sobota, 30 kwietnia 2016

"Sanatorium pod Zegarem" - Liliana Fabisińska

Ciechocinek kojarzy mi się głównie ze starszymi ludźmi i nudnymi dancingami, ale okazuje się, że może być tam bardzo zabawnie, o czym przekonuje w swojej najnowszej książce Liliana Fabisińska. Wydawałoby się, że sanatorium nie jest dobrym miejscem, żeby osadzić w nim zabawną i nieco zwariowaną fabułę powieści, ale nic bardziej mylnego. Wystarczy wysłać do Ciechocinka dwie skrajnie różne kobiety, zamknąć je w jednym pokoju, a do basenu wrzucić... nieboszczyka machającego ręką.  

Życie płata czasem figle, o czym przekonują się boleśnie młoda, ograniczona ruchowo bizneswoman Nina i kobieta w starszym wieku, Natalia, których drogi na jakiś czas splatają się w Ciechocinku. Gdyby nie wspólny pokój, te dwie nie spotkałyby się nigdy więcej i omijały szerokim łukiem, ale teraz... nie mają wyjścia. Z losem, a raczej siostrą przełożoną, się nie dyskutuje. Najbardziej niedopasowana para, jaką można sobie wyobrazić, skazana jest więc na siebie przez cztery długie tygodnie.Gorzej być nie może, prawda? 

Ależ może! Ukochany Niny wyjeżdża samotnie w podróż, która miała być ich poślubną, po czym przestaje odbierać telefon i odpisywać na maile, a firma pod jej nieobecność zaczyna dryfować ku przepaści. Z kolei Natalia musi w tajemnicy przed siostrą przełożoną zniknąć z Ciechocinka na jakiś czas, by wykonać najważniejsze zdjęcie w swoim życiu. W dodatku w sanatoryjnym basenie pływa nieboszczyk, który macha ręką, a wszystko wskazuje na to, że zabić go mogły tylko Nina i Natalia. Czy w obliczu związanych z tym oskarżeń, przełamią niechęć i odeprą zarzuty, wspólnie rozwiązując tę zagadkę?

Liliana Fabisińska stworzyła świetną, lekką powieść, którą przeczytałam z prawdziwą przyjemnością i od razu po jej lekturze pożałowałam, że już się skończyła. W "Sanatorium pod Zegarem" ścierają się dwa silne charaktery, a autorka zadaje kłam utartym stereotypom. Ani pogodna staruszka Natalia, ani zimna bizneswoman Nina, nie są bowiem takie, jak się wszystkim wydaje. Ta pierwsza ma w sobie tyle energii, że nie jedna nastolatka mogłaby jej pozazdrościć, a ta druga... cóż, powiedzmy, że jest dobra w kręceniu nosem, chociaż w głębi duszy to bardzo pogodna kobieta. W dodatku obie, niemal za każdym razem, gdy chcą dobrze, wychodzi im zupełnie na opak i pakują się w tarapaty. Ma to jednak swój niezaprzeczalny urok, bo dzięki tym wszystkim szaleństwom ich relacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Przy tej książce na pewno nie będziecie się nudzić. 

Nie myślcie sobie jednak, że "Sanatorium pod Zegarem" to jedynie pogodna książka o dwóch zamkniętych w sanatorium kobietach i ich absurdalnych przygodach. Może i jest lekko, a momentami nawet zabawnie, ale jest to też utwór, który potrafi skłonić do refleksji. Pozwala inaczej spojrzeć zarówno na młodość jak i na starość, przez co przypadnie do gustu kobietom w różnym wieku.Tym młodszym pokaże, że kobiety w podeszłym wieku to nie dysfunkcyjne staruszki marzące o ciszy i spokoju, a tym starszym udowodni, że choć współcześni młodzi dorośli są pogubieni i zabiegani, to po bliższym poznaniu też przejawiają ludzkie uczucia. Można więc powiedzieć, że najnowsza książka Liliany Fabisińskiej to taki pomost między pokoleniami. Pokazuje, że mimo różnic, można się dogadać. 

Kolejnym, niezaprzeczalny atutem utworu, jest też dopracowany język i lekki styl autorki, które to, wraz z jej pomysłowością, tworzą niesamowitą mieszankę. Fabuła jest przemyślana, zaskakująca i wciągająca, a bohaterowie wyraziści. Opisy barwne i plastyczne, a dialogi wiarygodne. 

Jeżeli więc szukacie niesztampowej, ale lekkiej książki, która umili Wam wiosenne popołudnia i wieczory, "Sanatorium pod Zegarem" to propozycja, na którą powinniście zwrócić uwagę. To pierwszy utwór Liliany Fabisińskiej, jaki czytałam, ale z pewnością nie ostatni. Z niecierpliwością czekam na drugi tom przygód Niny i Natalii! 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu:


piątek, 22 kwietnia 2016

"Takie życie tylko w Neapolu" - K. Wilson


Wiosna i zbliżające się wakacje zawsze napawają optymizmem. Zieleń za oknem i perspektywa wakacyjnych wyjazdów wywołują uśmiech na twarzach. W tym czasie wyjątkowo często i z nieudawaną przyjemnością sięga się po książki o podróżach. Nie tylko prowokują do przyjemnych wspomnień wakacyjnych wycieczek, ale są też namiastką gorącego słońca, na które z upragnieniem czekamy. Właśnie dlatego ostatni czas spędziłam na lekturze "Takie życie tylko w Neapolu". I dzięki tej książce rzeczywiście zrobiło mi się jakoś tak wakacyjnie i słonecznie. 

"Takie życie tylko w Neapolu" to przyjemna i pełna soczystych anegdot opowieść o losach młodej Amerykanki, która przyjeżdża na staż do Neapolu zbyt wiele o tym kraju i kulturze nie wiedząc. Już na początku popełnia wiele "odrażających" gap, ale jej optymizm i pogodne nastawienie do życia sprawiają, że szybko nawiązuje kilka bliższych relacji. Jej krótki pobyt w Neapolu zamienia się w trwałą fascynację kulturą, budownictwem, klimatem kuchnią i mieszkańcami tego urokliwego miasta. Katherine zakochuje się też w niezwykle intrygującym Salvatore i zaprzyjaźnia z jego wielopokoleniową rodziną. To właśnie będąc stałym gościem w ich domu, poznaje włoskie tradycje oraz zwyczaje, ale też uczy się siebie od nowa. Z każdym kolejnym dniem odkrywa niezwykłe, pyszne jedzenie i wyjątkowe podejście Włochów do świętowania, ale też ich podejście do cielesności oraz miłości.

"Takie życie tylko w Neapolu" to nie typowa powieść fabularna, ale raczej swoisty dziennik z podróży, w którym wiele jest opisów miejsc, ludzi, tradycji i zwyczajów. Chociaż Włochy nie są obiektem moich fascynacji, to historii głównej bohaterki udało się mnie wciągnąć. Przyznam, że nie wiele wiem o włoskim życiu i podejściu do niego. Kraj kojarzył mi się tylko ze słońcem i charakterystycznymi miejscami, które każdy z nas zna ze zdjęć czy filmów i niezmiernie miło było mi zagłębić się w tę kulturę właśnie z perspektywy kogoś, kto również nie wiele wie oraz stopniowo dowiadywać się o życiu w Neapolu kolejnych ciekawostek i śledzić kolejne gafy głównej bohaterki. To książka, podczas lektury której czytelnik nie tylko dobrze się bawi, ale pogłębia swoją wiedzę. W dodatku autorka nie przedstawia tych wszystkich informacji nachalnie, ale w sposób przyjemny dla odbiorcy. 

Przedstawiony w utworze Neapol, ale też wielopokoleniowa włoska rodzina (nie mówiąc o niezwykle otwartym Salvatore) wzbudziły we mnie tęsknotę za wakacyjnym słońcem nawet pomimo tego, że w utworze zdecydowanie dominują opisy miejsc czy włoskiego życia, a mało w nim emocji głównej bohaterki. Dla dzienników z podróży to chyba jednak normalne. Na pewno jest to książka inna od tych, jakie czytam na co dzień i jest to w moim uznaniu kolejna jej zaleta. Dobrze przeczytać czasem coś innego. 

