niedziela, 25 września 2016

"Melodia dalej brzmi" - Mary Higgins Clark




"Melodia dalej brzmi" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Mary Higgins Clark. Prawdę mówiąc nigdy nie słyszałam tego nazwiska, a do lektury zachęcił mnie opis okładkowy. Nie często trafia się na tak nęcące opisy, jak "Nowa powieść autorki bestsellerów, nazywanej królową suspensu". To, oraz krótki zarys fabuły wystarczyły, bym zapragnęła przeczytać tę książkę. I muszę przyznać, że był to całkiem dobry wybór. 

Lane Harmon, asystentka słynnej projektantki wnętrz i mama pięcioletniej Katie, często bywa w domach bogaczy rezydujących w Nowym Jorku. Lubi swoją pracę, czerpie satysfakcję z odgadywania i spełniania oczekiwań  bardzo wymagających klientów. Przyjęcie przez jej szefową Glady Harper zlecenia na urządzenie skromnego szeregowego domu w New Jersey w pierwszej chwili wydaje się zaskakujące, jednak wkrótce okazuje się , że chodzi o nowe miejsce zamieszkania żony Parkera Bennetta. Parker Bennett zniknął przed dwoma laty wraz z pięcioma miliardami dolarów z zarządzanego przez siebie funduszu inwestycyjnego. Na Karaibach znaleziono pustą, rozbitą łódź, którą samotnie wypłynął na morze. Popełnił samobójstwo, czy upozorował swoją śmierć? Mimo upływu czasu jego nazwisko wciąż pojawia się w gazetach, ponieważ zarówno władze federalne jak i oszukani klienci chcą znaleźć ukradzione pieniądze oraz samego Parkera Bennetta, jeśli nadal żyje. Lane jest pod wrażeniem godnej postawy pani Bennett i jej szczerej wiary w niewinność męża. Ulega też urokowi ich syna Erica, który próbuje walczyć z niesławą, jaka z powodu zniknięcia ojca okryła ich nazwisko. Lane nie chce przyjąć do wiadomości, że zbliżając się do rodziny Bennettów wystawia nie tylko siebie, ale i córkę na wielkie niebezpieczeństwo...

Mary Higgins Clark stworzyła zgrabną i niezwykle wciągającą fabułę osadzoną w świecie ludzi z wyższych sfer. Przyznam, że choć akcja z początku toczy się dość niespiesznie,  już po kilku pierwszych rozdziałach czułam się zaintrygowana do tego stopnia, że ciężko mi było rozstawać się z tą książką na dłużej. Autorka umiejętnie dawkuje czytelnikowi napięcie, jednak nieustannie nęci i podsyca pragnienie rozwikłania zagadki. Czytelnik naprawdę chce wiedzieć, co dzieje się z Parkerem Benettem i kręci się niecierpliwie, by poznać skrywane przez miliardera tajemnice. Dodatkowym atutem utworu jest rozwijający się ze strony na stronę wątek miłosny oraz kontrast miedzy światem Parkera Bennetta a oszukanych przez niego ludzi. Świat luksusu, sławy i pieniędzy ściera się z dramatami ludzi, którzy zostali nagle pozbawieni wszystkich swoich oszczędności albo środków do życia. Wszystko to sprawia, że czyta się tę książkę nie tylko z zaciekawieniem, ale i przyjemnością. Autorka serwuje nam odrobinę sensacji, romansu oraz zwraca uwagę na takie problemy społeczne jak ubóstwo oraz małość zwykłego, szarego człowieka wobec potężnych instytucji finansowych, a z drugiej strony chciwość, bezkompromisowość i obojętność na krzywdę ludzką. 

Jeżeli chodzi o językową stronę utworu, to jest to książka pisana prostym, często potocznym językiem. Autorka raczej nie serwuje nam barwnych, plastycznych opisów ani długich przemyśleń, lecz sprawnie podkręca tempo akcji. Czytelnik mknie przez kolejne strony z coraz większym oczekiwaniem na rozwiązanie zagadki. Utwór pełen jest niejasności i niedomówień, które sprawiają, że ciężko przerwać lekturę przed dobrnięciem do końca. 

"Melodia dalej brzmi" to książka, która z pewnością spodoba się miłośnikom intryg, tajemnic oraz sensacji. Polecam ją także czytelniczkom lubiącym romanse, choć wątek uczucia rodzącego się miedzy Lane i Erickiem nie wybija się tutaj na główny plan. Ja jestem zadowolona z lektury. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 




czwartek, 15 września 2016

"Weranda na Czarcim Cyplu" - Liliana Fabisińska





Kilka miesięcy temu zakochałam się w "Sanatorium pod zegarem" - wychodzącej naprzeciw stereotypom, lekkiej powieści rozpoczynającej serię Jak pies z kotem. Z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnego tomu, dlatego gdy tylko kilka dni temu dostałam go do ręki, natychmiast zabrałam się za lekturę i pochłonęłam ponad czterysta stron w jeden wieczór i w jedno przedpołudnie. Ponownie bez opamiętania przepadłam w świecie Niny i Natalii.

Mieszkańcy Helu przez lata przyzwyczaili się już do uroczej, chociaż wyjątkowo nowoczesnej Natalii, starej panny, która uwielbia pelargonie i hoduje na swoim parapecie różne odmiany ziół. Nikogo nie dziwi, że mimo podeszłego wieku nadal prowadzi zakład fotograficzny albo pisze doktorat. Jednak kiedy wraca z sanatorium z  pewnym żeglarzem, całującym ją namiętnie na środku deptaku, a ona sama zaczyna nosić mini i malować usta na czerwono, na Półwyspie Helskim podnosi się wrzawa. 

Nina, młoda bizneswoman, ma za to problem odwrotny. Odkąd jej narzeczony zniknął na dobre, suknia ślubna,, które usiłuje się pozbyć, wciąż wraca do jej szafy, a wszyscy wokół usiłują ją swatać z nieodpowiednimi mężczyznami. I choćby nawet chciała zrobić coś, czego nie wypada – nie bardzo ma z kim. W dodatku w jej stanie mogłoby to być dość trudne. Losy tych dwóch skrajnie różnych kobiet znów splatają się w niespodziewanym momencie, ale za to w podobnych okolicznościach jak za pierwszym razem. Nina z Natalią zostają podejrzane o morderstwo z premedytacją i mogą liczyć tylko na siebie. No dobrze. I jeszcze na pewnego znanego czytelnikowi policjanta, który – wbrew poszlakom i zdrowemu rozsądkowi – nieoczekiwanie staje po ich stronie. Czy i tym razem uda im się rozwiązać zagadkę oraz wywinąć policji? 

Śmiem twierdzić, że Liliana Fabisińska jest w tym momencie jedną z najlepszych polskich pisarek, co udowadnia ponownie w "Werandzie na Czarcim Cyplu". Nie często zdarza mi się sięgać po książki tak dojrzałe i przemyślane, a jednocześnie lekkie i pisane z przymrużeniem oka. Nowa powieść autorki to utwór niezwykle smaczny oraz przyjemny w odbiorze. Fabisińska ponownie wychodzi poza utarte schematy oraz stereotypy tworząc oryginalną fabułę oraz nieco odbiegające od społecznych oczekiwań bohaterki. No bo czy będąc staruszką naprawdę wypada przeżywać wielką miłość, opowiadać o pikantnych szczegółach ze swojego życia i całować się na oczach sąsiadów? Fabisińska udziela na to pytanie dość przewrotnej odpowiedzi i z pewnością nieraz zaskoczy Was decyzjami oraz poczynaniami swoich bohaterów. Natalia i Nina oraz pewna kryminalna zagadka sprawią, że na pewno nie będziecie się nudzić. Książka pełna jest barwnych postaci, tajemnic, niespodziewanych zwrotów akcji oraz zabawnych sytuacji, które sprawiły, że chichotałam pod nosem niemal nie budząc tym samym śpiącej za ścianą rodziny. 

"Weranda na Czarcim Cyplu" kojarzy mi się z kwintesencją lata i jest wzorcowym utworem, jakie chcę w tym okresie czytać. Jest to mądra, a jednocześnie zabawna historia obnażająca wiele społecznych prawd i przywar. Autorka łamie ogrom utartych stereotypów, ale robi to w smaczny, a nie prześmiewczy sposób. Osobiście zaskoczyło mnie też przygotowanie merytoryczne Fabisińskiej do niektórych wątków, zwłaszcza tych związanych z botaniką oraz historią Helu. Podczas lektury tej książki byłam gotowa uwierzyć, że świat niektórych ludzi naprawdę może kręcić się wokół glistnika jaskółcze ziele oraz wyobrazić sobie malowniczo opisany Hel. Wiedza autorki na te tematy, jaką wykazuje się w tym utworze, jest niesamowita, aczkolwiek trochę niebezpieczna. Mam tu na myśli oczywiście doskonałą znajomość pewnych trujących ziółek... 

Drugi tom serii Jak pies z kotem całkowicie skradł moje serce. Po zakończeni lektury tej książki siedziałam kilka chwil wpatrując się w trzy domki przedstawione na okładce i żałowałam, że nie mogę się znaleźć w żadnym z nich chociaż na chwilę. Fabisińska ujęła mnie nadmorskim klimatem Helu i wprowadziła w błogi, wakacyjny nastrój. Polecam Wam tę książkę, bo to kawał naprawdę przyjemniej lektury. Ja nie mogłam się od niej oderwać i z niecierpliwością czekam na kolejny tom o przygodach Niny i Natalii. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję wydawnictwu: 






wtorek, 13 września 2016

Wywiad z Natalią Sońską






Natalio,  witam cię serdecznie, jest mi niezwykle miło gościć cię na swoim blogu. Jakiś czas temu do rąk czytelników trafiła twoja druga powieść, „Mniej złości, więcej miłości”. Jak się czujesz po premierze?
Teraz emocje już opadły, pracuję nad kolejną książką, ale wciąż czytając nowe recenzje miewam motyle w brzuchu. To wspaniałe uczucie. Wszelkie obawy, jakie towarzyszyły mi przed premierą drugiej książki na szczęście gdzieś umknęły, a ja mogę cieszyć się swoim kolejnym „dzieckiem”, które jest nie mniej ważne niż to pierwsze.

Jak to jest być pisarką? Tak to sobie wyobrażałaś?
Nie wiem czy słowo „pisarka” to dobre określenie. To duże słowo i aby móc otrzymać miano pisarki, trzeba naprawdę sobie na to zapracować. Ja jestem dopiero początkującą autorką, która powoli wchodzi w ten literacki świat. Oczywiście pracuję nad tym, by pewnego dnia z czystym sumieniem powiedzieć „tak, jestem pisarką!” i ta praca jest niezwykle przyjemna. Czy tak sobie to wyobrażałam? Jeszcze rok temu nie wierzyłam w to, co zaczyna się wokół mnie dziać, z tego co pamiętam nawet moja rodzina jeszcze nie wiedziała, że napisałam książkę i została ona przyjęta przez wydawnictwo. To co dzieje się teraz to o wiele więcej, niż mogłam sobie kiedykolwiek wyobrazić. To wspaniałe uczucie spełnienia, satysfakcji, wiary, że to co robię, przynosi radość mnie, ale też czytelnikom, jest ponad moje wszelkie wyobrażenia i powiem szczerze, że miewam momenty, kiedy muszę uszczypnąć się w ramię, by sprawdzić czy nie śnię. Jest dobrze, jest naprawdę dobrze.

Co było inspiracja do napisania „Mniej złości, więcej miłości”?
Pierwsza powieść. Bardzo chciałam kontynuować tą historię, jednak pragnęłam rozszerzyć ją o nowych bohaterów, by nie skupiać się tylko na Hani i Wiktorze. Zupełnie przypadkiem skierowałam ją na życie Kingi, ale w ogóle tego nie żałuję. Znalazło się grono czytelniczek, które polubiło nową bohaterkę już w pierwszej książce (między innymi moja przyjaciółka), dlatego poświęciłam Kindze tym razem więcej uwagi. Cała reszta przychodziła spontanicznie, pomysły pojawiały się sukcesywnie, wiedziałam jedynie, że tym razem nie może być to lukrowana powieść obyczajowa.

Jak wygląda u ciebie proces tworzenia książki? Robisz konkretny plan, czy stawiasz na spontaniczność? Masz jakieś swoje rytuały, ulubione pory na pisanie?
Proces twórczy jest w moim przypadku zależny od wielu czynników i często bywa bardzo zwariowany. Nie mam ustalonego schematu ani określonych godzin, podczas których włączam komputer i zajmuję się tylko pisaniem. Miewam takie chwile, gdy zasiadam przed otwartym plikiem i wiem, że napiszę kilka stron. Często jednak piszę z doskoku, spontanicznie, bowiem pomysły pojawią się nagle. Natomiast przy tworzeniu konkretnej książki staram się ustalić w pierwszej kolejności trzon który musi później utrzymać całą książkę w ryzach i wokół niego buduję fabułę. Takim kręgosłupem jest na przykład bohater, zakończenie lub pewien przekaz, które są wówczas najbardziej charakterystycznymi elementami danej powieści
Jeśli chodzi natomiast o rytuały, raczej nie mam ustalonych schematów działania. Zazwyczaj piszę wieczorami, gdy mogę skupić się tylko i wyłącznie na pisaniu, gdy nic wokół mnie nie rozprasza. Nie jest to jednak reguła, bywa i tak, że siadam na tarasie i wsłuchując się w zewsząd dobiegające odgłosy jestem w stanie się bardziej skoncentrować, niż wieczorem. To zależy głównie od mojego nastroju danego dnia, od tego kiedy znajduję chwilę, żeby poświęcić się pisaniu. Lubię też zrobić sobie dobrą herbatę i włączyć muzykę, to w pewien sposób mnie nastraja.

Wplotłaś do fabuły „Mniej złości, więcej miłości” także wątek sensacyjny i wydaje mi się, że chyba zaskoczyłaś tym faktem czytelniczki. Skąd ten pomysł? I skąd czerpałaś wiedzę na takie „kryminalne” tematy?
Postanowiłam odejść troszkę od typowej historii miłosnej. Choć momentami naprawdę improwizowałam, chciałam sprawdzić, czy uda mi się stworzyć coś bez lukrowanej otoczki i sprostać wymaganiom czytelników o różnych gustach. Starałam się jednak utrzymać fabułę w podobnym klimacie jak „Garść pierników…”, bo zdecydowanie właśnie to jest mój klimat, ale w pewnych momentach byłam zupełnie bezradna. Bohaterowie robili co chcieli, historia toczyła się własnym życiem. Stąd właśnie wątek sensacyjny, który nieprzewidywanie wkradł mi się do powieści. Tak po prostu musiało być, coś od środka podpowiadało mi, by dodać odrobinę dreszczyku. Nie żałuję jednak, bo naprawdę bardzo przyjemnie pisało mi się tę książkę. A inspiracja? Można powiedzieć, że poniekąd studia wpływają na to, że kryminalne tematy nie są mi obce. Dużo na ten temat czytam, sporo się uczę i siłą rzeczy już w mojej podświadomości zostają zachowane pewne schematy, które z przyjemnością przenoszę na karty powieści.


„Mniej złości, więcej miłości” opowiada losy Kingi, bohaterki drugoplanowej z Twojej debiutanckiej powieści. Klimatem zupełnie odbiega jednak od pełnego miłości nastroju świąt.  Którą z książek pisało ci się łatwiej?
Trudno mi stwierdzić, którą książkę pisało się łatwiej, bo obie tworzyłam z ogromną przyjemnością. W obu też znajduję elementy, które wymagały dopracowania, zastanowienia się i dojrzenia sensu w tym co robię. Bliższa jest mi jednak chyba moja debiutancka powieść, zarówno jeśli chodzi o tematykę, klimat i bohaterów, ale są to tak minimalne różnice, że naprawdę musiałam się chwilę zastanowić nad odpowiedzią.

Którą z bohaterek lubisz bardziej: Kingę czy Hanię? A może postrzeloną Mirę? Co was łączy?
Hania zdecydowanie odpowiada mi pod względem ambicji i dążenia do celu. To twarda babka, która ma w sobie ogromne pokłady empatii, potrafi radzić sobie w życiu i choć niejednokrotnie błądzi (jak każdy z nas), potrafi w końcu wybrać dobrą drogę. Kinga natomiast jest osobą upartą, co nie oznacza, że jest to jej wadą. Potrafi postawić do pionu, zwrócić uwagę. Waży słowa, a cierpliwość traci w ostateczności. Niewątpliwie stara się uporządkować świat po swojemu, co nie zawsze wychodzi jej na dobre, nigdy jednak nie działa w złej wierze. Mirka natomiast jest najmniej okrzesana z całej trójki. Błądzi, potyka się o własne decyzje, jest uparta, impulsywna i nierozsądna. Potrafi zirytować, jednak w kryzysowych sytuacjach okazuje się być prawdziwą przyjaciółką. Każda z tych bohaterek jest barwną postacią i każdą darzę taką samą sympatią, właśnie dlatego, że są od siebie tak różne. I myślę, że w każdej z nich znajduje się przynajmniej jedna cecha, którą mogłabym odnaleźć w sobie.

Do tej pory głównymi bohaterkami Twoich książek są kobiety, ale w „Mniej złości, więcej miłości” pojawia się też sporo mężczyzn. Nie kusi cię, żeby uczynić głównym bohaterem jakiejś książki mężczyznę? Którego z tych opisanych do tej pory darzysz największym sentymentem?
Zastanawiałam się nad tym już nie raz, jestem tylko ciekawa, czy udałoby mi się wejść w psychikę mężczyzny na tyle dobrze, by przedstawić bohatera jak najbardziej realnie. Bo to nie prawda, że kobiety jest ciężko zrozumieć, płeć przeciwna jest równie trudna do rozszyfrowania! Myślę jednak, że kiedyś podejmę to ryzyko, POSTARAM się postawić na miejscu mężczyzny i ujrzeć świat jego oczami – jakkolwiek zabawnie to brzmi ;). Największym sentymentem darzę zdecydowanie Wiktora. Potrafił ujarzmić burzliwy charakter Hani i za to należy mu się szacunek z mojej strony. Gdyby nie on, aż strach pomyśleć co nawywijałaby moja bohaterka!

„Mniej złości, więcej miłości” zbiera bardzo pozytywne recenzje. Stresowałaś się, czy powtórzy sukces Twojego debiutu?
Stresowałam się i to bardzo. Druga książka to w pewnym sensie weryfikacja twórczości. Czytelnik potrafi wówczas wskazać, czy autor spoczął na laurach, ruszył do przodu czy może debiut był jednorazowym sukcesem. Byłam zaniepokojona, ale równocześnie ciekawa jak zostanie odebrana moja druga powieść, nie tylko pod względem szlifowania warsztatu, ale między innymi dlatego, że mimo bycia kontynuacją, tak bardzo różni się ona od pierwszej. Wciąż z wypiekami na twarzy czytam każdą pojawiającą się recenzję!

Masz kontakt z czytelniczkami? Podglądam Twoją stronę na Facebooku i sporo się tam dzieje.
Tak, dostaję wiele komentarzy, ale także prywatnych wiadomości, w których czytelnicy dzielą się swoimi wrażeniami na temat książek, pytają o kolejne powieści, albo po prostu chcą zwyczajnie porozmawiać. Ponadto na spotkaniach autorskich, czy w wywiadach dostaję sporo pytań na temat mojej twórczości jak i życia prywatnego. To bardzo budujące wiedzieć, że ma się tak szerokie grono odbiorców, którzy nie są tylko biernymi czytelnikami, ale czynnie uczestniczą w życiu autora i jego książek.

Jest jakiś pisarz, którego nazwałabyś swoim autorytetem?
Pisarzy, których podziwiam jest wielu. Takich, których sukcesy mnie inspirują, przed których twórczością chylę czoła. Podziwiam ich za to, że tak wspaniale potrafią przenosić swoje myśli na papier i urzekać swoimi powieściami czytelników. W tym gronie są zarówno polscy, ale też zagraniczni twórcy, a gatunki, które tworzą Ci autorzy to głównie powieści obyczajowe i kryminalne. Jednak jeśli miałabym się ograniczyć do jednego lub ewentualnie dwóch autorów, od których chciałabym się uczyć, byłaby to pani Magdalena Witkiewicz i  Nicholas Sparks.

Co czyta Natalia Sońska?
Najczęściej sięgam po literaturę obyczajową, jednak inne gatunki literackie również goszczą w mojej biblioteczce. Lubię czytać kryminały, powieści sensacyjne. Fantastyka także znajduje miejsce w moich zbiorach, tak samo jak powieści pisane w oparciu o fakty lub reportaże. Nie mam jednak jednego ulubionego autora, bo pisarzy, którzy skradli moje serce swoimi powieściami jest wielu, jak np. Nicholas Sparks, Cecilia Ahern, Magdalena Witkiewicz, Katarzyna Bonda, Remigiusz Mróz czy Zygmunt Miłoszewski.

W listopadzie ukaże się Twoja trzecia powieść, „Obudź się, kopciuszku”. Zdradzisz nam na jej temat choć kilka słów?
Będzie to powieść o Alicji, samotnej, młodej lekarce, która całkowicie poświęca się swojej pracy. Życie poważnie doświadczyło ją w przeszłości, dlatego teraz jest zamknięta w sobie i wycofana, wręcz unika kontaktu z ludźmi. Jest twarda, ale pod skorupą nieprzystępnej i płochliwej kobiety kryje się ogromne pragnienie odnalezienia równowagi i miłości.
Jej życie zmienia się, gdy wraz z przyjaciółmi udaje się na bal sylwestrowy do Zakopanego. Poznaje tam pewnego ratownika, który jak nikt dotąd pokazuje jej nowy, albo co więcej – zapomniany już przez nią wymiar szczęścia. Jest to książka osadzona w zimowej scenerii. Nie zabraknie w niej świątecznego klimatu, skrzypiącego pod butami śniegu i przyjemnego dźwięku dzwoneczków. Mam nadzieję, że przypadnie czytelnikom do gustu.

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę i życzę głowy pełnej pomysłów na kolejne książki. No i czasu na pisanie, oczywiście.

Ja również bardzo dziękuję za rozmowę i życzenia! Mam nadzieję, że spełnią się wszystkie, bo uwielbiam dzielić się z czytelnikami swoimi pomysłami.

niedziela, 11 września 2016

"Mniej złości, więcej miłości" - Natalia Sońska

Książka, o której chcę dziś napisać, jest drugą częścią, choć odrębną historią, powieści "Garść pierników, szczypta miłości", którą w tamtym roku debiutowała Natalia Sońska. Zasiadłam do lektury z nadzieją, że i tym razem dostanę klimatyczną, romantyczną opowieść. Czy jestem usatysfakcjonowana? 

Kinga, przyjaciółka znanej czytelnikom Hani, pracuje w redakcji pisma modowego. Jest szczęśliwą narzeczoną pewnego przystojnego fotografa. W pewnym momencie jej życie diametralnie się zmienia. Spadają na nią dwie szokujące wiadomości, w tym jedna o wyjeździe ukochanego na kilkumiesięczny kontrakt do Afryki. Kinga jest załamana i wraca do rodzinnego domu, gdzie próbuje dojść do siebie. Wsparciem okaże się być także jej przyjaciółka, Hania. Czy z taką pomocą Kindze uda się stanąć na nogi i na nowo poukładać swój wywrócony do góry nogami świat? 

Przyznam, że bardzo czekałam na tę książkę. Miło wspominam lekturę debiutu Natalii Sońskiej i nie mogłam doczekać się podejrzenia świata znanych po części bohaterów. Bardzo polubiłam Hanię i Wiktora. Szczególnie przypadła mi do gustu ta pierwsza, bo miałyśmy wiele wspólnego. Tym razem jednak nie jest tak ciepło, klimatycznie i sielsko, jak w poprzedniej powieści i jak się spodziewałam. Podczas gdy w "Garść pierników, szczypta miłości", to własnie miłość zawsze brała górę, tutaj jest inaczej. Inna jest też główna bohaterka, Kinga. Daleko jej do silnej i niezależnej Hani. To dziewczyna, której sypie się świat i która usilnie stara się odzyskać równowagę, co wcale nie jest łatwe. Głównie przez pewien watek sensacyjny i nową koleżankę w pracy, Mirę. Nie chcę zdradzać na ten temat więcej, by nikomu nie popsuć przyjemności z lektury, ale napomknę tylko, że autorka wychodzi poza ramy powieści obyczajowej oraz literatury kobiecej, dodając do fabuły pewną niepokojącą historię.  

Fabuła na początku toczy się dość leniwie, autorka stopniuje czytelnikowi napięcie. Choć poznajemy bohaterkę w przełomowym dla niej momencie, akcja nabiera tempa dopiero pod koniec utworu. W moim odczuciu to trafiony zabieg, pomimo, iż z jego powodu nie pochłonęłam tej książki na raz, musiałam robić przerwy. Historia Kingi całkiem mi się podobała. Podobnie, jak wyjście przez autorkę poza ramy obyczaju i wprowadzenie wątku Marcela. Jednak, jeżeli mam być szczera, książka nie oczarowała mnie tak, jak poprzednia. Zabrakło jej uroku. Długo zastanawiałam się dlaczego i wydaje mi się, że to właśnie przez postać głównej bohaterki Nie do końca rozumiałam zachowanie i decyzje Kingi, prawdę mówiąc wydała się dość blada, bierna i bez charakteru. Jakby wydarzenia rozgrywały się gdzieś poza nią. Ale, z drugiej strony, może właśnie taka miała być? Trochę brakowało mi też ukazania jej w relacji z narzeczonym, który bardzo szybko wybył i właściwie nic o nim nie wiemy.  

Moją sympatię zaskarbiła sobie natomiast Mira, bohaterka drugoplanowa. Przyznam bez bicia, że dawno nie spotkałam się na kartach powieści z tak chaotyczną, bezmyślną i działającą przypadkowo bohaterką. W moim odczuciu to własnie ona nadała tej książce kolorytu i choć na pewno nie jest materiałem na przyjaciółkę, to skradła moje serce. Może i podejmowała szalone decyzje oraz nieustannie pakowała się w kłopoty, ale to postać wybijająca się na tle innych i bardzo charakterystyczna. W moim odczuciu wykreowana najlepiej, ze wszystkich bohaterów powieści. Gdyby nie Mira i watek sensacyjny, książka byłaby zwykłym obyczajem dla kobiet, jakich wiele. Plusem jest też nieoczywiste zakończenie. 

W moim odczuciu "Mniej złości, więcej miłości", wypada trochę słabiej od debiutu autorki, ale na pewno nie jest to zła powieść. Tak, jak łatwo mi było  polubić Hanię i nawet się z nią utożsamić, tak ciężko mi było zapałać sympatią do Kingi. Z niecierpliwością czekam jednak na trzecią książkę Natalii, "Obudź się, Kopciuszku", w której wraca do zimowej scenerii. Opis okładkowy dostępny na stronie wydawcy jest bardzo zachęcający i mam ogromną nadzieję, że w połączeniu z lekkim piórem autorki, okaże się być lekturą idealną na zimowy czas.


Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 

 



poniedziałek, 5 września 2016

"Nikt się nie spodziewał" - J.D. Bujak

Przyznaję - nie spodziewałam się. Odwlekałam lekturę tej książki, bo choć nie ocenia się książek po okładce, ta wyjątkowo mi się nie podobała i ciężko mi było się za nią zabrać. Opis okładkowy też nie do końca mnie zachęcał. Zapowiadał taki typowy, kobiecy obyczaj - bez szału i rewelacji. Ale kiedy w końcu sięgnęłam po tę książkę, miałam ochotę nakrzyczeć sama siebie. Ta książka to dla mnie wielkie, pozytywne zaskoczenie. Niesamowicie przypadła mi do gustu i wspaniale bawiłam się podczas jej lektury. 

Opis okładkowy: 
"Podwarszawskie miasteczko i nowo powstałe osiedle domów jednorodzinnych. Kiedy Iwona z mężem i dwójką synów przeprowadzili się na Brzozowy Zaułek z nadzieją na odnalezienie ciszy i spokoju, nie wiedzieli, jak bardzo zmieni się ich życie.


Iwona szybko zaprzyjaźnia się z nowymi sąsiadkami, poznaje szczegóły życia osiedla i zwyczaje rodem z amerykańskich seriali. Szybko okazuje się, że życiem rządzą zazdrość, romanse i zdrady, a przynajmniej plotki o nich. Dziewczyny wciąż pakują się w kłopoty, a barwne intrygi nie mają końca. Nikt nie dziwi się nawet, co w ogrodzie Iwony robi krowa. Do tego tajemnicza starsza pani Puchaczowa, która mieszka na końcu ulicy i… mroczne znalezisko. Brzozowy Zaułek odkrywa coraz więcej tajemnic, przez które nic już nie będzie takie, jakie się wydaje. "

"Nikt się nie spodziewał" to książka niezwykle ciepła i rodzinna. Tym, co zdecydowanie wybija ją na tle innych, jest własnie ten sielski klimat oraz porządna dawka dobrego humoru, który sprawiał, że czytając ją, rechotałam w głos i czasem musiałam chować twarz w poduszkę, by nie pobudzić rodziny. Powtórzę się, ale naprawdę nie miałam najmniejszej nadziei na tak dobrą zabawę podczas lektury. Autorka prawdziwie mnie zaskoczyła. Nie napisała kolejnego, wiejącego patetyzmem, kobiecego obyczaju, ale książkę o zwykłym życiu zwykłych kobiet, która bawi i wzrusza. Utwór pełen jest pikantnych plotek, mało niewinnych żarcików, rodzinnych przyjęć oraz zaskakujących zachowań dzieciaków i zwrotów akcji. Chociaż pierwsze kilkadziesiąt stron wcale na to nie wskazywało, pod koniec ciężko mi się było od tej książki oderwać. Klimat Brzozowego Zaułka, szaleństwa Iwony i mieszkających tam kobiet, zawładnęły moją głową na trzy długie wieczory. Ciekawy jest też pomysł z wprowadzeniem do fabuły wątku kryminalnego. 

Bujak wykreowała niezwykle barwnych i wyrazistych bohaterów. Każdy z mieszkańców Brzozowego Zaułka jest odrębną postacią o wyjątkowym zestawie cech - dokładnie tak, jak w życiu. Osobiście niesamowicie polubiłam Iwonę, jej męża, wścibską panią Helę i pewnego przystojnego policjanta, który nieźle namieszał w fabule. Myślę, że to jedna z tych książek, które podbijają kobiece serca, pomimo tego, że nie podejmuje żadnego nadzwyczajnego tematu, lecz ukazuje życie tak proste i zwyczajne, jakim jest. Poza tym każda z nas, choć usilnie się do tego nie przyznaje, uwielbia żyć życiem innych i z uśmieszkiem na ustach przekazuje przyjaciółkom soczyste ploteczki. Nudny byłby świat bez kobiecej solidarności, długich rozmów i zwariowanych pomysłów!  "Nikt się nie spodziewał" to kawał dobrej, babskiej literatury. 

Nie do końca przypadło mi do gustu jedynie zakończenie. Właściwie to odnoszę wrażenie, że to nie jest książka skończona, lecz urwana. Z drugiej jednak strony, daje to pole do popisu autorce i zostawia furtkę do napisania kontynuacji. Chętnie bym takową przeczytała. Jestem naprawdę ciekawa co wydarzyłoby się dalej i zapałałam prawdziwą sympatią do bohaterów Brzozowego Zaułka. Gorąco polecam tę książkę.  Poprawia humor. 


Za egzemplarz utworu dziękuję wydawnictwu: