czwartek, 22 grudnia 2016

"Lampiony" - Katarzyna Bonda




Do triumfu zła wystarczy, żeby dobrzy ludzie nic nie robili.

"Lampiony" to moje pierwsze spotkanie z twórczością naszej Królowej Kryminałów, choć chyba nie ma w Polsce fana literatury, który nie słyszałby tego nazwiska. Przekonałam się do tego gatunku już jakiś czas temu, jednak sięgałam do tej pory po twórczość innych autorów, zarówno rodzimych jak i zagranicznych. Na lekturę "Lampionów" zdecydowałam się po spotkaniu autorskim z Katarzyną Bondą, na którym miałam przyjemność gościć w gdańskim Empiku. Chciałam posłuchać co autorka ma do powiedzenia o Łodzi i procesie powstawania tej książki i muszę powiedzieć, że po spotkaniu byłam pełna zapału do lektury. Słyszałam o książkach Bondy wiele dobrego i nie mogłam się doczekać by przekonać się, jakie naprawdę są jej powieści. Czy jestem usatysfakcjonowana? Odpowiem poniżej. 

"Lampiony" to trzecia część serii opowiadającej o profilerce Saszy Załuskiej (wcześniejsze: Okularnik, Pochłaniacz). Akcja powieści dzieje się w Łodzi, do której główna bohaterka zostaje wysłana by rozwikłać sprawę licznych podpaleń, z którymi nie mogą poradzić sobie tamtejsze służby. Poza pożarami znajdziemy jednak w tej książce jeszcze pobicia, wymuszanie i terroryzm. Kolejne portrety psychologiczne zbrodniarzy krok po kroku prowadzą Saszę do odkrycia mrocznej tajemnicy z własnej przeszłości, a hipnotyzująca Łódź, tajemnicze miasto, które nikomu, kto choć raz się w nim znalazł, nie da jej już o sobie zapomnieć. Sasza Załuska będzie musiała stawić czoła szalonemu podpalaczowi. Czy wyjdzie z tego cało? 

Prawdę mówiąc mam mieszane odczucia po lekturze tej książki, a wynikają one z moich wygórowanych oczekiwań co do lektury i pewnego schematu książek kryminalnych, do których przyzwyczaili mnie inni autorzy, w utworach których zaczytywałam się dotychczas. Choć w każdej z powieści kryminalnych, które czytałam, pojawiało się wyraźnie zarysowane tło społeczno-obyczajowe, to zbrodnia i trup grały tam główne skrzypce. U Bondy, przynajmniej w "Lampionach" jest inaczej. Mam wrażenie, że sprawa podpaleń jest jedynie tłem do ukazania łódzkiego społeczeństwa, jego mentalności i lokalnych problemów. Co za tym idzie, utwór jest bardziej statyczny niż dynamiczny. Dominują w nim liczne opisy, a akcja nie pędzi w tak szaleńczym tempie jak np. u Mroza czy Puzyńskiej. To było dla mnie spore zaskoczenie. "Lampiony" to nie jest książka, którą czyta się z zapartym tchem, ale powoli i z dogłębnym zrozumieniem przedstawianej problematyki. Bonda pozwala nam wniknąć w głowy swoich bohaterów i popatrzeć na Łódź ich oczami. Dzięki pogłębionemu resarchowi powieść jest do bólu realna i pewnie gdybym zabrała ją do Łodzi i przeszła się ulicami tego miasta, bez problemu trafiłabym do opisywanych miejsc. 

Nie będę rozpisywać się nad autentycznością bohaterów, uczynieniem miasta kolejnym bohaterem powieści czy stroną językową tej książki, bo od czasu premiery powiedziano o tym w mediach aż za dużo. Ze swojej strony mogę natomiast zapewnić, że gdy będę dysponowała wolnym czasem, sięgnę po poprzednie części tej serii i przeczytam "Czerwonego pająka", który będzie jej zwieńczeniem. 


Książkę możecie nabyć w księgarni taniaksiazka.pl (polecam)
A tutaj znajdziecie pakiet wszystkich trzech części serii: pakiet


środa, 7 grudnia 2016

"Emocjonalne SOS" - Guy Winch



Psychologiczna pierwsza pomoc w przypadku zranienia uczuć. 

Dziś o książce nietypowej, bo poradniku, nie powieści. Rzadko na moim blogu pojawiają się tego typu pozycje, jednak ze względu na uniwersalną, bliską nam kobietom tematykę oraz fakt, że jesień i zima to dość refleksyjny i zabarwiony smutkiem czas, postanowiłam wam ją przybliżyć. Czyta się ją szybko, płynnie i przyjemnie, a treść obfituje w liczne refleksje. Jest to raczej książka popularnonaukowa, niż psychologiczna, ale można dowiedzieć się z niej paru ciekawostek i jeśli naprawdę zagłębicie się w jej lekturę, powinna zaowocować ciekawymi wnioskami. A może nawet sprowokuje was do zmian? 

"Emocjonalne SOS" jest promowane jako książka dla tych, którzy pragną stać się bardziej odpornymi na zranienie. Ja dodałabym, że przeznaczona jest raczej dla kobiet, głównie tych, które zmagają się z problemami sercowymi. Autor podaje praktyczne sposoby radzenia sobie z odrzuceniem, poczuciem winy, porażką, stratą i innymi urazami psychologicznymi typowymi dla codzienności. Są one wpisane są w naturę życia tak samo, jak sporadyczne obtarcie łokcia. Jednak, podczas gdy zazwyczaj bandażujemy skaleczenie, czy robimy zimny okład na skręconą kostkę, tak nasza apteczka, jeśli chodzi o urazy emocjonalne, nie jest tylko niewystarczająco wyposażona – ona zwyczajnie nie istnieje. W każdym z kolejnych rozdziałów tej książki psycholog Guy Winch rozwija każdy z wymienionych wcześniej tematów, przedstawia mechanizmy ich działania oraz sugeruje, jak sobie z nimi poradzić -  wzmocnić poczucie własnej wartości oraz uwolnić się od urazów i zahamowań, które uniemożliwiają rozwój osobisty. 

Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Spodziewałam się, że będzie pisana trochę bardziej naukowym językiem i zostanie w niej przedstawionych więcej badań psychologicznych, jednak mogły być to trochę wygórowane oczekiwania, ponieważ studiując psychologię raczej nie czytam poradników popularnonaukowych, ale książki naukowe. Teraz myślę sobie jednak, że to nawet lepiej, że książka jest napisana lekko i przystępnie - przez to zawarte w niej wnioski czy refleksje o wiele łatwiej dotrą do przeciętnego, nie związanego z tematem czytelnika, książka będzie wydawała się bliższa i bardziej dostępna niż gdyby była pisana naukowym żargonem. Wpływa na to również wybór zagadnień, które zdecydował się poruszyć autor. Chyba każdy w naszym życiu spotkał się z większością z nich i choć każdy z problemów finalnie musimy przepracować czy rozwiązać sami, żadna książka tego za nas nie zrobi, to wiele osób poszukuje wtedy pomocy, rad, sugestii czy nawet po prostu pocieszenia i to właśnie takim osobom podsunęłabym tę pozycję.  

