czwartek, 6 lipca 2017

"Trzecia" - Magda Stachula


Każdy skrywa jakąś tajemnicę, bez wyjątku, wszyscy mamy coś na sumieniu. 
To może być cokolwiek: czyn, myśl, życzenie, coś, czego nie chcielibyśmy wyjawić przed resztą świata, coś, czego wstydzimy się nawet przed samymi sobą.


Od czasu, gdy przeczytałam genialną "Idealną", z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnej powieści Stachuli. Debiut autorki uwiódł mnie i oczarował, polecałam tę książkę wszystkim dookoła. Trochę jednak bałam się sięgnąć po "Trzecią". Wbrew pozorom wcale nie dlatego, że opis okładkowy zdaje się gwarantować tego typu emocje, ale ponieważ bałam się, czy Stachula podobała i napisze równie dobrą, mocną książkę jak jej debiut. "Idealną" naprawdę wysoko postawiła sobie poprzeczkę i zastanawiałam się, czy uda jej się ją przeskoczyć albo chociaż zrównać ten poziom. Na szczęście lektura  "Trzeciej" rozwiała wszystkie moje obawy i wątpliwości. Choć z początku powieść bardzo przypominała mi debiut autorki, szybko wciągnęłam się w świat głównych bohaterów i przepadłam na długie godziny.

Główną bohaterka jest młoda terapeutka, Eliza. Podczas sesji z pacjentami ma możliwość przyglądania się ich życiu i wnikaniu w ich głowy. Niestety, w pewnym momencie Eliza orientuje się, że jej też ktoś się przygląda. Gdy wraca do domu po pracy ma wrażenie, że ktoś ją śledzi. Potem dręczyciel robi jej zdjęcie, a następnie wystaje pod jej mieszkaniem w swoim samochodzie. Eliza z dnia na dzień coraz bardziej się boi i niemal popada w paranoję. W dodatku nikt jej nie wierzy, podczas gdy ON wie już o niej naprawdę sporo. Eliza jest trzecia na jego liście. I nic nie wskazuje na to, że zostawi ją w spokoju. 

Lubię styl pisania Magdy Stachuli. Po przeczytaniu dwóch książek jej autorstwa mówię to już z pełną odpowiedzialnością i nie mam najmniejszych wątpliwości, że sięgnę po każdą jej powieść. Już w "Idealnej" autorka udowodniła, że jest niesamowitą obserwatorką życia społecznego, ma sporą wiedzę na temat psychologii oraz wyjątkowy dar wnikania w głowy postaci, a potem przelewania ich myśli na papier. W "Trzeciej" jest bardzo podobnie. Wydarzenia ukazane są z trzech perspektyw, a czytelnik ma możliwość dogłębnego poznania każdego z bohaterów. Jego rozterek, motywów, lęków, planów, nadziei, a także przeszłości, która... Cóż, pod koniec utworu, gdy wszystkie wątki splatają się i łączą w całość, przeszłość bohaterów okazuje się bardziej mroczna, niż bym się tego spodziewała. Autorka przez cały utwór w pewien sposób wskazuje nam, kto jest dobry, a kto zły, by w finale zatrzeć te granice i zostawić czytelnika ze zdziwieniem na twarzy. W tej powieści nic nie jest takie, jak by się zdawało, nie ma rzeczy oczywistych. I właśnie zdolność do pisania takich utworów jest kolejnym, niepodważalnym atutem autorki. Perfekcyjnie wodzi czytelnika za nos oraz wzbudza w nim emocje. 

"Trzecia" to książka, którą zapamiętam na długi czas i którą dodaję do listy swoich ulubionych. Zawiera wszystkie elementy, jakie powinna mieć według mnie dobra powieść. Mamy tu wartką akcję, przemyślaną narrację, dobrze wykreowanych, niemal żywych bohaterów, element zaskoczenia oraz prawdziwy kalejdoskop emocji. Polecam tę książkę z czystym sumieniem, bo to nie jest kolejny bezrefleksyjny utwór. Jestem pewna, że po przeczytaniu tej książki zastanowicie się nad pojęciem bezpieczeństwa w sieci i zmienicie ustawienia swoich kont na portalach społecznościowych na prywatne. Autorka pokazuje, jak złudna jest prywatność w dwudziestym pierwszym wieku oraz jak wiele można się dowiedzieć o obcym człowieku z internetu w zaledwie kilka dni. Powieści poruszające taką tematykę są bardzo potrzebne. Każdy nasz ruch w przestrzeni wirtualnej pozostawia po sobie ślad. Warto o tym pamiętać. 

Za możliwość przeczytania utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu ZNAK. 

wtorek, 27 czerwca 2017

"Czarne narcyzy" - Katarzyna Puzyńska


Czarne narcyzy miał dla niej. 


Seria o Lipowie to w tym momencie jedna z moich ulubionych serii kryminalnych. Na każdy kolejny tom czekam z niecierpliwością. Kiedy więc trafiły w moje ręce "Czarne narcyzy", ósmy już tom, niemal od razu zabrałam się za lekturę. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że świat wykreowany przez autorkę znów pochłonie mnie bez reszty. Nie spodziewałam się jednak, że tym razem Puzyńska zaserwuje mi nie jedną, lecz co najmniej kilkanaście zbrodni, zmuszając tym samym mój mózg do pracy na najwyższych obrotach. 

W Brodnicy odbywa się w tym roku Święto Policji. Wydarzenie cieszy wszystkich funkcjonariuszy, oprócz Daniela Podgórskiego, który jakiś czas temu musiał pożegnać się ze swoją odznaką. Komuś bardzo zależało, aby jak najszybciej zapomniał o sprawie śmierci trzech bezdomnych, przy ciałach których zostawiono niewielkie, ręcznie robione wahadełka. Niespodziewanie podczas obchodu Święta Policji, Daniela zaczepia miejscowa dziennikarka, która sugeruje, by poszukał odpowiedzi na nurtujące go pytania w niewielkiej wiosce leżącej w okolicznych lasach, a szczególnie w jednym z domów, zwanych przez mieszkańców Diabelcem, który podobno jest nawiedzany przez diabła. Daniel ma sporo wątpliwości, odnośnie prawdomówności dziewczyny, ale decyduje się przyjrzeć bliżej tej sprawie. Wkrótce dziennikarka znika bez śladu, a Daniel, razem z byłą komisarz Klementyną Kopp znajdują kolejne ciało. W dodatku niemal w tym samym czasie Weronika Nowakowska, była dziewczyna Daniela dostaje niepokojącą wiadomość. Czy te sprawy jakoś się łączą? I jakie znaczenie mają tytułowe czarne narcyzy? 

Bardzo cenię styl autorki oraz jej umiejętność angażowania czytelnika w lekturę do tego stopnia, że momentami po moich plecach przebiega dreszczyk. Podczas "Czarnych narcyzów" zdarzyło mi się to przynajmniej kilka razy. Puzyńska  udowodniła, że świetnie sprawdza się w kreowaniu atmosfery niepokoju i grozy już w "Utopcach", a wszystko to za sprawą odwoływania się do lokalnych wierzeń i legend. W "Czarnych narcyzach" nie jest co prawda aż tak strasznie, ale autorka znów sięga po lokalną, trochę odwołującą się do ludowych wierzeń historię, tym razem związaną z domem zwanym Diabelcem. To właśnie wokół tego miejsca kręci się śledztwo. Muszę przyznać, że w moim odczuciu sięganie przez autorkę do tego typu opowieści zakorzenionych w świadomości mieszkańców prawdziwego Lipowa oraz okolic, to strzał w dziesiątkę. Takie wątki pasują do historii kryminalnych doskonale, nadają powieściom unikatowego charakteru, i autorka dokonała dobrego wyboru, urozmaicając nimi fabułę. Trochę elementów nadprzyrodzonych i paranormalnych sprawia, że to nie jest kolejny zwykły kryminał, a czytelnik śledzi losy bohaterów z zapartym tchem. 

Na pewno warto też przyznać autorce piątkę za rozbudowane tło społeczno-obyczajowe. Mieszkam niedaleko miejsc, które opisuje i za każdym razem, sięgając po utwór Puzyńskiej, jestem pod wrażeniem, jak wiarygodnie oddaje w swoich powieściach mentalność tutejszej ludności. Bardzo denerwowało mnie jednak w tej książce nadużywanie słowa "Jo". To jest regionalizm, ale mam wrażenie, że było go w "Czarnych narcyzach" stanowczo za dużo, zwłaszcza, że w poprzednich utworach to słowo nie rzucało się w oczy. (Nie jestem pewna, czy go nie było, czy po prostu było go mniej.) Wielki plus przyznaję natomiast za ograniczenie liczby wulgaryzmów, zwłaszcza tych używanych przez Daniela, oraz w ogóle za kierunek, w którym zmierza ten bohater. Pomimo mojej sympatii, którą zdobył już na starcie serii, po "Domu czwartym" nieco w niego zwątpiłam, w "Czarnych narcyzach" odbija się od dna i powoli staje na nogi. Z niecierpliwością czekam na to, jak potoczą się jego dalsze losy. Zresztą w ogóle czekam na kolejny tom. 

Jeżeli nie wyobrażacie sobie lata bez lektury dobrego kryminału, koniecznie sięgnijcie po tę pozycję. Autorka sprawnie prowadzi czytelnika tropem sprawców przestępstw, których, tym razem, jest nieco więcej niż zwykle. Utwór jest bardzo realistyczny i momentami trudno wyprzeć z głowy wrażenie, że te wydarzenia mogły rozegrać się naprawdę. I że rzeczywiście gdzieś po brodnickich lasach kręcą się dobrze znani policjanci, próbując rozwikłać kolejną zagadkę oraz uporządkować swoje sprawy prywatne, które czasami niepotrzebnie komplikują im pracę. Gorąco polecam. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu: 








wtorek, 6 czerwca 2017

"Życie na wynos" - Olga Rudnicka


Jeden trup w piwnicy i kilka w szafie,
a wszystkie na głowie Emilii Przecinek.



Olga Rudnicka jest jedną z nielicznych autorek, które potrafią doprowadzić mnie do łez, i to bynajmniej nie tych ze wzruszenia, lecz śmiechu. Odkąd jakiś czas temu przepadłam w lekturze "Granat poproszę" i zapałałam sympatią to najbardziej zwariowanej pisarki w dziejach ludzkości oraz dwóch starszych pań, które potrafią się pobić (tak, tak - wyobraźcie sobie dwie szarpiące się za włosy staruszki), z niecierpliwością czekałam na drugą część opowieści z tymi sympatycznymi bohaterami w rolach głównych. Kiedy więc tylko "Życie na wynos" znalazło się na moim czytniku, natychmiast zabrałam się za lekturę. I pewnie dla żadnego z fanów autorki nie będzie zaskoczeniem, że znowu płakałam ze śmiechu. 

Podobnie, jak w pierwszej części przygód rodziny Przecinków, tak i w "Życie na wynos" znów wiele się dzieje. Emilia, popularna autorka powieści dla kobiet zostaje rozwódką z dwójką nastoletnich dzieci, kredytem hipotecznym do spłacenia oraz matką i teściową na karku. W dodatku zarówno jej dorastające dzieci jak i agentka literacka  nalegają, żeby chodziła na randki - przecież czytelniczki uwielbiają pikantne romanse, a jak napisać takowy bez doświadczenia?
Mimo niesprzyjających okoliczności Emilia postanawia jednak odmienić swoje życie. Nie jest to łatwe, gdyż mężczyźni, których spotyka, absolutnie nie przypominają wspaniałych bohaterów jej powieści, a pech chce, że teściowa pisarki łamie nogę. Unieruchomiona na wózku, zaczyna obserwować sąsiadów, co okazuje się zajęciem na pełen etat. Przed wścibskimi staruszkami nic się nie ukryje. Ani kochanka o czerwonych włosach, ani skłonna do awantur żona, ani leżący w piwnicy trup, którego znajduje Emilia. W dodatku wcale go nie wymyśliła, mężczyzna istnieje naprawdę... 

Olga Rudnicka ma wyjątkowy talent do tworzenia dynamicznych i obfitujących w absurdalne sytuacje fabuł. Tym razem również nie zawodzi. "Życie na wynos" jest powieścią tak zwariowaną, że przynajmniej kilka razy śmiałam się tak długo i donośnie, że zaczynał boleć mnie brzuch. Chyba na kartach żadnej z czytanych dotychczas powieści nie spotkałam jeszcze tak żywiołowych i wyrazistych bohaterów. Po prostu uwielbiam tę rodzinę i naprawdę mam nadzieję, że jeszcze spotkam się z nimi na kartach powieści. U Przecinków każdy jest kimś. I to przez duże KA. Zarówno dorastające nastolatki bardziej osadzone w realiach współczesnego świata od swojej matki, jak i starsze panie, które uwielbiają wtykać nos w nie swoje sprawy, przez co ciągle ściągają na siebie kłopoty. Nie wspominając oczywiście od Emilii, która ma wielki problem z oddzielaniem fikcji od rzeczywistości i nie za bardzo odnajduje się w tej drugiej, co tym razem dobitnie uświadamiają jej nieudane randki z mężczyznami poznanymi na portalu randkowym. 

"Życie na wynos" to tak zwariowana komedia charakterów, że nie polecam Wam czytać jej w nocy - pobudzicie śpiących domowników. Niekontrolowanymi salwami śmiechu, oczywiście. Jeżeli więc macie ochotę na lekką, przyjemną, a przede wszystkim naprawdę zabawną komedię kryminalną, pamiętajcie o tym tytule. Znajdziecie w niej zbrodnię, dwa śledztwa, w tym tylko jedno profesjonalne, bo drugie prowadzone jest prywatnie przez dwie energiczne staruszki i sporą dawkę niezwykle trafnych poglądów na temat współczesności, a zwłaszcza związków damsko-męskich."Życie na wynos" jest idealną pozycją na zbliżające się wakacje. Książki Olgi Rudnickiej mogłyby być sprzedawane w aptekach jako antydepresanty. Polecam na każdą chandrę. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu:



piątek, 26 maja 2017

"Matka mojej córki" - Magdalena Majcher


Wzruszająca opowieść o rodzinnych tajemnicach
oraz sile matczynej miłości.


"Matka mojej córki" jest trzecią powieścią Magdaleny Majcher, która trafiła do moich rąk. Pomimo średnio lubianej przeze mnie tematyki - nie przepadam za książkami o macierzyństwie, po lekturze "Stanu nie! błogosławionego" nie miałam najmniejszych wątpliwości, że powieść przypadnie mi do gustu. Zabrałam się za lekturę kilka dni po tym, jak wgrałam książkę na czytnik i pochłonęłam ją w dwa dni. I powiem tak... Spodziewałam się, że Magda pokaże w tym utworze jeszcze więcej umiejętności, niż w poprzednich, ale nie sądziłam, że "Matka mojej córki" spodoba mi się aż tak bardzo. 

Nina jest kobietą sukcesu. Pracuje na kierowniczym stanowisku i ma poukładane życie. Niespodziewany telefon sprawia jednak, że musi powrócić do rodzinnej Czeladzi i bliskich, od których niegdyś postanowiła się odciąć. Uśpione emocje zaczynają odżywać, na jaw wychodzą kolejne rodzinne kłamstwa, a  Nina powoli przestaje być pewna, czy podjęte w młodości decyzje związane z oddaniem dziecka do adopcji były słuszne. Tylko czy po kilkunastu latach da się naprawić popełnione niegdyś błędy? 

Magdalena Majcher ma wyjątkowy talent do pisania o macierzyństwie i sprawach, które dotyczą kobiet. W swojej najnowszej powieści kolejny raz udowadnia, że rozumie kobiety stojące w obliczu poważnych, trudnych  dylematów moralnych, ba, mało tego, pisze o tym z takim wyczuciem i finezją, że jej książki czyta się lekko i przyjemnie. W "Matce mojej córki" autorka bardzo sprawnie porusza temat nastoletniego macierzyństwa, bezdzietności oraz adopcji. Przemyślana i dobrze skonstruowana fabuła - poznajemy jednocześnie dorosłą Ninę oraz Ninę nastolatkę - pozwala czytelnikowi bardzo głęboko wniknąć w głowy opisywanych bohaterek i w pewnym sensie nawet postawić się w ich miejscu. Poznając historię Niny nie da się bowiem wyzbyć z głowy pytania: co ja zrobiłabym w tej sytuacji. I tak, jak w innym przypadku mogłoby to być męczące, tak tutaj jest potrzebne i ważne.

 "Matka mojej córki" to bez wątpienia warta uwagi pozycja z gatunku literatury aktywnej społecznie. Magdalena Majcher pisze dojrzale i z wyczuciem. Starannie przygotowuje się do poruszanych przez siebie tematów i stroni od tak bardzo powszechnej w literaturze kobiecej "cukierkowości". Mimo wszystko trafia do kobiecych serc oraz porusza. Jestem pewna, że znajdzie się wiele kobiet, które dostrzegą w postaci Niny albo jej matki część siebie. Polecam.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce oraz wydawnictwu Pascal.



środa, 10 maja 2017

"Zielarnia nad Sekwaną" - Liliana Fabisińska


A gdyby na twoim biurku 
pojawił się nagle opłacony bilet do Paryża? 

"Zielarnia nad Sekwaną" to trzeci tom świetnej serii Liliany Fabisińskiej - "Jak pies z kotem". Polubiłam wykreowane bohaterki już podczas lektury "Sanatorium pod Zegarem" i od tamtej  pory z niecierpliwością wyczekiwałam, by dowiedzieć się, co tam u nich słychać. Z ulubiony seriami jest bowiem trochę jak z serialami - człowiek z niecierpliwością czeka na kolejny odcinek, a potem odtwarza go w kółko, bo szkoda mu rozstawać się z bohaterami. W moim przypadku tak właśnie było z "Zielarnią na Sekwaną". Chociaż pochłonęłam ją w dwa dni, potem wracałam do zaznaczonych fragmentów. I pewnie jeszcze zrobię to nie raz. 

Nasze ulubione bohaterki, Nina i Natalia, znów pakują się w kłopoty. Tym razem jednak nie w Ciechocinku czy na Helu, ale międzynarodowo, bo w Paryżu. Dostarczony do Niny nieoczekiwanie bilet w różowej kopercie bez nazwiska nadawcy, uruchamia lawinę zdarzeń. Chociaż wyjazd miał okazać się niespodzianką, przynosi tylko kłopoty. Nina trafia do paryskiego więzienia, a nagranie wideo wskazuje ją bez cienia wątpliwości jako bezwzględną morderczynię. Zaniepokojona Natalia rusza jej na pomoc... i trafia w sam środek historii, o której od pięćdziesięciu lat bardzo stara się zapomnieć. Jak na najbardziej niedobrane przyjaciółki w historii przystało, obie kobiety angażują się w prywatne śledztwo, za nic mając współpracę z policją. A to wszystko  otoczone jest krzykami kłócących się siostrzyczek Drop oraz doprawione soczystą nutą szaleństwa... 

Podczas lektury "Zielarni nad Sekawaną", podobnie, jak podczas czytania poprzednich części tej serii, nie ma mowy o nudzie. Liliana Fabisińska po raz kolejny udowadnia, że jest specjalistką od tworzenia dynamicznej, wciągającej fabuły, która pędzi na łeb na szyję co kilka stron wywołując zdziwienie na twarzy czytelnika. Oczywiście poza zdziwieniem, jest także uśmiech. Perypetie Natalii i Niny również tym razem nie jeden raz doprowadziły mnie do wybuchu śmiechu. Te dwie są tak szalonymi i wyrazistymi postaciami, że niejednego ponuraka doprowadziłyby do bólu brzucha. Zwłaszcza, gdy na horyzoncie pojawia się były narzeczony Niny, a ta biega za nim po Paryżu w samych piżamach nakrytych płaszczem.

"Zielarnia pod Sekawaną" jest w moim odczuciu wspaniałym zwieńczeniem całej serii. Chciałam napisać, że to najlepszy tom, ale wszystkie zapewniły mi dobrą zabawę, więc powstrzymam się przed tym określeniem. Zamiast tego napiszę, że smutno mi będzie bez wyczekiwania na następne części przygód Natalii i Niny. Nowoczesna staruszka i stateczna, młoda bizneswoman zyskały moją sympatię już od pierwszych stron pierwszej części. Podobają mi się też płynące z te serii przesłania. Po pierwsze, że przyjaźń nie zna ograniczeń wiekowych i niezależnie od tego, ile mamy lat, możemy przejawiać o wiele więcej, niż odrobinę szaleństwa, a po drugie, że w biedzie możemy liczyć tylko na przyjaciół. Tych prawdziwych, oczywiście. Bo ci przyszywani uciekną gdzie pieprz rośnie, nim tylko zdążymy o nich pomyśleć. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję ONA CZYTA oraz Wydawnictwu Filia.

środa, 26 kwietnia 2017

"Czereśnie zawsze muszą być dwie" - M. Witkiewicz



Drzewo czereśni potrzebuje innego drzewa, aby rosnąć i dawać owoce. 
Tak jak człowiek, gdy kocha – rozkwita.


Dziś przedstawiam Wam bezapelacyjnie najgorętszą premierę tej wiosny. Wydaje mi się, że każda prawdziwa ksiażkoholiczka lubująca się w prozie naszych rodzimych autorek i wzruszających historiach miłosnych słyszała o tym tytule. Magda Witkiewicz zapowiadała "Czereśnie zawsze muszą być dwie" już od pewnego czasu, skutecznie zachęcając nas do lektury. I powiem Wam, że choć czas dłużył się niemiłosiernie - było na co czekać. "Czereśnie..." to według mnie najlepiej napisana i najbardziej dopracowana powieść autorki. (Chciałam napisać najlepsza i pewnie bym to zrobiła, gdyby moje serce  z uporem nie zwracało się ku "Po prostu bądź".) 

Kiedy Zosia Krasnopolska poznaje panią Stefanię, zupełnie nie spodziewa się, że uda im się zaprzyjaźnić, a potem otrzyma od staruszki w spadku zrujnowaną willę w Rudzie Pabianickiej. Z powodu pewnych okoliczności decyduje się jednak jechać do Rudy i zgłębić jej tajemnicę. Rudera okazuje się domem z duszą uwięzioną w dalekiej przeszłości i przyciąga Zosię jak magnes. Stary dom otoczony sadem staje jej się bardzo bliski i pozwala rozeznać się w tym, czego Zosia chce od życia. A kiedy na jej drodze pojawi się Szymon, Zosia odkrywa najważniejszy sekret: dowiaduje się, czym są prawdziwa przyjaźń i miłość. Zaczyna także rozumieć, że tak jak drzewa czereśni muszą rosnąć obok siebie, by wydać owoce, tak ludzie muszą się kochać, by ich wspólna droga przez życie miała sens. 

Jestem oczarowana, naprawdę. Magdalena Witkiewicz już nieraz pokazała, że potrafi nie tylko bawić, ale też i wzruszać, ale "Czereśnie zawsze muszą być dwie" to książka zupełnie inna od poprzednich - klimatyczna, urokliwa, pełna magii i chwytająca za serce. Może to za sprawą bardzo plastycznego języka, który niesamowicie rozbudza wyobraźnię, a może za sprawą wciągającej fabuły, nie wiem, ale historia Zosi oraz starej willi w Rudzie Pabianickiej mają w sobie "to coś". "Czereśnie..." wciągają do tego stopnia, że mimo objętości około pięciuset stron, pochłonęłam je w dwa popołudnia, a po zakończeniu przez kilka chwil leżałam na łóżku wpatrując się w sufit i nie chciało mi się wracać do rzeczywistości. I chociaż autorka postanowiła tym razem namieszać w życiu głównych bohaterów jeszcze bardziej, niż dotychczas, jest to naprawdę przepiękna, wzruszająca i pełna emocji opowieść. Przez te wzloty, upadki i niespodziewane zwroty akcji w życiu Zosi, podczas lektury przeżywamy prawdziwy emocjonalny rollercoaster - od śmiechu i łez. A historia Zosi niesie ważne przesłanie: nawet najbardziej niepozorna decyzja wpływa na nasze życie, a przeszłość zawsze wybrzmiewa w teraźniejszości.

Jeżeli więc jesteście spragnione lektury, która pochłonie was bez reszty, chwyci za serce, oczaruje i na chwilę wyrwie z tej, szarej, jakże deszczowej i pochmurnej ostatnio rzeczywistości, koniecznie sięgnijcie po "Czereśnie zawsze muszą być dwie". Jest to według mnie najlepiej napisana i najbardziej dopracowana książka Magdy, zupełnie inna od poprzednich, ale chyba właśnie z tego powodu tak bardzo wyjątkowa. Czytanie jest prawdziwą przyjemnością, a fabuła doprowadzi Was i do śmiechu, i do łez. Przygotujcie się tylko na to, że znajdzie się w tej książce też postać, która będzie Was wkurzać i irytować, a na szczęśliwe zakończenie trzeba poczekać nieco dłużej niż w przypadku innych książek autorki. Warto sięgnąć po "Czereśnie zawsze muszą być dwie". I to nie tylko ze względu na piękną, cieszącą wzrok okładkę.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Filia oraz Magdzie Witkiewicz.



sobota, 15 kwietnia 2017

"Koma" - K. Zyskowska-Ignaciak, W. Chmielarz


Współczesna historia Romea i Julii. 


Czekałam na tę książkę. Kiedy tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach na stronie wydawnictwa, od razu zapragnęłam ją mieć. Przyciągała mnie zarówno okładka, jak i opis znajdujący się na czwartej stronie oraz nazwiska autorów, które są gwarantem dobrej lektury. Lubię literackie duety i byłam bardzo ciekawa, co mają do zaoferowania Zyskowska-Ignaciak i Chmielarz. Wszystko to sprawiło, że zabrałam się za lekturę, gdy tylko wyjęłam książkę z koperty. Czy jestem usatysfakcjonowana? Bardzo. "Koma" jest wyjątkowa i zupełnie inna od książek, do których przyzwyczaiły nas polskie autorki. To nie jest kolejny obyczaj. Powiedziałabym nawet, że możemy postawić tę książkę na półce z literaturą piękną, co, niewątpliwie, jest jej wielką zaletą. 

Małe miasteczko. Na komisariacie policji zjawia się starsza kobieta, która zgłasza zaginięcie syna - prymusa z okolicznego liceum ubiegającego się o przyjecie na Akademię Sztuk Pięknych. Niemal w tym samym czasie do szpitala trafia pani burmistrz Ewa Kapica. Mąż znajduje ją nieprzytomną na kanapie w salonie i od razu interweniuje, choć niestety, jest już za późno i kobieta zapada w śpiączkę. Wszystko wskazuje na próbę samobójczą, lecz w bagażniku samochodu pani burmistrz policja niespodziewanie znajduje łopatę oraz ślady czyjejś krwi. Czy te dwie sprawy coś łączy? I jak daleko można posunąć się w imię miłości? 

Na okładce "Komy" widnieje bardzo trafnie dobrane hasło: "Kobieta i mężczyzna, współcześni Romeo i Julia, małe, senne miasto i wielkie uczucie, które wymyka się konwenansom. Piękna opowieść, inspirowana najwspanialszą historią miłosną wszech czasów." Prawdę mówiąc te dwa zdania zawierają niemal wszystko, co warto powiedzieć o tej książce, by nie odebrać czytelnikowi przyjemności płynącej lektury. "Koma" to dojrzała, dobrze opowiedziana historia kilku trudnych miłości, będąca jednak nie tylko romansem, ale w pewien sposób i kryminałem. Śledząc efekty policyjnego dochodzenia poznajemy kilkoro zwykłych, niczym nie wyróżniających się ludzi, którzy zupełnie stracili głowę dla miłości, co popchnęło ich do czynów, o które z pewnością wcześniej by się nie posądzali. Ale czy każde uczucie nie ma w sobie czegoś z szaleństwa?

Mówiąc o tej książce, nie można pominąć strony językowej. Naprawdę rzadko zdarza mi się ostatnio zetknąć z tak piękną i dopracowaną prozą, jak w tym przypadku. Czytając "Komę" nie spotykamy się z prostym, potocznym językiem, ale miejscami niemal prozą poetycką, którą czyta się niczym wiersz. Czasem aż zatrzymywałam się na chwilę nad pewnymi sentencjami, by przemyśleć ich treść i zaznaczałam sobie niektóre cytaty, z myślą, że kiedyś na pewno do nich wrócę. Historia Ewy, Szymona i Karola jest też niewątpliwie bardzo dobrze opowiedziana. Jestem zdania, że nie sztuką jest wymyślić oryginalną historię - nie czarujmy się, chyba napisano już o wszystkim, lecz opisać ją w sposób, który zaskoczy czytelnika, namiesza mu w głowie i zaintryguje. Autorom "Komy" z pewnością się to udało. Książka trzyma w napięciu i choć momentami opisy bardzo spowalniają akcję, i tak nie możemy doczekać się tego, jak skończy się ta historia. I choć wcale nie kończy się spektakularnie, to nic - to wciąż dobrze opowiedziana i napisana pięknym językiem historia zakazanej miłości, która jest tak uniwersalna, że na dobrą sprawę mogłaby wydarzyć się wszędzie. 

Nie jestem tylko pewna, czy "Koma" spodoba się fankom literatury, o której mówi się, że "otula niczym ciepły koc" albo "rozgrzewa, niczym herbata z cynamonem". Próżno w niej szukać pełnej emocji i wzruszeń historii o dwójce ludzi, którzy zakochują się w sobie i brną przed siebie mimo przeciwności. "Koma" jest inna, trudniejsza, bardziej wymagająca. Wciąż opowiada jednak o miłości. Z tym, że zakazanej, trudnej i popychającej w stronę granic, których lepiej nie przekraczać. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu: 





czwartek, 6 kwietnia 2017

"Co kryją jej oczy" - Sarah Pinborough



Pod żadnym pozorem nie ufaj tej książce. 
Nie ufaj tej historii. Nie ufaj sobie.


Można powiedzieć, że sięgnęłam po tę książkę przez przypadek. Któregoś dnia, siedząc na wykładzie, wyciągnęłam z torebki czytnik z zamiarem zabrania się za "Metodę" Shannon Kirk (swoją drogą o niej przeczytacie w następnym poście). Opis okładkowy "Metody" bardzo mnie zaintrygował, ale zapomniałam tytułu i przez pomyłkę zaczęłam czytać "Co kryją jej oczy". Planowałam przeczytać tę książkę, ale później. Oczywiście bardzo szybko uświadomiłam sobie, że czytam nie tę historię, którą chciałam, ale akcja wciągnęła mnie tak szybko i tak bardzo, że z wykładu nie pamiętam zupełnie nic, a doczytałam ją zaraz po powrocie do mieszkania. I powiem Wam tak" nie żałuję tej pomyłki i nie żałowałam jej ani przez chwilę. "Co kryją jej oczy" to jeden z lepszych thrillerów, jakie w życiu czytałam a sposób opowiedzenia tej historii zakrawa o mistrzostwo. I nie ma w tym ani grama przesady. 

Adele i David wydają się doskonałym małżeństwem. Mieszkają w dużym domu. David jest cenionym psychiatrą, a Adele zajmuje się domem. Tylko dlaczego David czasem zamyka ją na klucz, gdy wychodzi? I dlaczego Adele ukrywa przed nim swoją nową przyjaciółkę? 
Louise jest samotną matką po rozwodzie i podczas jednej z imprez ląduje w łóżku z przystojnym mężczyzną, który następnego dnia okazuje się jej nowym szefem. Choć oboje z Davidem bardzo starają się zapomnieć o tamtej nocy, wpadają w sidła romansu. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy jakiś czas później Louise zaprzyjaźnia się z jego żoną. I coraz bardziej przekonuje się, że w związku tych dwojga dzieje się coś złego. Nieświadoma, daje się wciągnąć w pewna grę. Nie spodziewa się jednak, jak daleko jest w stanie posunąć się ktoś zakochany na śmierć i życie... 

"Co kryją jej oczy" to wyjątkowo wciągający i napisany z pomysłem thriller, podczas lektury którego czytelnik uczestnicy w swego rodzaju grze. Na szachownicy mamy co prawda tylko trzy postaci: Adele, Louise i Davida, ale w książce dzieje się tak wiele, a autorka tak perfekcyjnie gra naszymi emocjami, że niemal co chwila zmieniamy swoje sympatie i antypatie. W jednym rozdziale jesteśmy skłonni wierzyć biednej Adele i nawet jej współczuć, w drugim rozumiemy Davida i gdyby było trzeba, murem stanęlibyśmy za nim, a jeszcze w kolejnym doskonale rozumiemy pogubioną Louise i to jej przyznajemy rację. Ale to wszystko do czasu, a mianowicie do tak  misternie zaplanowanego zwrotem akcji, który sprawia, że patrzymy na całą historię zupełnie inaczej, niż przez większość lektury. A później jeszcze kolejnym, przez co miałam w głowie jedno wielkie: WOW. Po skończeniu tej książki przez kilka chwil leżałam na łóżku wpatrując się w sufit nie mogąc wyzbyć się myśli, że to naprawdę wyjątkowa książka. I że właśnie takich emocji oczekuję, za każdym razem, gdy z nadzieją zaczynam czytać thriller. 

Fabułą "Co kryją jej oczy" jest tak intrygująca, a napięcie dawkowane czytelnikowi tak umiejętnie, że trudno o tej historii zapomnieć. Autorka serwuje nam wielką porcję dobrej rozrywki, ale zmusza też do wielu refleksji obnażając mroczną naturę człowieka. Pozwala nam bardzo głęboko wniknąć w głowy bohaterów i ukazuje, jak niewiele potrzeba, by przekroczyć granicę zła i przejść na ciemną stronę. A to wszystko, oczywiście, z miłości. Za kurtyna kłamstw i intryg rozgrywają się rzeczy, o których czytelnik nawet by nie pomyślał. Niemal przez całą lekturę dajemy się zwodzić, a kiedy już wydaje nam się, że dotarliśmy do sedna sprawy, zaskoczenie po raz kolejny zwala nas z nóg. Ależ ja lubię to uczucie zaskoczenia i niedowierzania, które towarzyszy takim momentom! 

Polecam "Co kryją jej oczy" z czystym sercem. To kawał naprawdę dobrej lektury i prawdziwa bomba emocjonalna. Autorka wciąga nas w świat niedomówień i intryg, plącze i zwodzi, a do tego zaskakuje zakończeniem zostawiając nas w stanie tzw. czytelniczego kaca. Nie możecie przejść obok tej książki obojętnie. Ale pamiętajcie: nie ufajcie żadnemu z bohaterów. A już zwłaszcza nie ufajcie jej oczom...

Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję serdecznie wydawnictwu:



poniedziałek, 20 marca 2017

Co czytam w marcu?

Dziś kolejny post z cyklu "Co czytam w...", a w nim szereg smakowitych, wydawniczych nowości, wobec których nie mogłam przejść obojętnie. 

Niedawno pisałam o "Trąf, trąf, misia bela" Dagmary Andryki - link do recenzji: tutaj. Czekałam na ten kryminał odkąd tylko pochłonęłam rewelacyjny debiut autorki, "Tysiąc". Bezapelacyjnie jest to pozycja numer jeden dla wszystkich miłośników książek kryminalnych zagadek o rozbudowanym tle społeczno-obyczajowym i wspaniałej kreacji portretów psychologicznych bohaterów.

Miłośnikom komedii polecam przezabawną, choć nieco odrealnioną (ale takie przecież powinny być komedie romantyczne) powieść: "Mów mi Katastrofa" Magdaleny Wali. Napisałam w okładkowym blurbie, że jest to niezwykle zabawna i romantyczna powieść, podczas lektury której uśmiech nie schodził mi z ust i zdanie to podtrzymuje. Będziecie wzdychać podczas tych bardziej romantycznych scen i śmiać się w głos z poszukiwań ojca dziecka pewnej nierozgarniętej nastolatki - gwarantuję. Premiera 29 marca, bądźcie czujni. 

Nie mogłam również nie pokusić się o lekturę "Komy" Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak oraz Wojciecha Chmielarza. Jest to powieść oparta o dobrze znany motyw z Romea i Julii, jestem już w połowie książki i jestem czytelniczo usatysfakcjonowana. Nawet nie tyle samą fabułą, choć książka wciąga, ale przepięknym językiem i licznymi sentencjami, które aż chciałoby się przykleić sobie na ścianę. Lubię, gdy książki wzbudzają we mnie refleksje, ta jest pod tym względem naprawdę super. (Swoją drogą piękna okładka, prawda? Ale to już chyba cecha charakterystyczna wydawnictwa Filia.)

Żaden książkoholik nie może też przejść obojętnie obok najnowszej książki Remigiusza Mroza - "Inwigilacji". Autor nie byłby sobą, gdyby nie namieszał w życiu Chyłki i Oryńskiego, dlatego przygotujcie się na liczne emocje i zwroty akcji. O samej fabule nie piszę, bo wiadomo - jest przemyślana i dopracowana, ale już chyba wszyscy mrozomaniacy do tego przywykli. Czyta się świetnie, jest świetna - polecam, więcej mówić nie trzeba.  Jak zawsze będziecie tylko wściekli za zakończenie. Jak można urwać książkę w takim momencie? Ech. 

Na koniec, aczkolwiek wcale nie najgorsza ani najmniej ważna, "Rodzina O." Ewy Madeyskiej, reklamowana jako pierwszy polski serial literacki. Brzmi intrygująco, prawda? Właśnie dlatego skusiłam się na tę książkę i już czeka na stosiku przy łóżku. Podobno jest interesująca, sama jeszcze nie sprawdziłam, więc na tę chwilę mogę jedynie wierzyć  rekomendacjom innych. Jestem bardzo ciekawa rodziny Opolskich i trupów, które skrywają w szafie - w tym wypadku chyba tylko metaforycznie, ale i dobrze. Ile można czytać tych kryminałów? ;) 


A co Wy czytacie w marcu? I czy znacie którąś z wymienionych przeze mnie pozycji? Jestem bardzo ciekawa, dajcie znać w komentarzach, może się zainspiruję. 

sobota, 18 marca 2017

Czytaj, a zestarzejesz się z klasą.


W najbliższym czasie szykuje mi się kilka spotkań z młodzieżą gimnazjalną i licealną (zresztą kolejnych już), podczas których będę opowiadała o swojej przygodzie z książkami, ale też i  z czytaniem w ogóle. Zwykle zachęcam tych młodych ludzi do sięgania po książki i podsuwam im ciekawe pozycje, na które warto zwrócić uwagę, ale tak sobie pomyślałam, że mój przyszły zawód zobowiązuje i powinnam opowiadać tej młodzieży również o wpływie czytania na mózg. Postanowiłam więc zgłębić wiedzę na ten temat, żeby trochę biednych uczniów postraszyć i wiecie co? Nieczytający mają strasznie ubogie życie, wiadomo, ale przyszłość która ich czeka… Cóż. Starość ludzi, którzy nie czytają książek, naprawdę nie jawi się w jasnym barwach. Wręcz przeciwnie.

Poza tym, że czytanie wpływa na naszą inteligencję emocjonalną (rozumienie stanów emocjonalnych swoich i cudzych oraz zdolność adekwatnego reagowania do sytuacji), poprawia nasze samopoczucie (jeśli np. czytamy jakiś cudowny romans), wzmaga empatię (rozumienie emocji ale i umiejętność wczuwania się w to, co przeżywa druga osoba), uczy, wzbogaca słownik, pobudza wyobraźnię, to również spowalnia zaburzenia wielu funkcji poznawczych w późniejszym wieku – co musi być szalenie ciekawe z punktu widzenia nie tylko psychologów, ale i innych badaczy zajmujących się mózgiem. Naukowcy z Chicago przebadali swego czasu około 300 osób. Najpierw kwestionariuszowo, żeby dowiedzieć się, ile czytają i jak funkcjonują poznawczo, a pośmiertnie nawet  przebadano im mózgi szukając przede wszystkim ubytków mogących świadczyć o np. demencji, czy  innych zaburzeniach funkcji poznawczych. Wyniki tych badań są zaskakujące – u osób, które dużo czytały (w artykule, który znalazłam nie była podana konkretna liczba książek), tempo zaniku pamięci było wolniejsze o ok. 30% niż u osób, które nie czytały książek. Dla kontrastu – istnieją liczne badania potwierdzające, że długie oglądanie telewizji lub ślęczenie przed komputerem zabija nasze szare komórki tworząc, dosłownie, dziury w mózgu, a tym samym osłabiając naszą pamięć, czy koncentrację.

Śmiało można więc wysnuć wniosek, że współczesne społeczeństwo dąży do autodestrukcji. Zamiast czytać oglądamy migające na ekranach obrazki. A czytanie nie jest wcale bolesne! Nie zazdroszczę więc pokoleniu, które będzie opiekowało się nami na starość. Ani trochę. Szkoda tylko, że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł przepisywanie książek na receptę w ramach profilaktyki walki z demencją czy Alzheimerem. Kto wie, może coś by to pomogło? Zaszkodzić na pewno by nie zaszkodziło. 

piątek, 17 marca 2017

"Trąf, trąf, misia bela" - Dagmara Andryka



A w jaki sposób ty umrzesz? 

Po rewelacyjnym debiucie Dagmary Andryki niemal siedziałam jak na szpilkach w oczekiwaniu na jej kolejną powieść. Gdy więc tylko dowiedziałam się o "Trąf, trąf, misia bela", natychmiast podzieliłam się tą informacją z zaczytanymi znajomymi, a w dniu premiery rzuciłam się na tę powieść tak, jak tylko wygłodniały książkoholik rzucić się może. Nie mogłam doczekać się, co tym razem spotka Martę Witecką oraz zagadki kryminalnej przygotowanej dla czytelnika przez autorkę. Czy po wspaniałym debiucie, jaki był "Tysiąc", "Trąf, trąf, misia bela" spełniła moje wygórowane oczekiwania? 

Marta Witecka odnosi sukces po publikacji książki opartej na historii miasteczka Mille i chętnie wyjeżdża na spotkania autorskie zorganizowane przez wydawcę. Na jednym z nich zaczepia ją czytelniczka, która prosi o pomoc w rozwiązaniu zagadki śmierci jej przyjaciół. Marta sceptycznie podchodzi do tego pomysłu, jednak po poznaniu pewnych faktów, które ujawnia jej Anna i śmierci kolejnych osób z jej otoczenia, postanawia rozpocząć dziennikarskie śledztwo. Prowadzi ono do wydarzeń sprzed trzydziestu lat, kiedy na obozie sportowym w Trzciance zawiązało się bractwo młodych sportowców, które szybko stało się swego rodzaju elitą. Każde z dzieciaków chciał należeć do tego wyjątkowego grona, jednak członkowie bractwa strzegli swoich granic i łączącej ich więzi. Spędzając wieczory na drewnianym pomoście, rozmawiali godzinami − szeptali o swoich głęboko skrywanych tajemnicach, składali przysięgi lojalności, grali w gry, które czasem przynosiły im mnóstwo śmiechu, a czasem… No właśnie. Czyżby śmierć kolejnych członków bractwa była związana z pewną wyliczanką, która z czasem przerodziła się w wiszącą nad nimi klątwę? 

Dagmara Andryka po raz kolejny udowadnia, że jest urodzona do pisania powieści kryminalnych o mocno rozbudowanym tle społeczno-obyczajowym. Tak samo, jak byłam zachwycona jej debiutanckim "Tysiącem", tak samo zafascynowała mnie zagadka związana z dziecięcą wyliczanką, która niespodziewanie ściągnęła nieszczęście na powtarzające jej słowa nastolatki. Zaczęłam czytać tę powieść w pociągu i omal nie przegapiłam stacji, na której miałam wysiąść, bo wykreowany świat pochłonął mnie tak bardzo, że na chwilę utknęłam w zupełnie innej czasoprzestrzeni - w świecie, w którym niewinna zabawa przynosi drastyczne skutki, a skrywane skrzętnie urazy niespodziewanie wychodzą na światło dzienne, wywracając tym samym do góry nogami życie bohaterów. Odżywają tajemnice z przeszłości, o których pewne osoby bardzo chciałyby zapomnieć, a wszystko to ukazane jest przez autorkę taki sposób, że w pewnym momencie czytelnik zaczyna wątpić w to, czy rzeczywiście w śmierć członków bractwa zamieszany jest ktoś z zewnątrz, czy przyczyną zgonów jest klątwa. Dagmara Andryka już drugi raz odnosi się w swojej twórczości do motywu swego rodzaju sił nadprzyrodzonych, których nie da się wyjaśnić i muszę przyznać, że i tym razem wychodzi jej to bardzo dobrze. Zwodzi czytelnika za nos niemal do samego końca, jakby "Trąf, trąf, misia bela" nie była jej drugą powieścią, ale co najmniej dziesiątą. 

Jednak poza pełną tajemnic i niedomówień intrygą kryminalną i mrocznym klimatem utworu, na uznanie zasługuje w moich przede wszystkim łatwość, z jaką autorka ukazuje pewne mechanizmy rządzące ludźmi, społeczeństwem, oraz fenomenalna (w tym wypadku nie jest żadną przesadą użycie właśnie tego słowa) kreacja bohaterów. Tym razem autorka podejmuje się ukazania tego, jak duży wpływ na to, kim jesteśmy w dorosłości ma nasze środowisko, w którym dorastaliśmy oraz rodzina pochodzenia, a także tego, jak bardzo urazy z przeszłości zatruwają nam życie. Nawet, jeżeli wydaje nam się, że pogodziliśmy się z pewnymi traumami i przepracowaliśmy te emocje, mogą one odżyć nawet po kilkudziesięciu latach (tak zwany efekt śpiocha) i być przyczyną zachowań, o które nigdy byśmy się nie posądzali. Zemsta nigdy nie jest jednak najlepszym rozwiązaniem, ale czasem popycha nas ku skrajnościom i wydaje mi się, że właśnie to jest główną lekcją płynącą z tej książki. Urazy i traumy należy przepracowywać, a nie dusić w sobie, bo ani się obejrzymy, a zniszczą one zarówno nas, jak i naszych bliskich. Chciałabym wskazać historię któregoś z bohaterów, która poruszyła mnie najbardziej, ale chyba nie umiem. Zarówno Anna Kleynocka, nieudolna matka i silna bizneswoman, jaki i kochający pieniądze Filip, niezaradny życiowo Paweł czy silna i arogancka Pola - wszyscy zasługują na uwagę i chwilę refleksji. Każda z ich historii jest dopracowana i wnosi coś nowego do książki. Mam wrażenie, że po lekturze mogłabym każdego z nich zanalizować jako odrębny przypadek psychologiczny - każdy jest materiałem na odrębne studium przypadku, co świadczy tylko o jednym -ta książka jest naprawdę dobra, a Dagmara Andryka powinna nałogowo pisać książki. Już teraz nie mam najmniejszych wątpliwości, że sięgnę po każdą kolejną, która tylko wyjdzie spod jej pióra. 

Jeżeli więc szukacie książki pełnej emocji i tajemnic, o bardzo bogatym tle społeczno-obyczajowym oraz z wyraziście wykreowanymi bohaterami z krwi i kości, to pozycja właśnie dla was. Autorka ukazuje, ja niszczą człowieka: z jednej strony - władza i poczucie wyższości, a z drugiej poczucie winy, wstydu i traumy, od których próbuje się uciekać. Jestem wielką fanką prozy Dagmary Andryki i bardzo polecam Wam tę książkę - to oryginalna, niezwykle uzdolniona autorka, która wprowadza coś nowego na nasz rynek czytelniczy. Kiedyś będzie o niej naprawdę głośno, zobaczycie ;)



Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu: 




poniedziałek, 6 marca 2017

"Był sobie pies" - W. Bruce Cameron



Najbardziej pomerdana historia,
jaką czytałeś! 

Gdy byłam jakiś czas temu w kinie, zobaczyłam zwiastun "Był sobie pies" i natychmiast zapragnęłam ją przeczytać. Nie dlatego, że jestem jakąś straszną psiarą, ale ponieważ pokazanie świata z perspektywy psa, nie człowieka, wydało mi się bardzo pomysłową, oryginalną narracją. Kilka dni później, dzięki księgarni taniaksiazka.pl książka była już u mnie i spędziłam z nią dwa fantastyczne i pełne wzruszeń wieczory. Choć nie od razu wciągnęłam się w lekturę, teraz polecam tę książkę każdej koleżance. 

Bailey to piesek, który z początku wydaje się być taki sam, jak inne. Uwielbia bawić się z innymi szczeniakami i lubi być głaskany przez ludzi. Jednak przychodzi taki moment, który prawdziwie go szokuje – po krótkim i smętnym życiu, jakiego doświadczył w postaci bezpańskiego kundla odradza się w ciele niesfornego szczeniaka. Kiedy trafia pod opiekę kilkuletniego chłopca Ethana, który kocha go całym sercem, odkrywa nowe oblicze – dobrego, poczciwego psiaka. Bailey uwielbia bawić się z Ethanem, ich wspólne wycieczki i spanie w jednym łóżko. Jednak życie u tej rodziny to nie koniec przygód Baileya. Po śmierci ponownie odradza się w postaci kolejnego psa i ma do wykonania kolejną misję. A potem jeszcze jedną i kolejną... Był sobie pies to pokrzepiająca i pomysłowa historia. Pokazuje, że miłość nie zna granic oraz że nasi najbliżsi zawsze są przy nas. Każda istota na ziemi urodziła się z misją, a wszystkie psy idą do nieba. No chyba, że mają niedokończone sprawy na ziemi...

Wiem, że ta historia wydaje się być nieco zwariowana i są osoby, które podchodzą do niej sceptycznie. W końcu co ciekawego może mieć nam do powiedzenia pies? To takie infantylne... Prawdę mówiąc, dopóki nie zobaczyłam w kinie zwiastunu filmu, też miałam w głowie podobne wątpliwości. Gdy zaczęłam czytać, natychmiast poszły one w niepamięć. Naprawdę już dawno nie czytałam tak uroczej, zabawnej i wywołującej uśmiech książki, która jednocześnie sprawiłabym, że kilkukrotnie (w moim wypadku aż trzy razy!) czytałabym ją, roniąc łzy. Piękna przyjaźń między czworonogiem i człowiekiem, jak i poświecenie, na które Bailey jest zdolny, by ratować bliskich, sprawiają, że to książka, o której nie da się szybko zapomnieć. Jest w tej opowieści coś niezwykłego, chwytającego za serce. 

Jeśli chodzi o stronę językową, to "Był sobie pies" czyta się bardzo przyjemnie i szybko. Książka napisana jest prostym językiem, a fabuła jest dynamiczna i wciąga. Nie ma tu długich, nudnych opisów, a dialogi są  wiarygodne. Najciekawszy jest dla mnie oczywiście pomysł autora na nietypową narrację. Ukazanie świata z perspektywy psa na pewno nie należało do najłatwiejszych, ale sposób, w jaki Bailey postrzega relacje i pewne zachowania ludzi, jest momentami tak rozczulający, że usta same unosiły mi się w uśmiechu. 

Jestem bardzo zadowolona, że przeczytałam tę książkę. No oryginalna pozycja i stanowiła miłą odskocznię od tytułów, które zwykle czytam. Nie jestem jakąś wielką psiarą, ale nie sposób nie polubić Baileya. To historia o pięknej przyjaźni i o tym, że każde życie ma sens. Polecam Wam ją, na pewno się nie rozczarujecie.

Książkę warto zamówić w księgarni taniaksiazka.pl. Jest dostępna ze sporym rabatem i na pewno będzie u was w przeciągu kilku dni - link.

wtorek, 21 lutego 2017

Co czytam w lutym?

Mało tu ostatnio recenzji, ponieważ natłok spraw wydawniczych i związanych ze studiami skutecznie absorbuje mój czas. Nie mniej jednak postanowiłam przybliżyć Wam kilka pozycji, które czytałam w lutym i zamierzam przeczytać w najbliższym czasie. Oto i one:


1. "Do trzech razy śmierć", Alek Rogoziński
Autorka powieści kryminalnych, Róża Krull, otrzymuje zaproszenie na zjazd pisarzy, odbywający się we dworku pod Krakowem. Już pierwszego dnia jej koleżanka po piórze zostaje otruta. Wszystko wskazuje na to, że morderca, który zostawił na miejscu zbrodni czarną różę, wciela w życie fabułę jednej z powieści Krull. A inni zaproszeni pisarze wcale nie są tak niewinni, jak się wydaje... Pisarka rozpoczyna prywatne śledztwo. Pomagają jej w tym zakochany w gotowaniu specjalista od public relations, zafascynowany kryminałami boy hotelowy oraz trzy szalone blogerki. Czy detektywi-amatorzy okażą się skuteczniejsi od policji? Do trzech razy śmierć to pierwsza część nowej serii komedii kryminalnych, zatytułowanej „Róża Krull na tropie”. 
W moim uczuciu to przezabawna książka z intrygującą zagadką kryminalną, zresztą jak wszystkie książki Alka. Nawet nie zliczę ile razy śmiałam się podczas lektury. "Do trzech razy śmierć" obnaża wiele mankamentów naszego rynku wydawniczego i ukazuje prawdziwe relacje między pisarkami. Jeżeli lubicie kryminały z humorem, koniecznie sięgnijcie po tę pozycję! 


2. "Był sobie pies", W. Bruce Cameron
Podobno najbardziej pomerdana historia, jaką kiedykolwiek mogliśmy przeczytać. Opowieść o oddanym psie, który życiową misją czyni wpajanie swoim właścicielom znaczenia miłości i pogody ducha. To powołanie wypełnia na przestrzeni... kilku żyć. Bailey jest zszokowany – po krótkim i smętnym życiu, jakiego doświadczył w postaci bezpańskiego kundla odradza się w ciele niesfornego szczeniaka. Kiedy trafia pod opiekę ośmiolatka Ethana, który kocha go całym sercem, odkrywa nowe oblicze – dobrego, poczciwego psiaka. Jednak życie u uwielbianej rodziny to nie koniec przygód Baileya. Ponownie odradza się w postaci kolejnego psa! Był sobie pies to pokrzepiająca i pomysłowa historia. Doprowadza czytelnika do skrajnych emocji – jest jednocześnie uroczo zabawna i dotkliwie przejmująca. Ta książka w piękny sposób pokazuje, że miłość nie zna granic oraz że nasi najbliżsi zawsze są przy nas. Najważniejsze przesłanie powieści głosi, że każda istota na ziemi urodziła się z misją. WSZYSTKIE PSY IDĄ DO NIEBA... CHYBA, ŻE MAJĄ NIEDOKOŃCZONE SPRAWY NA ZIEMI. 
Zapowiada się dobrze, prawda? Zamierzam zacząć ją czytać dziś po południu i prawdę mówiąc nie mogę się doczekać. A sięgnęłam po ten tytuł, ponieważ będąc ostatnio w kinie widziałam zwiastun ekranizacji i bardzo przypadł mi do gustu. 

3. "Załatw pogodę, ja zajmę się reszta", Renata Frydrych
Lubię komedie pisane przez polskie autorki (zresztą na pewno doskonale o tym wiecie), dlatego na mojej półce czeka również i ten tytuł.  Przejrzałam już kilka pierwszych stron i zapowiada się dobrze.
Pola, samotnie wychowująca trójkę dzieci, musi stawić czoło nieprzychylnym jej paniom z opieki społecznej. Jak przekonać je, że sobie poradzi? Jak udowodnić, że dzieci powinny zostać przy niej? Na szczęście Pola nie jest sama: ma brata, bratową, babcię z demencją i… przystojnego sąsiada. Wiktor – wschodząca gwiazda coachingu – wydaje się być jednak z innej bajki. Zrobił zawrotną karierę, ma piękną dziewczynę i szybki samochód. Gdy pewnego dnia Pola wbiega na ulicę, prosto pod jego koła, Rzeczywistość udowadnia, że ma w zanadrzu różne scenariusze. Pełna humoru i zwrotów akcji opowieść o szczęściu, w które warto wierzyć i rodzinie, z którą można konie kraść. Niejednemu czytelnikowi otworzy oczy i wskaże nowy kierunek. „Rodzina, ach, rodzina…” wtórują Starszym Panom córki Poli, a ona wie, że to największy skarb, jaki posiada. Załatw pogodę, ja zajmę się resztą to historia, w której – niczym w hollywoodzkiej produkcji – wszystko może się zdarzyć. Znakomicie odmalowani bohaterowie, zabawne perypetie i sceny wzięte prosto z życia. Czy będziemy świadkami kolejnego szczęśliwego zakończenia?

4. "Milaczek", Magdalena Witkiewicz
Niedługo będę miała przyjemność poprowadzić spotkanie autorskie z Magdą, (Żuromin, Dzień Kobiet, 16.30 - już teraz serdecznie zapraszam), dlatego postanowiłam odświeżyć sobie "Milaczka". Tytułowy Milaczek to młoda kobieta, która nieustająco poszukuje miłości swojego życia. Tak jak to bywa w komediach romantycznych... Robi to w nieco oryginalny i trochę nieudolny sposób. Na szczęście pomagają jej w tym ekscentryczna ciotka, Zofia Kruk, oraz Bachor, czyli urocza i rezolutna ośmioletnia sąsiadka. A pod nogami plącze im się Parys Antonio, pies arystokrata. Jest zabawnie, a nawet przezabawnie i lekko - czyli tak, jak lubię w tego typu książkach. 

5. "Nic dwa razy się nie zdarzy", Joanna Szarańska
Pierwszego marca będzie miała premierę kolejna książka Asi, trzecia już w serii Kalina w malinach. Lubię szaloną Kalinę i jej pomysły, dlatego zamierzam się spędzić w najbliższym czasie kilka wieczorów w Kamionkach. Nie mam wątpliwości, że to będzie miła wizyta. Tym bardziej, że wygląda na to, że autorka wplotła do książki wątki kryminalne... 
Kalina przygotowuje się do ślubu z Markiem i robi wszystko, aby tym razem odgonić weselnego pecha. Wszystko przebiega idealnie do momentu, kiedy pan młody nie stawia się przed ołtarzem! Dziewczyna wyrusza na poszukiwanie zaginionego narzeczonego i… trafia do domu pewnego gangstera. Na miejscu przekonuje się, że niedoszły mąż nie dość, że o ślubie wcale nie myśli, to jeszcze w ogóle jej nie poznaje! Jak daleko posunie się zakochana kobieta, aby odzyskać mężczyznę swojego życia i… doprowadzić go przed ołtarz?

A Wy co czytacie, czytałyście, lub zamierzacie czytać w lutym? 




czwartek, 16 lutego 2017

"Kolejny rozdział" - Agata Kołakowska



Jak czuje się człowiek, który otrzymuje na skrzynkę mejlową powieść 
w odcinkach, która coraz bardziej przypomina jego życie?

Powiem Wam tak: już dawno nie czytałam książki tak zaintrygowana, jak zdarzyło mi się to w przypadku "Kolejnego rozdziału". I ganię się w myślach za to, że na początku wcale nie chciałam czytać tej książki. Straciłabym kawał naprawdę dobrej i hipnotycznej lektury. 

Nie jestem jakąś wielką fanką prozy Agaty Kołakowskiej. Czytałam kilka jej poprzednich powieści i choć owszem, podobały mi się, to żadna nie wywarła na mnie piorunującego wrażenia. Nie będę też udawała, że od razu rzuciłam się na "Kolejny rozdział", bo wcale tak nie było. Ostatnio mam coraz mniej czasu na czytanie i staję się coraz bardziej wybredna wybierając kolejne pozycje. Do lektury "Kolejnego rozdziału" namówiła mnie znana blogerka i pisarka, Magda Majcher. Zdarza nam się rozmawiać o książkach i ufam jej rekomendacjom, dlatego dałam się przekonać do lektury tej książki. I wiecie co? Chyba powinnam podziękować Magdzie. Już dawno nie czytałam tak dobrego obyczaju, choć na usta nieustannie ciśnie mi się określenie, że to taki "prawie kryminał". Ta książka wciąga już od pierwszych stron. 

Maciej Tarski, redaktor w znanym wydawnictwie, przychodzi do pracy i jak co dzień odbiera pocztę. Niespodziewanie otwiera jednak wiadomość, która różni się od dziesiątek innych. W załączniku, zamiast książki, znajduje wyłącznie pojedynczy rozdział, wysłany przez anonimowego autora o pseudonimie XYZ. Opowieść wciąga go od pierwszego zdania. I wydaje się Tarskiemu niepokojąco znajoma - opowiada o jego życiu.
Kalina Milewska, popularna autorka thrillerów, cierpi na kryzys twórczy. Jej ostatnia powieść zebrała niepochlebne recenzje, o czym redaktor Tarski nie pozwala jej zapomnieć. Wydzwania do niej nieustannie, aby dowiedzieć się, jak postępują prace nad kolejną, nie kryjąc, że spodziewa się bestsellera na miarę poprzednich.
Redaktor Tarski podejrzewa, że intrygująca korespondencja to sprawka Kaliny, wkrótce jednak wychodzi na jaw, że jest w błędzie, bo XYZ zdradza także skrywane dotąd przez pisarkę fakty z jej życia. Kalina i Maciej zaczynają się niepokoić. Kto bawi się ich kosztem? Kto wie tak wiele o ich dotychczasowym życiu? I o tym, co w nim nastąpi wkrótce…

Nie spodziewałam się po Agacie Kołakowskiej, że będzie potrafiła stworzyć książkę, która pełna będzie tajemnic i niedomówień, a czytelnik podczas lektury przynajmniej kilkukrotnie obróci się przez ramię, czując na plecach oddech tajemniczego podglądacza. To przecież autorka powieści obyczajowych! Muszę jednak przyznać, że sprawdziła się w tworzeniu mrocznego klimatu świetnie i mogłaby konkurować w tej kwestii z niejednym polskim kryminalistą. Podobnie zresztą jak w kwestii trzymania czytelnika w niepewności i mylenia tropów. Tę książkę naprawdę czyta się jak kryminał - z każdym kolejnym rozdziałem pojawia się coraz więcej pytań i wątpliwości. A już na pewno trudno przewidzieć, co będzie dalej. Dodatkowo "Kolejny rozdział" cechują przemyślane portrety psychologiczne bohaterów, co, niewątpliwie, jest cechą charakterystyczną książek Kołakowskiej. Dzięki pogłębionej analizie psychologicznej zarówno Kaliny jak i Tarskiego, czytelnik może bez większych problemów wniknąć w poruszaną przez autorkę tematykę i spojrzeć na nią z kilku perspektyw. Tym razem autorka pisze głównie o samotności mimo trwania w związku, życiu w cieniu sukcesów innych oraz problemach małżeńskich. 

Muszę przyznać, że już dawno żadnej autorce nie udało się mnie zaskoczyć tak, jak zrobiła to Agata Kołakowska. Kto by pomyślał, że pisarka specjalizująca się w obyczajach tak dobrze sprawdzi się pisząc powieść balansującą na granicy dwóch gatunków. Nie bez powodu mówi się jednak, że warto wypływać w nieznane i wychodzić poza utarte schematy. Jeżeli jesteście spragnione lektury, która naprawdę was wciągnie i zaintryguje, koniecznie zaplanujcie wieczór z "Kolejnym rozdziałem". Emocje gwarantowane! 

Za egzemplarz recenzencki książki dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


piątek, 3 lutego 2017

"To, co najważniejsze" - S. Young


Czy byłbyś w stanie całkowicie zmienić swoje życie w imię miłości?

Lubię książki Samanthy Young. Jest to szkocka autorka, a odkryłam jej twórczość gdy na naszym rynku ukazywała się seria On Dublin Street, a dokładnie "Sztuka uwodzenia", w której zakochałam się od pierwszych stron i od tamtej pory z niecierpliwością wyczekuję kolejnych tytułów, które wyjdą spod pióra tej autorki. Gdy więc jakiś czas temu na księgarniane półki trafiła najnowsza książka Young, "To, co najważniejsze", natychmiast zabrałam się za lekturę. Jakie są moje wrażenia? O tym poniżej. 

Jessica Huntington jest lekarką, która pracuje w więzieniu dla kobiet i choć spełnia się w swojej pracy, czegoś jej w życiu brakuje. Któregoś dnia znajduje w więziennej bibliotece książkę, a w niej kilka starych, pożółkłych już listów. Popychana ciekawością czyta ich treść, a ta porusza ją do tego stopnia, że Jessica decyduje się odnaleźć adresata i dostarczyć mu przesyłkę, która nigdy nie trafiła w jego ręce. Tak trafia do Hartwell, małego, urokliwego miasteczka z malowniczą promenadą, pięknymi widokami i jeszcze piękniejszym mężczyzną, który niespodziewanie staje na jej drodze i służy pomocą. Cooper od kilku lat prowadzi bar przy promenadzie i zmaga się z nachalną byłą żoną, jednak gdy tylko Jessica odwiedza jego bar, wie, że będzie w stanie oddać tej kobiecie serce. Tylko czy ona odwzajemni jego uczucie? I czy przekona ją do tego, by porzuciła pracę w więzieniu i przeniosła się do Hartwell? Życie pisze przecież czasem własne scenariusze... 

Prawdę mówiąc, choć "To, co najważniejsze" to bez wątpienia dobra książka i pochłonęłam ją w dwa wieczory, to spodziewałam się czegoś więcej. Pisząc serię "On Dublin Street" Samantha Young dość wysoko postawiła sobie poprzeczkę i jej najnowsza książka wypada na tle poprzednich tytułów raczej blado, a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. W poprzednich książkach nieustannie coś się działo. Lektura była porywająca już od pierwszych stron, bohaterowie wzbudzali niesamowitą sympatię, a ich losy śledziło się z zapartym tchem co i rusz uśmiechając się do ucha. "To, co najważniejsze" nie wzbudziło we mnie podobych emocji. Przeczytałam tę książkę i nie odbiła się w mojej głośnym echem, jak chociażby "Cofnąć czas" czy "Ostatnia szansa".  Nie chcę przez to powiedzieć, że to zła pozycja, bo czyta się ją naprawdę dobrze i miło spędziłam z nią wieczór, ale czegoś mi w niej zabrakło. Bohaterowie byli wyraziści i dopracowani, jednak ich związek nieco mdły, problemy banalne i miałam wrażenie, że wyszukane przez autorkę trochę na siłę, a zagadka z przeszłości, którą skrywa Jess, niczym mnie nie zaskoczyła, a wręcz przeciwnie - była słaba. Mam pewien niedosyt.

Nie chcę jednak skupiać się tylko na wadach tego utworu, dlatego dodam, że Young nie zawiodła chociaż w przypadku unikalnego klimatu, jakim emanują jej książki. Tym razem opisuje nadmorskie miasteczko z otoczoną sklepikami promenadą oraz małe, zamknięte społeczeństwo, którego członkowie uwielbiają ploteczki i znają wszystkie swoje sekrety. Czytając tę książkę bardzo łatwo wyobrazić sobie plażę, a chwilami niemal czuje się na twarzy smagający wiatr czy wilgotny piasek pod stopami.  Pod tym względem jestem czytelniczo usatysfakcjonowana. 

Czy polecam "To, co najważniejsze"? Tak. Mój niedosyt nie wynika z faktu, że to zła lektura, ale z tego, że znając poprzednie, wspaniałe książki autorki, liczyłam na coś więcej. Nie mniej jednak nie uważam czasu spędzonego na czytaniu tego utworu za stracony. To przyjemna w odbiorze pozycja dla kobiet, po prostu zabrakło mi w niej fajerwerków.