Na pewno ciekawie jest spojrzeć na "Takie życie tylko w Neapolu" znając kontekst, w jakim pisała ten utwór autorka. Na okładce książki zawarta jest informacja, że "Katherine Wilson, która przez wiele lat borykała się z zaburzeniami odżywiania, zaczyna po raz pierwszy w życiu doświadczać carnale, czyli poczucia zmysłowości i dobrego samopoczucia we własnym ciele. Uczy się też trudnej sztuki sdrammatizzare – umiejętności wysysania tragizmu z wydarzeń i wypluwania go z szerokim uśmiechem" i o tym właśnie  jest "Takie życie tylko w Neapolu". O fascynacji nową kulturą, ale też nową sobą, którą dzięki tej kulturze Katherine się staje.

Jeżeli szukacie wakacyjnej pozycji, która już teraz wniesie do waszego życia trochę gorącego, włoskiego słońca, to "Takie życie tylko w Neapolu" jest utworem dla Was. Nie jest to książka, której fabuła zapiera dech w piersiach, ale ma swój niezaprzeczalny urok. Czytałam ją z przyjemnością.

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


wtorek, 19 kwietnia 2016

"Pokalane poczęcia" - Natalia Rogińska 


Jeżeli Natalia Rogińska chciała napisać kontrowersyjną powieść, która wzbudzi w czytelniku emocje, to na pewno jej się to udało. 

"Cały garnitur naszego genetycznego wyposażenia podlega obróbce środowiska, które nas modeluje, kształtuje, zmienia i dzięki tym wpływom stajemy się unikatami, stajemy się sobą."

W "Pokalanych poczęciach" poznajemy kilku bohaterów, których łączy wspólny wątek − poczęcie człowieka. Każda z tych historii wychodzi poza wszelkie akceptowalne społecznie schematy, a zdarzenia zaskakują samych bohaterów, których łączy jedno - każda z kobiet jest pacjentką różowego gabinetu na Chmielnej. Jest Greta, która desperacko pragnie macierzyństwa i nie myśli o niczym innym, Michalina, która posuwa się bardzo daleko, aby mieć dziecko, Adriana, która maksymalnie medykalizuje proces poczęcia córki i właściwie zapomniała chyba, że chodzi o człowieka, Beata, tradycyjna katoliczka, która musi zmierzyć się z niebożymi realiami, co wcale nie jest łatwe, Honorata − ofiara − oraz Agata, która zachodząc w ciążę, bardzo wiele ryzykuje. Początki życia w tych historiach absolutnie niezgodne z wyobrażeniem ideału. Ciąże, które nie zawsze biorą się z obopólnej decyzji partnerów, nawarstwiają problemy, wiążą się z dużym ryzykiem albo obnażają dodatkowe okoliczności relacji przyszłych rodziców. I choć nie ma tu zbyt wiele pozytywnych wydarzeń, to jednak z tych historii wynika coś dobrego – nowy start, nowe możliwości, nowa perspektywa, a przede wszystkim – nowe, kiełkujące życie.

"Pokalane poczęcia" i opowiedziane przez autorkę historie, to historie trudne, nieoczywiste, a przede wszystkim dające do myślenia. Każda z bohaterek czy każdy z bohaterów niesie za sobą bagaż doświadczeń. Staranie się o dziecko czy leczenie niepłodności to w ich przypadku bardzo długi i żmudny proces. Są nimi wykończeni i czasem mają wszystkiego dość. Jedni tracą nadzieję, inni wierzą w lepszą przyszłość i nadal marzą o tym, by być rodzicami. to trudna tematycznie książka, ale jest w niej wiele prawdy. Niestety, służba zdrowia w Polsce pozostawia na tym polu wiele do życzenia - wszyscy obsesyjnie myślą o dzieciach, w klinikach liczą się wyniki, ale nikt nie myśli o przyszłych rodzicach. Pozostawia się ich samych sobie - nie wspiera, nie rozumie ich emocji, za to nad podziw wiele wymaga. Natalia Rogińska opisuje właśnie to, co dzieje się w głowach starających się o dzieci par.

"Pokalane poczęcia" to książka dobrze napisana. Fabuła wciąga, narracji i językowi też raczej niewiele można zarzucić. Przedstawione przez autorkę historie są wiarygodne, temat, można powiedzieć "na czasie", a jednak było w tym utworze coś, co przez cały czas mnie drażniło. Czytając "Pokalane poczęcia" miałam wrażenie, że autorka nie tylko opisuje losy bohaterów, ale - świadomie bądź nie - narzuca nam, czytelniczkom, ich ocenę moralną. Nie lubię takich książek. I nie chodzi tu o to, że różnię się z autorką światopoglądem, z kontrowersyjnymi tematami można się zgadzać, bądź nie, to prywatna sprawa każdego z nas. Mi osobiście poznawanie tej "drugiej strony medalu" w utworach, takich jak "Pokalane poczęcia", zwykle sprawia przyjemność, ale wydaje mi się, że końcowa ocena bohaterów książki powinna zawsze pozostać po stronie czytelnika. Autor może pewne wątki wyjaskrawić, wyśmiać, czy nawet ukazać w zupełnie innym świetle i dać odbiorcy do myślenia, ale mam wrażenie, że tutaj autorka potraktowała czytelnika trochę jak osobę nie potrafiącą samodzielnie myśleć, wszystko mu z góry narzuciła - trochę zapędziła się w swoim dążeniu do stworzenia kontrowersyjnego utworu i pokazała, co według niej jest dobre, a co złe. To w moim odczuciu duży minus tej powieści, ale możecie się ze mną nie zgodzić.

Natalia Rogińska ze swoimi "Pokalanymi poczęciami" wstrzeliła się idealnie w dyskusję społeczną na temat płodności, niepłodności i bezpłodności, przez co po jej utwór na pewno sięgnie wiele czytelniczek. Jest to dobra, nie przekłamana książka. Wiarygodnie opisuje proces leczenia, starania się o dziecko, a nawet emocje bohaterów. Na pewno właśnie dlatego warto po nią sięgnąć. 

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 




środa, 13 kwietnia 2016

"Zwodnicza miłość" - Julie Cohen


Są takie hipnotyczne książki, po których przez jakiś czas nie chce się poznawać żadnej historii. Nie czyta się ich, ale przeżywa całym sobą. Ich akcja zniewala nasz umysł, serce bije szybciej, gdy myślimy o głównych bohaterach i nie sposób zasnąć, gdy nie pozna się zakończenia.  "Zwodnicza miłość" Julie Cohen jest właśnie taką książką. To piękną, wzruszającą, porywającą i oryginalna historia wyjątkowej kobiety. Po jej lekturze przez jakiś czas nie mogłam dojść do siebie. 

"Wprost przeciwnie. Twój przypadek udowadnia, że miłość jest nie tylko najzupełniej normalnym, ale nieskończenie powtarzalnym ludzkim doświadczeniem. I że każdy romans, każda jedna emocja może być przechowywana w mózgu na zawsze, w oczekiwaniu na odpowiednie warunki do jej powrotu."

Ostatnimi czasy Felicity nie może pozbyć się dziwnych wątpliwości. Jej mąż, Quinn, to najwspanialszy człowiek, jakiego zna i choć Felicity cierpi na blokadę twórczą, jest przy nim nad podziw szczęśliwa. Mają duży dom, wspaniałych sąsiadów i cudowną rodzinę. Dziewczyna czuje wręcz, że nie zasługuje na uczucie, którym darzą ją Quinn i jego najbliżsi. Jej wątpliwości nasilają się jeszcze bardziej, gdy Felicity niespodziewanie doświadcza czegoś niesamowitego: idąc ulicą czuje w powietrzu zapach perfum budzący długo uśpione wspomnienia. Później zdarza się to jeszcze kilka razy, za każdym razem zapach jest piękniejszy, bardziej intensywny, a wraz z nim powraca do niej echo minionych dni i widmo mężczyzny, którego nie widziała od dziesięciu lat. A echo to niesie ze sobą wspomnienie uczucia głębokiej, wyjątkowej miłości...Poruszona emocjami Felicity stara się oprzeć nawracającym wizjom z przeszłości, ale ta stopniowo przejmuje nad nią kontrolę.Dziewczyna coraz częściej ma przeczucie, że coś naprawdę jest nie tak, jak być powinno i coraz więcej wątpliwości co do małżeństwa z Quinnem. Ale co jeżeli umysł spłatał figla jej sercu? Któremu z nich Felicity powinna zaufać? 

"Zwodnicza miłość" to książka wzruszająca i wyjątkowa, którą zakończyłam czytać ze łzami w oczach. Chociaż autorka bierze na celownik bardzo popularny motyw - bohaterkę rozdartą między rozumem, a sercem - to przedstawia go w zupełnie inny sposób, niż można by się spodziewać. "Zwodnicza miłość" to nie jest zwykła opowieść o kobiecie zawieszonej gdzieś między przeszłością a teraźniejszością, między falą wspomnień i namiętności, a zobowiązaniem. Felicity jest z Quinnem szczęśliwa. Nie wmawia sobie, że tak jest, czuje to całą sobą, całym sercem, spełnia się w tym związku, a jednak, zupełnie niespodziewanie, coś w jej życiu idzie nie tak, jak powinno i wracają do niej wspomnienia. Nie mogę zdradzić na ten temat nic więcej, bo zepsułabym przyjemność płynącą z lektury, ale wiedza Cohen i solidne przygotowanie do podejmowanego przez nią tematu (a przez wzgląd na swoje studia, wiem, o czym mówię), pozwalają jej naprawdę wiarygodnie przedstawić historię Felicity i zaskoczyć czytelnika. A na koniec wycisnąć z jego oczu łzy.  

Zachwyca mnie też kreacja bohaterów w "Zwodniczej miłości". Chociaż jest to opowieść o Felicity i jej rozterkach, to poboczne postaci też przedstawione są w sposób bardzo rzeczywisty, nie potraktowane po macoszemu. Mają własne historie, własne problemy i niemal można je wyjąć z kart książki i postawić obok. W ogóle odnoszą wrażenie, że "Zwodnicza miłość" jest napisana bardzo wiarygodnie. Choć język jest barwny i plastyczny, to przedstawiona przez Cohen historia mogłaby się zdarzyć naprawdę, wydaje się być oparta na faktach. Czytając ją, nie ma się uczucia, że wchodzi się w świat fikcji. Wręcz czuje się pod nogami asfalt szarych chodników, wdycha odczuwany przez Felicity zapach perfum albo ma ochotę przytulić Quinna, żeby nie czuł się tak bardzo samotny. Losy Felicity poruszają tak bardzo, że tej książki się nie czyta - ją się przeżywa. 

Jeżeli szukacie wyjątkowej książki, która nie tylko was oczaruje, ale porwie bez reszty i zaskoczy, koniecznie sięgnijcie po "Zwodniczą miłość'. To nie jest zwykły utwór, ani zwykła historia. Choć to, co dzieje się w głowie Felicity mogłoby się wydać nierzeczywiste i nierealne, wierzcie mi, nie jest tak. Takie rzeczy dzieją się naprawdę i chyba własnie to jest w tej książce najbardziej niesamowite. Czytając ją, nie jeden raz robi się wielkie "WOW!"


Za e-book serdecznie dziękuję woblink.com
I Wy możecie nabyć tam swoją książkę: 




wtorek, 12 kwietnia 2016

#nowenabytki


Pomyślałam sobie, że pokażę Wam co przyniósł mi dziś listonosz, pan z inpostu przed ósmą rano i co odebrałam na poczcie w drodze z uczelni. Same czytelnicze pyszności! Aż nie wiem, za co zabrać się w pierwszej kolejności! 


Od cudownej, wspaniałej, niezastąpionej Czwartej Strony: 
1. "Ja kochanka" Karoliny Wilczyńskiej
2. "Nic oprócz strachu" Magdy Knedler (nie czytałam jeszcze nic autorstwa Magdy, trzeba nadrobić!)

Od Czarnej Owcy: 
1. "Takie życie tylko w Neapolu" Katherine Wilson (mam nadzieję, że będzie wakacyjnie!)

Owoc niezwykle kuszącej promocji na znak.com (przyznaję, zgrzeszyłam, bo to nie planowany zakup, ale to jedna z moich najulubieńszych autorek...)
1. Sarah Jio "Dom na jeziorze"
2. Sarah Jio "Marcowe fiołki"

A na czytniku z pięć nowiuchnych ebooków od Prószyńskiego... Czytelniczy szał, a doba uparcie nie chce stać się dłuższa. :( Co już czytaliście? Jak wrażenia? No i co teraz czytacie i polecacie?

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

"Tysiąc róż" - Magda Rem


Ludzie od zawsze fascynują się zbrodnią i portretem psychologicznym mordercy. Czy jest to człowiek taki sam jak my, czy jednak inny? Co dzieje się w jego głowie, że decyduje się zadać śmierć? Czy jest poczytalny? Działa w afekcie? Jakie ma pobudki? Dlaczego jego ofiarą jest właśnie ta, a nie inna osoba? Jak żyć ze świadomością, że się kogoś zabiło? Chociaż instynkt przetrwania i zdrowy rozsądek podpowiadają nam, że lepiej trzymać się od takich historii z daleka, mamy w sobie ich głód. I właśnie ten niedosyt oraz zwykłą, ludzką ciekawość, wykorzystuje w swojej debiutanckiej powieści - "Tysiącu róż" - Magda Rem. Przedstawia nam dwa dni z życia człowieka, który zabił. 

„Istnieje też miłość, która polega na skakaniu sobie do oczu z pazurami. Na wiecznej karuzeli emocji. Na lizaniu ran i wracaniu do siebie”.

Michał i jego żona Elżbieta wiodą spokojne życie w jednej z polskich wsi. Mieszkają w domu na uboczu, regularnie włączają zraszacz, rozmawiają z sąsiadem, odwiedza ich listonosz, mają swoje nawyki i zwyczaje. Są takim zwykłym, do bólu nudnym małżeństwem. Elżbieta jest pisarką popularnych romansów, O stałej porze siada do maszyny do pisania, a gdy uderza palcami o przyciski, po ich ogródku rozlega się rytmiczny stukot.  Michał zaś grafikiem projektującym okładki. Miłym, zwykłym człowiekiem, który mówi ludziom dzień dobry, gdy spotyka ich na ulicy. A przynajmniej tak było jeszcze do wczoraj. Bo już tak nie będzie. Bycie razem okazuje się być dla Michała za trudne. Ich miłość umiera,  a jedna krótka chwila zmienia ich życie w teatr pozorów. Tylko kto w nim obsadza role?


Mówi się, że miłość popycha ludzi do szaleństwa i z pewnością coś w tym twierdzeniu jest. Magda Rem zdaje się jednak z tego powiedzenia drwić. U niej do szaleństwa nie popycha miłość, ale jej brak - pustka, która po tym uczuciu została.

"Tysiąc róż" to powieść psychologiczna z elementami thrillera. Autorka kreśli przed czytelnikiem to, co dzieje się w psychice na pozór zwykłego mężczyzny. Pokazuje jego motywację, próbę zakamuflowania tego, co zrobił, zmaganie się z samym sobą, spokój walczący z szaleństwem, niedowierzanie w to, co się stało,  wszelkie psychologiczne mechanizmy obronne, aż w końcu wyrzuty sumienia i lęk. To właśnie kreacja portretu psychologicznego głównego bohatera jest w moim odczuciu największym atutem tej powieści. Michał to bardzo wiarygodna postać. 

Magda Rem umiejętnie sieje też w głowie czytelnika niepokój - to duży plus, bo nie każdemu autorowi się to udaje. Chociaż utwór jest na początku bardzo statyczny, a akcja niemal leniwa (momentami niestety aż za bardzo, chwilami miałam uczucie znudzenia), to czytając tę książkę ma się gdzieś z głowy myśl, że zaraz coś się zdarzy. Mam wrażenie, że to taka cisza przed burzą. Nie do końca wiadomo co, ale na pewno nic przyjemnego. Klimat książki powoli staje się coraz bardziej mroczny i tajemniczy. Niby wszystko jest jasne, a jednak pełno jest niedopowiedzeń. Czytelnik czeka w napięciu na spektakularne, trudne go przewidzenia zakończenie i... rzeczywiście je dostaje. Magdzie Rem udaje się zaskoczyć, choć po lekturze "Tysiąca Róż" miałam nieodparte wrażenie, że zakończenie nie do końca do tego utworu pasuje i pewne kwestie można by rozegrać inaczej. 

