sobota, 9 kwietnia 2016

Wywiad z Kariną Bonowicz 



1.      Witam serdecznie, pani Karino, jest mi niezwykle miło gościć Panią na swoim blogu. Pierwsze pytanie właściwie nasuwa się samo: Jak zaczęła się Pani przygoda z pisaniem?
Chyba już w podstawówce, kiedy wymyślałam wszystkie możliwe (w tym także najbardziej absurdalne i niedorzeczne wymówki), żeby tylko nie iść do szkoły, łącznie z pisaniem sobie usprawiedliwień, które można było śmiało nazwać literaturą fantasy. To chyba był ten właśnie moment :)

2.      Jak wygląda u Pani proces tworzenia książki?
Najpierw jest pomysł. Pomysłów się nie wymyśla, na pomysły się czeka. I to jest właśnie najbardziej emocjonująca i mrożąca krew w żyłach chwila, bo przychodzą one do głowy w najmniej oczekiwanym momencie, więc muszę je szybko zapisać, inaczej umrą śmiercią naturalną. Oczywiście, te najlepsze pojawiają się w sytuacji, kiedy nijak nie idzie ich zanotować. Na przykład pod prysznicem. Albo kiedy pani w kasie wyjątkowo chce mi wydać grosik. Zapisuję je więc gdzie popadnie i czym popadnie, nie mówiąc już o tym, że zdarza mi się też zapomnieć, gdzie co zapisałam i wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa zabawa. Po najprzyjemniejszym etapie, którym jest tworzenie historii i zapisywanie pomysłów, przychodzi najtrudniejszy moment, czyli moment otworzenia pliku wordowskiego i… napisanie książki. Bardzo bolesna sprawa, zwłaszcza dla kręgosłupa i nadgarstka :)

3.      Co było inspiracją do napisania „I tu jest bies pogrzebany”? Osadzenie fabuły komedii w zakładzie pogrzebowym to niesztampowy pomysł. Skąd się wziął?
Pośrednią inspiracją był jeden z moich ulubionych seriali amerykańskich „Sześć stóp pod ziemią”, którego akcja rozgrywa się w zakładzie pogrzebowym, gdzie –z odcinka na odcinek – jest coraz mniej smutno, a coraz bardziej komicznie i absurdalnie. Zadałam sobie pytanie: co by się stało, gdyby nagle wszyscy przestali umierać? No, i odpowiedź była natychmiastowa: zakłady pogrzebowe miałyby duży problem… :)

4.      Jak to jest pisać książkę o tak, pomimo humoru, ciężkim temacie? Pisanie o śmierci mimo wszystko wydaje się być obciążające dla autora. Napisałam w recenzji, że udowodniła Pani, że można oswoić i śmiać się ze wszystkiego, nawet śmierci. Czy rzeczywiście oswoiła ją Pani podczas pisania tej książki?
W tej książce tak ją właśnie potraktowałam – z humorem. Prawdę mówiąc, dopiero kiedy zaczęły padać pytania, dlaczego akcja dzieje się tam, gdzie się dzieje, uświadomiłam sobie, że nie wszyscy musieli oglądać „Sześć stóp pod ziemią” czy skecze Monty Pythona i zakład pogrzebowy (i wszystko, co z nim związane) może się kojarzyć tylko źle. Myślę jednak, że wielbiciele czarnego humoru wiedzą, w czym rzecz, bo nie ja pierwsza (i n pewno nie ostatnia) przedstawiam śmierć w taki właśnie sposób. A pozostali powinni się zapoznać z ulotką dołączoną do opakowana albo skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą. Czarny humor może zabijać. Śmiechem :)

5.      Stworzyła pani niezwykle barwnych bohaterów. Jak to było z ich kreacją? Mają swoje pierwowzory? Wymyślenie tak charakterystycznych postaci musi być trudne.
Zwykle punktem wyjścia jest jakaś realna postać albo kilka postaci, z których bardzo często powstaje jeden bohater. Jednym słowem, zachowuję się jak dr Frankenstein, który z różnych (czasem przypadkowych) elementów tworzy kogoś, kto z czasem zaczyna żyć własnym życiem :) Czasami za pierwowzór służą osoby, które spotkałam tylko raz w życiu, i to jeszcze przypadkiem, niekiedy takie, które mam przyjemność (albo nieprzyjemność) spotykać częściej, jak np. pani z warzywniaka, listonosz czy kurier DHL. Zanurzam je w ironii, przyprawiam czarnym albo pikantnym humorem, podlewam absurdem i… gotowe. Z zasady nie odwzorowuję postaci jeden do jeden, nawet jeśli ja sama jestem matrycą.  Bo z siebie samej też dużo daję swoim postaciom. Chociaż nie wiem, czy oddałabym im nerkę… :)

6.      Którego z bohaterów „I tu jest bies pogrzebany” lubi pani najbardziej? Ja chyba Edwarda, ale Ryszarda (i jego tajna lista) też zrobił na mnie wrażenie.
Gdyby ktoś obcinał mi palce i spytał, który jest mój ulubiony, też miałabym ten sam problem :) Bo lubię je wszystkie. I wszystkich bohaterów „Biesa” też lubię. W końcu wyszli spod mojego kursora. Chociaż pewnie powinnam najbardziej lubić Ninę, bo wszyscy, którzy mnie znają, mówią, że tak naprawdę to chyba ma na imię Karina…

7.      „I tu jest bies pogrzebany” to książka wyjątkowo zabawna. Podczas jej lektury śmiałam się w głos. Ma pani niezwykle cięty dowcip, sprawnie modyfikuje znane powiedzonka, ale też pisze bardzo plastycznie. Skąd brała Pani pomysły na zabawne sytuacje? Są czystą fikcją?
Z kolejek. Najlepsze dialogi zawsze można usłyszeć we wszelkich kolejkach, dlatego nie mam nic przeciwko staniu w kolejce, bo to niewyczerpane źródło inspiracji. A że bardzo lubię wchodzić w kolejkowe dyskusje (które zwykle zaczynają się od narzekania – jeśli jesteśmy w Polsce albo od pochwalenia pogody czy  twojej bluzki – jeśli jesteśmy w USA),  historie same się ustawiają w kolejce, żeby je opisać. A czy w fikcji jest ziarno prawdy? Jeśli o mnie chodzi, to punktem wyjścia jest zwykle jakaś autentyczna sytuacja, która jednak w miarę rozrastania się historii i traktowania jej ironią i absurdem przestaje mieć cokolwiek wspólnego z tą wyjściową. Zamiast ziarna prawdy zostaje zasiane ziarno niepokoju, bo wszyscy starają się dociec, co może być prawdą, a co nie. Ale tę zabawę zostawiam już czytelnikowi. Tylko ja wiem, jak jest naprawdę. To znaczy na żarty. :)

8.      Co było dla Pani podczas pisania tej książki najłatwiejsze, a co najtrudniejsze?
Najłatwiejsze jest zawsze wymyślanie historii, doprawianie jej ironią i czarnym humorem, a także piętrzenie absurdów. To naprawdę świetna zabawa, która kończy się zwykle wtedy, kiedy trzeba usiąść przed komputerem. To z kolei prowadzi do bólu kręgosłupa, kciuka i nadgarstka, a następnie do złożenia wizyty lekarzowi. Ale wcześniej do ustawienia się w kolejce, gdzie wraz ze wstrząsającymi opowieściami pacjentów z hemoroidami i żylakami w roli głównej pojawiają się koleje pomysły do kolejnej książki :)

9.      Jest pani też scenarzystką i dziennikarką. Czym różni się pisanie scenariusza od pisania książki? Co jest łatwiejsze, a co trudniejsze?
Pisanie scenariusza wymaga większej dyscypliny. To trochę tak jak rozmowa kwalifikacyjna – mówisz tyle, ile trzeba (głównie nieprawdę) i ani słowa więcej, bo inaczej nadal jesteś bezrobotny. Żadnych dygresji, przemyśleń o życiu i śmierci i dlaczego znów przecenili pepsi a nie coca-colę. Jednym słowem, trzeba się trzymać ściśle określonych reguł, łącznie z liczbą znaków przypadających na stronę. Nie wiem, czy producenci polscy czytają scenariusze z sekundnikiem w ręku, ale hollywoodzcy ponoć tak robią. Jak się nie mieścisz w czasie – do widzenia. Nawet jeśli trzymają w ręku arcydzieło. Z kolei w powieści można wszystko i jeszcze więcej. To trochę tak jak z pracą magisterską. Jak jest za krótka, to się zwiększa czcionkę, robi większą interlinię, wstawia diagramy i obrazki, itp. Jak za długa (są takie, wiem, co mówię…), to się zmniejsza czcionkę i interlinię, itd. W związku z powyższym, na pewno wygodniej jest pisać powieści, bo – teoretycznie – nic nas nie ogranicza. No, chyba że chłód lufy pistoletu wydawcy, który czujemy na plecach… :)

10.  Napisała Pani już dwie książki fabularne, obie to komedie – „Pierwsze koty robaczywki” i „I tu jest bies pogrzebany”. Ale czy myślała Pani o spróbowaniu sił w jakimś innym gatunku?
Wiele osób mi proponuje, żebym napisała kryminał z nie do końca poważnym trupem w tle, ale chyba wszystkie trupy wyczerpały mi się już w „Biesie” :) Oczywiście, mogłabym spróbować czegoś innego gatunkowo, ale ostatecznie skończyłoby się tak jak zwykle, tzn. nie mogłabym się powstrzymać od przemycenia, a nawet dopchania kolanem ironii, absurdu i czarnego humoru. To przychodzi mi zdecydowanie łatwiej niż pisanie poważnych rzeczy. Kiedy piszę coś poważnego, naprawdę muszę się pilnować. Chyba nie nadawałabym się do pisania nekrologów… No, chyba że dostałabym zlecenie na pisanie nekrologów, które nie byłyby tak do końca śmiertelnie poważne :)


11.  Co czyta Karina Bonowicz?
Wszystko :) Dosłownie. Wszystko, co wpadnie mi w ręce. Albo w oko. W metrze albo innych środkach komunikacji miejskiej – reklamy, w poczekalni do lekarza - ulotki, w kolejce na poczcie – ogłoszenia związku listonoszy, itd., itd. Nałogowo czytam przy jedzeniu. Gdybym gotowała, to bym czytała przy gotowaniu. Gdybym miała wannę zamiast prysznica, pewnie czytałabym w wannie. Był czas, kiedy zawsze miałam przy sobie jakąś książkę. Tak na wszelki wypadek. Gdybym nieoczekiwanie miała jakąś wolną chwilę albo niespodziewanie znalazła się w jakiejś kolejce. Teraz jest łatwiej, bo zawsze można poczytać smartfona. Ale kiedy nie muszę czytać ulotek o czyrakach albo tego, jak należy zachowywać się w metrze, to sięgam po coś, czym mogę się sama nastraszyć np. po kryminały Johana Theorina – wciąż mało popularnego w Polsce mistrza budowania nastroju, którego czytanie może doprowadzić do darowania sobie nocnej wizyty w toalecie. Albo po coś, co – gdybym była facetem – wyrobiłoby mi kaloryfer na brzuchu ze śmiechu, czyli np. po powieść dra House’a, czyli Hugh Lauriego „Sprzedawca broni” czy „Kroniki Jakuba Wędrowycza” Andrzeja Pilipiuka, które mają to do siebie, że gdyby nie były śmieszne, można by było się solidnie przestraszyć. Ale tak zwykle bywa, jeśli pomyślimy, że absurdalne słowo z książki może stać się ciałem :)


12.  Nie mogę nie zapytać też o Pani plany wydawnicze.
Plan jest taki, żeby szybko skończyć książkę, którą właśnie piszę i… mieć święty spokój :) Oczywiście, to się nigdy nie sprawdza, bo pisząc jedną, myślę już o następnej. Zupełnie jak palacz, który zaciągając się papierosem i myśli już o następnym… Nie wiem, gdzie to słyszałam… :) A tak na serio, a właściwie na pół serio, to właśnie piszę książkę, której akcja dzieje się w Nowym Jorku i już napycham ją wszystkimi możliwymi absurdami i osobliwościami, które widziałam na własne oczy albo słyszałam na własne uszy podczas pobytu w Big Apple. Myślę, że ci, którzy wybierają się do Nowego Jorku, będą mogli potraktować tę książkę jako przewodnik z informacjami, których nie znajdą w żadnym szanującym się przewodniku, czyli np. gdzie się wysikać, kiedy już odkryjecie, że na Manhattanie nie ma ani jednej publicznej toalety i co zrobić, kiedy na Times Square zaatakuje wam Nagi – niestety (albo stety) tylko z nazwy – Kowboj :)



13.  Pani Karino, było mi niezmiernie miło dowiedzieć się więcej o Pani, jak i o Pani książce. Z serca bardzo dziękuję i życzę dalszych sukcesów literackich. No i oczywiście: czekamy na więcej! Tak wspaniałych komedii nigdy dość!
To akurat prawda: komedii nigdy dość. Wystarczy stanąć w jakiejkolwiek kolejce, żeby się o tym przekonać :)

8 komentarzy:

  1. I że ja jeszcze Biesa nie czytałam? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytaj "Biesa", komedia, że boki zrywać! :)

      Usuń
  2. Właśnie! Tyle razy marzyłam o napisaniu książki, a mnie po prostu jeszcze pomysł nie naszedł, chyba mu nie po drodze ;)
    Kolejny ciekawy wywiad z autorką, który miałam okazję przeczytać :)
    Teraz z równą chęcią sięgnę po Biesa! :)
    Pozdrawiam i zapraszam na recenzję Wróżki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może kiedyś przyjdzie! :) już do Ciebie zaglądam :)

      Usuń
  3. Wszyscy w koło polecają tę książkę, a ja jeszcze jej nie znam! świetnie wyszedł wam wywiad, a ja udaję się na poszukiwanie ,,Biesa" :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Pani Karina jest fantastyczną osobą, a jej twórczość po prostu wymiata :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się i z jednym, i z drugim stwierdzeniem! :)

      Usuń