środa, 10 maja 2017

"Zielarnia nad Sekwaną" - Liliana Fabisińska


A gdyby na twoim biurku 
pojawił się nagle opłacony bilet do Paryża? 

"Zielarnia nad Sekwaną" to trzeci tom świetnej serii Liliany Fabisińskiej - "Jak pies z kotem". Polubiłam wykreowane bohaterki już podczas lektury "Sanatorium pod Zegarem" i od tamtej  pory z niecierpliwością wyczekiwałam, by dowiedzieć się, co tam u nich słychać. Z ulubiony seriami jest bowiem trochę jak z serialami - człowiek z niecierpliwością czeka na kolejny odcinek, a potem odtwarza go w kółko, bo szkoda mu rozstawać się z bohaterami. W moim przypadku tak właśnie było z "Zielarnią na Sekwaną". Chociaż pochłonęłam ją w dwa dni, potem wracałam do zaznaczonych fragmentów. I pewnie jeszcze zrobię to nie raz. 

Nasze ulubione bohaterki, Nina i Natalia, znów pakują się w kłopoty. Tym razem jednak nie w Ciechocinku czy na Helu, ale międzynarodowo, bo w Paryżu. Dostarczony do Niny nieoczekiwanie bilet w różowej kopercie bez nazwiska nadawcy, uruchamia lawinę zdarzeń. Chociaż wyjazd miał okazać się niespodzianką, przynosi tylko kłopoty. Nina trafia do paryskiego więzienia, a nagranie wideo wskazuje ją bez cienia wątpliwości jako bezwzględną morderczynię. Zaniepokojona Natalia rusza jej na pomoc... i trafia w sam środek historii, o której od pięćdziesięciu lat bardzo stara się zapomnieć. Jak na najbardziej niedobrane przyjaciółki w historii przystało, obie kobiety angażują się w prywatne śledztwo, za nic mając współpracę z policją. A to wszystko  otoczone jest krzykami kłócących się siostrzyczek Drop oraz doprawione soczystą nutą szaleństwa... 

Podczas lektury "Zielarni nad Sekawaną", podobnie, jak podczas czytania poprzednich części tej serii, nie ma mowy o nudzie. Liliana Fabisińska po raz kolejny udowadnia, że jest specjalistką od tworzenia dynamicznej, wciągającej fabuły, która pędzi na łeb na szyję co kilka stron wywołując zdziwienie na twarzy czytelnika. Oczywiście poza zdziwieniem, jest także uśmiech. Perypetie Natalii i Niny również tym razem nie jeden raz doprowadziły mnie do wybuchu śmiechu. Te dwie są tak szalonymi i wyrazistymi postaciami, że niejednego ponuraka doprowadziłyby do bólu brzucha. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie pojawia się były narzeczony Niny, a ta biega za nim po Paryżu w samych piżamach nakrytych płaszczem.

"Zielarnia pod Sekawaną" jest w moim odczuciu wspaniałym zwieńczeniem całej serii. Chciałam napisać, że to najlepszy tom, ale wszystkie zapewniły mi dobrą zabawę, więc powstrzymam się przed tym określeniem. Zamiast tego napiszę, że smutno mi będzie bez wyczekiwania na następne części przygód Natalii i Niny. Nowoczesna staruszka i stateczna, młoda bizneswoman zyskały moją sympatię już od pierwszych stron pierwszej części. Podobają mi się też płynące z te serii przesłania. Po pierwsze, że przyjaźń nie zna ograniczeń wiekowych i niezależnie od tego, ile mamy lat, możemy przejawiać o wiele więcej, niż odrobinę szaleństwa, a po drugie, że w biedzie możemy liczyć tylko na przyjaciół. Tych prawdziwych, oczywiście. Bo ci przyszywani uciekną gdzie pieprz rośnie, nim tylko zdążymy o nich pomyśleć. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję ONA CZYTA oraz Wydawnictwu Filia.

środa, 26 kwietnia 2017

"Czereśnie zawsze muszą być dwie" - M. Witkiewicz



Drzewo czereśni potrzebuje innego drzewa, aby rosnąć i dawać owoce. 
Tak jak człowiek, gdy kocha – rozkwita.


Dziś przedstawiam Wam bezapelacyjnie najgorętszą premierę tej wiosny. Wydaje mi się, że każda prawdziwa ksiażkoholiczka lubująca się w prozie naszych rodzimych autorek i wzruszających historiach miłosnych słyszała o tym tytule. Magda Witkiewicz zapowiadała "Czereśnie zawsze muszą być dwie" już od pewnego czasu, skutecznie zachęcając nas do lektury. I powiem Wam, że choć czas dłużył się niemiłosiernie - było na co czekać. "Czereśnie..." to według mnie najlepiej napisana i najbardziej dopracowana powieść autorki. (Chciałam napisać najlepsza i pewnie bym to zrobiła, gdyby moje serce  z uporem nie zwracało się ku "Po prostu bądź".) 

Kiedy Zosia Krasnopolska poznaje panią Stefanię, zupełnie nie spodziewa się, że uda im się zaprzyjaźnić, a potem otrzyma od staruszki w spadku zrujnowaną willę w Rudzie Pabianickiej. Z powodu pewnych okoliczności decyduje się jednak jechać do Rudy i zgłębić jej tajemnicę. Rudera okazuje się domem z duszą uwięzioną w dalekiej przeszłości i przyciąga Zosię jak magnes. Stary dom otoczony sadem staje jej się bardzo bliski i pozwala rozeznać się w tym, czego Zosia chce od życia. A kiedy na jej drodze pojawi się Szymon, Zosia odkrywa najważniejszy sekret: dowiaduje się, czym są prawdziwa przyjaźń i miłość. Zaczyna także rozumieć, że tak jak drzewa czereśni muszą rosnąć obok siebie, by wydać owoce, tak ludzie muszą się kochać, by ich wspólna droga przez życie miała sens. 

Jestem oczarowana, naprawdę. Magdalena Witkiewicz już nieraz pokazała, że potrafi nie tylko bawić, ale też i wzruszać, ale "Czereśnie zawsze muszą być dwie" to książka zupełnie inna od poprzednich - klimatyczna, urokliwa, pełna magii i chwytająca za serce. Może to za sprawą bardzo plastycznego języka, który niesamowicie rozbudza wyobraźnię, a może za sprawą wciągającej fabuły, nie wiem, ale historia Zosi oraz starej willi w Rudzie Pabianickiej mają w sobie "to coś". "Czereśnie..." wciągają do tego stopnia, że mimo objętości około pięciuset stron, pochłonęłam je w dwa popołudnia, a po zakończeniu przez kilka chwil leżałam na łóżku wpatrując się w sufit i nie chciało mi się wracać do rzeczywistości. I chociaż autorka postanowiła tym razem namieszać w życiu głównych bohaterów jeszcze bardziej, niż dotychczas, jest to naprawdę przepiękna, wzruszająca i pełna emocji opowieść. Przez te wzloty, upadki i niespodziewane zwroty akcji w życiu Zosi, podczas lektury przeżywamy prawdziwy emocjonalny rollercoaster - od śmiechu i łez. A historia Zosi niesie ważne przesłanie: nawet najbardziej niepozorna decyzja wpływa na nasze życie, a przeszłość zawsze wybrzmiewa w teraźniejszości.

Jeżeli więc jesteście spragnione lektury, która pochłonie was bez reszty, chwyci za serce, oczaruje i na chwilę wyrwie z tej, szarej, jakże deszczowej i pochmurnej ostatnio rzeczywistości, koniecznie sięgnijcie po "Czereśnie zawsze muszą być dwie". Jest to według mnie najlepiej napisana i najbardziej dopracowana książka Magdy, zupełnie inna od poprzednich, ale chyba właśnie z tego powodu tak bardzo wyjątkowa. Czytanie jest prawdziwą przyjemnością, a fabuła doprowadzi Was i do śmiechu, i do łez. Przygotujcie się tylko na to, że znajdzie się w tej książce też postać, która będzie Was wkurzać i irytować, a na szczęśliwe zakończenie trzeba poczekać nieco dłużej niż w przypadku innych książek autorki. Warto sięgnąć po "Czereśnie zawsze muszą być dwie". I to nie tylko ze względu na piękną, cieszącą wzrok okładkę.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Filia oraz Magdzie Witkiewicz.



sobota, 15 kwietnia 2017

"Koma" - K. Zyskowska-Ignaciak, W. Chmielarz


Współczesna historia Romea i Julii. 