Nie mniej jednak, poczułam się czytelniczo usatysfakcjonowana. Książka finalnie przypadła mi do gustu i choć szału nie było, wciągnęła, a to, co dzieje się w głowie Michała, jest w pewien sposób hipnotyczne. Jego postać budzi w czytelniku emocje, a fabuła, choć rozkręca się powoli, zaskakuje. Jeżeli tylko będę miała okazję, z przyjemnością sięgnę po kolejne utwory Magdy Rem. Po tak dobrym debiucie mam wrażenie, że  dopiero pokaże nam, na co tak naprawdę ją stać.


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie: 




sobota, 9 kwietnia 2016

Wywiad z Kariną Bonowicz 



1.      Witam serdecznie, pani Karino, jest mi niezwykle miło gościć Panią na swoim blogu. Pierwsze pytanie właściwie nasuwa się samo: Jak zaczęła się Pani przygoda z pisaniem?
Chyba już w podstawówce, kiedy wymyślałam wszystkie możliwe (w tym także najbardziej absurdalne i niedorzeczne wymówki), żeby tylko nie iść do szkoły, łącznie z pisaniem sobie usprawiedliwień, które można było śmiało nazwać literaturą fantasy. To chyba był ten właśnie moment :)

2.      Jak wygląda u Pani proces tworzenia książki?
Najpierw jest pomysł. Pomysłów się nie wymyśla, na pomysły się czeka. I to jest właśnie najbardziej emocjonująca i mrożąca krew w żyłach chwila, bo przychodzą one do głowy w najmniej oczekiwanym momencie, więc muszę je szybko zapisać, inaczej umrą śmiercią naturalną. Oczywiście, te najlepsze pojawiają się w sytuacji, kiedy nijak nie idzie ich zanotować. Na przykład pod prysznicem. Albo kiedy pani w kasie wyjątkowo chce mi wydać grosik. Zapisuję je więc gdzie popadnie i czym popadnie, nie mówiąc już o tym, że zdarza mi się też zapomnieć, gdzie co zapisałam i wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa zabawa. Po najprzyjemniejszym etapie, którym jest tworzenie historii i zapisywanie pomysłów, przychodzi najtrudniejszy moment, czyli moment otworzenia pliku wordowskiego i… napisanie książki. Bardzo bolesna sprawa, zwłaszcza dla kręgosłupa i nadgarstka :)

3.      Co było inspiracją do napisania „I tu jest bies pogrzebany”? Osadzenie fabuły komedii w zakładzie pogrzebowym to niesztampowy pomysł. Skąd się wziął?
Pośrednią inspiracją był jeden z moich ulubionych seriali amerykańskich „Sześć stóp pod ziemią”, którego akcja rozgrywa się w zakładzie pogrzebowym, gdzie –z odcinka na odcinek – jest coraz mniej smutno, a coraz bardziej komicznie i absurdalnie. Zadałam sobie pytanie: co by się stało, gdyby nagle wszyscy przestali umierać? No, i odpowiedź była natychmiastowa: zakłady pogrzebowe miałyby duży problem… :)

4.      Jak to jest pisać książkę o tak, pomimo humoru, ciężkim temacie? Pisanie o śmierci mimo wszystko wydaje się być obciążające dla autora. Napisałam w recenzji, że udowodniła Pani, że można oswoić i śmiać się ze wszystkiego, nawet śmierci. Czy rzeczywiście oswoiła ją Pani podczas pisania tej książki?
W tej książce tak ją właśnie potraktowałam – z humorem. Prawdę mówiąc, dopiero kiedy zaczęły padać pytania, dlaczego akcja dzieje się tam, gdzie się dzieje, uświadomiłam sobie, że nie wszyscy musieli oglądać „Sześć stóp pod ziemią” czy skecze Monty Pythona i zakład pogrzebowy (i wszystko, co z nim związane) może się kojarzyć tylko źle. Myślę jednak, że wielbiciele czarnego humoru wiedzą, w czym rzecz, bo nie ja pierwsza (i n pewno nie ostatnia) przedstawiam śmierć w taki właśnie sposób. A pozostali powinni się zapoznać z ulotką dołączoną do opakowana albo skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą. Czarny humor może zabijać. Śmiechem :)

5.      Stworzyła pani niezwykle barwnych bohaterów. Jak to było z ich kreacją? Mają swoje pierwowzory? Wymyślenie tak charakterystycznych postaci musi być trudne.
Zwykle punktem wyjścia jest jakaś realna postać albo kilka postaci, z których bardzo często powstaje jeden bohater. Jednym słowem, zachowuję się jak dr Frankenstein, który z różnych (czasem przypadkowych) elementów tworzy kogoś, kto z czasem zaczyna żyć własnym życiem :) Czasami za pierwowzór służą osoby, które spotkałam tylko raz w życiu, i to jeszcze przypadkiem, niekiedy takie, które mam przyjemność (albo nieprzyjemność) spotykać częściej, jak np. pani z warzywniaka, listonosz czy kurier DHL. Zanurzam je w ironii, przyprawiam czarnym albo pikantnym humorem, podlewam absurdem i… gotowe. Z zasady nie odwzorowuję postaci jeden do jeden, nawet jeśli ja sama jestem matrycą.  Bo z siebie samej też dużo daję swoim postaciom. Chociaż nie wiem, czy oddałabym im nerkę… :)

6.      Którego z bohaterów „I tu jest bies pogrzebany” lubi pani najbardziej? Ja chyba Edwarda, ale Ryszarda (i jego tajna lista) też zrobił na mnie wrażenie.
Gdyby ktoś obcinał mi palce i spytał, który jest mój ulubiony, też miałabym ten sam problem :) Bo lubię je wszystkie. I wszystkich bohaterów „Biesa” też lubię. W końcu wyszli spod mojego kursora. Chociaż pewnie powinnam najbardziej lubić Ninę, bo wszyscy, którzy mnie znają, mówią, że tak naprawdę to chyba ma na imię Karina…

7.      „I tu jest bies pogrzebany” to książka wyjątkowo zabawna. Podczas jej lektury śmiałam się w głos. Ma pani niezwykle cięty dowcip, sprawnie modyfikuje znane powiedzonka, ale też pisze bardzo plastycznie. Skąd brała Pani pomysły na zabawne sytuacje? Są czystą fikcją?
Z kolejek. Najlepsze dialogi zawsze można usłyszeć we wszelkich kolejkach, dlatego nie mam nic przeciwko staniu w kolejce, bo to niewyczerpane źródło inspiracji. A że bardzo lubię wchodzić w kolejkowe dyskusje (które zwykle zaczynają się od narzekania – jeśli jesteśmy w Polsce albo od pochwalenia pogody czy  twojej bluzki – jeśli jesteśmy w USA),  historie same się ustawiają w kolejce, żeby je opisać. A czy w fikcji jest ziarno prawdy? Jeśli o mnie chodzi, to punktem wyjścia jest zwykle jakaś autentyczna sytuacja, która jednak w miarę rozrastania się historii i traktowania jej ironią i absurdem przestaje mieć cokolwiek wspólnego z tą wyjściową. Zamiast ziarna prawdy zostaje zasiane ziarno niepokoju, bo wszyscy starają się dociec, co może być prawdą, a co nie. Ale tę zabawę zostawiam już czytelnikowi. Tylko ja wiem, jak jest naprawdę. To znaczy na żarty. :)

8.      Co było dla Pani podczas pisania tej książki najłatwiejsze, a co najtrudniejsze?
Najłatwiejsze jest zawsze wymyślanie historii, doprawianie jej ironią i czarnym humorem, a także piętrzenie absurdów. To naprawdę świetna zabawa, która kończy się zwykle wtedy, kiedy trzeba usiąść przed komputerem. To z kolei prowadzi do bólu kręgosłupa, kciuka i nadgarstka, a następnie do złożenia wizyty lekarzowi. Ale wcześniej do ustawienia się w kolejce, gdzie wraz ze wstrząsającymi opowieściami pacjentów z hemoroidami i żylakami w roli głównej pojawiają się koleje pomysły do kolejnej książki :)

9.      Jest pani też scenarzystką i dziennikarką. Czym różni się pisanie scenariusza od pisania książki? Co jest łatwiejsze, a co trudniejsze?
Pisanie scenariusza wymaga większej dyscypliny. To trochę tak jak rozmowa kwalifikacyjna – mówisz tyle, ile trzeba (głównie nieprawdę) i ani słowa więcej, bo inaczej nadal jesteś bezrobotny. Żadnych dygresji, przemyśleń o życiu i śmierci i dlaczego znów przecenili pepsi a nie coca-colę. Jednym słowem, trzeba się trzymać ściśle określonych reguł, łącznie z liczbą znaków przypadających na stronę. Nie wiem, czy producenci polscy czytają scenariusze z sekundnikiem w ręku, ale hollywoodzcy ponoć tak robią. Jak się nie mieścisz w czasie – do widzenia. Nawet jeśli trzymają w ręku arcydzieło. Z kolei w powieści można wszystko i jeszcze więcej. To trochę tak jak z pracą magisterską. Jak jest za krótka, to się zwiększa czcionkę, robi większą interlinię, wstawia diagramy i obrazki, itp. Jak za długa (są takie, wiem, co mówię…), to się zmniejsza czcionkę i interlinię, itd. W związku z powyższym, na pewno wygodniej jest pisać powieści, bo – teoretycznie – nic nas nie ogranicza. No, chyba że chłód lufy pistoletu wydawcy, który czujemy na plecach… :)

10.  Napisała Pani już dwie książki fabularne, obie to komedie – „Pierwsze koty robaczywki” i „I tu jest bies pogrzebany”. Ale czy myślała Pani o spróbowaniu sił w jakimś innym gatunku?
Wiele osób mi proponuje, żebym napisała kryminał z nie do końca poważnym trupem w tle, ale chyba wszystkie trupy wyczerpały mi się już w „Biesie” :) Oczywiście, mogłabym spróbować czegoś innego gatunkowo, ale ostatecznie skończyłoby się tak jak zwykle, tzn. nie mogłabym się powstrzymać od przemycenia, a nawet dopchania kolanem ironii, absurdu i czarnego humoru. To przychodzi mi zdecydowanie łatwiej niż pisanie poważnych rzeczy. Kiedy piszę coś poważnego, naprawdę muszę się pilnować. Chyba nie nadawałabym się do pisania nekrologów… No, chyba że dostałabym zlecenie na pisanie nekrologów, które nie byłyby tak do końca śmiertelnie poważne :)


11.  Co czyta Karina Bonowicz?
Wszystko :) Dosłownie. Wszystko, co wpadnie mi w ręce. Albo w oko. W metrze albo innych środkach komunikacji miejskiej – reklamy, w poczekalni do lekarza - ulotki, w kolejce na poczcie – ogłoszenia związku listonoszy, itd., itd. Nałogowo czytam przy jedzeniu. Gdybym gotowała, to bym czytała przy gotowaniu. Gdybym miała wannę zamiast prysznica, pewnie czytałabym w wannie. Był czas, kiedy zawsze miałam przy sobie jakąś książkę. Tak na wszelki wypadek. Gdybym nieoczekiwanie miała jakąś wolną chwilę albo niespodziewanie znalazła się w jakiejś kolejce. Teraz jest łatwiej, bo zawsze można poczytać smartfona. Ale kiedy nie muszę czytać ulotek o czyrakach albo tego, jak należy zachowywać się w metrze, to sięgam po coś, czym mogę się sama nastraszyć np. po kryminały Johana Theorina – wciąż mało popularnego w Polsce mistrza budowania nastroju, którego czytanie może doprowadzić do darowania sobie nocnej wizyty w toalecie. Albo po coś, co – gdybym była facetem – wyrobiłoby mi kaloryfer na brzuchu ze śmiechu, czyli np. po powieść dra House’a, czyli Hugh Lauriego „Sprzedawca broni” czy „Kroniki Jakuba Wędrowycza” Andrzeja Pilipiuka, które mają to do siebie, że gdyby nie były śmieszne, można by było się solidnie przestraszyć. Ale tak zwykle bywa, jeśli pomyślimy, że absurdalne słowo z książki może stać się ciałem :)


12.  Nie mogę nie zapytać też o Pani plany wydawnicze.
Plan jest taki, żeby szybko skończyć książkę, którą właśnie piszę i… mieć święty spokój :) Oczywiście, to się nigdy nie sprawdza, bo pisząc jedną, myślę już o następnej. Zupełnie jak palacz, który zaciągając się papierosem i myśli już o następnym… Nie wiem, gdzie to słyszałam… :) A tak na serio, a właściwie na pół serio, to właśnie piszę książkę, której akcja dzieje się w Nowym Jorku i już napycham ją wszystkimi możliwymi absurdami i osobliwościami, które widziałam na własne oczy albo słyszałam na własne uszy podczas pobytu w Big Apple. Myślę, że ci, którzy wybierają się do Nowego Jorku, będą mogli potraktować tę książkę jako przewodnik z informacjami, których nie znajdą w żadnym szanującym się przewodniku, czyli np. gdzie się wysikać, kiedy już odkryjecie, że na Manhattanie nie ma ani jednej publicznej toalety i co zrobić, kiedy na Times Square zaatakuje wam Nagi – niestety (albo stety) tylko z nazwy – Kowboj :)



13.  Pani Karino, było mi niezmiernie miło dowiedzieć się więcej o Pani, jak i o Pani książce. Z serca bardzo dziękuję i życzę dalszych sukcesów literackich. No i oczywiście: czekamy na więcej! Tak wspaniałych komedii nigdy dość!
To akurat prawda: komedii nigdy dość. Wystarczy stanąć w jakiejkolwiek kolejce, żeby się o tym przekonać :)

czwartek, 7 kwietnia 2016

"Primabalerina" - Dorota Gąsiorowska



"Ludzie zazwyczaj chcieliby mieć wszystko od razu. Nie potrafią zrozumieć, że pewne sprawy mogą zaistnieć dopiero wtedy, kiedy inne ustąpią im miejsca." 


Bardzo lubię książki i prozę Doroty Gąsiorowskiej. Są to niezwykłe utwory pełne ciepła i pozytywnych emocji, dlatego po "Obietnicy Łucji" i "Marzeniu Łucji" z ogromnym zapałem zabrałam się za lekturę "Primabaleriny". Podobnie, jak poprzednie, jest to wzruszająca i piękna książka, ale na pewno najmniej rzeczywista i najbardziej bajkowa ze wszystkich dotychczas publikowanych utworów autorki. Czy to dobrze, czy źle - zależy od gustów. Mi "Primabalerina" się spodobała, a dlaczego tłumaczę poniżej. 

Mówi się, że każdy nowy dzień daje szansę na zmiany i coś w tym jest. Kiedy zapracowana Nina poznaje życzliwą staruszkę, Irmę, szybko rodzi się miedzy nimi nić sympatii. Zupełnie nieoczekiwanie dziewczyna dostaje od niej wyjątkowy dar - klucze do starej, lwowskiej kamienicy. Mimo oporów Nina jedzie do Lwowa, ale kiedy staje przed bramą budynku, nie ma bladego pojęcia o tym, że kryje się za nią tajemnica. Historia słynnej primabaleriny prowadzi ją śladem rodzinnych sekretów, a kresowy Lwów staje się coraz bliższy sercu. Okazuje się, że uciekająca w pracę Nina może tu odnaleźć klucze do własnej przeszłości. Ale przyszłość też nigdy nie jest taka, jak się spodziewamy. Kiedy Nina przypadkowo spotyka jednego z mieszkańców kamienicy, Michaiła, oboje czują, że zaczyna łączyć ich coś szczególnego. Ale czy w powodzi emocji dziewczyna rozpozna to jedno jedyne prawdziwe uczucie? Czy zdoła zawalczyć o szczęście, które czasem bywa kruche jak porcelanowa figurka baletnicy?

"Primabalerina" to historia, której fabuła kręci się wokół motywu baletu i pewnej związanej z nim rodziny, w losy której Nina, niespodziewanie, zostaje wciągnięta. Jest to, w moim odczuciu, bardzo ciekawy motyw. Lubię, gdy w książkach pojawia się sztuka. Mam wtedy wrażenie, że świat przedstawiony staje się bardziej barwny i kolorowy. Tak jest też tutaj. Gąsiorowska wzruszająco opisuje losy kilku pokoleń kobiet - ich pasje, miłości, rozterki, ale przede wszystkim rodzinne, skrywane przed światem tajemnice. "Primabalerina" jest bowiem taką skompensowaną w jednym tomie sagą rodzinną. Nie brakuje w niej konfliktów, ale jest też miejsce na miłość, wybaczenie i przemianę. Gąsiorowska porusza też ważne społecznie problemy: sieroctwo, homoseksualizm oraz samotność, przez co książka nie jest bezmyślna i choć pięknie napisana, na pewno nie określiłabym jej mianem "lekkiej". Większość fabuły "Primabaleriny" rozgrywa się w pięknym Lwowie. Opisuje to miasto jako niezwykle piękne i wyjątkowe i przyznam, że po lekturze zrodziła się we mnie myśl, że rzeczywiście fajnie by było się do niego wybrać. Polubiłam Lwów tak samo, jak główna bohaterka. Zresztą bohaterów też polubiłam. Aż szkoda, że są fikcyjni i żadnego nie da się rzeczywiście tam spotkać. 

Kolejnym atutem utworu jest, bezapelacyjnie, styl Gąsiorowskiej. Jej teksty naprawdę dobrze się czyta i czytelnik nie ma najmniejszego problemu, by wciągnąć się w fabułę i przepaść w nich bez reszty. Gąsiorowska jest jedną z dwóch polskich autorek, które uwielbiam za to, jak barwnie, plastycznie i niemal poetycko piszą swoje książki. Opisy są tu tak barwne i wiarygodne, że czytelnik niemal czuje, jakby sam chodził po ulicach Lwowa. Podobnie jest z dialogami - choć nie są są wiarygodne i zdecydowana większość ludzi nie używałaby w potocznej mowie ani takich słów, ani konstrukcji jak autorka, to czyta się je płynnie i wartko. Jedynym, co trochę mi przeszkadzało, było nagminne używanie imion bohaterów, które można by zastąpić zaimkami. Miałam wrażenie, że ciągle widzę słowo "Nina". W pewnym momencie zaczęło mi to przeszkadzać. 

Co by jednak nie było tak słodko, muszę powiedzieć, że choć fabuła "Primabaleriny" jest najbardziej oryginalna ze wszystkich utworów Gąsiorowskiej i bardzo dobrze się ją czyta, to zakończenie i przedziwne sploty okoliczności wydały mi się być mocno naciągane. Rozumiem, że książki nie koniecznie muszą mieć wiele wspólnego z rzeczywistością, a dzięki nim utwór nabiera jeszcze bardziej bajkowego wydźwięku, ale zabrakło mi nieco zdrowego realizmu. Część z tych splotów wydarzeń autorka mogłaby sobie darować, były za bardzo naciągane. Po lekturze nie miałabym wtedy myśli: "Bez przesady, to się nie mogło zdarzyć". 

Podsumowując, "Primabalerina" jest naprawdę wciągającą, wyjątkową i dobrze napisaną książką. Autorka niemal czaruje słowem ukazując nam Lwów i rozterki bohaterów, fabuła wciąga, nie brak w niej ważnych społecznie tematów, nie jest bezmyślna. Książka bardzo mi się podobała i z pewnością sięgnę po każdy kolejny utwór, który wyjdzie spod pióra autorki. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:



"Bez ciebie" - zapowiedź 


Dziś mam dla Was nieco inny post. 

Z dumą prezentuję Wam okładkę mojej trzeciej powieści, którą już 18 maja 2016, razem z Czwartą Stroną oddamy w wasze ręce. Jest to książka o trudnej miłości, która nie przypomina moich dotychczasowych utworów, jakie mogłyście czytać. Jest o wiele bardziej problematyczna i niekomediowa, ale mam nadzieję, że w takim wydaniu też Wam się spodobam i dobrze przyjmiecie ten utwór. Poniżej krótka zapowiedź: 

Czy można pokochać po raz drugi, gdy nie jest się w stanie zaufać?

Lucy znajduje w kamienicy syna jego pobitą żonę. Szybko orientuje się, że to mąż zgotował Katarzynie piekło. Pod wpływem impulsu Lucy decyduje się pomóc synowej. Razem z młodym lekarzem, Alanem, zabierają dziewczynę do Toronto, gdzie przechodzi długą rekonwalescencję i powoli staje na nogi. Katarzyna zaczyna nowe życie, a między nią a lekarzem rodzi się nić porozumienia. Właśnie wtedy widmo jej bolesnej przeszłości dotkliwie daje o sobie znać…


Wzruszająca opowieść o tym, że czasem najlepsze, co można zrobić dla drugiej osoby, to pozwolić jej odejść.


Ps. A czy jest tu ktoś, kto czytał "Nie zmienił się tylko blond" i "Nieszczęścia chodzą stadami"? Co o nich myślicie? A może recenzowałyście? Podzielicie się linkami? Nie wszystkie udaje mi się znaleźć w otchłani internetu... 


wtorek, 5 kwietnia 2016

"I tu jest bies pogrzebany" - Karina Bonowicz 


Powiem tak: uśmiałam się jak mało kiedy. Czarny humor w najlepszy wydaniu! Jak się okazuje, można stworzyć prześmieszną komedię, nawet wtedy, gdy akcję osadzi się w... zakładzie pogrzebowym. 

Edward to pisarz nieudacznik, który tworzy pikantne romanse dla kur domowych i marzy o osobistej psychofance. Niestety, kiedy wpada w literacki szał, całą swoją "miłosną energię" przelewa na papier, bardzo zaniedbując tym samym, nierozumiejącą jego procesu twórczego, żonę Marię. W związku z tym Maria panicznie boi się, że na starość nie będzie miał jej kto podać szklanki wody, nie mówiąc już o szklance, za pomocą której będzie mogła odrysować sobie brwi. W końcu jest już po trzydziestce, a to oznacza tylko jedno: starość jest już tuż tuż. Ojciec Marii, Eugeniusz, to właściciel zakładu pogrzebowego, skarżący się, że przez kryzys w branży będzie musiał pochować sam siebie. Nie dość, że praca jest dla niego całym życiem (jakkolwiek dziwacznie w tej sytuacji to nie brzmi), to musi jeszcze walczyć z czyhającą na jego wpadki konkurencją! Jego córka Nina, która pomaga w prowadzeniu zakładu, nie tylko zna całą encyklopedię chorób, ale jest w stanie napisać ją od początku, co weryfikuje podczas codziennych wizyt u swojego lekarza Jakuba. Za każdym razem, gdy ktoś umiera, Nina pędzi przebadać się pod kątem tej dolegliwości. W związku z tym Jakub zna ją dosłownie na wylot. Nie zmienia to jednak faktu, że nie pamięta, kiedy ostatni raz spał, nie mówiąc już o tym, kiedy spał z kimkolwiek. Cała piątka – chcąc nie chcąc – będzie musiała zacieśnić więzi, a wszystko przez kryzys w branży funeralnej…. Bo jak na złość, w całym mieście nikt nie chce umierać! 

„I tu jest bies pogrzebany” to niezwykła, zabawna i groteskowa opowieść, która niesamowicie mnie wciągnęła i to już od pierwszych stron! Przyznam, że nigdy nie myślałam, że można stworzyć komedię, w której akcja kręci się wokół śmierci, ale Karina Bonowicz zrobiła to naprawdę wspaniale. Utwór pełen jest barwnych, nieprzeciętnych osobowości. Już sama myśl o bohaterach sprawia, że chce mi się chichotać pod nosem. Mamy tu ogrom przezabawnych i absurdalnych wydarzeń (pomijając jazdę karawanem, bo na tle całej fabuły to jeszcze względnie mieści się w normie), które autorka opisuje z punktu widzenia wielu postaci. Mamy dzięki temu ogląd na to, jak różnie można postrzegać tę samą rzeczywistość. A wszystko zależy oczywiście od kontekstu. 


Jednak największym atutem tej książki, bez wątpienia, jest język. Czytałam "I tu jest bies pogrzebany" na uczelni i musiałam mocno się hamować z parskaniem śmiechem, żeby nie wyjść na wariatkę (co w skrzydle psychologii w sumie raczej nikogo by nie zdziwiło, ale jednak...). To utwór napisany niezwykle lekko, płynnie i wręcz przesycony komizmem słownym. Czytanie tej książki, choć o dość funeralnej tematyce, to prawdziwa przyjemność. Autorka sprawnie modyfikuje znane powiedzonka i raczy nimi czytelnika. Jestem pod wrażeniem, że żartując ze śmierci można stworzyć tak smaczny i śmieszny utwór.  Tylko okładka wydaje mi się być jakaś taka mało zachęcająca... No ale nie może być idealnie! 

"I tu jest bies pogrzebany" z pewnością rozbawi nie jednego ponuraka. Sięgając po tę książkę miałam nadzieję na dobrą zabawę i jestem w pełni usatysfakcjonowana. Jak się okazuje, ze wszystkiego można pożartować i wszystko oswoić. Nawet śmierć, której tak spragnieni są główni bohaterowie. Moja ocena: 5/5


Za możliwość przeczytania utworu dziękuję platformie woblink.com I wy możecie nabyć tam swój ebook! 


poniedziałek, 4 kwietnia 2016

"Poszukiwanie" - Bryan Reardon 


Jest wiele książek opowiadających o relacjach między rodzicami, a ich dorastającymi dziećmi. "Poszukiwanie" to własnie jedna z taki książek - ściskający za serce, lecz ostatecznie krzepiący thriller psychologiczny, w którym ojciec musi zmierzyć się z pytaniem o to, co wie – i czego nie wie – o swoim nastoletnim synu.

Żona Simona Connolly’ego codziennie rano wyjeżdżała do pracy w kancelarii prawniczej, podczas gdy on zostawał w domu, by zajmować się dziećmi. Chociaż uwielbiał opiekować się Jakiem i Laney, sporo go to kosztowało: razem z karierą zawodową utracił cząstkę siebie, a w zamian stał się „anomalią bogatego amerykańskiego przedmieścia” – jedynym tatą, który został w domu przy dzieciach, w kręgu zżytych ze sobą i trzymających się razem matek, do którego nigdy nie potrafił dołączyć. Prowadząc syna i córkę przez dzieciństwo, pełen obaw i wątpliwości,starał się, jak umiał, mimo że często zastanawiał się, czy wybory, których dokonał, są słuszne. Radosna i towarzyska Laney zawsze radziła sobie świetnie. Ale Jake od zabaw w grupie i sportu zawsze wolał towarzystwo książek i młodszej siostry. 

Pewnego listopadowego dnia Simon otrzymuje esemesa: w szkole doszło do strzelaniny. Jedzie pośpiesznie na miejsce zbiórki i razem z tłumem innych niespokojnych ojców i płaczących matek zmuszony jest czekać, przytłoczony niepewnością i burzącymi spokój pytaniami, które przebiegają mu przez głowę. Ile jest ofiar śmiertelnych? Czemu doszło do tej tragedii? Stopniowo policja przyprowadza do rodziców coraz więcej dzieci. Liczba oczekujących maleje, aż wreszcie Simon zostaje zupełnie sam.  Kiedy najgorszy koszmar ojca staje się rzeczywistością, Simon zaczyna obsesyjnie szukać w przeszłości odpowiedzi i nadziei. Wspomina chłopca, którego wychował, i błędy, które popełnił, starając się znaleźć powody i przyczyny tragedii. Gdzie jest Jake? Co się wydarzyło? Czy to możliwe, że nie znał tak naprawdę własnego syna? Jake nie mógłby nikogo zabić… a może jednak? Podczas gdy wokół zaczyna huczeć od plotek, podchwytywanych i rozpowszechnianych przez wścibskie media, Simon rusza na poszukiwanie odpowiedzi. Ale w tylko jeden sposób może zrozumieć, co się stało: musi znaleźć Jake’a.

„Poszukiwanie” to ciekawa i poruszająca opowieść o rodzicach i dzieciach, ale także o wierze w drugiego człowieka. Autor wiarygodnie przedstawia nam paletę emocji, jakie towarzyszą głównemu bohaterowi, między innymi szok i niedowierzanie, w które po strzelaninie popada Simon i cała rodzina. Mało tego - teraźniejszość przeplata się w tym utworze z przeszłością, dzięki czemu czytelnik zna przedstawioną rodzinę niemal na wylot, a także ma ogląd na wydarzenia poprzedzające katastrofę. Wie, jaki był Jake, jego siostra, jego ojciec i jakie mieli relacje z ludźmi. Ale, co ciekawe, konstrukcja tej powieści, choć mamy tę wiedzę i wydaje nam się, że znamy głównych bohaterów, sprawia, że tak, jak Simon nie możemy uwierzyć w to winę Jake'a i mamy w głowie mętlik. Czasem myślimy: wszyscy, ale nie on, przecież to taki dobry chłopak  z drugiej strony jednak, gdy wypływają kolejne poszlaki, zaczynamy się nad tym głęboko zastanawiać i oskarżać Jake'a o najgorsze. To wielki plus tego utworu, że nie da się przewidzieć zakończenia. Odnoszę wrażenie, że nic w fabule tego utworu nie jest do końca oczywiste poza cierpieniem Simona. 

Bardzo podoba mi się też przedstawienie w  "Poszukiwaniu" relacji rodzinnych. Autor ukazuje rodzinę z nietypowym podziałem ról, poruszając tym samym coraz bardziej powszechne zjawisko - coraz więcej ojców angażuje się teraz w wychowanie dzieci gdy kobiety odnoszą sukcesy zawodowe. Jest to z pewnością zaprzeczenie tradycyjnemu modelowi rodziny, którzy wszyscy doskonale znamy, ale być może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, co taki siedzący w domu z dziećmi ojciec przeżywa, z jakimi trudnościami się z maga i z jakimi emocjami boryka. Tutaj dostajemy te jego myśli i emocje na tacy . I to opisywane przez męskiego autora, nie autorkę. Jestem pod wrażeniem. 

Choć "Poszukiwanie" to ciężka książka o miłości i zwątpieniu, okazuje się być w pewien sposób zaskakująco krzepiąca i niosąca odkupienie. Nie chcę zdradzać finału i psuć komukolwiek przyjemności płynącej z lektury, dlatego napiszę tak: "Poszukiwanie" to mocny, dobrze skonstruowany portret psychologiczny cierpiącego ojca, ale także opis relacji między rodzicem a dorastającym dzieckiem. Każe nam zastanowić się nad tym, co wiemy o sobie i swoich najbliższych. Choć czytałam go już kilka dni temu, nadal nie mogę wyzbyć się z głowy tej historii. Jest porażająco prawdziwa.

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


niedziela, 3 kwietnia 2016















Zapowiedzi kwietniowe - czyli bez jakich książek nie wyobrażam sobie czytelniczego kwietnia. Świetnych tytułów tak dużo, a doba, jak na złość, nie chce się wydłużyć! Mam jednak nadzieję, że uda mi się przeczytać choć część tych niesamowitych książek. Poniższa lista ułożona wedle moich priorytetów. 


1. "Cześć co słychać?", Magdalena Witkiewicz - 27.04
To mój absolutny must have. Nie wyobrażam sobie egzystencji bez lektury najnowszej książki pani Magdy! Krótka zapowiedź: 

Jestem taka jak inne, to wiem na pewno. Matki, żony i kochanki. Kobiety w połowie życia. Mądrzejsze niż 20 lat temu, ale za to z bagażem doświadczeń. Pełne głęboko skrywanych tajemnic, o które nikt nas nie podejrzewa. Czasem tęsknię za czymś, czego nie potrafię nazwać, uśmiecham się do ludzi, chociaż w sercu mam bałagan. Może coś tracę, zyskując spokój. Bardzo dbam, by nie padły słowa, których nie można wymazać.Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, jak niebezpieczne może być: „Cześć, co słychać”…


2. "Ugly love", Colleen Hoover - 13.04
Jako absolutna fanka Hoover i jej wzruszających historii nie potrzebuję dodatkowego zachęcenia do lektury poza nazwiskiem autorki. 

Kiedy Tate, początkująca pielęgniarka, wprowadza się do mieszkania swojego brata, nie spodziewa się tak gwałtownych zmian w życiu. Wszystko przez przystojnego pilota Milesa Archera. Miles ustala tylko jedną regułę ich związku: nie pytaj o przeszłość i nie oczekuj przyszłości. Gdy ta sytuacja staje się nie do wytrzymania i prowokuje do pytań, ożywają jego dramatyczne wspomnienia. Serca zaczynają szybciej bić, obietnice zostają złamane, reguły przestają obowiązywać… Tej powieści się nie czyta, tylko przeżywa – całą sobą, sercem i duszą, a po zakończeniu nic już nie jest takie samo.


3. "Zwodnicza miłość", Julie Cohen - 06.04
Nie czytałam jeszcze nic tej autorki, ale fabuła brzmi zachęcająco. Na pewno będzie romantycznie.

Ostatnimi czasy Felicity nie może pozbyć się dziwnych wątpliwości. Jej mąż, Quinn, to najwspanialszy człowiek, jakiego zna. Dziewczyna czuje wręcz, że nie zasługuje na uczucie, którym ten ją darzy.Niedługo później Felicity doświadcza czegoś niesamowitego: czuje w powietrzu zapach perfum budzący długo uśpione wspomnienia. Później zdarza się to jeszcze kilka razy – powraca do niej echo minionych dni i widmo mężczyzny, którego nie widziała od dziesięciu lat. Echo niesie ze sobą wspomnienie uczucia głębokiej, wyjątkowej miłości… Poruszona Felicity stara się oprzeć tej wizji przeszłości, która jednak stopniowo przejmuje nad nią kontrolę. Może coś naprawdę jest nie tak, jak być powinno? Co jeżeli umysł spłatał figla jej sercu? A ty, któremu z nich ty byś zaufała?

4. "Pora westchnień, pora burz", Magdalena Kawka, 21.04
Jestem chora na tę książkę. Poza współczesnością, II wojna światowa to mój ulubiony okres o którym lubię czytać. 

Jest rok 1938, świat jeszcze śpi spokojnie. Lwów, tygiel narodowości, tętni gwarem i rozbrzmiewa beztroską radością, nie przejmując się tym, że na niebie gromadzą się czarne chmury. Zanim Ukraińców, Polaków i Żydów podzielą narodowościowe animozje, wciąż są tylko sąsiadami, którzy życzliwie uśmiechają się do siebie na ulicy. Lilka wraz z koleżankami przygotowuje się do matury i nie ma pojęcia, że to będzie ostatnia szczęśliwa wiosna. Tęskni za ukochanym, chodzi do szkoły i jak niepodległości próbuje bronić swojej dorosłości, nie wiedząc, że wkrótce przejdzie przyspieszony kurs dorastania, że będzie zmuszona pożegnać beztroskę i zmierzyć się z upiorami wojny. Spośród znanych od urodzenia osób nauczyć się rozpoznawać wrogów. Wiedzieć, komu zaufać i co zrobić, żeby nie stracić wiary, ponieważ wojna okaże się sprawdzianem człowieczeństwa, który nie będzie miał nic wspólnego z narodowością, językiem ani z wyznawaną religią.

5. "Chłopak, który stracił głowę", John Corey Whaley - 13.04
Mam przeczucie, że to wyjątkowa książka pomimo tego, że o nastolatkach. 

Poznaj Travisa. Ma 16 lat, superdziewczynę i nieuleczalnego raka. Gdy staje przed wyborem: śmierć lub eksperymentalna operacja, nie zastanawia się długo. Godzi się na to, by od szyi w dół przeszczepiono mu zdrowe ciało. Jest tylko jeden problem – na razie rozwój medycyny nie pozwala na przeprowadzenie tak skomplikowanego zabiegu, dlatego chłopak musi zostać wprowadzony w śpiączkę podobną do hibernacji i czekać. Żegna się więc z bliskimi, bo nie wie, czy i kiedy się z nimi zobaczy.Budzi się pięć lat później. Ma własną głowę i atrakcyjne, choć obce ciało. Świat z pozoru jest taki sam jak dawniej. Jednak powrót do życia wygląda inaczej, niż Travis to sobie wyobrażał. Jego przyjaciele są już na studiach, rodzice coś przed nim ukrywają, a dziewczyna… Hmm, wygląda na to, że ma narzeczonego. Trudno się dziwić, że chłopak nie ma zamiaru się z tym pogodzić.

6. "Sanatorium pod zegarem", Liliana Fabisińska - 13.04
Od dawna chcę poznać twórczość tej autorki, a zarys fabuły przekonuje mnie w 100%. Mam nadzieję, że będzie śmiesznie, co w połączeniu z wątkiem kryminalnym da połączenie idealne.

Nina i Natalia nie znoszą się od pierwszego wejrzenia. Gdyby mogły, nie spotkałyby się nigdy więcej. Ale nie mają wyjścia… Los (oraz siostra przełożona, z którą się nie dyskutuje) sprawia bowiem, że trafiają do tego samego ciasnego pokoiku w sanatorium w Ciechocinku. Najbardziej niedopasowana para, jaką można sobie wyobrazić, skazana na siebie przez cztery długie tygodnie.
Gorzej być nie może, prawda? Ależ może! Ukochany Niny wyjeżdża samotnie w podróż, która miała być ich poślubną, po czym dziwnym trafem przestaje odbierać telefon i odpisywać na maile, a firma pod jej nieobecność zaczyna dryfować ku przepaści. Z kolei Natalia musi w tajemnicy przed siostrą przełożoną zniknąć z Ciechocinka na 36 godzin, by wykonać najważniejsze zdjęcie w swoim życiu. W dodatku w sanatoryjnym basenie pływa nieboszczyk, którego nazwiska nie zna nawet wszystkowiedząca siostra przełożona. Wszystko wskazuje na to, że zabić go mogły tylko Nina i Natalia. Czy przełamią niechęć i odeprą zarzuty, wspólnie rozwiązując tę zagadkę?

7. "Nowy rozdział", Elisabeth Egan - 19.04
Poleca ją Liane Moriarty, której książki kocham nad życie i to wystarczy.

Alice pełni wiele funkcji (nigdy nie nazywa tego „noszeniem wielu masek” i wolałaby, żebyście wy także tego nie robili). Jest: przez większość czasu szczęśliwą żoną i matką, troskliwą córką, właścicielką psa, co do którego ma mieszane uczucia, redaktorką na pół etatu, lojalną sąsiadką, dojeżdżającą do pracy bez niepotrzebnych napięć. Nie jest: kucharką, dekoratorką, aktywną członkinią Stowarzyszenia Rodziców i Nauczycieli, urodzoną opiekunką, główną żywicielką rodziny. Kiedy sytuacja zawodowa jej męża ulega radykalnej zmianie i Alice zatrudnia się w nowoczesnej, młodej firmie, która obiecuje, że stanie się przyszłością świata książek, myśli, że chwyciła Pana Boga za nogi – będzie miała ważną, sensowną pracę, harmonijnie łączącą się ze szczęśliwym życiem rodzinnym. Oczywiście wtedy wszystko idzie nie tak i Alice musi się zmagać z chorobą ojca, opieką nad dziećmi, wymagającymi szefami oraz zdrowiem psychicznym swoim i męża.

Pragnę zaznaczyć, że wszystkie opisy książek pochodzą ze stron wydawców. 

Oczywiście niesamowitych kwietniowych premier jest znacznie więcej, ale wybrałam sobie szczęśliwą siódemkę :) Co Wy na to? Czekacie szczególnie na któraś z tych książek? Co innego jeszcze macie na oku?