Jeżeli macie w głowie osoby, które zmagają się ze smutkiem, żalem, poczuciem winy czy innymi wewnętrznymi zranieniami, to pozycja właśnie dla nich. Myślę, że wiele kobiet poszukuje tego typu pozycji. Idealnie sprawdzi się jako dodatek do świątecznych prezentów. Nie rozwiąże sprawy, jednak może pomóc, a często już samo wyciszenie się oraz zastanowienie nad problemem to krok milowy do odnalezienia szczęścia. 

Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie księgarni taniaksiazka.pl


niedziela, 4 grudnia 2016

"Spełnione marzenia" - Krystyna Mirek


Jak żyć, kiedy marzenia nie chcą się spełnić? Jak długo pielęgnować nadzieję? 
Czy pokrętny los da się oszukać?



"Spełnione marzenia" to trzecia i zarazem ostatnia część wspaniałej sagi rodzinnej pt. "Jabłoniowy sad", którą przez ostatnie miesiące mieliśmy przyjemność czytać dzięki autorce oraz wydawnictwu Filia. Pierwszy tym tej serii był nie tylko moim pierwszym kontaktem z bohaterami sagi, wielopokoleniową rodziną Zagórskich, ale też w ogóle twórczością Krystyny Mirek - pierwszym, a zarazem bardzo udanym. Po lekturze ostatniej części tej serii mam w sobie dwa uczucia: błogość, bo fabuła "Spełnionych marzeń" miała w sobie coś magicznego, oraz żal, że to już koniec podglądania losów bohaterów, z którymi zdążyłam porządnie się z żyć. 


W jabłoniowym sadzie na rozłożystych gałęziach znów kołyszą się dojrzewające owoce, na tarasie stoi wieczorna herbata, a wiatr szumi w tysiącach liści. Nie ma już burzy, w życiu zapanował spokój. A jednak nadchodzą wielkie zmiany. Tym razem po cichu, niepostrzeżenie. Dotyczą przede wszystkim Gabrysi, która wraz z mężem już od wielu lat bezskutecznie stara się o dziecko. Ma wrażenie, że próbowała już każdej metody - walczyła, poddała się, stawiała wszystko na jedną kartę, odpuszczała, omal nie straciła małżeństwa, ale wszystko na nic. Nie ucieknie im również Julia, młoda pani weterynarz, marząca o miłości. Obserwując co dzień pracującego naprzeciw byłego narzeczonego, skrycie marzy o miłości, która nie będzie jej ograniczała, ale pozwoli zachować wolność. Tylko czy spotkanie mężczyzny, który nie będzie chciał zamknąć jej w domu, jest w ogóle możliwe? Natomiast Maryla, najstarsza z sióstr, zmaga się z zazdrością wobec męża, którego dopiero udało jej się odzyskać. Myślała, że powrót do siebie po tym, jak ich drogi się rozeszły będzie o wiele łatwiejszy, niż jest w rzeczywistości. Przeszłość jednak nie  koniecznie daje o sobie zapomnieć. Wszystkie z sióstr, także układająca sobie życie w Warszawie Anielka, marzą o spełnieniu marzeń i zawzięcie szukają szczęścia. Ale może powinny nieco zwolnić i rozejrzeć się dookoła? Przecież szczęście czai się na mniej uczęszczanych ścieżkach, w stronę których nawet nie spoglądamy. 

Lubię klimat, który udało się stworzyć autorce we wszystkich częściach sagi - są one spokojne, pełne refleksji, na które zwykle nie mamy czasu, a przede wszystkim obfite w wiarę w ludzi oraz ich dobroć. To wszystko sprawia, że proza Mirek jest inna od tej, z którą zwykle mam kontakt i naprawdę przykro mi było przewracać ostatnią stronę tej książki. Podczas gdy wielu autorów stawia w swoich książkach na dynamiczną akcję, życie rodziny Zagórskich, choć nie jest wolne od problemów, płynie jakoś tak niespiesznie, zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Otwierając tę książkę nie mogłam wyzbyć się wrażenia, jakbym na chwilę przenosiła się do rodzinnego domu, z którego każda troska wygląda inaczej niż z perspektywy miejskiego pędu. Czytając książki Mirek niemal czuje się woń pieczonego ciasta, zapach dojrzewających jabłek, ale przede wszystkim unoszącą się w powietrzu miłość, którą darzą się wszyscy członkowie wykreowanej przez autorkę rodziny. To wszystko sprawia, że słowo, które już zawsze będzie mi się kojarzyło z tą sagą to magia. Tak. I to jedyna oraz niepodważalna, która może zaistnieć tylko w kochającej się rodzinie pełnej wzajemnego szacunku, troski oraz wsparcia. 

Pokuszę się o stwierdzenie, że Krystyna Mirek posiada rzadki talent do pisania o trudnych sprawach w sposób niezwykle prosty. Mimo, iż życie rodziny Zagórskich nie jest usłane różami - w tym tomie bohaterowie zmagają się z bezpłodnością, utratą najbliższych, samotnością, zdradą, zazdrością oraz nadszarpniętym zaufaniem, to "Spełnione marzenia" ani na chwilę nie przestają być książką przyjemną w odbiorze i odprężającą. Jak gdyby autorka ukazywała ludzkie troski z trochę niecodziennej perspektywy szepcząc między wersami, że szkoda marnować energię i nerwy na problemy, bo wszystkie je da się rozwiązać. Czasem szybciej, czasem powoli, ale każde marzenie może się spełnić. I to nie zawsze wtedy, kiedy byśmy się tego spodziewali. Wystarczy tylko nie stracić głowy i cieszyć się z tego, co mamy: zdrowia, dachu nad głową oraz potężnej siły płynącej z rodziny. Wszystko inne ułoży się samo. Niekiedy warto zatrzymać się w pędzie i cierpliwie poczekać. 

Polecam wam "Spełnione marzenia", podobnie jak i poprzednie części tej sagi. Książki Krystyny Mirek są niezwykłe - przypominają o wartościach, które zdają się trochę blaknąć we współczesnym świecie. Przywracają też wiarę w drugiego człowieka i wciągają do tego stopnia, że nie chce się ich kończyć. Po przewróceniu ostatniej strony tej lektury uśmiech na mojej twarzy przeplatał się ze smutkiem. Dlaczego wszystko, co dobre, tak szybko się kończy? 

Ze egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie portalowi ONACZYTA
oraz wydawnictwu: 







czwartek, 1 grudnia 2016

Wywiad z Magdą Stachulą


Magda Stachula, autorka "Idealnej" 


1.Witam serdecznie pani Magdo, jest mi niezwykle miło gościć Panią na swoim blogu. Pierwsze pytanie właściwie nasuwa się samo: Jak zaczęła się Pani przygoda z pisaniem? I co było inspiracją do napisania „Idealnej”?
Od zawsze chciałam pisać. Dzieciństwo i czasy szkolne to było wymyślanie i zapisywanie różnych historii. W dorosłym życiu odłożyłam marzenia na dalszy plan. Studia, praca, dzieci, jednak zawsze czegoś mi brakowało i wiedziałam, że tym czymś jest pisanie.
I w końcu postanowiłam dać sobie szansę. Pewnego listopadowego popołudnia ubiegłego roku, odkryłam niezwykły praski tramwaj. Mazaci tramvaj ma za zadanie jeździć po mieście i naoliwiać tory, na końcu wagoniku zamontowana jest kamera HD, przez którą można obserwować miasto i jego mieszkańców. Jedno spojrzenie, ułamek sekundy i nagła myśl: to idealny temat na książkę, muszę to wykorzystać. Zamiłowaniem do web kamer obdarzyłam jedną z bohaterek, dodałam jej osobiste problemy i zaczęłam budować fabułę.