Czekałam na tę książkę. Kiedy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach na stronie wydawnictwa, od razu zapragnęłam ją mieć. Przyciągała mnie zarówno okładka, jak i opis znajdujący się na czwartej stronie oraz nazwiska autorów, które są gwarantem dobrej lektury. Lubię literackie duety i byłam bardzo ciekawa, co mają do zaoferowania Zyskowska-Ignaciak i Chmielarz. Wszystko to sprawiło, że zabrałam się za lekturę, gdy tylko wyjęłam książkę z koperty. Czy jestem usatysfakcjonowana? Bardzo. "Koma" jest wyjątkowa i zupełnie inna od książek, do których przyzwyczaiły nas polskie autorki. To nie jest kolejny obyczaj. Powiedziałabym nawet, że możemy postawić tę książkę na półce z literaturą piękną, co, niewątpliwie, jest jej wielką zaletą. 

Małe miasteczko. Na komisariacie policji zjawia się starsza kobieta, która zgłasza zaginięcie syna - prymusa z okolicznego liceum ubiegającego się o przyjecie na Akademię Sztuk Pięknych. Niemal w tym samym czasie do szpitala trafia pani burmistrz Ewa Kapica. Mąż znajduje ją nieprzytomną na kanapie w salonie i od razu interweniuje, choć niestety, jest już za późno i kobieta zapada w śpiączkę. Wszystko wskazuje na próbę samobójczą, lecz w bagażniku samochodu pani burmistrz policja niespodziewanie znajduje łopatę oraz ślady czyjejś krwi. Czy te dwie sprawy coś łączy? I jak daleko można posunąć się w imię miłości? 

Na okładce "Komy" widnieje bardzo trafnie dobrane hasło: "Kobieta i mężczyzna, współcześni Romeo i Julia, małe, senne miasto i wielkie uczucie, które wymyka się konwenansom. Piękna opowieść, inspirowana najwspanialszą historią miłosną wszech czasów." Prawdę mówiąc te dwa zdania zawierają niemal wszystko, co warto powiedzieć o tej książce, by nie odebrać czytelnikowi przyjemności płynącej lektury. "Koma" to dojrzała, dobrze opowiedziana historia kilku trudnych miłości, będąca jednak nie tylko romansem, ale w pewien sposób i kryminałem. Śledząc efekty policyjnego dochodzenia poznajemy kilkoro zwykłych, niczym nie wyróżniających się ludzi, którzy zupełnie stracili głowę dla miłości, co popchnęło ich do czynów, o które z pewnością wcześniej by się nie posądzali. Ale czy każde uczucie nie ma w sobie czegoś z szaleństwa?

Mówiąc o tej książce, nie można pominąć strony językowej. Naprawdę rzadko zdarza mi się ostatnio zetknąć z tak piękną i dopracowaną prozą, jak w tym przypadku. Czytając "Komę" nie spotykamy się z prostym, potocznym językiem, ale miejscami niemal prozą poetycką, którą czyta się niczym wiersz. Czasem aż zatrzymywałam się na chwilę nad pewnymi sentencjami, by przemyśleć ich treść i zaznaczałam sobie niektóre cytaty, z myślą, że kiedyś na pewno do nich wrócę. Historia Ewy, Szymona i Karola jest też niewątpliwie bardzo dobrze opowiedziana. Jestem zdania, że nie sztuką jest wymyślić oryginalną historię - nie czarujmy się, chyba napisano już o wszystkim, lecz opisać ją w sposób, który zaskoczy czytelnika, namiesza mu w głowie i zaintryguje. Autorom "Komy" z pewnością się to udało. Książka trzyma w napięciu i choć momentami opisy bardzo spowalniają akcję, i tak nie możemy doczekać się tego, jak skończy się ta historia. I choć wcale nie kończy się spektakularnie, to nic - to wciąż dobrze opowiedziana i napisana pięknym językiem historia zakazanej miłości, która jest tak uniwersalna, że na dobrą sprawę mogłaby wydarzyć się wszędzie. 

Nie jestem tylko pewna, czy "Koma" spodoba się fankom literatury, o której mówi się, że "otula niczym ciepły koc" albo "rozgrzewa, niczym herbata z cynamonem". Próżno w niej szukać pełnej emocji i wzruszeń historii o dwójce ludzi, którzy zakochują się w sobie i brną przed siebie mimo przeciwności. "Koma" jest inna, trudniejsza, bardziej wymagająca. Wciąż opowiada jednak o miłości. Z tym, że zakazanej, trudnej i popychającej w stronę granic, których lepiej nie przekraczać. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu: 





czwartek, 6 kwietnia 2017

"Co kryją jej oczy" - Sarah Pinborough



Pod żadnym pozorem nie ufaj tej książce. 
Nie ufaj tej historii. Nie ufaj sobie.


Można powiedzieć, że sięgnęłam po tę książkę przez przypadek. Któregoś dnia, siedząc na wykładzie, wyciągnęłam z torebki czytnik z zamiarem zabrania się za "Metodę" Shannon Kirk (swoją drogą o niej przeczytacie w następnym poście). Opis okładkowy "Metody" bardzo mnie zaintrygował, ale zapomniałam tytułu i przez pomyłkę zaczęłam czytać "Co kryją jej oczy". Planowałam przeczytać tę książkę, ale później. Oczywiście bardzo szybko uświadomiłam sobie, że czytam nie tę historię, którą chciałam, ale akcja wciągnęła mnie tak szybko i tak bardzo, że z wykładu nie pamiętam zupełnie nic, a doczytałam ją zaraz po powrocie do mieszkania. I powiem Wam tak" nie żałuję tej pomyłki i nie żałowałam jej ani przez chwilę. "Co kryją jej oczy" to jeden z lepszych thrillerów, jakie w życiu czytałam a sposób opowiedzenia tej historii zakrawa o mistrzostwo. I nie ma w tym ani grama przesady. 

Adele i David wydają się doskonałym małżeństwem. Mieszkają w dużym domu. David jest cenionym psychiatrą, a Adele zajmuje się domem. Tylko dlaczego David czasem zamyka ją na klucz, gdy wychodzi? I dlaczego Adele ukrywa przed nim swoją nową przyjaciółkę? 
Louise jest samotną matką po rozwodzie i podczas jednej z imprez ląduje w łóżku z przystojnym mężczyzną, który następnego dnia okazuje się jej nowym szefem. Choć oboje z Davidem bardzo starają się zapomnieć o tamtej nocy, wpadają w sidła romansu. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy jakiś czas później Louise zaprzyjaźnia się z jego żoną. I coraz bardziej przekonuje się, że w związku tych dwojga dzieje się coś złego. Nieświadoma, daje się wciągnąć w pewna grę. Nie spodziewa się jednak, jak daleko jest w stanie posunąć się ktoś zakochany na śmierć i życie... 

"Co kryją jej oczy" to wyjątkowo wciągający i napisany z pomysłem thriller, podczas lektury którego czytelnik uczestnicy w swego rodzaju grze. Na szachownicy mamy co prawda tylko trzy postaci: Adele, Louise i Davida, ale w książce dzieje się tak wiele, a autorka tak perfekcyjnie gra naszymi emocjami, że niemal co chwila zmieniamy swoje sympatie i antypatie. W jednym rozdziale jesteśmy skłonni wierzyć biednej Adele i nawet jej współczuć, w drugim rozumiemy Davida i gdyby było trzeba, murem stanęlibyśmy za nim, a jeszcze w kolejnym doskonale rozumiemy pogubioną Louise i to jej przyznajemy rację. Ale to wszystko do czasu, a mianowicie do tak  misternie zaplanowanego zwrotem akcji, który sprawia, że patrzymy na całą historię zupełnie inaczej, niż przez większość lektury. A później jeszcze kolejnym, przez co miałam w głowie jedno wielkie: WOW. Po skończeniu tej książki przez kilka chwil leżałam na łóżku wpatrując się w sufit nie mogąc wyzbyć się myśli, że to naprawdę wyjątkowa książka. I że właśnie takich emocji oczekuję, za każdym razem, gdy z nadzieją zaczynam czytać thriller. 

Fabułą "Co kryją jej oczy" jest tak intrygująca, a napięcie dawkowane czytelnikowi tak umiejętnie, że trudno o tej historii zapomnieć. Autorka serwuje nam wielką porcję dobrej rozrywki, ale zmusza też do wielu refleksji obnażając mroczną naturę człowieka. Pozwala nam bardzo głęboko wniknąć w głowy bohaterów i ukazuje, jak niewiele potrzeba, by przekroczyć granicę zła i przejść na ciemną stronę. A to wszystko, oczywiście, z miłości. Za kurtyna kłamstw i intryg rozgrywają się rzeczy, o których czytelnik nawet by nie pomyślał. Niemal przez całą lekturę dajemy się zwodzić, a kiedy już wydaje nam się, że dotarliśmy do sedna sprawy, zaskoczenie po raz kolejny zwala nas z nóg. Ależ ja lubię to uczucie zaskoczenia i niedowierzania, które towarzyszy takim momentom! 

Polecam "Co kryją jej oczy" z czystym sercem. To kawał naprawdę dobrej lektury i prawdziwa bomba emocjonalna. Autorka wciąga nas w świat niedomówień i intryg, plącze i zwodzi, a do tego zaskakuje zakończeniem zostawiając nas w stanie tzw. czytelniczego kaca. Nie możecie przejść obok tej książki obojętnie. Ale pamiętajcie: nie ufajcie żadnemu z bohaterów. A już zwłaszcza nie ufajcie jej oczom...

Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję serdecznie wydawnictwu:



poniedziałek, 20 marca 2017

Co czytam w marcu?

Dziś kolejny post z cyklu "Co czytam w...", a w nim szereg smakowitych, wydawniczych nowości, wobec których nie mogłam przejść obojętnie. 

Niedawno pisałam o "Trąf, trąf, misia bela" Dagmary Andryki - link do recenzji: tutaj. Czekałam na ten kryminał odkąd tylko pochłonęłam rewelacyjny debiut autorki, "Tysiąc". Bezapelacyjnie jest to pozycja numer jeden dla wszystkich miłośników książek kryminalnych zagadek o rozbudowanym tle społeczno-obyczajowym i wspaniałej kreacji portretów psychologicznych bohaterów.

Miłośnikom komedii polecam przezabawną, choć nieco odrealnioną (ale takie przecież powinny być komedie romantyczne) powieść: "Mów mi Katastrofa" Magdaleny Wali. Napisałam w okładkowym blurbie, że jest to niezwykle zabawna i romantyczna powieść, podczas lektury której uśmiech nie schodził mi z ust i zdanie to podtrzymuje. Będziecie wzdychać podczas tych bardziej romantycznych scen i śmiać się w głos z poszukiwań ojca dziecka pewnej nierozgarniętej nastolatki - gwarantuję. Premiera 29 marca, bądźcie czujni. 

Nie mogłam również nie pokusić się o lekturę "Komy" Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak oraz Wojciecha Chmielarza. Jest to powieść oparta o dobrze znany motyw z Romea i Julii, jestem już w połowie książki i jestem czytelniczo usatysfakcjonowana. Nawet nie tyle samą fabułą, choć książka wciąga, ale przepięknym językiem i licznymi sentencjami, które aż chciałoby się przykleić sobie na ścianę. Lubię, gdy książki wzbudzają we mnie refleksje, ta jest pod tym względem naprawdę super. (Swoją drogą piękna okładka, prawda? Ale to już chyba cecha charakterystyczna wydawnictwa Filia.)

Żaden książkoholik nie może też przejść obojętnie obok najnowszej książki Remigiusza Mroza - "Inwigilacji". Autor nie byłby sobą, gdyby nie namieszał w życiu Chyłki i Oryńskiego, dlatego przygotujcie się na liczne emocje i zwroty akcji. O samej fabule nie piszę, bo wiadomo - jest przemyślana i dopracowana, ale już chyba wszyscy mrozomaniacy do tego przywykli. Czyta się świetnie, jest świetna - polecam, więcej mówić nie trzeba.  Jak zawsze będziecie tylko wściekli za zakończenie. Jak można urwać książkę w takim momencie? Ech. 

Na koniec, aczkolwiek wcale nie najgorsza ani najmniej ważna, "Rodzina O." Ewy Madeyskiej, reklamowana jako pierwszy polski serial literacki. Brzmi intrygująco, prawda? Właśnie dlatego skusiłam się na tę książkę i już czeka na stosiku przy łóżku. Podobno jest interesująca, sama jeszcze nie sprawdziłam, więc na tę chwilę mogę jedynie wierzyć  rekomendacjom innych. Jestem bardzo ciekawa rodziny Opolskich i trupów, które skrywają w szafie - w tym wypadku chyba tylko metaforycznie, ale i dobrze. Ile można czytać tych kryminałów? ;) 


A co Wy czytacie w marcu? I czy znacie którąś z wymienionych przeze mnie pozycji? Jestem bardzo ciekawa, dajcie znać w komentarzach, może się zainspiruję. 

sobota, 18 marca 2017

Czytaj, a zestarzejesz się z klasą.


W najbliższym czasie szykuje mi się kilka spotkań z młodzieżą gimnazjalną i licealną (zresztą kolejnych już), podczas których będę opowiadała o swojej przygodzie z książkami, ale też i  z czytaniem w ogóle. Zwykle zachęcam tych młodych ludzi do sięgania po książki i podsuwam im ciekawe pozycje, na które warto zwrócić uwagę, ale tak sobie pomyślałam, że mój przyszły zawód zobowiązuje i powinnam opowiadać tej młodzieży również o wpływie czytania na mózg. Postanowiłam więc zgłębić wiedzę na ten temat, żeby trochę biednych uczniów postraszyć i wiecie co? Nieczytający mają strasznie ubogie życie, wiadomo, ale przyszłość która ich czeka… Cóż. Starość ludzi, którzy nie czytają książek, naprawdę nie jawi się w jasnym barwach. Wręcz przeciwnie.

Poza tym, że czytanie wpływa na naszą inteligencję emocjonalną (rozumienie stanów emocjonalnych swoich i cudzych oraz zdolność adekwatnego reagowania do sytuacji), poprawia nasze samopoczucie (jeśli np. czytamy jakiś cudowny romans), wzmaga empatię (rozumienie emocji ale i umiejętność wczuwania się w to, co przeżywa druga osoba), uczy, wzbogaca słownik, pobudza wyobraźnię, to również spowalnia zaburzenia wielu funkcji poznawczych w późniejszym wieku – co musi być szalenie ciekawe z punktu widzenia nie tylko psychologów, ale i innych badaczy zajmujących się mózgiem. Naukowcy z Chicago przebadali swego czasu około 300 osób. Najpierw kwestionariuszowo, żeby dowiedzieć się, ile czytają i jak funkcjonują poznawczo, a pośmiertnie nawet  przebadano im mózgi szukając przede wszystkim ubytków mogących świadczyć o np. demencji, czy  innych zaburzeniach funkcji poznawczych. Wyniki tych badań są zaskakujące – u osób, które dużo czytały (w artykule, który znalazłam nie była podana konkretna liczba książek), tempo zaniku pamięci było wolniejsze o ok. 30% niż u osób, które nie czytały książek. Dla kontrastu – istnieją liczne badania potwierdzające, że długie oglądanie telewizji lub ślęczenie przed komputerem zabija nasze szare komórki tworząc, dosłownie, dziury w mózgu, a tym samym osłabiając naszą pamięć, czy koncentrację.

Śmiało można więc wysnuć wniosek, że współczesne społeczeństwo dąży do autodestrukcji. Zamiast czytać oglądamy migające na ekranach obrazki. A czytanie nie jest wcale bolesne! Nie zazdroszczę więc pokoleniu, które będzie opiekowało się nami na starość. Ani trochę. Szkoda tylko, że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł przepisywanie książek na receptę w ramach profilaktyki walki z demencją czy Alzheimerem. Kto wie, może coś by to pomogło? Zaszkodzić na pewno by nie zaszkodziło. 

piątek, 17 marca 2017

"Trąf, trąf, misia bela" - Dagmara Andryka



A w jaki sposób ty umrzesz? 

Po rewelacyjnym debiucie Dagmary Andryki niemal siedziałam jak na szpilkach w oczekiwaniu na jej kolejną powieść. Gdy więc tylko dowiedziałam się o "Trąf, trąf, misia bela", natychmiast podzieliłam się tą informacją z zaczytanymi znajomymi, a w dniu premiery rzuciłam się na tę powieść tak, jak tylko wygłodniały książkoholik rzucić się może. Nie mogłam doczekać się, co tym razem spotka Martę Witecką oraz zagadki kryminalnej przygotowanej dla czytelnika przez autorkę. Czy po wspaniałym debiucie, jaki był "Tysiąc", "Trąf, trąf, misia bela" spełniła moje wygórowane oczekiwania? 

Marta Witecka odnosi sukces po publikacji książki opartej na historii miasteczka Mille i chętnie wyjeżdża na spotkania autorskie zorganizowane przez wydawcę. Na jednym z nich zaczepia ją czytelniczka, która prosi o pomoc w rozwiązaniu zagadki śmierci jej przyjaciół. Marta sceptycznie podchodzi do tego pomysłu, jednak po poznaniu pewnych faktów, które ujawnia jej Anna i śmierci kolejnych osób z jej otoczenia, postanawia rozpocząć dziennikarskie śledztwo. Prowadzi ono do wydarzeń sprzed trzydziestu lat, kiedy na obozie sportowym w Trzciance zawiązało się bractwo młodych sportowców, które szybko stało się swego rodzaju elitą. Każde z dzieciaków chciał należeć do tego wyjątkowego grona, jednak członkowie bractwa strzegli swoich granic i łączącej ich więzi. Spędzając wieczory na drewnianym pomoście, rozmawiali godzinami − szeptali o swoich głęboko skrywanych tajemnicach, składali przysięgi lojalności, grali w gry, które czasem przynosiły im mnóstwo śmiechu, a czasem… No właśnie. Czyżby śmierć kolejnych członków bractwa była związana z pewną wyliczanką, która z czasem przerodziła się w wiszącą nad nimi klątwę? 

Dagmara Andryka po raz kolejny udowadnia, że jest urodzona do pisania powieści kryminalnych o mocno rozbudowanym tle społeczno-obyczajowym. Tak samo, jak byłam zachwycona jej debiutanckim "Tysiącem", tak samo zafascynowała mnie zagadka związana z dziecięcą wyliczanką, która niespodziewanie ściągnęła nieszczęście na powtarzające jej słowa nastolatki. Zaczęłam czytać tę powieść w pociągu i omal nie przegapiłam stacji, na której miałam wysiąść, bo wykreowany świat pochłonął mnie tak bardzo, że na chwilę utknęłam w zupełnie innej czasoprzestrzeni - w świecie, w którym niewinna zabawa przynosi drastyczne skutki, a skrywane skrzętnie urazy niespodziewanie wychodzą na światło dzienne, wywracając tym samym do góry nogami życie bohaterów. Odżywają tajemnice z przeszłości, o których pewne osoby bardzo chciałyby zapomnieć, a wszystko to ukazane jest przez autorkę taki sposób, że w pewnym momencie czytelnik zaczyna wątpić w to, czy rzeczywiście w śmierć członków bractwa zamieszany jest ktoś z zewnątrz, czy przyczyną zgonów jest klątwa. Dagmara Andryka już drugi raz odnosi się w swojej twórczości do motywu swego rodzaju sił nadprzyrodzonych, których nie da się wyjaśnić i muszę przyznać, że i tym razem wychodzi jej to bardzo dobrze. Zwodzi czytelnika za nos niemal do samego końca, jakby "Trąf, trąf, misia bela" nie była jej drugą powieścią, ale co najmniej dziesiątą. 

Jednak poza pełną tajemnic i niedomówień intrygą kryminalną i mrocznym klimatem utworu, na uznanie zasługuje w moich przede wszystkim łatwość, z jaką autorka ukazuje pewne mechanizmy rządzące ludźmi, społeczeństwem, oraz fenomenalna (w tym wypadku nie jest żadną przesadą użycie właśnie tego słowa) kreacja bohaterów. Tym razem autorka podejmuje się ukazania tego, jak duży wpływ na to, kim jesteśmy w dorosłości ma nasze środowisko, w którym dorastaliśmy oraz rodzina pochodzenia, a także tego, jak bardzo urazy z przeszłości zatruwają nam życie. Nawet, jeżeli wydaje nam się, że pogodziliśmy się z pewnymi traumami i przepracowaliśmy te emocje, mogą one odżyć nawet po kilkudziesięciu latach (tak zwany efekt śpiocha) i być przyczyną zachowań, o które nigdy byśmy się nie posądzali. Zemsta nigdy nie jest jednak najlepszym rozwiązaniem, ale czasem popycha nas ku skrajnościom i wydaje mi się, że właśnie to jest główną lekcją płynącą z tej książki. Urazy i traumy należy przepracowywać, a nie dusić w sobie, bo ani się obejrzymy, a zniszczą one zarówno nas, jak i naszych bliskich. Chciałabym wskazać historię któregoś z bohaterów, która poruszyła mnie najbardziej, ale chyba nie umiem. Zarówno Anna Kleynocka, nieudolna matka i silna bizneswoman, jaki i kochający pieniądze Filip, niezaradny życiowo Paweł czy silna i arogancka Pola - wszyscy zasługują na uwagę i chwilę refleksji. Każda z ich historii jest dopracowana i wnosi coś nowego do książki. Mam wrażenie, że po lekturze mogłabym każdego z nich zanalizować jako odrębny przypadek psychologiczny - każdy jest materiałem na odrębne studium przypadku, co świadczy tylko o jednym -ta książka jest naprawdę dobra, a Dagmara Andryka powinna nałogowo pisać książki. Już teraz nie mam najmniejszych wątpliwości, że sięgnę po każdą kolejną, która tylko wyjdzie spod jej pióra. 

Jeżeli więc szukacie książki pełnej emocji i tajemnic, o bardzo bogatym tle społeczno-obyczajowym oraz z wyraziście wykreowanymi bohaterami z krwi i kości, to pozycja właśnie dla was. Autorka ukazuje, ja niszczą człowieka: z jednej strony - władza i poczucie wyższości, a z drugiej poczucie winy, wstydu i traumy, od których próbuje się uciekać. Jestem wielką fanką prozy Dagmary Andryki i bardzo polecam Wam tę książkę - to oryginalna, niezwykle uzdolniona autorka, która wprowadza coś nowego na nasz rynek czytelniczy. Kiedyś będzie o niej naprawdę głośno, zobaczycie ;)



Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu: 




poniedziałek, 6 marca 2017

"Był sobie pies" - W. Bruce Cameron



Najbardziej pomerdana historia,
jaką czytałeś! 

Gdy byłam jakiś czas temu w kinie, zobaczyłam zwiastun "Był sobie pies" i natychmiast zapragnęłam ją przeczytać. Nie dlatego, że jestem jakąś straszną psiarą, ale ponieważ pokazanie świata z perspektywy psa, nie człowieka, wydało mi się bardzo pomysłową, oryginalną narracją. Kilka dni później, dzięki księgarni taniaksiazka.pl książka była już u mnie i spędziłam z nią dwa fantastyczne i pełne wzruszeń wieczory. Choć nie od razu wciągnęłam się w lekturę, teraz polecam tę książkę każdej koleżance. 

Bailey to piesek, który z początku wydaje się być taki sam, jak inne. Uwielbia bawić się z innymi szczeniakami i lubi być głaskany przez ludzi. Jednak przychodzi taki moment, który prawdziwie go szokuje – po krótkim i smętnym życiu, jakiego doświadczył w postaci bezpańskiego kundla odradza się w ciele niesfornego szczeniaka. Kiedy trafia pod opiekę kilkuletniego chłopca Ethana, który kocha go całym sercem, odkrywa nowe oblicze – dobrego, poczciwego psiaka. Bailey uwielbia bawić się z Ethanem, ich wspólne wycieczki i spanie w jednym łóżko. Jednak życie u tej rodziny to nie koniec przygód Baileya. Po śmierci ponownie odradza się w postaci kolejnego psa i ma do wykonania kolejną misję. A potem jeszcze jedną i kolejną... Był sobie pies to pokrzepiająca i pomysłowa historia. Pokazuje, że miłość nie zna granic oraz że nasi najbliżsi zawsze są przy nas. Każda istota na ziemi urodziła się z misją, a wszystkie psy idą do nieba. No chyba, że mają niedokończone sprawy na ziemi...

Wiem, że ta historia wydaje się być nieco zwariowana i są osoby, które podchodzą do niej sceptycznie. W końcu co ciekawego może mieć nam do powiedzenia pies? To takie infantylne... Prawdę mówiąc, dopóki nie zobaczyłam w kinie zwiastunu filmu, też miałam w głowie podobne wątpliwości. Gdy zaczęłam czytać, natychmiast poszły one w niepamięć. Naprawdę już dawno nie czytałam tak uroczej, zabawnej i wywołującej uśmiech książki, która jednocześnie sprawiłabym, że kilkukrotnie (w moim wypadku aż trzy razy!) czytałabym ją, roniąc łzy. Piękna przyjaźń między czworonogiem i człowiekiem, jak i poświecenie, na które Bailey jest zdolny, by ratować bliskich, sprawiają, że to książka, o której nie da się szybko zapomnieć. Jest w tej opowieści coś niezwykłego, chwytającego za serce. 

Jeśli chodzi o stronę językową, to "Był sobie pies" czyta się bardzo przyjemnie i szybko. Książka napisana jest prostym językiem, a fabuła jest dynamiczna i wciąga. Nie ma tu długich, nudnych opisów, a dialogi są  wiarygodne. Najciekawszy jest dla mnie oczywiście pomysł autora na nietypową narrację. Ukazanie świata z perspektywy psa na pewno nie należało do najłatwiejszych, ale sposób, w jaki Bailey postrzega relacje i pewne zachowania ludzi, jest momentami tak rozczulający, że usta same unosiły mi się w uśmiechu. 

Jestem bardzo zadowolona, że przeczytałam tę książkę. No oryginalna pozycja i stanowiła miłą odskocznię od tytułów, które zwykle czytam. Nie jestem jakąś wielką psiarą, ale nie sposób nie polubić Baileya. To historia o pięknej przyjaźni i o tym, że każde życie ma sens. Polecam Wam ją, na pewno się nie rozczarujecie.

Książkę warto zamówić w księgarni taniaksiazka.pl. Jest dostępna ze sporym rabatem i na pewno będzie u was w przeciągu kilku dni - link.

wtorek, 21 lutego 2017

Co czytam w lutym?

Mało tu ostatnio recenzji, ponieważ natłok spraw wydawniczych i związanych ze studiami skutecznie absorbuje mój czas. Nie mniej jednak postanowiłam przybliżyć Wam kilka pozycji, które czytałam w lutym i zamierzam przeczytać w najbliższym czasie. Oto i one:


1. "Do trzech razy śmierć", Alek Rogoziński
Autorka powieści kryminalnych, Róża Krull, otrzymuje zaproszenie na zjazd pisarzy, odbywający się we dworku pod Krakowem. Już pierwszego dnia jej koleżanka po piórze zostaje otruta. Wszystko wskazuje na to, że morderca, który zostawił na miejscu zbrodni czarną różę, wciela w życie fabułę jednej z powieści Krull. A inni zaproszeni pisarze wcale nie są tak niewinni, jak się wydaje... Pisarka rozpoczyna prywatne śledztwo. Pomagają jej w tym zakochany w gotowaniu specjalista od public relations, zafascynowany kryminałami boy hotelowy oraz trzy szalone blogerki. Czy detektywi-amatorzy okażą się skuteczniejsi od policji? Do trzech razy śmierć to pierwsza część nowej serii komedii kryminalnych, zatytułowanej „Róża Krull na tropie”. 
W moim uczuciu to przezabawna książka z intrygującą zagadką kryminalną, zresztą jak wszystkie książki Alka. Nawet nie zliczę ile razy śmiałam się podczas lektury. "Do trzech razy śmierć" obnaża wiele mankamentów naszego rynku wydawniczego i ukazuje prawdziwe relacje między pisarkami. Jeżeli lubicie kryminały z humorem, koniecznie sięgnijcie po tę pozycję! 


2. "Był sobie pies", W. Bruce Cameron
Podobno najbardziej pomerdana historia, jaką kiedykolwiek mogliśmy przeczytać. Opowieść o oddanym psie, który życiową misją czyni wpajanie swoim właścicielom znaczenia miłości i pogody ducha. To powołanie wypełnia na przestrzeni... kilku żyć. Bailey jest zszokowany – po krótkim i smętnym życiu, jakiego doświadczył w postaci bezpańskiego kundla odradza się w ciele niesfornego szczeniaka. Kiedy trafia pod opiekę ośmiolatka Ethana, który kocha go całym sercem, odkrywa nowe oblicze – dobrego, poczciwego psiaka. Jednak życie u uwielbianej rodziny to nie koniec przygód Baileya. Ponownie odradza się w postaci kolejnego psa! Był sobie pies to pokrzepiająca i pomysłowa historia. Doprowadza czytelnika do skrajnych emocji – jest jednocześnie uroczo zabawna i dotkliwie przejmująca. Ta książka w piękny sposób pokazuje, że miłość nie zna granic oraz że nasi najbliżsi zawsze są przy nas. Najważniejsze przesłanie powieści głosi, że każda istota na ziemi urodziła się z misją. WSZYSTKIE PSY IDĄ DO NIEBA... CHYBA, ŻE MAJĄ NIEDOKOŃCZONE SPRAWY NA ZIEMI. 
Zapowiada się dobrze, prawda? Zamierzam zacząć ją czytać dziś po południu i prawdę mówiąc nie mogę się doczekać. A sięgnęłam po ten tytuł, ponieważ będąc ostatnio w kinie widziałam zwiastun ekranizacji i bardzo przypadł mi do gustu. 

3. "Załatw pogodę, ja zajmę się reszta", Renata Frydrych
Lubię komedie pisane przez polskie autorki (zresztą na pewno doskonale o tym wiecie), dlatego na mojej półce czeka również i ten tytuł.  Przejrzałam już kilka pierwszych stron i zapowiada się dobrze.
Pola, samotnie wychowująca trójkę dzieci, musi stawić czoło nieprzychylnym jej paniom z opieki społecznej. Jak przekonać je, że sobie poradzi? Jak udowodnić, że dzieci powinny zostać przy niej? Na szczęście Pola nie jest sama: ma brata, bratową, babcię z demencją i… przystojnego sąsiada. Wiktor – wschodząca gwiazda coachingu – wydaje się być jednak z innej bajki. Zrobił zawrotną karierę, ma piękną dziewczynę i szybki samochód. Gdy pewnego dnia Pola wbiega na ulicę, prosto pod jego koła, Rzeczywistość udowadnia, że ma w zanadrzu różne scenariusze. Pełna humoru i zwrotów akcji opowieść o szczęściu, w które warto wierzyć i rodzinie, z którą można konie kraść. Niejednemu czytelnikowi otworzy oczy i wskaże nowy kierunek. „Rodzina, ach, rodzina…” wtórują Starszym Panom córki Poli, a ona wie, że to największy skarb, jaki posiada. Załatw pogodę, ja zajmę się resztą to historia, w której – niczym w hollywoodzkiej produkcji – wszystko może się zdarzyć. Znakomicie odmalowani bohaterowie, zabawne perypetie i sceny wzięte prosto z życia. Czy będziemy świadkami kolejnego szczęśliwego zakończenia?

4. "Milaczek", Magdalena Witkiewicz
Niedługo będę miała przyjemność poprowadzić spotkanie autorskie z Magdą, (Żuromin, Dzień Kobiet, 16.30 - już teraz serdecznie zapraszam), dlatego postanowiłam odświeżyć sobie "Milaczka". Tytułowy Milaczek to młoda kobieta, która nieustająco poszukuje miłości swojego życia. Tak jak to bywa w komediach romantycznych... Robi to w nieco oryginalny i trochę nieudolny sposób. Na szczęście pomagają jej w tym ekscentryczna ciotka, Zofia Kruk, oraz Bachor, czyli urocza i rezolutna ośmioletnia sąsiadka. A pod nogami plącze im się Parys Antonio, pies arystokrata. Jest zabawnie, a nawet przezabawnie i lekko - czyli tak, jak lubię w tego typu książkach. 

5. "Nic dwa razy się nie zdarzy", Joanna Szarańska
Pierwszego marca będzie miała premierę kolejna książka Asi, trzecia już w serii Kalina w malinach. Lubię szaloną Kalinę i jej pomysły, dlatego zamierzam się spędzić w najbliższym czasie kilka wieczorów w Kamionkach. Nie mam wątpliwości, że to będzie miła wizyta. Tym bardziej, że wygląda na to, że autorka wplotła do książki wątki kryminalne... 
Kalina przygotowuje się do ślubu z Markiem i robi wszystko, aby tym razem odgonić weselnego pecha. Wszystko przebiega idealnie do momentu, kiedy pan młody nie stawia się przed ołtarzem! Dziewczyna wyrusza na poszukiwanie zaginionego narzeczonego i… trafia do domu pewnego gangstera. Na miejscu przekonuje się, że niedoszły mąż nie dość, że o ślubie wcale nie myśli, to jeszcze w ogóle jej nie poznaje! Jak daleko posunie się zakochana kobieta, aby odzyskać mężczyznę swojego życia i… doprowadzić go przed ołtarz?

A Wy co czytacie, czytałyście, lub zamierzacie czytać w lutym? 




czwartek, 16 lutego 2017

"Kolejny rozdział" - Agata Kołakowska



Jak czuje się człowiek, który otrzymuje na skrzynkę mejlową powieść 
w odcinkach, która coraz bardziej przypomina jego życie?

Powiem Wam tak: już dawno nie czytałam książki tak zaintrygowana, jak zdarzyło mi się to w przypadku "Kolejnego rozdziału". I ganię się w myślach za to, że na początku wcale nie chciałam czytać tej książki. Straciłabym kawał naprawdę dobrej i hipnotycznej lektury. 

Nie jestem jakąś wielką fanką prozy Agaty Kołakowskiej. Czytałam kilka jej poprzednich powieści i choć owszem, podobały mi się, to żadna nie wywarła na mnie piorunującego wrażenia. Nie będę też udawała, że od razu rzuciłam się na "Kolejny rozdział", bo wcale tak nie było. Ostatnio mam coraz mniej czasu na czytanie i staję się coraz bardziej wybredna wybierając kolejne pozycje. Do lektury "Kolejnego rozdziału" namówiła mnie znana blogerka i pisarka, Magda Majcher. Zdarza nam się rozmawiać o książkach i ufam jej rekomendacjom, dlatego dałam się przekonać do lektury tej książki. I wiecie co? Chyba powinnam podziękować Magdzie. Już dawno nie czytałam tak dobrego obyczaju, choć na usta nieustannie ciśnie mi się określenie, że to taki "prawie kryminał". Ta książka wciąga już od pierwszych stron. 

Maciej Tarski, redaktor w znanym wydawnictwie, przychodzi do pracy i jak co dzień odbiera pocztę. Niespodziewanie otwiera jednak wiadomość, która różni się od dziesiątek innych. W załączniku, zamiast książki, znajduje wyłącznie pojedynczy rozdział, wysłany przez anonimowego autora o pseudonimie XYZ. Opowieść wciąga go od pierwszego zdania. I wydaje się Tarskiemu niepokojąco znajoma - opowiada o jego życiu.
Kalina Milewska, popularna autorka thrillerów, cierpi na kryzys twórczy. Jej ostatnia powieść zebrała niepochlebne recenzje, o czym redaktor Tarski nie pozwala jej zapomnieć. Wydzwania do niej nieustannie, aby dowiedzieć się, jak postępują prace nad kolejną, nie kryjąc, że spodziewa się bestsellera na miarę poprzednich.
Redaktor Tarski podejrzewa, że intrygująca korespondencja to sprawka Kaliny, wkrótce jednak wychodzi na jaw, że jest w błędzie, bo XYZ zdradza także skrywane dotąd przez pisarkę fakty z jej życia. Kalina i Maciej zaczynają się niepokoić. Kto bawi się ich kosztem? Kto wie tak wiele o ich dotychczasowym życiu? I o tym, co w nim nastąpi wkrótce…

Nie spodziewałam się po Agacie Kołakowskiej, że będzie potrafiła stworzyć książkę, która pełna będzie tajemnic i niedomówień, a czytelnik podczas lektury przynajmniej kilkukrotnie obróci się przez ramię, czując na plecach oddech tajemniczego podglądacza. To przecież autorka powieści obyczajowych! Muszę jednak przyznać, że sprawdziła się w tworzeniu mrocznego klimatu świetnie i mogłaby konkurować w tej kwestii z niejednym polskim kryminalistą. Podobnie zresztą jak w kwestii trzymania czytelnika w niepewności i mylenia tropów. Tę książkę naprawdę czyta się jak kryminał - z każdym kolejnym rozdziałem pojawia się coraz więcej pytań i wątpliwości. A już na pewno trudno przewidzieć, co będzie dalej. Dodatkowo "Kolejny rozdział" cechują przemyślane portrety psychologiczne bohaterów, co, niewątpliwie, jest cechą charakterystyczną książek Kołakowskiej. Dzięki pogłębionej analizie psychologicznej zarówno Kaliny jak i Tarskiego, czytelnik może bez większych problemów wniknąć w poruszaną przez autorkę tematykę i spojrzeć na nią z kilku perspektyw. Tym razem autorka pisze głównie o samotności mimo trwania w związku, życiu w cieniu sukcesów innych oraz problemach małżeńskich. 

Muszę przyznać, że już dawno żadnej autorce nie udało się mnie zaskoczyć tak, jak zrobiła to Agata Kołakowska. Kto by pomyślał, że pisarka specjalizująca się w obyczajach tak dobrze sprawdzi się pisząc powieść balansującą na granicy dwóch gatunków. Nie bez powodu mówi się jednak, że warto wypływać w nieznane i wychodzić poza utarte schematy. Jeżeli jesteście spragnione lektury, która naprawdę was wciągnie i zaintryguje, koniecznie zaplanujcie wieczór z "Kolejnym rozdziałem". Emocje gwarantowane! 

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


piątek, 3 lutego 2017

"To, co najważniejsze" - S. Young


Czy byłbyś w stanie całkowicie zmienić swoje życie w imię miłości?

Lubię książki Samanthy Young. Jest to szkocka autorka, a odkryłam jej twórczość gdy na naszym rynku ukazywała się seria On Dublin Street, a dokładnie "Sztuka uwodzenia", w której zakochałam się od pierwszych stron i od tamtej pory z niecierpliwością wyczekuję kolejnych tytułów, które wyjdą spod pióra tej autorki. Gdy więc jakiś czas temu na księgarniane półki trafiła najnowsza książka Young, "To, co najważniejsze", natychmiast zabrałam się za lekturę. Jakie są moje wrażenia? O tym poniżej. 

Jessica Huntington jest lekarką, która pracuje w więzieniu dla kobiet i choć spełnia się w swojej pracy, czegoś jej w życiu brakuje. Któregoś dnia znajduje w więziennej bibliotece książkę, a w niej kilka starych, pożółkłych już listów. Popychana ciekawością czyta ich treść, a ta porusza ją do tego stopnia, że Jessica decyduje się odnaleźć adresata i dostarczyć mu przesyłkę, która nigdy nie trafiła w jego ręce. Tak trafia do Hartwell, małego, urokliwego miasteczka z malowniczą promenadą, pięknymi widokami i jeszcze piękniejszym mężczyzną, który niespodziewanie staje na jej drodze i służy pomocą. Cooper od kilku lat prowadzi bar przy promenadzie i zmaga się z nachalną byłą żoną, jednak gdy tylko Jessica odwiedza jego bar, wie, że będzie w stanie oddać tej kobiecie serce. Tylko czy ona odwzajemni jego uczucie? I czy przekona ją do tego, by porzuciła pracę w więzieniu i przeniosła się do Hartwell? Życie pisze przecież czasem własne scenariusze... 

Prawdę mówiąc, choć "To, co najważniejsze" to bez wątpienia dobra książka i pochłonęłam ją w dwa wieczory, to spodziewałam się czegoś więcej. Pisząc serię "On Dublin Street" Samantha Young dość wysoko postawiła sobie poprzeczkę i jej najnowsza książka wypada na tle poprzednich tytułów raczej blado, a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. W poprzednich książkach nieustannie coś się działo. Lektura była porywająca już od pierwszych stron, bohaterowie wzbudzali niesamowitą sympatię, a ich losy śledziło się z zapartym tchem co i rusz uśmiechając się do ucha. "To, co najważniejsze" nie wzbudziło we mnie podobych emocji. Przeczytałam tę książkę i nie odbiła się w mojej głośnym echem, jak chociażby "Cofnąć czas" czy "Ostatnia szansa".  Nie chcę przez to powiedzieć, że to zła pozycja, bo czyta się ją naprawdę dobrze i miło spędziłam z nią wieczór, ale czegoś mi w niej zabrakło. Bohaterowie byli wyraziści i dopracowani, jednak ich związek nieco mdły, problemy banalne i miałam wrażenie, że wyszukane przez autorkę trochę na siłę, a zagadka z przeszłości, którą skrywa Jess, niczym mnie nie zaskoczyła, a wręcz przeciwnie - była słaba. Mam pewien niedosyt.

Nie chcę jednak skupiać się tylko na wadach tego utworu, dlatego dodam, że Young nie zawiodła chociaż w przypadku unikalnego klimatu, jakim emanują jej książki. Tym razem opisuje nadmorskie miasteczko z otoczoną sklepikami promenadą oraz małe, zamknięte społeczeństwo, którego członkowie uwielbiają ploteczki i znają wszystkie swoje sekrety. Czytając tę książkę bardzo łatwo wyobrazić sobie plażę, a chwilami niemal czuje się na twarzy smagający wiatr czy wilgotny piasek pod stopami.  Pod tym względem jestem czytelniczo usatysfakcjonowana. 

Czy polecam "To, co najważniejsze"? Tak. Mój niedosyt nie wynika z faktu, że to zła lektura, ale z tego, że znając poprzednie, wspaniałe książki autorki, liczyłam na coś więcej. Nie mniej jednak nie uważam czasu spędzonego na czytaniu tego utworu za stracony. To przyjemna w odbiorze pozycja dla kobiet, po prostu zabrakło mi w niej fajerwerków. 




poniedziałek, 23 stycznia 2017

"Obudź się, Kopciuszku" - Natalia Sońska





Ludzie nie doceniają roli pozytywnych wizualizacji, a prawda jest taka, że czasem, by poczuć się lepiej, wystarczyłoby przenieść się myślami w jakieś piękne miejsce albo wrócić do przyjemnych wspomnień. Niewątpliwie pomoże w tym również najnowsza powieść Natalii Sońskiej, "Obudź się, Kopciuszku". Jest to pełna trzeszczącego pod nogami śniegu i urokliwych górskich widoków powieść o miłości, która spotyka nas w najmniej spodziewanym momencie i która pokona wszelkie przeciwności losu. 

Alicja jest młodą lekarką, która całkowicie poświęca się pracy. Każde wolne chwile, a nawet święta spędza w szpitalu ratując pacjentów. Izolowanie się Alicji od ludzi martwi jej przyjaciół, którym udaje się namówić ją na sylwestrowy wyjazd do Zakopanego. Alicja początkowo podchodzi do tego pomysłu dość niechętnie, ale w końcu daje się przekonać i wyjeżdża do położonego w bajkowym otoczeniu pensjonatu. Na imprezie sylwestrowej niespodziewanie poznaje ratownika TOPR-u, Michała. Spędza z nim niesamowitą noc, ale w pewnym momencie niespodziewanie ucieka, gubiąc przy tym pantofelki (i to nie jeden, jak w przypadku Kopciuszka, lecz dwa). Nie chcąc dać się ponieść emocjom wraca do swojego poukładanego życia, jednak od tamtej pory jej losy niespodziewanie i zaskakująco często krzyżują się z poznanym w sylwestrową noc nieznajomym. Czy Michał wyciągnie Alicję z jej skorupy, w której chowa się przed światem? 

"Obudź się, Kopciuszku", to książka, która zaraz po premierze podbiła serce czytelniczek i prawdę mówiąc wcale się temu nie dziwię. Kobiety uwielbiają romantyczne historie o miłości, a z główną bohaterką bardzo łatwo się utożsamić. Niezliczenie wiele kobiet tęskni za uczuciem i mężczyzną rodem z najpiękniejszych bajek i baśni, ale wypiera z siebie te uczucia i ucieka przed nimi rzucając się w wir obowiązków zawodowych. Taka właśnie jest Alicja - nieśmiała, pogubiona i wycofana, ale w głębi jej serca znajdują się potężne pokłady miłości, którymi pragnie kogoś obdarzyć. Myśląc o niej nie mogę wyzbyć się z głowy określenia: współczesna sierotka. (Natalia, mam nadzieję, że się za to określenie nie obrazisz ;)) To charakterystyczna i dobrze wykreowana postać, choć prawdę mówiąc momentami miałam ochotę nią potrząsnąć i w myślach nakazywałam jej się wziąć w garść. Ile razy można uciekać? Podczas lektury przekonacie się, że wiele razy. Miłość jednak wszędzie was znajdzie. 

Jeżeli chodzi o kreację pozostałych bohaterów powieści, to też nie mogę niczego autorce zarzucić. Polubiłam praktycznie wszystkich, nie wspominając o tym, że podczas lektury skrycie wzdychałam do głównego bohatera. Jeżeli Alicja jest współczesną sierotką, to Michał zdecydowanie współczesnym księciem, obok którego nie da przejść się obojętnie. Uwielbiam jego pewność siebie i determinację. Jednak niewątpliwie największym atutem tej powieści są niezwykle plastyczne, oddziałujące na wyobraźnię opisy -  magia płynąca z ośnieżonych Tatr i Zakopanego. Czytając tę książkę bardzo łatwo jest wyobrazić sobie opisywaną przez autorkę scenerię i chwilami naprawdę usłyszycie w uszach trzeszczący pod nogami śnieg albo hulający za oknem wiatr. 

Natalia Sońska czaruje swoich czytelników tak samo, jak w debiutanckiej powieści "Garść pierników, szczypta miłości". W "Obudź się, Kopciuszku" znalazłam wszystko to, co spodobało mi się w debiucie autorki, a czego zabrakło mi w "Mniej złości, więcej miłości". Jest klimatycznie, sielsko i romantycznie. Polecam wszystkim kobietom lubiącym tego typu pozycje. 

środa, 18 stycznia 2017

"Jak gdybyś tańczyła" - Diane Chamberlain




Są autorzy, których książki trafiają do mnie w punkt i do takich właśnie autorek zalicza się Diane Chamberlain. Nie wiem, czy wiecie, ale poza byciem pisarką jest ona również psychoterapeutką specjalizującą się w pracy z młodzieżą, co oznacza, że łączy mnie z nią nie tylko pasja do książek, ale także zamiłowanie do psychologii systemowej i wnikania w głowy ludzi o wiele głębiej, niż inni. W każdej z książek Chamberlain dostrzegam interesującą mnie problematykę, co sprawia, że trudno mi odkładać je bez dobrnięcia do końca. Z nieukrywaną przyjemnością sięgnęłam po właśnie wydaną przez wydawnictwo Prószyński i Ska książkę "Jak gdybyś tańczyła". Jestem usatysfakcjonowana lekturą. 

Molly ma fajne życie, w którym brakuje tylko jednego: dziecka. Choć od kilku lat starają się z mężem o potomstwo, nie przynosi to oczekiwanego skutku, więc w końcu decydują się na adopcję. Proces kwalifikujący na rodziców adopcyjnych jest jednak długi i żmudny, a przy okazji budzi w Molly wiele wątpliwości oraz uśpione wspomnienia związane z domem rodzinnym, od których przez lata próbowała się odciąć. Dwadzieścia lat wcześniej w tragicznych okolicznościach straciła ukochanego ojca. Kłamstwa, którymi raczyli ją po tym wydarzeniu najbliżsi sprawiły, że odeszła z domu i udawała sierotę. Teraz musi wyznać mężowi, że jej matka wcale nie umarła na raka, a jej krewni wciąż mieszkają w Morrison Ridge, małej miejscowości w Karolinie Północnej. Co więcej, Molly ma dwie matki – adopcyjną i biologiczną i obie nigdy o niej nie zapomniały. Molly boi się teraz, że wyznanie prawdy przekreśli jej największe marzenie, by zostać matką i  zrujnuje jej małżeństwo. Skoro chce adoptować dziecko musi jednak znaleźć sposób, by pogodzić się ze swoją przeszłością i uwierzyć w przyszłość. Tylko zdoła wybaczyć bliskim wyrządzone jej krzywdy? 

"Jak gdybyś tańczyła" to wyjątkowa i trzymająca w napięciu opowieść o rodzinnych sekretach, które dorośli skrywają przed dzieckiem łudząc się, że te ich nie dostrzega. Autorka już od pierwszych stron podsyca w nas ciekawość i głód poznania opowiadanej przez siebie historii, w czym bezapelacyjnie jest mistrzynią i nie raz udowodniła to już w swoich książkach. Fabuła toczy się dwutorowo - z jednej strony poznajemy rozterki dorosłej Molly, która stara się o dziecko i boi się, czy podoła nowej roli życiowej, a z drugiej mamy możliwość wniknięcia w głowę kilkunastoletniej dziewczyny, która dopiero wchodzi w dorosły świat, ale nie jest tak niewinnym dzieckiem, jak wydaje się wszystkim dookoła. Ukazanie wydarzeń z dwóch perspektyw czasowych jest w przypadku tej powieści niezwykle udanym zabiegiem - pozwala nam spojrzeć holistycznie na to, co wydarzyło się i nadal dzieje w życiu głównej bohaterki oraz przekonać się, że pomimo upływu czasu tak wiele się w nas nie zmienia, a zadry z przeszłości nie znikają tak łatwo. 

"Jak gdybyś tańczyła" jest też opowieścią o tym, co dzieje się w głowach rodziców adopcyjnych oraz dzieci, które żyją w takich rodzinach. Przyznam, że jest to jeden z moich ulubionych tematów w psychologii i dlatego wspaniale czytało mi się jej książkę. Chamberlain popisuje się swoją wiedzą w smaczny i przyjemny w odbiorze sposób. Pokazuje, że macierzyństwo to nie tylko radość i szczęście, ale także szereg niepokojów, zmartwień i trosk, zwłaszcza, gdy kobietom przychodzi wychować dziecko, którego nie nosiły pod piersią, a wcześniej musiały pogodzić się z faktem, iż nigdy nie będą w ciąży, albo nawet i straciły już jakieś dziecko w wyniku poronienia. To temat niezwykle trudny, w dodatku, wydaje mi się, rzadko poruszany w literaturze kobiecej. Dobrze mi było zetknąć się z nim na kartach książki, podobnie zresztą, jak z wątkiem pobocznym, który ukazuje funkcjonowanie rodziny z niepełnosprawnym członkiem. Dzięki podjętej problematyce śmiało możemy wrzucić tę powieść do rubryczki: powieść aktywna społecznie - nie tylko relaksuje, ale i uczy. 

Chamberlain jest świetną pisarką, dlatego nie będę rozwodziła się nad kreacją bohaterów, językiem, ani budową fabuły. To nazwisko jest marką i to światowej sławy. Nie zawiedziecie się sięgając zarówno po "Jak gdybyś tańczyła", jak i po pozostałe książki autorki. Polecam je Wam z całego serca - to kawał dobrej literatury kobiecej. Ba. Nie tylko dobrej - najlepszej. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


niedziela, 8 stycznia 2017

"Stan nie! błogosławiony" - Magdalena Majcher



Od wydania debiutanckiej powieści Magdaleny Majcher pt. "Jeden wieczór w Paradise" minęło już trochę czasu. Miło wspominam tę lekturę, dlatego chętnie sięgnęłam po drugą książkę autorki - "Stan nie! błogosławiony". Przyznam, że przyciągnął mnie nawet nie tyle sam opis fabuły, co prześliczna okładka i oryginalny tytuł. Nie są to jednak oczywiście jedyne atuty tej książki. Treść obroniłaby się sama nawet bez tej pięknej otoczki. 

Pola jest młodą kobietą marzącą o karierze pisarki. Realizuje się zawodowo i choć pragnie w przyszłości stworzyć rodzinę, razem z mężem odkładają decyzję o dziecku na bliżej nieokreślone później. Ich życie wywraca się jednak do góry nogami, gdy Pola zaczyna dostrzegać u siebie pierwsze objawy ciąży, a potem wykonuje test, na którym widnieją dwie kreski. Młoda para powoli oswaja się z faktem bycia rodzicami, jednak los nie jest dla nich zbyt łaskawy. Podczas rutynowych badań okazuje się, iż dziecko może mieć poważną wadę genetyczną. Pola i Jakub stają w obliczu niezwykle poważnej decyzji. Czy uda im się pokochać rozwijające się pod sercem Poli życie? 

Przyznam, że tematyka utworu (ciąża, poród, macierzyństwo, chore dzieci, aborcja) nie należy do moich ulubionych. Wcale nie dlatego, że jest trudna albo w pewien sposób obciążająca emocjonalnie, choć niewątpliwie do takich należy, ale ponieważ najzwyczajniej w świecie mam dość tej problematyki. Zaczynając czytać tę książkę byłam więc pewna obaw czy spodoba mi się tak samo, jak debiut autorki, jednak dość szybko przekonałam się, że byłam w błędzie. Magdalena Majcher podeszła do podjętego przez siebie tematu z wyczuciem, w rezultacie tworząc przyjemną w odbiorze, choć pełną dylematów moralnych książkę. "Stan nie!błogosławiony" wciągnął mnie właściwie już od pierwszych stron. Magdalena Majcher pisze lekko, a wykreowani przez nią bohaterowie wydają się być niezwykle wiarygodni - to tacy normalni ludzie, którymi otaczamy się na co dzień. Mają oni swoje przywary, są zacięci w swoich poglądach jak to typowi Polacy (swoją drogą autorka to świetna obserwatorka), czasem się z nimi zgadzamy, czasem nie, ale w gruncie rzeczy to dobrzy ludzie. To chyba właśnie dzięki tym normalnym bohaterom opowiadana historia nie wydaje się być wyszukana i nierealna, ale życiowa i bliska. Właściwie, to mogłaby przydarzyć się nam samym albo mieszkającym za ścianą sąsiadom. To niewątpliwie duży atut tej powieści. Podczas jej lektury nie odniosłam wrażenia, że czytam kolejną wyssaną z palca bajkę. Podobały mi się również wiarygodne dialogi, pogłębiona analiza portretów psychologicznych bohaterów - zwłaszcza Poli, oraz dynamiczna akcja która sprawia, że od książki nie wieje nudą. 

Magdalena Majcher niewątpliwie podjęła się trudnego zadania - poruszyła kontrowersyjny temat, który nie od dziś dzieli społeczeństwo. Trudno jest napisać powieść o takiej tematyce w taki sposób, by nikogo nie urazić i właśnie dlatego daruję sobie ocenę bohaterów. Z jednymi się zgadzam, z innymi nie, jedni są stygmatyzowani, inni gloryfikowani - to kwestia indywidualna każdego sumienia. Chcąc nie chcąc żyjemy jednak w czasach, w których wady genetyczne stają się coraz bardziej powszechne, a kobiety mają coraz szerszy dostęp do różnorodnych form przerywania ciąży. Bez wątpienia takie książki jak "Stan nie! błogosławiony" są więc potrzebne.  

Polecam "Stan nie! błogosławiony" przede wszystkim kobietom, które nie boją się czytać o trudnych tematach i nie są zafiksowane na swoim światopoglądzie. To książka, która nie zawsze jest lekka i przyjemna, ale przecież życie nie zawsze bywa różowe. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Pascal.