środa, 3 sierpnia 2016

"Listy z dziesiątej wsi" - Agnieszka Olszanowska



"Bóg opuścił mnie na worku z mąką."


Porzucona przez męża Beata, zostaje sama z dziećmi, w dodatku nie ma pracy ani środków do życia. Choć bardzo stara się związać koniec z końcem, w końcu zmuszona jest do powrotu do rodzinnego domu w Zwierzyńcu i zwrócenie się o pomoc do brata. Zwierzyniec to typowa, podupadająca polska wieś, która niegdyś była wyjątkowo piękna. Teraz jednak jej wizytówką są ciągnące się w nieskończoność pola kukurydzy i zatłoczony targ. Porzucona Beata pragnie jednak zachować w pamięci choć cząstkę minionego świata. Kiedy więc dostaje pracę u właściciela dawnego dworu i starego parku, postanawia razem z nim przywrócić świetność temu miejscu. Pewnego dnia na strychu znajduje plik pożółkłych listów i poznaje historię życia swojej babki, która niegdyś została nieszczęśliwie wydana za mąż i  trwała u boku niekochanego mężczyzny, wymieniając listy z tajemniczym Stachem.

Zazwyczaj nie oceniam książek po okładce - liczy się dla mnie treść - ale w przypadku recenzji "Listów z dziesiątej wsi" nie mogę nie zacząć od zwrócenia uwagi na piękną i ujmującą okładkę, która sprawiła, że natychmiast zapragnęłam przeczytać tę książkę. Myślę, że będzie wyróżniać się na księgarnianych półkach i przyciągnie czujny wzrok tak zwanych okładkowych srok. Mój przyciągnęła. 

Przejdźmy jednak do kilku zdań o treści. "Listy z dziesiątej wsi" to książka napisana bardzo specyficznym językiem, który w moich oczach momentami zahacza nawet o naturalizm. Autorka opisuje wiejskie życie takim, jakie jest, nie szczędząc sobie mało eleganckich epitetów, a wszystko w jej książce wydaje się być brzydkie. Brzydka jest Beata, brzydcy są otaczającą ją mężczyźni,koleżanki, targ, plantacje kukurydzy, aż w końcu brzydka jest sam Zwierzyniec. Momentami podczas lektury aż wykrzywiałam twarz. Nie często czytam takie książki i muszę powiedzieć, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Okładka i opis sugerowały piękną opowieść o kobiecie stającej na nogi oraz odkrywanie historii życia jej babki - w stylu Gąsiorowskiej lub Kordel, a Olszanowska zaserwowała czytelniczkom mroczną i nieco tajemniczą powieść obyczajową. Myląca okładka i opis sprawiły, że nie byłam przygotowana na tak dużą porcję dramatu życia codziennego, jaką zgotowała czytelnikom autorka. 

Ale nie myślcie sobie, że "Listy z dziesiątej wsi" to książka zła, bo nie chcę, by moje słowa miały taki wydźwięk. To po prostu realistyczny tekst, który nie jest cukierkowy. Ludzie w nim przedstawieni nie są dobrzy i ranią się nawzajem. W ich życiach pełno nostalgii, smutku i cierpienia. Autorka obnaża przed czytelnikiem te mniej słoneczne aspekty codzienności, które dotykają każdego z nas. Wyjaskrawia to, co złe, umniejszając przy tym wszystkiemu, co pozytywne. W moim odczuciu "Listy z dziesiątej wsi" to książka w pewien sposób obciążająca czytelnika emocjonalnie, bo nie łatwo jest czytać o ludzkim nieszczęściu. Bardzo podobał mi się natomiast motyw listów i poznawania przez główną bohaterkę historii swojej babki oraz nieoczywiste, zaskakujące zakończenie. 

"Listy z dziesiątej wsi" to debiut niepozbawiony niedociągnięć, ale mam wrażenie, że Olszanowska jeszcze pokaże czytelnikom na co ją stać. W moich oczach ten tekst to swego rodzaju obietnica kolejnych, coraz lepszych, a przede wszystkim nieprzesłodzonych, życiowych książek. Chętnie przeczytam kolejny utwór, który wyjdzie spod pióra autorki.


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


9 komentarzy:

  1. Uwielbiam Twoje recenzje. Bardzo dobrze zresztą, że wróciłam tu, na Twojego bloga, bo miałam okazję ponownie przeczytać piękną opinię. :) Co do treści książki, również spodziewałam się sielankowej, trochę cukierkowej opowieści. W takim razie czuję się mocno zaskoczona, choć niekoniecznie zawiedziona.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo jestem ciekawa ja ja odbiorę tę książkę. Mam ją już na swojej półce, więc to tylko kwestia czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko mi się było w nią "wczytać" :) Ale nie jest zła :)

      Usuń
  3. Jestem bardzo ciekawa tej książki, być może dlatego, że sama mieszkam na takiej dziesiątej wsi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobnie, jak ja :) Ja nawet mieszkam za wsią :P

      Usuń
  4. Faktycznie okładka jest ujmująca, taka subtelna.
    Wiesz, ja myślę, że to ciekawe podejście do tematu wsi, bo faktycznie Gąsiorowska serwuje nam wieś idylliczną, a prawda może być zupełnie inna i dobrze jest to pokazać. Ja uwielbiam obraz wsi / małego miasteczka w cyklu "Lipowo" Puzyńskiej. Po tę książkę z ciekawości sięgnę, zaciekawiłaś mnie tymi naturalistycznymi elementami :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja lubię oba obrazy wsi, o których mówisz. Zgadzam się z tym, że Puzyńska świetnie oddaje realizm zamkniętych społeczeństw :) Również pozdrawiam :)

      Usuń
  5. Zaczęłam czytać tą książkę, ale obawiam się, że przez nią nie przebrnę :)

    OdpowiedzUsuń