2. Jak wygląda u Pani proces tworzenia książki? Czy pisząc ma Pani jakiś ściśle ustalony plan, czy stawia na spontaniczność i pozwala bohaterom żyć własnym życiem?
Zaczynając pisać Idealną, miałam wstępny plan wydarzeń, pomysł na ciekawą według mnie historię, ale jeszcze nie wiedziałam, jakie będzie zakończenie. Uważam, że taki system pracy, gdzie wszystko nie jest z góry przesądzone i przewidziane jest bliższe prawdziwemu życiu, bardziej realistyczne. Jeśli ja nie wiem, co jutro spotka mojego bohatera, to trudno, żeby domyślił się tego Czytelnik. Skupiłam się na kreacji postaci. Wyobrażam sobie, jacy są moi bohaterowie, jak wyglądają, jakie mają zainteresowania, czego pragną, czego się boją. Jakie imiona pasowałyby do nich, miejsce zamieszkania, ubiór itd. Ważny był też dla mnie aspekt psychologiczny, ich wzajemne relacje, potrzeby i oczekiwania. Na początku wszystko działo się w mojej głowie, gdy już znałam wystarczająco dobrze Anitę, Adama, Martę i Eryka zaczęłam spisywać ich historię.

3. Pani książka wpisuje się w nowy nurt w literaturze, domestic noir. Można powiedzieć, że jest pani jego prekursorką w Polsce. Czy myślała Pani o tym pisząc „Idealną”?
Od początku chciałam, żeby to była powieść z dreszczykiem, sama lubię takie czytać, więc nie mogło być inaczej. Powieści w nurcie domestic noir tym różnią się od typowych thrillerów, że tu zagrożenie pochodzi od kogoś, kto jest nam bliski. Od osoby, której nie podejrzewamy o niecne zamiary, od kogoś, kogo wydaje nam się, że świetnie znamy, ale jak się ostatecznie okazuje, tylko wydaje. To przerażające, ale zarazem zastanawiające i godne uwagi. Myślę, że literatura w nurcie domestic noir cieszy się w ostatnim czasie tak dużym zainteresowaniem także dlatego, że kobiety potrzebują pokazania swojej mocnej strony. Nie interesują już je tylko bohaterki delikatne, kruche, uzależniające własne poczucie wartości od mężczyzny u boku, ale takie, które potrafią walczyć o swoje, być silne, zdeterminowane i skuteczne. A to, że wychodzi przy tym ciemna strona człowieka… któż jej nie ma? Chciałam pokazać, że takie historie mogą zdarzyć się wszędzie, nie tylko w Nowym Jorku czy Londynie, ale także na naszym rodzinnym podwórku. Uważam, że dla polskiego Czytelnika to dużo ciekawsze, jeśli akcja rozgrywa się w bliskiej i znajomej rzeczywistości, jeśli czyta o bohaterkach z Krakowa, którzy bywają w tych samych miejscach co my.

4. Podczas lektury Pani książki urzekła mnie kreacja portretów psychologicznych bohaterów. Bardzo realistycznie przedstawia Pani psychikę osób zmagających się z bezpłodnością. Skąd u Pani znajomość tego tematu?
Niestety z niepłodnością walkę toczy coraz więcej par i według statystyk z każdym rokiem ich liczba rośnie. Mogłam zaobserwować to wśród znajomych. Rozmowy, a nawet częściej ich brak, pokazał mi, jak ogromny jest to problem. Moja bohaterka, Anita, popada w pewnego rodzaju obłęd, chęć posiadania potomstwa i starania każdego miesiąca o dziecko dominują jej życie. Robi praktycznie wszystko, a mimo to wciąż się nie udaje, ta bezradność ją przerasta. Choć jak potem się dowiadujemy, tutaj powód jest zupełnie inny niż u większości starających się par, ale takie samo rozgoryczenie i frustracja. Chciałam pokazać jak trudny i ważny jest to temat i że pozory często mylą, nie zawsze za wyborem braku potomstwa, stoi świadoma decyzja rodziców i nietaktowne pytanie są dla tych osób bolesne, trzeba mieć to na uwadze.

5. Który z bohaterów „Idealnej” jest Pani najbliższy? Łatwiej tworzyło się Pani postać Marty, czy Anity? A może któregoś z bohaterów męskich?
Najbardziej polubiłam Eryka. Bardzo przyjemnie kreowało mi się tę postać. Artystyczna dusza, ciekawa osobowość, niebanalny ubiór i wygląd. Choć nie wiem czy on polubiłby mnie, za to, w jakim ostatecznie położeniu go zostawiłam ;)

6. Jak to jest pisać książkę o tak, można powiedzieć, mrocznym klimacie? Czy udzielały się Pani emocje bohaterów?
Starałam się być bardzo empatyczna i pisząc, naprawdę żyłam ich życiem. Kiedy zamykałam komputer i jechałam po dziecko do przedszkola w mojej głowie cały czas byli moi bohaterowie, ich myśli, pragnienia, naprawdę musiałam zamknąć oczy i powiedzieć sobie: na dziś już koniec, zostaw ich, teraz pojedziesz do przedszkola, potem zakupy itd. Ciężko było mi się oderwać od świata, który stworzyłam.

7. Co jest dla Pani najważniejsze podczas pisania książek? Co wyróżnia książki Stachuli spośród tysięcy innych?
Bardzo chciałabym, aby coś wyróżniało moje książki z tysiąca innych, myślę, że każdy autor do tego dąży. Jednak pisząc, nie zastanawiam się, co to będzie, po prostu opowiadam historię we własnym stylu. Przede wszystkim zależy mi, aby książka trzymała w napięciu, aby wszystko nie było oczywiste od pierwszych stron i ufam magi suspensu. Zależy mi, aby zaprosić Czytelnika do gry, aby angażował się w życie bohaterów, aby analizował, przewidywał, dociekał i ostatecznie był usatysfakcjonowany zakończeniem.

8. Pisząc „Idealną” bardzo wysoko postawiła sobie Pani poprzeczkę. Napisałam w swojej recenzji, że to najlepsza polska powieść, jaką przeczytałam w tym roku i podtrzymuję tę opinię. Czy nie boi się Pani, że pisząc kolejne nie dorówna sukcesowi „Idealnej”?
Bardzo dziękuję za takie wyróżnienie. Piszą Idealną kompletnie nie myślałam, że stawiam sobie wysoko poprzeczkę, tak jak powiedziałam, miałam w głowie historię i opowiedziałam ją w swoim stylu. Oczywiście chciałam, żeby książka była bardzo dobra, aby spełniła wszystkie warunki trzymającego w napięciu thrillera, aby spodobała się Czytelnikom, a najpierw Wydawcy. Wiadomo, że debiutant stoi przed trudnym zadaniem, musi przekonać do siebie Wydawnictwo, przy tak ogromnej konkurencji nikt nie da szansy słabej książce. Cieszę się, że zadebiutowałam właśnie Idealną, zawsze będzie szczególna w moim życiu, bo pierwsza i zawsze będą pojawiać się porównania, tak już jest, jestem tego świadoma. Jednak teraz piszę nową historię, z nowymi bohaterami i mam nadzieję, że również zostanie ona dobrze przyjęta przez Czytelników. Nie zastanawiam się czy dorówna sukcesowi Idealnej, wiadomo, debiut rządzi się swoimi prawami. Mnie zależy na dostarczeniu Czytelnikowi kolejnej ciekawej historii, opowiedzianej w dobrym stylu.

9. Jak to jest być pisarką? Co zmieniło się w Pani życiu od czasu wydania „Idealnej”?
Wszystko i nic :) Nadal jestem tą samą osobą, wychodzę codziennie rano z domu i idę pisać, po południu jadę do przedszkola i jestem do końca dnia mamą, identyczny schemat jak w tamtym roku, gdy pisałam Idealną. Jednak jest też zupełnie inaczej, wiem, że to, co robię podoba się ludziom, dostaję dużo maili od Czytelników, jeżdżę na targi książki, spotkania autorskie. To już się stało, spełniłam swoje marzenie, jestem pisarką.

10. Bardzo dziękuję za rozmowę i poświęcony czas. Życzę Pani kolejnych sukcesów literackich i pomysłów na nowe, wspaniałe książki. Pozdrawiam serdecznie.
Dziękuję.

wtorek, 29 listopada 2016

"Francuski piesek" - Marta Obuch



Ta książka to obowiązkowy punkt każdego menu. Mniam! 


"Francuski piesek" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marty Obuch i muszę Wam wyznać, że po lekturze tej książki zastanawiam się, jak to możliwe, że nie czytałam żadnej z jej poprzednich książek, ponieważ pokochałam prozę tej autorki już od pierwszego rozdziału. Język jest lekki, dowcipny, bohaterowie postrzeleni oraz szalenie zabawni, a fabuła... Cóż. Pędzi do przodu chyba z dwa razy szybciej od pendolino. I nie zwalnia ani na moment! Nawet nie zliczę, ile razy podczas czytania tej książki śmiałam się w głos i musiałam urywać twarz w poduszce, by nie pobudzić śpiących współlokatorek. 


Misia zostaje właścicielką uroczego domku i dużego ogrodu, ale musi zakasać rękawy i sama zająć się remontem. Niestety, jej ukochany jest zbyt zajęty pracą zawodową i miga się od pomocy. A może celowo szuka wymówek, by się do niej nie zabrać? Chętny jest za to nowy sąsiad Misi, Luk, wyśmienity kucharz, z pochodzenia Francuz, który prowadzi w Polsce swoją restaurację, oraz zwariowana przyjaciółka Misi - Zuza. Zuza też ma swoje zmartwienia, bo już po raz kilkunasty nie może zdać prawo jazdy. W wyniku frustracji schodzi więc na drogę przestępstwa, co pociąga za sobą prawdziwą lawinę zdarzeń. Jakby tego było mało, Michalina niespodziewanie przygarnia pod swój dach byłą kochankę swojego byłego męża i odtąd na Akacjowej zaczynają się dziać naprawdę dziwne rzeczy. Okazuje się,bowiem że nie tylko zdesperowana Zuza schodzi na drogę przestępstwa... Czyż opis fabuły nie brzmi zachęcająco? Musicie mi wierzyć, że zwariowani bohaterowie, szalone pomysły, kuchnia francuska oraz przestępcy i tajemnica starego domu w wydaniu Marty Obuch to mieszanka co najmniej pikantna! 

Jestem zachwycona tą książką, naprawdę i wybaczcie, ale nie wytknę jej żadnych wad. Miłość bowiem jest ślepa, a ja zakochałam się we "Francuskim piesku" na zabój. Listopad to taki trudny czas, w którym depresja i smutki czyhają na nas niemal na każdym rogu, dlatego z przyjemnością sięgam w tym okresie po komedie, a już zwłaszcza te kryminalne. Po lekturze "Francuskiego pieska" dochodzę do wniosku, że w tym roku nie mogłam dokonać lepszego wyboru by poprawić sobie humor - ta książka to prawdziwa petarda. Pomysły głównych bohaterek są tak zabawne, że niejednokrotnie bolał mnie brzuch (zwłaszcza rozbawił mnie motyw z niecodziennym wykorzystaniem cynamonu - wiecie, że ta przyprawa idealnie nadaje się do panierowania trupa?), język tak cięty, że aż zazdroszczę autorce jej błyskotliwych żarcików, a wątki związane z kolejnymi przestępstwami tak podkręcają akcję, że momentami zastanawiałam się, czy nie otworzyć okna - tak było gorąco. Rzadko zdarza się, żeby jakiś tytuł wzbudził we mnie aż taką sympatię, jak "Francuski piesek", dlatego polecam ją całym sercem. Uwielbiam Misię, Zuzę, Igłę, Marchewkę no i przede wszystkim najbardziej oryginalną ze wszystkich Ryszardę. Przy tej książce na pewno nie będziecie się nudzić. Podszkolicie swoją wiedzę odnośnie zakrzepicy, zakładania rajstop, konserwacji zwłok a nawet dowiecie się, jak skutecznie rozprawić się z pazernym ZUS-em. 

Za chwilę mamy grudzień, więc czuję się w obowiązku polecić Wam tę książkę również pod kątem zbliżających się świąt, bo już pewnie powoli zaczynacie szukać prezentów. "Francuski piesek" nada się idealnie  dla mamy, babci, cioci czy siostry kochającej dobrą, kobiecą, a przede wszystkim ZABAWNĄ literaturę. Ja chyba muszę szepnąć Mikołajowi słówko, że chętnie przeczytałabym poprzednie książki rzeczonej autorki. Fajnie by było, gdyby w święta brzuch nie bolał mnie tylko z obżarstwa, ale i śmiechu. 

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 



poniedziałek, 21 listopada 2016

"Dom czwarty" - Katarzyna Puzyńska



Nie da się uciec przed przeszłością.
Zwłaszcza, gdy teraźniejszość sama w sobie jest niezwykle problematyczna. 


Seria o Lipowie, a dokładnie "Trzydziesta pierwsza" (trzeci tom), to książka, która sprawiła, że zaczęłam czytać kryminały. Ba! Niesamowicie to polubiłam, dlatego mam do książek Puzyńskiej wyjątkowy sentyment i z niecierpliwością czekam na następne. "Dom czwarty" jest już siódmym tomem bestsellerowej serii o Lipowie i zabrałam się za lekturę natychmiast, gdy tylko wpadła w moje ręce. (Napisałam to zdanie i przez chwilę się nad nim zamyśliłam. Już siódmy to? Naprawdę? Ależ trudno w to uwierzyć! Właśnie dlatego, za każdym razem, kiedy tylko widzę w zapowiedziach kolejną książkę autorki, nie mogę wysiedzieć z niecierpliwości.) Sięgając po kolejne tomy tej serii nie mogę wyzbyć się wrażenia, że wracam do rodzinnych stron albo chociaż podglądam bohaterów ulubionego serialu. Lipowo skradło moje serce. Jednak mimo tego, iż "Dom czwarty" jest już kolejnym tomem o policjantach z Lipowa, autorka nadal trzyma wysoki poziom. I czytelnika w napięciu przez całą książkę. 

Była policjantka Klementyna Kopp po czterdziestu latach wraca w rodzinne strony. Po telefonie od matki, mimo konfliktów rodzinnych, postanawia przyjrzeć się sprawie pewnego morderstwa, którego dokonano w okolicy. W drodze na miejsce Klementyna znika bez śladu, a na jej poszukiwania wyruszają policjanci i przyjaciele z Komendy Powiatowej w Brodnicy, Daniel, Emilia oraz Weronika. Mieszkańcy Złocin zgodnie twierdzą jednak, że zaginiona nigdy nie dotarła do miasteczka, ale aspirant Daniel Podgórski wkrótce odkrywa, że musiało być inaczej. W głowie policjantów powstają dwa pytania: dlaczego wszyscy kłamią i co tak naprawdę przydarzyło się Klementynie? Śledztwo z każdym kolejnym dniem wydaje się być coraz bardziej zagmatwane, a podejrzani mnożą się niesamowicie szybko. Czy podejrzanym powinien być ten, kto maluje tajemnicze graffiti z czarną szubienicą i podrzuca martwe ptaki? I jaki ma z tym wszystkim związek okrutna egzekucja dokonana nad jeziorem Bachotek w październiku 1939 roku?

To, co jest w moich oczach najbardziej wyrazistą i unikatową cechą książek Katarzyny Puzyńskiej, to bijący ze stron niepokój, groza oraz mrok. Żadna inna z autorek kryminałów nie potrafi wywołać we mnie tak silnego napięcia oraz gęsiej skórki na przedramionach podczas lektury oraz wciągnąć w wykreowany przez siebie świat do tego stopnia, że nie mam zamiaru rozstawać się z książką ani na chwilę, dopóki nie skończę. Tym razem miejscem akcji jest podupadające miasteczko ze starymi dworami otoczone wilgocią lasów i zapachem igliwia. To właśnie w tej pobudzającej wyobraźnię scenerii autorka ukrywa kolejną kryminalną intrygę i, tak jak w poprzednich częściach, robi to niesamowicie dobrze. Tym razem policjanci rozwiązują jednocześnie kilka różnych spraw, które, pozornie, niczym się nie łączą. Autorka świetnie buduje jednak napięcie - co i rusz podsyca w czytelniku wyczekiwanie, podrzucając kolejne wskazówki oraz nierozwikłane sekrety. Efekt wzmacniają krótkie, barwne rozdziały oraz ukazywanie wydarzeń z perspektywy różnych bohaterów. Jest to kolejna charakterystyczna cecha utworów Puzyńskiej, jednocześnie bardzo trafiony zabieg. 

"Dom czwarty", tak samo jak poprzednie utwory autorki, to jednak nie tylko kryminał, ale i utwór podszyty wyraźnie zarysowanym tłem obyczajowym pełnym obserwacji społecznych oraz licznymi wątkami z dziedziny psychologii. I tym razem mamy możliwość wniknięcia w mentalność ludzi żyjących w małej, zamkniętej społeczności, poznania ich zmartwień, radości oraz urazów z przeszłości, o których nie umieją zapomnieć. Przyglądamy się, jak bardzo destrukcyjna jest zemsta i do czego może prowadzić nieprzepracowana trauma oraz tłumiony w sobie żal. Przez całą fabułę mamy też możliwość obserwowania problemów ludzi, zmagających się ze stratą dziecka oraz zastanowić się nad tym, do czego skłonni jesteśmy w imię miłości. Jedynym minusem tej powieści jest w moich oczach nadużywanie przez jednego z policjantów, Daniela, wulgaryzmów. Przywykłam już, że bohaterowie Puzyńskiej co i rusz rzucają mięsem, ale tym razem było tego tak dużo, że czułam niesmak. 

Polecam "Dom czwarty" całym sercem i to nie tylko dlatego, iż fabuła rozgrywa się w okolicy moich rodzinnych stron. Książki Puzyńskiej czyta się migiem niezależnie od objętości. Te utwory mają unikatowy klimat i aż chce się wracać do znanych bohaterów oraz okolic Lipowa. Przeczytałam niedawno wypowiedź jednej z blogerek, która napisała, że chętnie przeczytałaby jakąś książkę Puzyńskiej nie będącą kolejną częścią serii, ale w żadnym wypadku się pod tym nie podpisuję. Chcę więcej kryminałów o policjantach z Lipowa. Dużo więcej! Kocham tę serię i nie mogę się doczekać kolejnej części.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


czwartek, 17 listopada 2016

"Wszystko co mam" - Katie Marsh



Co, jeśli chwila, w której on najbardziej cię potrzebuje,
okaże się chwilą, w której chciałaś od niego odejść? 

Hanna nie jest szczęśliwa w swoim małżeństwie. Prysnęła gdzieś towarzysząca zakochaniu magia, a na horyzoncie pojawił się inny mężczyzna. Po długiej walce z sama sobą, kobieta w końcu zbiera się na odwagę i zamierza  oświadczyć mężowi, że odchodzi. Tymczasem zastaje go leżącego na podłodze w sypialni, sparaliżowanego. Tom przeszedł udar, choć ma zaledwie 32 lata. Nie może chodzić, samodzielnie przygotować sobie posiłku ani pracować. Hanna jest przerażona, ale decyduje się odłożyć wszystkie plany na bok, by zająć się mężem. Dla Toma jest jednak jasne, że robi to tylko z litości. Długa rehabilitacja daje obojgu z małżonków mnóstwo czasu, by na nowo przyjrzeli się swojemu życiu. To prowadzi Toma tylko do jednego wniosku: będzie próbował ocalić swoje małżeństwo. Hanna jest miłością jego życia i nie zamierza pozwolić jej odejść. Tylko czy zdoła stać się tym samym mężczyzną, który niegdyś zauroczył Hannę? I czy Hanna zrezygnuje z wyczekanego, nowego życia, by na nowo zakochać się w Tomie?

Bardzo lubię książki klubu Kobiety to czytają. Każda z nich nie tylko porusza ważne społecznie tematy, ale też skłania do refleksji i zmusza do zastanowienia się nad sobą oraz własnym życiem. Książki z tego klubu to powieści mądre, dojrzałe, czasem smutne i wyciskające łzy. Każda z nich jest jednak wyjątkowa - niesie ponadczasowe przesłanie, zwraca uwagę na sprawy, o których czasem zapominamy i odznacza się magią. To dlatego od lat sięgam w ciemno po utwory sygnowane klubową naklejką. Jest ona swego rodzaju gwarantem dobrej, kobiecej literatury. Tak jest także w przypadku "Wszystko co mam". To piękny utwór o miłości ponad wszystko,  niesamowitym poświęceniu oraz rezygnacji z siebie na rzecz szczęścia kogoś innego. Płynie z niego także refleksja, że czasami nasze życie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni i to w momentach, w których w ogóle się tego nie spodziewamy. I to tylko od nas zależy to, czy uda nam się te zmiany wykorzystać do czegoś dobrego, czy wręcz przeciwnie - spuścimy głowę zaprzepaszczając wszystko, co najlepsze. 

Przyznam, że jestem oczarowana stworzoną przez autorkę fabułą i po skończeniu "Wszystko co mam" przez kilka dni nie mogłam wyrzucić jej z głowy, a to chyba najlepsza z możliwych rekomendacji. Katie Marsh miała na tę książkę wspaniały, niesztampowy pomysł, który udało jej się wykorzystać w stu procentach - jej powieść wciąga i trzyma w niepewności. Już przedstawione w pierwszym rozdziale wydarzenia sprawiły, że nie miałam zamiaru rozstawać się z tą książką, dopóki nie poznam zakończenia. Po drodze do celu też czekały na mnie niespodzianki - ta książka to rollercoaster emocjonalny oraz wspaniałe studium ludzkiej psychiki. Autorka pokazuje nam zarówno to, co dzieje się w głowie Hanny, jak i to, w jaki sposób postrzega rzeczywistość zmagający się z chorobą Tom, dzięki czemu mamy pełen ogląd sytuacji . Stawia swoich bohaterów przed szeregiem trudnych wyborów i rzuca im kolejne kłody pod nogi. Testuje i sprawdza, na jak wiele wyrzeczeń zdecydują się w imię miłości. Jaki będzie finał? 

"Wszystko co mam" to jedna z piękniejszych opowieści o miłości, jakie czytałam. Nie jest to książka o pełnym uniesień zakochaniu, motylach w brzuchu i szaleństwie. To dojrzały utwór o prawdziwym uczuciu i dwójce ludzi, którzy niespodziewanie muszą zmierzyć się z brutalną rzeczywistością. Gorąco wam go polecam - idealny na jesienne wieczory. Katie Marsh uświadamia nam, co tak naprawdę jest w życiu ważne. A przecież każdemu z nas przyda się czasem o tym przypomnieć. 

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:


piątek, 4 listopada 2016

"Behawiorysta" - Remigiusz Mróz


Każdy z nas chciałby wierzyć, że jest dobrym człowiekiem. 
Mało kto dopuszcza do siebie myśl, że tkwi w nim pierwiastek zła. 


Psychologowie wielokrotnie wykazali, że każdy człowiek jest zdolny do popełnienia zbrodni jeżeli tylko zajdą ku temu pewne warunki, czego najlepszym przykładem jest choćby doskonale znany eksperyment Milgrama czy symulacja więzienia profesora Zimbardo. Mimo przemawiających za tą tezą faktów, ludzie nadal zgodnie twierdzą, że poważnych przestępstw mogą dopuścić się jedynie zwyrodnialcy. To zrozumiałe. Statystyki nigdy nie dotyczą nas, ale tych wszystkich innych, anonimowych, którzy żyją dookoła. Ciężko jest wierzyć, że bylibyśmy w stanie wyrządzić komuś krzywdę,przecież to takie nieludzkie i abstrakcyjne. Uwielbiamy się wybielać.

Wyobraźmy sobie jednak, że któregoś dnia wchodzimy na stronę internetową, na której jednym kliknięciem możemy zdecydować o czyimś losie. Widzimy dwójkę ludzi i mamy moc wybrać, czy psychopata zastrzeli kilkuletnią, śmiertelnie chorą dziewczynkę czy kilkudziesięcioletnią matkę utrzymującą rodzinę. Internet pełen jest quizów czy gier, a stanie się Bogiem jest takie kuszące... Jednak to nie jest gra. Tysiące internautów na prośbę zabójcy bierze odpowiedzialność za czyjeś istnienie, na ułamek sekundy staje się panami życia i śmierci. A ty? Miałbyś odwagę wybrać i kliknąć? Umyłbyś ręce, czy poczułbyś się w obowiązku kogoś uratować? 

Jestem pewna, że w internecie znajduje się już szereg recenzji piejących nad "Behawiorystą" i kreacją Kompozytora, co oczywiście jest zrozumiałe, bo ta książka naprawdę wbija w fotel. Mróz kolejny raz porusza aktualne problemy społeczne, tworzy antagonistę-zwyrodnialca o niesamowitej psychice, wykorzystuje ciekawy motyw, jakim jest mowa ciała, umiejętnie buduje napięcie czy czyni miasto kolejnym bohaterem powieści, co, bez wątpienia, jest bardzo trafionym zabiegiem. Ja jednak (przez skrzywienie będące konsekwencją moich studiów) chciałabym zwrócić uwagę na coś innego, mianowicie, że "Behawiorysta" to brutalne, aczkolwiek nadal realistyczne, studium psychiki ludzkiej i bynajmniej nie chodzi mi o przestępcę, lecz głównego bohatera. Ta książka to nie tylko ukazanie trudnej do rozwiązania zagadki, lecz przejmująca opowieść o tym, że można złamać psychikę każdego, nawet najbardziej prawego człowieka i skłonić go do popełnienia czynów, o które nie posądzałby się w najśmielszych snach. "Behawiorysta" jest opisem przerażającej metamorfozy głównego bohatera, która, na dobrą sprawę, mogłaby zadziać się w przypadku każdego z nas, choć tak usilnie nie dopuszczamy do siebie tej myśli. Po przerzuceniu ostatniej strony przez kilka chwil trwałam w pełnym zadumy milczeniu, a w głowie miałam dwie myśli: jaka ta książka jest niesamowita i jak diabelsko prawdziwa. Przecież w każdym z nas tkwi bestia, wystarczy tylko wydobyć ją z mroku. 

Bardzo chciałabym bardziej pochylić się nad analizą portretu psychologicznego głównego bohatera, bo to w moim odczuciu szalenie ciekawa postać, lecz muszę powstrzymać się, żeby nie zaspoilerować fabuły. Zamiast tego zasygnalizuję jeszcze dwa interesujące, wyłaniające się z fabuły zjawiska, mianowicie poczucie anonimowości w sieci i rozproszenie odpowiedzialności.  Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że w XXI wieku ludzie spędzają w internecie niemal tyle samo czasu, co w świecie realnym. Mało tego, ten wirtualny jest pod wieloma względami o wiele ciekawszy i czują się w nim bezkarni. Kiedy siedzi się przed komputerem, życie wygląda inaczej. Gdyby internauci z książki stali na przeciw dwójki ludzi, być może nie mieli by odwagi nacisnąć spustu, ale co szkodzi im kliknąć? Przecież to tylko gra. Owszem, z fatalnym skutkiem, ale nikt ich nie rozliczy, pozostaną bezkarni. Ba, poczują się wybawcami. Skazując kogoś na śmierć uratują inne życie. Ludzie kochają kompleks wyższości i Mróz fantastycznie to zobrazował. 

Obawiam się, że jeszcze nigdy nie czytałam książki tak bardzo angażującej czytelnika i tak pełnej dylematów moralnych. "Behawiorysta" to jedna z tych książek, o których pamięta się przez dłuższy czas. Autor w stu procentach wykorzystał świetny, niesztampowy pomysł na fabułę, przez co nie sposób się od niej oderwać. To książka, która wciąga, obnaża mroki ludzkiej natury i prowokuje do licznych refleksji. Jeżeli miałabym wskazać na jakiejś jej minusy, to byłoby to jedynie zbyt częste lanie się krwi. Zdecydowana większość badań pokazuje, że ponad pięćdziesiąt procent czytelniczek to kobiety i obawiam się, że niektóre sceny są zdecydowanie ponad babską wrażliwość. Ale z drugiej strony, może gdyby ich zabrakło, ta książka nie byłaby aż tak przejmująca? 

Popłynęłam, ale "Behawiorysta" to świetny materiał do analizy przez psychologa, wierzcie mi ;)





środa, 2 listopada 2016

"Przyjaciele i rywale" - Agnieszka Krawczyk



Miłość nigdy nie jest zbrodnią. Miłość to miłość 
- nie kalkuluje i nie ocenia, po prostu dotyka ludzi, czy tego chcą, czy nie.


Prozę Agnieszki Krawczyk pokochałam wraz z momentem, w którym wpadła w moje ręce "Dolina mgieł i róż" z sagi o mieszkańcach Idy. Autorka zauroczyła mnie barwnymi opisami, bijącym od jej książek spokojem oraz swego rodzaju baśniowością. Po zakończeniu tamtego cyklu autorka rozpoczęła kolejną sagę pt. "Czary codzienności", rozgrywającą się w niewielkiej wsi u podnóża gór - Zmysłowie, opowieść o trzech siostrach. Pierwszy tom - "Siostry", niesamowicie przypadły mi do gustu, dlatego z nieudawaną przyjemnością sięgnęłam po drugi pt. "Przyjaciele i rywale". Cóż mogę powiedzieć? Ciśnie mi się na usta tylko jedno - Agnieszka Krawczyk trzyma poziom i niezmiennie nazywam ją jedną z moich ulubionych autorek literatury obyczajowej. 


Życie sióstr Niemirskich nieustannie się zmienia. Kierowana potrzebą odnalezienia ojca Tosi Agata coraz śmielej prowadzi swoje prywatne śledztwo, chce wyjaśnić tajemnicę sprzed lat. Wraz z pomocą Danieli i gburowatego Jakuba, Agata z każdym kolejnym dniem jest coraz bliżej rozwiązania zagadki. Tylko czy będzie to początek czegoś nowego i dobrego, czy wręcz przeciwnie – źródło poważnych kłopotów? Dodatkowo skomplikuje się nie tylko codzienne życie sióstr, ale i ich sprawy uczuciowe. Jak to bywa w życiu - niektóre związki się rozpadną, powstaną nowe. Do Zmysłowa zawita też niedająca się lubić Magda, a trzy siostry - ku wielkiemu niezadowoleniu - niespodziewanie zyskają wroga, który będzie tylko czekał, by rzucić im kłody pod nogi. Niebo nad Zmysłowem zasnują ciemne chmury, ale przecież siła tkwi w rodzinie. Tylko czy trzy siostry znajdą jej w sobie dość, by stawić czoła wszystkim przeciwnościom? 

"Przyjaciele i rywale", to, tak jak "Siostry", książka, której moim zdaniem z pewnością przypadnie do gustu wszystkim miłośniczkom powieści obyczajowej. Autorka nie tylko maluje słowem, ale także ukazuje czytelnikowi prawdziwy, małomiasteczkowy świat, zamykając go w ramach niezwykle przemyślanej i wciągającej powieści. Agnieszka Krawczyk z typowym dla siebie ciepłem i spokojem kontynuuje opowieść o bardzo sympatycznej patchworkowej rodzinie i całkowicie wciąga nas w wykreowaną przez siebie rzeczywistość. Mnogość bohaterów i poruszonych w "Czarach codzienności" wątków sprawiają, że możemy zapomnieć o nudzie. Razem z bohaterkami pragniemy dowiedzieć się kim jest ojciec Tosi, przesiadujemy w przydrożnej kawiarence czy obserwujemy zmieniające się światło padające na obrazy Ady, matki Agaty i Tosi, znanej malarki. 

Wielokrotnie pisałam już, że proza Agnieszki Krawczyk, choć autorka porusza w książkach liczne problemy, ma w sobie coś bajkowego i niesamowitego, co sprawia, że ciężko się od nich oderwać. Przy jej książkach się odpoczywa, nawet pomimo tego, że w "Przyjaciołach i rywalach" przeczytamy o niewyjaśnionych tajemnicach rodzinnych, nieszczęśliwych miłościach czy w końcu walce niewielkiej społeczności z inwestorem planującym wybudować w ich okolicy wielki resort wypoczynkowy. Agata i Daniela, podobnie jak i my, zmagają się z trudami dnia codziennego, lecz autorka wielokrotnie przypomina czytelnikowi, że nie ma takiego problemu, którego człowiek nie byłby w stanie pokonać mając u boku rodzinę i płynące z niej wsparcie.

Na rynek trafia wiele powieści obyczajowych, lecz te autorstwa Agnieszki Krawczyk mają w sobie to coś - są eleganckie, pełne dobra i wciągają. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom "Czarów codzienności", a Wam serdecznie polecam tę serię. Ja po książki tej autorki sięgam w ciemno i czuję się w obowiązku mówić o tym światu. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 




piątek, 21 października 2016

"Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem"- K. i M. Szaciłło


Podróż w krainę smaków dla ludzi, 
którzy nie maja czasu na zdrowy posiłek. 

Jakiś czas temu zwariowałam na punkcie książek kucharskich i zdrowego odżywania. Będąc nastolatką nigdy nie sądziłam, że do tego dojdzie, ale gotowanie nie jest dla mnie tylko przykrym obowiązkiem, lecz frajdą. Polubiłam programy kulinarne, cieszę się z nowych książek kulinarnych i lubię eksperymentować w kuchni z produktami, których wcześniej nie znałam. Ostatnio, z powodu natłoku obowiązków, nie mam na to aż ta wiele czasu, jak bym chciała, dlatego z nadzieją sięgnęłam po Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem, czyli książkę zawierającą szybkie i zdrowe dania do pracy. (W atrakcyjnej cenie możecie nabyć ją tutaj: taniaksiążka.pl)  Czy jestem usatysfakcjonowana? Jak najbardziej, choć wielu proponowanych składników nie sposób znaleźć w supermarketach. 

Książka przyciągnęła mnie do siebie z kilku powodów: opis okładkowy obiecuje proste, odpowiednio zbilansowane, szybkie w przygotowaniu tygodniowe, całodzienne menu do pracy; zawiera przepisy inspirowane smakami różnych światowych kuchni; jest sensownie rozplanowana, to znaczy autorzy oferują nam tygodniowe plany zawierające całodzienne przepisy na śniadanie, obiad, deser i kolację; zawiera komentarze dietetyczki oraz listy zakupów, a po szybkim przejrzeniu zawartości stwierdziłam, że proponuje posiłki z wykorzystaniem produktów, o których owszem, słyszałam, ale raczej nie używam ich w swojej kuchni. To wszystko sprawiło, że książka Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem zagościła na mojej półce i stała się ciekawym źródłem kulinarnych inspiracji. 

Proponowane przez autorów przepisy na pewno są zdrowe, oryginalne, smaczne, choć ich przygotowanie niekoniecznie jest takie szybkie, jak bym się tego spodziewała. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno przepisy, jak i przepiękne, niesamowicie apetyczne zdjęcia zachęciły mnie do gotowania. Szczególnie spodobały mi się pomysły na śniadania (chętnie zjem zamiast owsianki grzanki z orzechowym humusem), a także desery - słodkie, ale wciąż zdrowe przekąski, na przykład sahlab (izraelski budyń z czekoladą i innymi smakowitymi dodatkami).

To, co bez wątpienia odróżnia tę książkę od innych, to fakt, że poza przepisami i fotografiami potraw, zawiera też szereg praktycznych rad dotyczących ich przygotowania i przechowywania. Autorzy podpowiadają, co należy przygotować już poprzedniego dnia albo jak zapakować gotowe posiłki w praktyczny i nie zajmujący zbyt wiele miejsca sposób. Każdemu przepisowi towarzyszy też krótki komentarz któregoś z autorów, opowiadający, skąd wywodzi się dane danie, jaki jest czas jego przygotowania  i które produkty nadają mu unikatowego smaku. To wszystko sprawia, że Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem nie jest typową książką kulinarną, ale także źródłem wiedzy związanej z różnymi kuchniami świata. 

Polecam wam tę książkę jeżeli macie poczucie, że wasze posiłki są nudne albo niezdrowe, lub po prostu szukacie nowych, kulinarnych inspiracji. Mnie przypadła do gustu,a proponowane przez autorów przepisy zawsze możecie trochę zmodyfikować, dostosowując je do swoich upodobań. Książka jest absolutną nowością, proponuje niecodzienne posiłki. 



Książkę możecie nabyć tutaj - link
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie księgarni: 






niedziela, 16 października 2016

"Granat poproszę" - Olga Rudnicka



Pisarkom problemy nie straszne. 
Przecież one właśnie po to żyją - żeby nieustannie coś wymyślać.

Uwielbiam prozę oraz humor Olgi Rudnickiej, dlatego z nieukrywaną przyjemnością sięgnęłam po najnowszą książkę jej autorstwa, Granat poproszę. Jak zwykle bawiłam się przednio i po lekturze nie mogę nie zgodzić się ze stwierdzeniem z okładki - Zabawna jak zawsze, wybuchowa jak nigdy. Olga Rudnicka kolejny raz udowadnia swoim czytelniczkom, że jeśli chodzi o komedie kryminalne, nie ma sobie równych. Czytałam tę książkę jadąc w pociągu i śmiałam się w głos. Uwielbiam bohaterów Granat poproszę. Chociaż nie, uwielbiam całą tę książkę. Jest fenomenalna i nie piszę tego tylko dlatego, że dostrzegam w głównej bohaterce naprawdę sporo własnych cech. To po prostu kawał dobrej, rozrywkowej literatury.

Emilia Przecinek to niskiego wzrostu kobieta przed czterdziestką. Jest znaną autorką powieści kobiecych, a także matką nastoletniego rodzeństwa i przykładną małżonką Cezarego, który dość niespodziewanie postanawia zostać szczęśliwym mężem innej kobiety. W dodatku nie dość, że młodszej, to jeszcze wyższej, co szczególnie boli Emilię. Cezary nie jest zbyt skory do wyjaśnień swojej decyzji i po krótkiej rozmowie telefonicznej, znika z życia Emilii bez śladu. Jest to jednak dopiero początek zmartwień pisarki - bank domaga się spłaty kredytu, kochanka męża zostaje znaleziona martwa, a rodzina, mimo że daje Emilii niepodważalne alibi, zdaje się nie wierzyć w jej niewinność. Jej reputacja zawodowa zaczyna się walić, policja składa jej wizytę za wizytą, a w dodatku mąż jest poszukiwany za defraudację. Emilia ma dwa wyjścia z tej sytuacji: albo poddać się i czekać na dalszy rozwój wydarzeń, albo wziąć sprawy w swoje ręce. Chyba nie muszę wam mówić, które wybiera? 

Tak sobie myślę, że o talencie pisarskim wcale nie świadczy ilość napisanych czy wydanych książek, ale umiejętność stworzenia oryginalnej historii biorąc na tapetę oklepany i dobrze znany przez czytelniczki temat. Olga Rudnicka niewątpliwie to potrafi i w swojej najnowszej książce udowadnia, że można stworzyć oryginalną fabułę nawet poruszając przemaglowane po stokroć tematy, w tym wypadku opowiada losy pewnej zwariowanej, porzuconej trzydziestolatki. 

Granat poproszę to przezabawna komedia kryminalna pełna dowcipnych dialogów, niespodziewanych zwrotów akcji, a przede wszystkim krwistych bohaterów, z których każdy jest bardziej oryginalny od poprzedniego. To właśnie wykreowane przez Rudnicką postaci nadają tej książce niepowtarzalnego charakteru. Poza porzuconą, żyjącą bardziej w świecie fikcji niż rzeczywistości Emilią, znajdziemy w tej książce dwoje niezwykle rozgarniętych nastolatków (będących czasem bardziej dojrzałych, niż ich matka), ekscentryczną agentkę literacką, tchórzliwego męża, a przede wszystkim moje ulubione i absolutnie niepowtarzalne babcie - matkę Cezarego i matkę Emilii. To właśnie sceny z udziałem tych ostatnich, Jadwigi i Adeli, rozśmieszały mnie do łez. Zwłaszcza polubiłam tę pierwszą, która uwielbia chwalić się swoją synową na prawo i lewo oraz niesamowicie przeżywa fakt, że nagle może przestać być rodziną znanej pisarki. Jeżeli przed lekturą miałam w głowie jakikolwiek schemat siedemdziesięcioletniej staruszki, Olga Rudnicka sprawnie go przełamała. Czy sądziliście kiedyś, że staruszki  w tym wieku mogą się... pobić? 

Jeżeli szukacie poprawiającej humor i prowokującej salwy śmiechu powieści na jesienne wieczory, bez zastanowienia sięgajcie po Granat poproszę. Ja uwielbiam prozę Olgi Rudnickiej i jej najnowsza książka nie jest wyjątkiem. Solidna porcja uśmiechu oraz pewna kryminalna zagadka gwarantowana, choć, jak na moje oko, w Granat poproszę więcej jest wątków obyczajowych niż tych związanych z przestępstwami. To powieść rodzinna o tym, że nic tak nie jednoczy krewnych jak nieszczęścia. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję wydawnictwu: