piątek, 21 października 2016

"Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem"- K. i M. Szaciłło


Podróż w krainę smaków dla ludzi, 
którzy nie maja czasu na zdrowy posiłek. 

Jakiś czas temu zwariowałam na punkcie książek kucharskich i zdrowego odżywania. Będąc nastolatką nigdy nie sądziłam, że do tego dojdzie, ale gotowanie nie jest dla mnie tylko przykrym obowiązkiem, lecz frajdą. Polubiłam programy kulinarne, cieszę się z nowych książek kulinarnych i lubię eksperymentować w kuchni z produktami, których wcześniej nie znałam. Ostatnio, z powodu natłoku obowiązków, nie mam na to aż ta wiele czasu, jak bym chciała, dlatego z nadzieją sięgnęłam po Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem, czyli książkę zawierającą szybkie i zdrowe dania do pracy. (W atrakcyjnej cenie możecie nabyć ją tutaj: taniaksiążka.pl)  Czy jestem usatysfakcjonowana? Jak najbardziej, choć wielu proponowanych składników nie sposób znaleźć w supermarketach. 

Książka przyciągnęła mnie do siebie z kilku powodów: opis okładkowy obiecuje proste, odpowiednio zbilansowane, szybkie w przygotowaniu tygodniowe, całodzienne menu do pracy; zawiera przepisy inspirowane smakami różnych światowych kuchni; jest sensownie rozplanowana, to znaczy autorzy oferują nam tygodniowe plany zawierające całodzienne przepisy na śniadanie, obiad, deser i kolację; zawiera komentarze dietetyczki oraz listy zakupów, a po szybkim przejrzeniu zawartości stwierdziłam, że proponuje posiłki z wykorzystaniem produktów, o których owszem, słyszałam, ale raczej nie używam ich w swojej kuchni. To wszystko sprawiło, że książka Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem zagościła na mojej półce i stała się ciekawym źródłem kulinarnych inspiracji. 

Proponowane przez autorów przepisy na pewno są zdrowe, oryginalne, smaczne, choć ich przygotowanie niekoniecznie jest takie szybkie, jak bym się tego spodziewała. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno przepisy, jak i przepiękne, niesamowicie apetyczne zdjęcia zachęciły mnie do gotowania. Szczególnie spodobały mi się pomysły na śniadania (chętnie zjem zamiast owsianki grzanki z orzechowym humusem), a także desery - słodkie, ale wciąż zdrowe przekąski, na przykład sahlab (izraelski budyń z czekoladą i innymi smakowitymi dodatkami).

To, co bez wątpienia odróżnia tę książkę od innych, to fakt, że poza przepisami i fotografiami potraw, zawiera też szereg praktycznych rad dotyczących ich przygotowania i przechowywania. Autorzy podpowiadają, co należy przygotować już poprzedniego dnia albo jak zapakować gotowe posiłki w praktyczny i nie zajmujący zbyt wiele miejsca sposób. Każdemu przepisowi towarzyszy też krótki komentarz któregoś z autorów, opowiadający, skąd wywodzi się dane danie, jaki jest czas jego przygotowania  i które produkty nadają mu unikatowego smaku. To wszystko sprawia, że Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem nie jest typową książką kulinarną, ale także źródłem wiedzy związanej z różnymi kuchniami świata. 

Polecam wam tę książkę jeżeli macie poczucie, że wasze posiłki są nudne albo niezdrowe, lub po prostu szukacie nowych, kulinarnych inspiracji. Mnie przypadła do gustu,a proponowane przez autorów przepisy zawsze możecie trochę zmodyfikować, dostosowując je do swoich upodobań. Książka jest absolutną nowością, proponuje niecodzienne posiłki. 



Książkę możecie nabyć tutaj - link
Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie księgarni: 






niedziela, 16 października 2016

"Granat poproszę" - Olga Rudnicka



Pisarkom problemy nie straszne. 
Przecież one właśnie po to żyją - żeby nieustannie coś wymyślać.

Uwielbiam prozę oraz humor Olgi Rudnickiej, dlatego z nieukrywaną przyjemnością sięgnęłam po najnowszą książkę jej autorstwa, Granat poproszę. Jak zwykle bawiłam się przednio i po lekturze nie mogę nie zgodzić się ze stwierdzeniem z okładki - Zabawna jak zawsze, wybuchowa jak nigdy. Olga Rudnicka kolejny raz udowadnia swoim czytelniczkom, że jeśli chodzi o komedie kryminalne, nie ma sobie równych. Czytałam tę książkę jadąc w pociągu i śmiałam się w głos. Uwielbiam bohaterów Granat poproszę. Chociaż nie, uwielbiam całą tę książkę. Jest fenomenalna i nie piszę tego tylko dlatego, że dostrzegam w głównej bohaterce naprawdę sporo własnych cech. To po prostu kawał dobrej, rozrywkowej literatury.

Emilia Przecinek to niskiego wzrostu kobieta przed czterdziestką. Jest znaną autorką powieści kobiecych, a także matką nastoletniego rodzeństwa i przykładną małżonką Cezarego, który dość niespodziewanie postanawia zostać szczęśliwym mężem innej kobiety. W dodatku nie dość, że młodszej, to jeszcze wyższej, co szczególnie boli Emilię. Cezary nie jest zbyt skory do wyjaśnień swojej decyzji i po krótkiej rozmowie telefonicznej, znika z życia Emilii bez śladu. Jest to jednak dopiero początek zmartwień pisarki - bank domaga się spłaty kredytu, kochanka męża zostaje znaleziona martwa, a rodzina, mimo że daje Emilii niepodważalne alibi, zdaje się nie wierzyć w jej niewinność. Jej reputacja zawodowa zaczyna się walić, policja składa jej wizytę za wizytą, a w dodatku mąż jest poszukiwany za defraudację. Emilia ma dwa wyjścia z tej sytuacji: albo poddać się i czekać na dalszy rozwój wydarzeń, albo wziąć sprawy w swoje ręce. Chyba nie muszę wam mówić, które wybiera? 

Tak sobie myślę, że o talencie pisarskim wcale nie świadczy ilość napisanych czy wydanych książek, ale umiejętność stworzenia oryginalnej historii biorąc na tapetę oklepany i dobrze znany przez czytelniczki temat. Olga Rudnicka niewątpliwie to potrafi i w swojej najnowszej książce udowadnia, że można stworzyć oryginalną fabułę nawet poruszając przemaglowane po stokroć tematy, w tym wypadku opowiada losy pewnej zwariowanej, porzuconej trzydziestolatki. 

Granat poproszę to przezabawna komedia kryminalna pełna dowcipnych dialogów, niespodziewanych zwrotów akcji, a przede wszystkim krwistych bohaterów, z których każdy jest bardziej oryginalny od poprzedniego. To właśnie wykreowane przez Rudnicką postaci nadają tej książce niepowtarzalnego charakteru. Poza porzuconą, żyjącą bardziej w świecie fikcji niż rzeczywistości Emilią, znajdziemy w tej książce dwoje niezwykle rozgarniętych nastolatków (będących czasem bardziej dojrzałych, niż ich matka), ekscentryczną agentkę literacką, tchórzliwego męża, a przede wszystkim moje ulubione i absolutnie niepowtarzalne babcie - matkę Cezarego i matkę Emilii. To właśnie sceny z udziałem tych ostatnich, Jadwigi i Adeli, rozśmieszały mnie do łez. Zwłaszcza polubiłam tę pierwszą, która uwielbia chwalić się swoją synową na prawo i lewo oraz niesamowicie przeżywa fakt, że nagle może przestać być rodziną znanej pisarki. Jeżeli przed lekturą miałam w głowie jakikolwiek schemat siedemdziesięcioletniej staruszki, Olga Rudnicka sprawnie go przełamała. Czy sądziliście kiedyś, że staruszki  w tym wieku mogą się... pobić? 

Jeżeli szukacie poprawiającej humor i prowokującej salwy śmiechu powieści na jesienne wieczory, bez zastanowienia sięgajcie po Granat poproszę. Ja uwielbiam prozę Olgi Rudnickiej i jej najnowsza książka nie jest wyjątkiem. Solidna porcja uśmiechu oraz pewna kryminalna zagadka gwarantowana, choć, jak na moje oko, w Granat poproszę więcej jest wątków obyczajowych niż tych związanych z przestępstwami. To powieść rodzinna o tym, że nic tak nie jednoczy krewnych jak nieszczęścia. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję wydawnictwu:


sobota, 8 października 2016

"Spójrz na mnie" - Nicholas Sparks


"Będziesz wiedziała, co się wtedy czuje."


Spójrz na mnie to bez wątpienia najbardziej wyczekiwana przeze mnie powieść nie tylko tej jesieni, ale w ogóle w tym roku. Od dobrych kilku lat jestem wielką fanką prozy Sparksa i wracam do jego książek przynajmniej po kilka razy. Wydawnictwo Albatros kazało nam czekam na Spójrz na mnie dość długo, ale warto było uzbroić się w cierpliwość. Choć może nie do końca? O tym za chwilę. 

Collin i Maria to dwa niepodobne do siebie charaktery. On jest zawodnikiem MMA, który posiada na swoim koncie liczne zatargi z prawem i ma problemy z kontrolowaniem emocji, a Maria to dobrze rokująca prawniczka na początku drogi zawodowej. Przypadek, (a może wcale nie?) sprawia, że losy tych dwojga krzyżują się ze sobą w pewien deszczowy wieczór, Maria i Colin zostają parą. Pomimo dzielących ich różnic kiełkuje między nimi uczucie, które z dnia na dzień staje się coraz silniejsze. Związek kwitnie, a oni wydają się być bardzo szczęśliwi. Do czasu. Niespodziewanie Maria zaczyna bowiem otrzymywać dziwne wiadomości od anonimowego prześladowcy...

Czytałam tę książkę przez cztery wieczory i pierwszych trzech nie uważam za udane. Nie chodzi o fabułę, ponieważ Sparks to Sparks, już dawno udowodnił, że jest mistrzem pisania wzruszających historii miłosnych, lecz o język. Powiem tak - w moim odczuciu tłumaczka zepsuła tę książkę i zabrakło tu skrupulatnej redakcji oraz korekty. Nigdy nie przypuszczałam, że będę męczyła się czytając Sparksa, ale przez pierwsze dwieście stron właśnie tak było. Zabrakło mi rytmu i płynności. Po kilku dobrych i płynnych akapitach następowały zdania napisane tak dziwnym szykiem, że musiałam czytać je kilka razy, by zrozumieć ich sens, a finalnie odkładałam książkę na szafkę. Denerwowało mnie też nagromadzenie powtórzeń np. używanie jednego słowa trzy razy w jednym zdaniu i to wcale nie jako wzmocnienia. Co wieczór zabierałam się jednak za lekturę z nadzieją, że historia obroni się mimo kiepskiego języka i w końcu mnie pochłonie. Tak też się stało. Druga połowa książki jest o niebo lepsza od pierwszej, akcja staje się dynamiczna i pełna niedopowiedzeń, a przede wszystkim wciąga. Skończyłam czytać w środku nocy. 

W drugiej części Spójrz na mnie Sparks wychodzi poza ramy utartego, typowego dla siebie schematu, wplatając do romantycznej fabuły elementy thrillera. Kiedy do akcji wkroczył stalker Marii, niejednokrotnie czułam na przedramionach gęsią skórkę i oglądałam się przez ramię. Końcówka tej książki wręcz mnie zahipnotyzowała i sprawiła, że trudno mi się było od niej oderwać. Mimo późnej pory doczytałam do końca. Zarysowane wcześniej elementy w drugiej połowie książki powoli łączą się w spójną całość, a czytelnik przerzuca kolejne strony w napięciu i z oczekiwaniem. I chociaż podczas lektury w jego głowie pojawiają się różne scenariusze co do zakończenia, Sparksowi udaje się zaskoczyć. Końcowe wydarzenia sprawiają, że mimo marnego początku uwielbiam tę książkę. Połączenie romansu z dreszczykiem sprawdza się w przypadku Spójrz na mnie idealnie. 

Z niecierpliwością czekam na Two By Two. 

wtorek, 4 października 2016

"GUS" - Kim Holden





"Każdy dzień to okazja, by tworzyć legendę. Kluczem jest włożony w to wysiłek."

Jakiś czas temu zakochałam się w niezwykle wzruszającej powieści - "Promyczek". Historia głównej bohaterki chwyciła mnie za serce i wycisnęła z moich oczu morze łez. Jednocześnie moją sympatię zaskarbił sobie pewien stojący przy łóżku Kate przyjaciel - Gus, który pod koniec utworu zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Od tamtej pory z niecierpliwością czekałam na kontynuację "Promyczka", dlatego gdy tylko dowiedziałam się, że do księgarni trafi "GUS", niemal pisnęłam z radości. Rzuciłam się na tę książkę natychmiast, kiedy tylko dostałam ją do rąk. 

Historia Gusa jest opowieścią o stracie, rozpaczy i powolnym stawaniu na nogi. Po śmierci Promyczka wali mu się cały świat. Chłopak załamuje się i nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości. Trudno mu żyć bez najlepszej przyjaciółki oraz wyjątkowej, muzycznej inspiracji. Pomimo sukcesu zespołu, którego Gus jest liderem,  śpiewając nie czuje już radości. Podczas trasy koncertowej ucieka w świat używek i przypadkowego seksu. Nie potrafi przeboleć śmierci Kate i miota się, zamiast wziąć życie we własne ręce. Niespodziewanie w jego życiu pojawia się jednak iskierka nadziei. W jego mroku zaczyna tlić się wątły płomień, który Gus może albo podtrzymać i pozwolić mu rozbłysnąć, albo wygasić. Tylko jak można na nowo być szczęśliwym, gdy utraciło się połowę własnego serca?

Sięgając po "Gusa" bardzo się bałam. Tak, z jednej strony nie mogłam doczekać się lektury tej książki, ale z drugiej nie mogłam sobie wyobrazić, jak Kim Holden może dorównać "Promyczkowi", bo bardzo wysoko postawiła sobie poprzeczkę. Jednak już po pierwszych kilkudziesięciu stronach mój niepokój minął jak ręką odjął i zatraciłam się w lekturze. Stało się to, gdy przy trzydziestej którejś stronie uroniłam pierwszą łzę. Już wtedy wiedziałam, że Kim Holden dokonała niemożliwego i "Gus" w niczym nie odstaje od "Promyczka". Ta książka jest wspaniałym dopełnieniem historii Kate i prawdziwą bombą emocjonalną. Zaryzykuję stwierdzenie, że jej się nie czyta, ale przeżywa. Autorka prowadzi nas od rozpaczy, przez smutek, autodestrukcję, do utraconej radości i łez, ale już innych, niż związanych ze śmiercią Kate - łez wzruszenia.

Muszę też wyznać, że zakochałam się w Gusie. Pomimo, ze to książka dla raczej młodszych czytelniczek niż dojrzałych kobiet, ten bohater zaskarbił sobie moją sympatię. Niemal pękało mi serce, gdy śledziłam jego próby radzenia sobie z rozpaczą i kibicowałam mu w stawaniu na nogi. To bohater niesamowity i niepowtarzalny. Nawet wkraczając w mrok nie traci bijącego od niego dobra i uroku. Jeżeli kiedykolwiek miałabym stworzyć listę swoich ulubionych bohaterów książkowych, Gus znajdzie się bardzo wysoko.

Widzicie więc, że mimo moich obaw Kim Holden dokonała niemożliwego. Napisała wspaniałą i poruszającą książkę o radzeniu sobie ze stratą, od której nie sposób się oderwać. Podczas lektury "Gusa" płakałam i uśmiechałam się. Nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do końca. Gorąco polecam Wam obie te historie - zarówno "Gusa" jak i "Promyczka". Tylko czytając je obie będziecie w stanie w pełni przeżyć i zrozumieć to, co przygotowała dla swoich czytelników Kim Holden. Ja jestem zachwycona.

Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: