, jakoby były to wady. To właśnie dzięki tym opisom i z pozoru  leniwie płynącej fabule Mille i bohaterowie są tak bardzo wiarygodni i prawdziwi. Zaskakująca i imponująca jest też wiedza autorki z psychologii społecznej, której to daje w tym utworze niesamowity popis. Jako studentka psychologii muszę powiedzieć, że taką książkę powinno się omawiać na niejednych zajęciach na moich studiach. Wiarygodna i prawdziwa. Obnażająca naturę zamkniętego, opartego na swoich własnych fundamentach społeczeństwa. Jak dla mnie: mistrzostwo! Pochłonęłam "Tysiąc" na raz. To zdecydowanie jedna z lepszych książek tej jesieni. 



Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję wydawnictwu:




niedziela, 25 października 2015

„Pisarz chce pisać i pisze” 
- wywiad z Jakubem Winiarskim


Fot. Mirosława Kowalczuk
Panie Jakubie, bardzo cieszę się, że zechciał pan poświęcić kilka chwil na rozmowę. Zacznę od tego, że gdy wrzucimy pana nazwisko w wyszukiwarkę internetową, znajdziemy przy nim wiele bardzo ciekawych określeń: poeta, prozaik, redaktor, krytyk literacki, no a teraz jeszcze nauczyciel!. pana życie jest pełne literatury! Od czego i jak to się wszystko zaczęło?

Od czytania. Banalnie. Dużo czytałem, a potem coś tam zacząłem sobie skrobać i tak zostało.  

Z którego z wymienionych wyżej określeń jest pan najbardziej dumny? Które jest dla Pana teraz najważniejsze?

 W ogóle nie interesują mnie te etykietki.

A skąd pomysł, żeby uczyć pisania? Czy uważa pan, że pisarz to zawód jak każdy inny i można go nauczyć?

Pisanie może być zawodem i na rzemieślniczym poziomie można uczyć się pisarskiego warsztatu tak samo, jak można uczyć się warsztatu muzyka czy malarza. Niestety, w Polsce pokutuje pogląd, że pisać można tylko arcydzieła lub jest się grafomanem. To bzdura. Obok nielicznych arcydzieł w literaturze światowej jest mnóstwo dobrej, rzemieślniczo sprawnej literatury. Takiej literatury, którą można nauczyć się pisać i której nikt nie musi się wstydzić. Co więcej, bestsellery to rzadko arcydzieła. Bestsellery to najczęściej właśnie książki autorów, którzy są świetnymi rzemieślnikami. Albo nawet nie świetnymi, ale mieli farta. Ale to temat na inną rozmowę.

Całkiem niedawno na świat wyszedł podręcznik „Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller”, którego jest pan autorem. Skąd wziął się pomysł na napisanie tej książki i jak wyglądała praca nad nią?

Od jakichś dziesięciu lat prowadzę warsztaty pisarskie. Od sześciu doskonalę własną metodykę nauczania. Przyszedł czas na zebranie wiedzy. Po drodze trafiłem na teksty Jolanty Rawskiej i zaprosiłem ją do projektu. Zgodziła się, okazała wspaniałą współautorką i tak powstało „Po bandzie”. Z mojego pomysłu i mojej potrzeby, ale przy współudziale kogoś, kto często inaczej niż ja patrzy na literaturę i kwestie warsztatowe.

Pisze pan w „Po bandzie”, że tym, co czytelnik ma zapamiętać z powieści jest nie piękny język, ale przede wszystkim historia. Gdyby miał pan wskazać najważniejsze cechy dobrej, zapadającej w pamięć opowieści, to jakie by one były?

Jak się pani zapyta kogoś, co mu się podobało w książce, o której opowiada, to mało kto wspomni język. Bo trzeba wiedzieć coś o języku, żeby móc go pochwalić lub skrytykować. Zresztą, język to tylko narzędzie. Tym narzędziem opowiada się historię. I co się zwykle pamięta z opowiedzianej historii? Bohatera, jeśli nas poruszył swoja determinacją w dążeniu do celu. Miejsce, jeśli jest opisane plastycznie, z detalami i tak, że praktycznie nie mielibyśmy nic przeciwko, by się tam znaleźć. Błyskotliwe riposty w dialogach, jeśli autor był błyskotliwy w dialogach. Intrygi knute przez złych i przez dobrych, jeśli były jakieś intrygi. Suspens, a więc to napięcie, które nie pozwala odłożyć książki i włączyć nowy odcinek aktualnie popularnego serialu.

Jest takie piękne powiedzenie, że każdy człowiek nosi w sobie materiał na jedną powieść. Jak Pan się na nie zapatruje?

Myślę, że to prawda. Przynajmniej na jedną powieść każdy ma w sobie materiał. Ale wiele osób ma w sobie znacznie więcej historii. Trzeba jedynie, by nauczyli się je z siebie wydobywać, zapisywać i wysyłać w świat.

W naszym społeczeństwie pokutuje ostatnio powiedzenie, że coraz więcej ludzi pisze, a coraz mniej czyta książki. To z pewnością przesada, ale jakieś ziarnko prawdy w tym powiedzeniu na pewno jest. Czym różni się według pana pisarz od kogoś, kto po prostu coś pisze? Przecież piszą prawie wszyscy! Pamiętniki, opowiadania, wiersze…  Kiedy, według pana, osoba, która pisze dla przyjemności, dla swoich bliskich, staje się pisarzem?

Znam osoby, które nic nie napisały i czują się wybitnymi pisarzami. Znam też ludzi, którzy mają kilka książek na koncie i wciąż nie chcą i nie myślą, że są pisarzami. Bardzo to jest indywidualna sprawa. A o to, że ktoś pisze, zwykle czepiają się zazdrośnicy zbyt leniwi, by sami coś napisali.  

Co definiuje ten „sukces”? Co jest tu według pana granicą?

Ten który sukces? Pisarski? Cóż, znowu jest to bardzo indywidualne. Jednemu wystarczy, że go ktoś z rodziny poklepie po ramieniu, inni mają tysiące czytelników oraz pieniądze ze sprzedaży książek, a i tak czują się niedopieszczeni i patrzą na wszystko spode łba. Nie ma reguły. Czytelnik może być przekonany, że autor jest człowiekiem sukcesu i utalentowanym szczęściarzem, a ten autor może być akurat na granicy samobójstwa z rozpaczy. Bo ma w sobie takie deficyty uczuć, że żaden sukces tego nie załata. Mnóstwo takich przypadków zna literatura.

Co według pana sprawia, że jakiś mało znany pisarz nagle osiąga gigantyczny sukces, a jego książki zaczynają sprzedawać się w setkach tysięcy egzemplarzy. Świetnie napisana książka? Promocja i dobrze rozreklamowane nazwisko? A może coś jeszcze?

Wiem, na co warto zwrócić uwagę, żeby powstał potencjalny bestseller. Ale świadomie używam słowa „potencjalny”, ponieważ sukces jest bardziej dziełem przypadku niż kalkulacji. Chociaż żyjemy w czasach, kiedy promocja, zwłaszcza gdy jest naprawdę nachalna, może zdziałać cuda. Ludzie widzą po raz setny nazwisko, więc łamią się w końcu i kupują dzieło, po czym czytają i wstrząśnięci pukają się w czoło, przez krótki moment zastanawiając się, jak do tego doszło, że kupili takiego gniota. Czasem dociera do nich, że zostali zmanipulowani. Ale częściej odrzucają tę wiedzę, by nie poczuć się źle. Żeby nie musieli wyzbyć się przyjemnych złudzeń na temat własnej inteligencji i sprytu.


Mam taką refleksję, że nauka pisania może trochę zabijać kreatywność. Weźmy sobie takiego młodego, świeżego twórcę z potencjałem. Ma energię, swój styl i zapał, a tu nagle okazuje się, że fabuła, żeby była niesamowita musi mieć jakiś schemat, język najlepiej, żeby był taki, a nie inny, zdania długie, opisy oddziałujące na emocje… I tak dalej i tak dalej. Oszaleć można! Czy według pana literatura nie potrzebuje trochę świeżości i wyrwania się ze swoistych ram, o których pisze Pan w „Po bandzie”?

Czy poznanie nut zabija kreatywność młodzieńca dmuchającego w puzon? Nie zabija. A czy poznanie teorii malarskich zabija kreatywność dziewczyny chcącej doskonale malować? Nie zabija. Tak samo z literaturą, pisaniem. Poznanie reguł daje narzędzia i praktycznie stymuluje kreatywność. Ergo: poznanie warsztatu wydatnie pomaga w pisaniu. Teoria o tym, że jak będę wiedział, jak coś zrobić dobrze, to tego na pewno nie zrobię, bo moja kreatywność zostanie zniszczona lub osłabiona, to jakiś żart. Niebezpieczny, jeśli go rozpowszechniać.

Jeżeli miałby pan takiemu początkującemu twórcy dać jedną, krótką, ale najważniejszą radę, to jaka ona by była?

Nie myśl, pisz.

Jakie cechy osobowości powinien według pana posiadać pisarz? Co wyróżnia takiego człowieka spośród innych?

Pisarz chce pisać i pisze. Tak jak malarz chce malować, więc maluje. A muzyk chce muzykować, więc muzykuje. Jedyne, co jest potrzebne, by coś robić, to zacząć to robić. Reszta to mydlenie oczu i dyrdymały.

Ile według pana pisarz powinien pisać, żeby się nie „wypisać”? Każdego człowieka prędzej czy później spotyka wypalenie zawodowe. Czy pisarz powinien pisać codziennie, bez jakichkolwiek przerw? Poświęcać się temu bez reszty?

 Niech każdy pisze, ile dusza zapragnie. Jak ktoś ma pasję, to się jej poświęca. Tak w tańcu, jak w lepieniu pierogów.

Jako człowiek związany z literaturą na pewno dużo pan czyta. Czy dostrzega pan we współczesnej literaturze jakieś „trendy”? Czy według pana rozwijamy się literacko, czy raczej cofamy? I czy pokusi się pan na proroctwo odnośnie przyszłości literatury? Jaka ona będzie?

Ostatnim trendem, który zmusił duże księgarnie do przearanżowania stoisk, była moda na literaturę erotyczną lub erotyzującą. Wszystkie te Sylvie Day i inne popłuczyny po „Pięćdziesięciu twarzach Greya”. Widzę, że to się skończyło i na razie nie ma czegoś kolejnego na taką skalę. To tak globalnie. Natomiast polskich autorów trzeba w tym miejscu pochwalić. Bo piszą o tym, co tylko ich interesuje i najwyraźniej w ogóle ich nie interesuje, jakie są światowe trendy. Ktoś może uznać, że to głupie, ale fakt faktem, że tacy ludzie, jak Szczerek, Rudnicki, Głowacki, Twardoch, Bator, Dehnel, Masłowska, Pustowiak, Rejmer, Stasiuk, Tokarczuk, Anderman, Pilch, Grynberg, Kuczok czy Varga – by wymienić tylko kilka nazwisk – piszą po prostu swoje. Piszą, co im w duszy gra. Tak samo zresztą jak moi uczniowie i uczennice: Pałasz, Zaborowska, Ponińska, Kołczewska, Grodzka-Górnik, Stawińska, Majewski, Man czy Mazalik. Może się to pisanie podobać, można na nie grymasić, można krytykować ten czy inny tytuł, ale nie można powiedzieć, że ci ludzie są jakimiś koniunkturalistami, szukającymi pod jaki by się tu nurt podczepić, żeby być „modnym”. Co jest, uważam, cenne, ponieważ rozmaite –izmy wciąż próbują uczynić nas częścią tępej biomasy. Tym ważniejsze jest, że pisarze i pisarki walczą o zachowanie autonomii. Walczą o to, by wciąż móc mówić „ja” i nie dać się skusić żadnemu „my”. Może nieudolnie walczą, może za dużo w tym przypadkowości i chaosu, a za mało przemyślanej strategii, ale dobre i to, co jest.  

Panie Jakubie, bardzo dziękuję za czas poświęcony na rozmowę ze mną. Było mi niezmiernie miło móc zadać panu kilka pytań.

Dziękuję.  


niedziela, 18 października 2015


Konkurs! 
Wygraj: "Po bandzie.
Czyli jak napisać potencjalny bestseller"

Moi Drodzy, 
kto z Was chciałby napisać bestseller? A może już to robicie, ale potrzebujecie kilku rad? Mam dziś dla Was miłą niespodziankę! Możecie wygrać w tym oto konkursie najnowszy podręcznik pisania pt. "Po bandzie. Czyli jak napisać potencjalny bestseller", którego fundatorem jest wydawnictwo Prószyński i Ska. 

Co należy zrobić, aby wygrać książkę?
Nic prostszego! Napiszcie w komentarzu pod tym postem dlaczego to właśnie Wy potrzebujecie tego podręcznika. Krótko, góra pięć zdań. Autor najbardziej (moim zdaniem) przekonującej odpowiedzi zostanie nagrodzony egzemplarzem tej oto książki 

Konkurs trwa od 18.10 do 28.10



Regulamin konkursu

1. Organizatorką konkursu jest właścicielka bloga Informator Czytelniczy oraz wydawnictwo Prószyński i S-ka

2. Sponsorem nagrody jest wydawnictwo Prószyński i S-ka
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest odpowiedź na konkursowe pytanie.
4. Konkurs trwa od 18 października 2015 roku do 28 października 2015 roku do godz. 23.59
5. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi w ciągu tygodnia od zakończenia konkursu
6. Odpowiedzi należy udzielić pod konkursowym postem na blogu

7. W konkursie mogą brać udział osoby posiadające blogi jak  anonimowi uczestnicy, którzy popiszą się imieniem/nickiem oraz podadzą adres mailowy 
8. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest obserwowanie bloga Informator Czytelniczy na blogspocie lub portalu Facebook
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się za pomocą e-maila. W przypadku, gdy zwycięzca w ciągu 7 dni nie odpowie na wiadomość, nastąpi ponowny wybór zwycięzcy.

10. W konkursie mogą brać udział osoby zamieszkałe w Polsce.

11. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)

sobota, 17 października 2015

"Jezioro szczęścia" 
Agnieszki Krawczyk 



"Ranki były zimne, a noc nadchodziła bardzo szybko, jakby czaiła się wśród gałęzi drzew czekając, bo objąć ziemię w posiadanie na dłużej. Sabina Dolecka nie mogła zmobilizować się do pracy. Zamiast pisać kolejną książkę, która miała się ukazać wczesną wiosną, spędzała poranki na przyglądaniu się unoszącym w górę jesiennym mgłom." 

Tym oto bardzo sentymentalnym cytatem postanowiłam zacząć moją niezwykle sentymentalną recenzję jeszcze bardziej sentymentalnej sagi, za którą, chociaż dopiero zdążyłam czytać ostatnio tom, już bardzo tęsknię. "Jezioro szczęścia" jest bowiem ostatnią, czwartą już częścią wspaniałego cyklu niezwykle ciepłych i oddziałujących na zmysły powieści o mieszkańcach Idy, małej, kameralnej miejscowości, która systematycznie trafiała w ręce czytelników od Agnieszki Krawczyk. Recenzje wszystkich poprzednich tomów bez problemu znajdziecie na moim blogu,  a tych mniej wtajemniczonych, od razu uprzedzam, że chociaż przyjemniej byłoby Wam przeczytać tę sagę od początku, (do czego gorąco zachęcam, bo naprawdę warto, to jedna z moich ulubionych!), to "Jezioro szczęścia" jest w pewien sposób także odrębną powieścią. 

Kiedy czytałam "Jezioro szczęścia" z tą właśnie świadomością, że jest ono końcem, było mi smutno. Nie, wcale nie dlatego, że ta książka była zła, bo wręcz przeciwnie, była piękna. Smutno mi było dlatego, że od dobrych kilku miesięcy Ida była moją ulubioną odskocznią od gonitwy pędzącego do przodu świata. Kiedy zabierałam ze sobą tę serię do łóżka i chowałam się z nią w pachnącej pościeli, mój świat zwalniał, a towarzyszące za dnia napięcie znikało. W Idzie można się bowiem rozsmakować, zatracić bez reszty. Można przepaść w jej cieple i delikatności. To takie trochę bajki dla dorosłych, chociaż rzeczywiste i prawdziwe. Ta saga to taka trochę współczesna poezja. Esencja tego, co w życiu najważniejsze, skąpana w misternie udzierganym szaliku słów. 

Ale przejdźmy w końcu do fabuły... 


Do doliny mgieł i róż zawitała jesień. Przyroda i mieszkańcy Idy odpoczywają po długim i gorącym lecie, za chwilę zaczną się przygotowania do Świąt i spadnie śnieg. W "Graalu i Róży" gości jest o wiele mniej, ale za to wytwórnia kosmetyków i spółdzielnia wiejska "Ida" działają pełną parą, tym razem oczarowując przyjezdnych do Idy gości tajnikami sztuki, jaką jest batikarstwo. Nieco dalej, w domu z księżycowym ogrodem, za barwnymi, delikatnymi tkaninami pojawia się pisarka, Sabina Dolecka, która tym razem jest jakby smutna. Mając wszystko, co wcześniej mogła sobie tylko wymarzyć, patrząc przez okno na dolinę mgieł i róż Sabina marzy o dziecku. Piękny sen może się jednak nie ziścić. Chociaż emocjonalnie jest na to aż nader gotowa, ma problem z zajściem w ciążę. Na domiar złego wydawca jej powieści ma "genialny", aczkolwiek nie do końca podobający się Sabinie plan. W Idzie pojawia się telewizyjna scenarzystka, Katarzyna Wimmer, która będzie wspólnie z Laurą Rossą pisała serial według cyklu jej powieści i jak na złość, będzie miała na niego nieco inną wizję niż ta, którą pisarka zawarła w swoich książkach!  Niezależna i dumna Katarzyna od razu wpadnie też komuś w oko, co również nie do końca spodoba się Sabinie i stanie się kolejnym punktem zapalnym w ich niebezpiecznej relacji. Gdyby mimo wszystko problemów w Idzie jeszcze komuś wydało się mało, przeszłość dogoni także znaną w okolicy perfumiarkę, hrabinę Teklę Tyczyńską. Odezwą się do niej straszne, przez lata wypierane wojenne wspomnienia, echa rodzinnej tragedii z okresu okupacji.


Poplątane uczucia, silne emocje i tajemnica sprzed lat. Oto co tym razem zaserwowała czytelnikom autorka, pani Agnieszka.  Tej zimy w Idzie pojawi się jeszcze większość problemów i chociaż większość z nich finalnie jakoś się w końcu rozwiąże, to nie wszystkie tak, jakby sobie tego życzyli bohaterowie. A nawet przeciwnie! Ale najważniejsze jest przecież to, żeby iść zawsze za swoją szczęśliwą gwiazdą, w nadziei, że nie ma przeszkody, której nie mogłaby pokonać miłość. Prawda? 

Co ja mogę powiedzieć? Agnieszka Krawczyk znowu dała popis swoich niesamowitych, pisarskich umiejętności. W moim odczuciu nie ma teraz na naszym rynku żadnej innej autorki, która potrafiła by opowiadać historię tak bardzo oddziałując na zmysły, jak właśnie Krawczyk i z tego powodu ja tej książki po prostu nie mogłam się doczekać.  Może dlatego, że tęsknię za spokojem, który autorka oddaje opowiadając o małej, wiejskiej społeczności, albo dlatego, że jestem romantyczką i kocham synestezje, którymi zarówno poprzednie części sagi, jak i ta, są po prostu przesycone. Moje "nie mogę się doczekać" podsycali również wyraziści, dobrze wykreowani bohaterowie, których pokochałam od pierwszego wrażenia, stary pałac, mgły, destylacja płatków róż... Aż świerzbiły mnie palce, żeby usiąść i dowiedzieć się co też w tym świecie nowego słychać. 

A jak mogliście przeczytać w poprzednim akapicie, działo się, oj działo. Dzięki nowym problemom, z jakimi musieli mierzyć się wiejscy mieszkańcy, w tym wypadku głównym motywem było rozpatrywane pod różnymi względami macierzyństwo, historia nie stała się nudna, jak by się można tego podświadomie spodziewać, a wręcz nabrała zupełnie nowego smaczku, którym przyjemnie było się rozkoszować. Podobał mi się też motyw wprowadzenia do książki rodzinnej tajemnicy hrabiny Tyczyńskiej, który mocno akcentował w utworze wątek historyczny. Brawo! Niezwykle udany zabieg, oby częściej. Napisałam już kiedyś, że lubię panią Agnieszkę za to, że nie boi się pisać o ważnych problemach i zjawiskach, które autentycznie zachodzą w zamkniętych społecznościach. Jej książki nie są głupiutkie i śmieszne, ale naprawdę mądre i nie wiem czy właśnie nie to urzeka mnie w jej prozie najbardziej. Artystyczna prostota. Paradoks, prawda? Ale wydaje mi się, że tutaj jak najbardziej trafny. 

Niestety, dostrzegam w tej książce kilka minusów, do których mogę zaliczyć kilka błędów językowych, wynikających pewnie z przeoczenia, ale jednak. Nie wpłynęło to na mój odbiór lektury, ale żeby nie było za słodko, sygnalizuję, że były. No i miałam też wrażenie, że kilku bohaterów pani Krawczyk za mocno zepchnęła w cień, przez co Ida nie była już taka cudowna i urocza. Męża Sabiny praktycznie tu nie było, tak samo Julinki i chociaż rozumiem, że pojawili się nowi bohaterowie i nowe problemy, to zabrakło mi rodzinnego ciepła, którym ogrzewałam się wcześniej. Tego się czytelnikom nie robi! :) 

Podsumowując, "Jezioro szczęścia" to niezwykle urokliwa powieść, którą tej jesieni i zimy powinna przeczytać każda spragniona ciepła czytelniczka. Jest w Idzie pewna magia, pewien spokój. Te książki to takie prywatne zatrzymanie chwili, kiedy świat kręci się za szybko. Taka szklanka gorącej herbaty, przy której można zatrzymać się na moment, odpocząć i pomyśleć. Polecam Wam całą tę serię, naprawdę. Teraz już w komplecie stoi na półce z moimi ulubionymi książkami. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję wydawnictwu: 


środa, 14 października 2015

Trzy pytania do J. Winiarskiego
i o "Po bandzie. Jak napisać potencjalny bestseller"
#po bandzie

    Dzisiaj przychodzę do Was z miniwywiadem, który, dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i Ska miałam przyjemność przeprowadzić z p. Jakubem Winiarskim, autorem głośnego ostatnio podręcznika do... pisania! Tak. Tak. Niektórzy mówią, że do pisania potrzebny jest talent, a drudzy, że można się tego nauczyć. Moim skromnym zdaniem pisanie to taki fikuśny konglomerat, ale nie o tym. :)
         Na stronie wydawcy czytamy, że „Po bandzie to pierwszy kompleksowy polski poradnik dla pisarzy początkujących, średniozaawansowanych, a także dla tych, którzy uważają się za zaawansowanych i myślą, że o pisaniu wiedzą już wszystko. Ja jeszcze nie czytałam, ale powiem Wam, że jestem naprawdę ciekawa tej publikacji i na dniach podzielę się z Wami moimi przemyśleniami po jej lekturze. Mam też oczywiście nadzieję na konstruktywne wnioski co do swojej twórczości! 

      Ach! Nie zapominajmy też o konkursie, który z udziałem tej ksiażki właśnie dla Was przygotowuję! Także... Zwróćcie na nią uwagę, naprawdę, bo na dniach będzie się za jej sprawą na moim blogu całkiem dużo działo! 

A teraz obiecany mini wywiad:

1. Czy zawsze trzeba wprowadzić do powieści punkt zwrotny? Czy bez tego książka może być ciekawa?

Jakub Winiarski: Jeżeli to powieść to punkty zwrotne przydają się. Nie wiem, jak miała by wyglądać ciekawa książka bez punktów zwrotnych. Nawet w nowelkach typu „Janko Muzykant” są punkty zwrotne. Pojawiają się informacje, które zmieniają tak wiele, że historia i bohaterowie muszą pokazać swoje inne oblicze. W dłuższych powieściach tak samo. Właściwie im dłuższa powieść, tym bardziej czytelnik liczy, że punkty zwrotne będą. To znaczy, że będzie zaskakiwany. 

2. Jaki według pana powinien być dobry dialog, a jaki dobry opis? 

J.W.: O dobrym dialogu można mówić bardzo długo i w „Po bandzie” są na ten temat rozdziały zarówno moje, jak i Jolanty Rawskiej. Gdybym jednak miał tak w dziesięć sekund powiedzieć, jaki powinien być doskonały dialog, powiedziałbym: z konfliktem i kłamstwem. Jeśli postacie są w sporze, a w dodatku kłamią sobie wzajemnie, czytelnik czyta z zapartym tchem. O dobrym opisie także osobny rozdział napisałem do „Po bandzie”. Krótko mogę powiedzieć jedynie, że dobry opis powinien być plastyczny i szczegółowy na tyle, by czytelnik mógł w wyobraźni zobaczyć, poczuć to miejsce opisywane. I opis powinien łączyć się z postaciami. Jak? Poprzez emocje. Szczegółowo omawiam to w książce.  

3. Czy według pana autor powinien trzymać się jednego gatunku, czy teraz "w cenie" są autorzy wielogatunkowi, którzy stawiają na różnorodność? I jaki wiek według pana jest najbardziej optymalny, żeby stworzyć bestseller? 

J.W.: Zwykle autorzy trzymają się jednego gatunku. Transfery są rzadkie, a wśród tych rzadkich transferów jeszcze rzadsze są transfery udane. J. K. Rowling to autorka „Harry’ego Pottera” i nawet serial na podstawie jej powieści „dla dorosłych” nie zmieni tego. Od G.R.R. Martina też nikt nie oczekuje, że nagle zacznie romanse pisać. A Danielle Steel, z całym szacunkiem, ale lepiej, żeby nie kombinowała w okolicach horroru. Bo jeszcze jakieś głupoty wyjdą. Nie ma natomiast żadnego optymalnego wieku na napisanie bestsellera. Jednemu uda się to tuż po dwudziestce, drugi musi czekać do pięćdziesiątki, a większość całe życie będzie próbować i nic z tego nie wyjdzie. Nie ma reguły. Dlatego nie należy zniechęcać się, jeśli pierwsza próba była nieudana. Poza tym, wiek może się jakoś liczyć przy wygrywaniu konkursów piękności, ale nie w literaturze, czy, szerzej mówiąc, w sztuce.   


niedziela, 4 października 2015

"Suka w szołbiznesie" 
Agaty Pruchniewskiej


"Pamiętacie Dorotkę? Na wszelki wypadek przypomnę, że to ta wiecznie niezadowolona z siebie, niezwykle uparta w dążeniu do celu istota, u której brak wiary we własne możliwości ustępuje jedynie umiejętności pakowania się w kłopoty. Ta sama, która tak bardzo chciała być aktorką, że mimo wielu przeciwności to jej się udało." 

"Suka w szołbiznesie" to komediowa powieść, którą jakiś czas temu wypuściło na rynek Wydawnictwo SOL. Przyznam, że do książek tego wydawnictwa mam co najmniej słabość, bo jak tu nie szaleć na punkcie zwariowanych komedii, dlatego sięgnęłam po nią z nie lada zapałem. Spodobała mi się też prosta okładka i chwytliwy tytuł. A jakie były moje wrażenia po zakończeniu lektury? O tym opowiem w dalszej części tekstu... 

Agata Pruchniewska jest aktorką urodzoną w 1976 roku, która zagrała między innymi w takich filmach, jak "Kołysanka", "Zbliżenia", "AmbaSSada" i serialach takich jak "Prawo Agaty" czy "Przyjaciółki". "Suka w szołbiznesie" jest jej drugą książką opowiadającą o świecie osób związanych z tym dużym i mniejszym ekranem. Pierwsza nosiła tytuł "I dobry Bóg stworzył aktorkę."

Jeśli chodzi o "Sukę w szołbiznesie", to główną bohaterką utworu jest zwariowana, chociaż urocza Dorotka, która powraca przed kamery w towarzystwie pewnej Suki, a do tego w najwyższej życiowej formie. Jak to jednak w życiu bywa, los postanowi spłatać figla zarówno Suce, jak i Dorotce. Ogrom niesamowitych absurdów polskiego show biznesu zaskoczy nawet same gwiazdy. Będzie śmiesznie, ostro, a nawet trochę bezczelnie. Z początku głównie za sprawą Młodego Reżysera, który owszem, ma w głowie pewną wizję nowatorskiego filmu, ale za grosz nie potrafi współpracować i zwerbalizować swoich wyobrażeń. W dodatku Dorotka znowu ostro zabierze się za poszukiwania swojej wielkiej miłości, (chociaż mam wrażenie, że rolę KSIĘCIA Z BAJKI zajmie w tym wypadku Suka), w wyniku czego oczywiście nie raz potknie się i nabije sobie guza, ale, jak to Dorotka, na pewno nie straci dobrego humoru. A przynajmniej nie na długo. Tylko czy przez te wszystkie szaleństwa i spektakularne upadki tytułowa Suka jej nie wygryzie? 

"Suka w szołbiznesie" to lekka i przyjemna opowieść o tajemnicach, jakie niesie za sobą wielki i owiany tajemnicą świat filmowców i aktorów. Przyznam, że jako normalny widz byłam tego naprawdę ciekawa i czytanie na ten temat sprawiło mi wielką przyjemność. Lubimy odkrywać kulisy tego, co dla nas nieznane z każdej możliwej strony, a interesujące. Autorka z finezją opowiada o losach młodej, trochę nieudolnej i zagubionej aktorki, która nie poznała "wielkiego świata" jeszcze do końca, ale na pewno nie zamierza odpuszczać i dobrze się bawi. Bo chociaż nie ma szczęścia w zawodzie, a bycie aktorką nie do końca zgadza się z jej postrzeganiem świata, to w spektakularny sposób potrafi pakować się w tarapaty. Tym razem w towarzystwie koleżanki, która jest niezłą suką, przez co utwór jest naprawdę zabawny, a momentami nawet i śmieszny. 

Jeśli chodzi o językową stronę utworu, to jest to książka napisana płynnie, prostym, raczej potocznym językiem. Czyta się ją przyjemnie, jednak potrzeba chwili, żeby przestawić się na dość nietypową narrację, jaką wybrała sobie autorka. Narrator jest pierwszoosobowy, to zdarza się często, ale nietypowym jest fakt, że jest on uczestnikiem zdarzeń, a do tego czasem ucina sobie z główną bohaterką dyskusje. Sami musicie przyznać, że nie jest to standardowa narracja, z jaką zwykle się spotykamy. Jedynym problemem, jaki miałam podczas czytania było właśnie przestawienie się na ten specyficzny sposób opowiadania. Z każdą stroną było jednak coraz bardziej przyjemnie i finalnie weszłam w świat bohaterów całą sobą, jak to zwykle miewam podczas lektury. 

Podsumowując, pomimo opisanych problemów, spodobała mi się ta książka i zostałam wielką fanką nie tylko Dorotki, ale (tak, tak), tytułowej Suki. Te dwie stworzyły duet iście wybuchowy. Naprawdę! Podczas lektury uśmiechałam się od ucha do ucha. A nie ma to przecież, jak spędzić jesienny wieczór w towarzystwie ciepłej i zabawnej powieści, która dostarczy nam odrobiny tak bardzo potrzebnych o tej porze endorfin. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: