poniedziałek, 23 stycznia 2017

"Obudź się, Kopciuszku" - Natalia Sońska





Ludzie nie doceniają roli pozytywnych wizualizacji, a prawda jest taka, że czasem, by poczuć się lepiej, wystarczyłoby przenieść się myślami w jakieś piękne miejsce albo wrócić do przyjemnych wspomnień. Niewątpliwie pomoże w tym również najnowsza powieść Natalii Sońskiej, "Obudź się, Kopciuszku". Jest to pełna trzeszczącego pod nogami śniegu i urokliwych górskich widoków powieść o miłości, która spotyka nas w najmniej spodziewanym momencie i która pokona wszelkie przeciwności losu. 

Alicja jest młodą lekarką, która całkowicie poświęca się pracy. Każde wolne chwile, a nawet święta spędza w szpitalu ratując pacjentów. Izolowanie się Alicji od ludzi martwi jej przyjaciół, którym udaje się namówić ją na sylwestrowy wyjazd do Zakopanego. Alicja początkowo podchodzi do tego pomysłu dość niechętnie, ale w końcu daje się przekonać i wyjeżdża do położonego w bajkowym otoczeniu pensjonatu. Na imprezie sylwestrowej niespodziewanie poznaje ratownika TOPR-u, Michała. Spędza z nim niesamowitą noc, ale w pewnym momencie niespodziewanie ucieka, gubiąc przy tym pantofelki (i to nie jeden, jak w przypadku Kopciuszka, lecz dwa). Nie chcąc dać się ponieść emocjom wraca do swojego poukładanego życia, jednak od tamtej pory jej losy niespodziewanie i zaskakująco często krzyżują się z poznanym w sylwestrową noc nieznajomym. Czy Michał wyciągnie Alicję z jej skorupy, w której chowa się przed światem? 

"Obudź się, Kopciuszku", to książka, która zaraz po premierze podbiła serce czytelniczek i prawdę mówiąc wcale się temu nie dziwię. Kobiety uwielbiają romantyczne historie o miłości, a z główną bohaterką bardzo łatwo się utożsamić. Niezliczenie wiele kobiet tęskni za uczuciem i mężczyzną rodem z najpiękniejszych bajek i baśni, ale wypiera z siebie te uczucia i ucieka przed nimi rzucając się w wir obowiązków zawodowych. Taka właśnie jest Alicja - nieśmiała, pogubiona i wycofana, ale w głębi jej serca znajdują się potężne pokłady miłości, którymi pragnie kogoś obdarzyć. Myśląc o niej nie mogę wyzbyć się z głowy określenia: współczesna sierotka. (Natalia, mam nadzieję, że się za to określenie nie obrazisz ;)) To charakterystyczna i dobrze wykreowana postać, choć prawdę mówiąc momentami miałam ochotę nią potrząsnąć i w myślach nakazywałam jej się wziąć w garść. Ile razy można uciekać? Podczas lektury przekonacie się, że wiele razy. Miłość jednak wszędzie was znajdzie. 

Jeżeli chodzi o kreację pozostałych bohaterów powieści, to też nie mogę niczego autorce zarzucić. Polubiłam praktycznie wszystkich, nie wspominając o tym, że podczas lektury skrycie wzdychałam do głównego bohatera. Jeżeli Alicja jest współczesną sierotką, to Michał zdecydowanie współczesnym księciem, obok którego nie da przejść się obojętnie. Uwielbiam jego pewność siebie i determinację. Jednak niewątpliwie największym atutem tej powieści są niezwykle plastyczne, oddziałujące na wyobraźnię opisy -  magia płynąca z ośnieżonych Tatr i Zakopanego. Czytając tę książkę bardzo łatwo jest wyobrazić sobie opisywaną przez autorkę scenerię i chwilami naprawdę usłyszycie w uszach trzeszczący pod nogami śnieg albo hulający za oknem wiatr. 

Natalia Sońska czaruje swoich czytelników tak samo, jak w debiutanckiej powieści "Garść pierników, szczypta miłości". W "Obudź się, Kopciuszku" znalazłam wszystko to, co spodobało mi się w debiucie autorki, a czego zabrakło mi w "Mniej złości, więcej miłości". Jest klimatycznie, sielsko i romantycznie. Polecam wszystkim kobietom lubiącym tego typu pozycje. 

środa, 18 stycznia 2017

"Jak gdybyś tańczyła" - Diane Chamberlain




Są autorzy, których książki trafiają do mnie w punkt i do takich właśnie autorek zalicza się Diane Chamberlain. Nie wiem, czy wiecie, ale poza byciem pisarką jest ona również psychoterapeutką specjalizującą się w pracy z młodzieżą, co oznacza, że łączy mnie z nią nie tylko pasja do książek, ale także zamiłowanie do psychologii systemowej i wnikania w głowy ludzi o wiele głębiej, niż inni. W każdej z książek Chamberlain dostrzegam interesującą mnie problematykę, co sprawia, że trudno mi odkładać je bez dobrnięcia do końca. Z nieukrywaną przyjemnością sięgnęłam po właśnie wydaną przez wydawnictwo Prószyński i Ska książkę "Jak gdybyś tańczyła". Jestem usatysfakcjonowana lekturą. 

Molly ma fajne życie, w którym brakuje tylko jednego: dziecka. Choć od kilku lat starają się z mężem o potomstwo, nie przynosi to oczekiwanego skutku, więc w końcu decydują się na adopcję. Proces kwalifikujący na rodziców adopcyjnych jest jednak długi i żmudny, a przy okazji budzi w Molly wiele wątpliwości oraz uśpione wspomnienia związane z domem rodzinnym, od których przez lata próbowała się odciąć. Dwadzieścia lat wcześniej w tragicznych okolicznościach straciła ukochanego ojca. Kłamstwa, którymi raczyli ją po tym wydarzeniu najbliżsi sprawiły, że odeszła z domu i udawała sierotę. Teraz musi wyznać mężowi, że jej matka wcale nie umarła na raka, a jej krewni wciąż mieszkają w Morrison Ridge, małej miejscowości w Karolinie Północnej. Co więcej, Molly ma dwie matki – adopcyjną i biologiczną i obie nigdy o niej nie zapomniały. Molly boi się teraz, że wyznanie prawdy przekreśli jej największe marzenie, by zostać matką i  zrujnuje jej małżeństwo. Skoro chce adoptować dziecko musi jednak znaleźć sposób, by pogodzić się ze swoją przeszłością i uwierzyć w przyszłość. Tylko zdoła wybaczyć bliskim wyrządzone jej krzywdy? 

"Jak gdybyś tańczyła" to wyjątkowa i trzymająca w napięciu opowieść o rodzinnych sekretach, które dorośli skrywają przed dzieckiem łudząc się, że te ich nie dostrzega. Autorka już od pierwszych stron podsyca w nas ciekawość i głód poznania opowiadanej przez siebie historii, w czym bezapelacyjnie jest mistrzynią i nie raz udowodniła to już w swoich książkach. Fabuła toczy się dwutorowo - z jednej strony poznajemy rozterki dorosłej Molly, która stara się o dziecko i boi się, czy podoła nowej roli życiowej, a z drugiej mamy możliwość wniknięcia w głowę kilkunastoletniej dziewczyny, która dopiero wchodzi w dorosły świat, ale nie jest tak niewinnym dzieckiem, jak wydaje się wszystkim dookoła. Ukazanie wydarzeń z dwóch perspektyw czasowych jest w przypadku tej powieści niezwykle udanym zabiegiem - pozwala nam spojrzeć holistycznie na to, co wydarzyło się i nadal dzieje w życiu głównej bohaterki oraz przekonać się, że pomimo upływu czasu tak wiele się w nas nie zmienia, a zadry z przeszłości nie znikają tak łatwo. 

"Jak gdybyś tańczyła" jest też opowieścią o tym, co dzieje się w głowach rodziców adopcyjnych oraz dzieci, które żyją w takich rodzinach. Przyznam, że jest to jeden z moich ulubionych tematów w psychologii i dlatego wspaniale czytało mi się jej książkę. Chamberlain popisuje się swoją wiedzą w smaczny i przyjemny w odbiorze sposób. Pokazuje, że macierzyństwo to nie tylko radość i szczęście, ale także szereg niepokojów, zmartwień i trosk, zwłaszcza, gdy kobietom przychodzi wychować dziecko, którego nie nosiły pod piersią, a wcześniej musiały pogodzić się z faktem, iż nigdy nie będą w ciąży, albo nawet i straciły już jakieś dziecko w wyniku poronienia. To temat niezwykle trudny, w dodatku, wydaje mi się, rzadko poruszany w literaturze kobiecej. Dobrze mi było zetknąć się z nim na kartach książki, podobnie zresztą, jak z wątkiem pobocznym, który ukazuje funkcjonowanie rodziny z niepełnosprawnym członkiem. Dzięki podjętej problematyce śmiało możemy wrzucić tę powieść do rubryczki: powieść aktywna społecznie - nie tylko relaksuje, ale i uczy. 

Chamberlain jest świetną pisarką, dlatego nie będę rozwodziła się nad kreacją bohaterów, językiem, ani budową fabuły. To nazwisko jest marką i to światowej sławy. Nie zawiedziecie się sięgając zarówno po "Jak gdybyś tańczyła", jak i po pozostałe książki autorki. Polecam je Wam z całego serca - to kawał dobrej literatury kobiecej. Ba. Nie tylko dobrej - najlepszej. 


Za egzemplarz recenzencki utworu dziękuję serdecznie wydawnictwu: 


niedziela, 8 stycznia 2017

"Stan nie! błogosławiony" - Magdalena Majcher



Od wydania debiutanckiej powieści Magdaleny Majcher pt. "Jeden wieczór w Paradise" minęło już trochę czasu. Miło wspominam tę lekturę, dlatego chętnie sięgnęłam po drugą książkę autorki - "Stan nie! błogosławiony". Przyznam, że przyciągnął mnie nawet nie tyle sam opis fabuły, co prześliczna okładka i oryginalny tytuł. Nie są to jednak oczywiście jedyne atuty tej książki. Treść obroniłaby się sama nawet bez tej pięknej otoczki. 

Pola jest młodą kobietą marzącą o karierze pisarki. Realizuje się zawodowo i choć pragnie w przyszłości stworzyć rodzinę, razem z mężem odkładają decyzję o dziecku na bliżej nieokreślone później. Ich życie wywraca się jednak do góry nogami, gdy Pola zaczyna dostrzegać u siebie pierwsze objawy ciąży, a potem wykonuje test, na którym widnieją dwie kreski. Młoda para powoli oswaja się z faktem bycia rodzicami, jednak los nie jest dla nich zbyt łaskawy. Podczas rutynowych badań okazuje się, iż dziecko może mieć poważną wadę genetyczną. Pola i Jakub stają w obliczu niezwykle poważnej decyzji. Czy uda im się pokochać rozwijające się pod sercem Poli życie? 

Przyznam, że tematyka utworu (ciąża, poród, macierzyństwo, chore dzieci, aborcja) nie należy do moich ulubionych. Wcale nie dlatego, że jest trudna albo w pewien sposób obciążająca emocjonalnie, choć niewątpliwie do takich należy, ale ponieważ najzwyczajniej w świecie mam dość tej problematyki. Zaczynając czytać tę książkę byłam więc pewna obaw czy spodoba mi się tak samo, jak debiut autorki, jednak dość szybko przekonałam się, że byłam w błędzie. Magdalena Majcher podeszła do podjętego przez siebie tematu z wyczuciem, w rezultacie tworząc przyjemną w odbiorze, choć pełną dylematów moralnych książkę. "Stan nie!błogosławiony" wciągnął mnie właściwie już od pierwszych stron. Magdalena Majcher pisze lekko, a wykreowani przez nią bohaterowie wydają się być niezwykle wiarygodni - to tacy normalni ludzie, którymi otaczamy się na co dzień. Mają oni swoje przywary, są zacięci w swoich poglądach jak to typowi Polacy (swoją drogą autorka to świetna obserwatorka), czasem się z nimi zgadzamy, czasem nie, ale w gruncie rzeczy to dobrzy ludzie. To chyba właśnie dzięki tym normalnym bohaterom opowiadana historia nie wydaje się być wyszukana i nierealna, ale życiowa i bliska. Właściwie, to mogłaby przydarzyć się nam samym albo mieszkającym za ścianą sąsiadom. To niewątpliwie duży atut tej powieści. Podczas jej lektury nie odniosłam wrażenia, że czytam kolejną wyssaną z palca bajkę. Podobały mi się również wiarygodne dialogi, pogłębiona analiza portretów psychologicznych bohaterów - zwłaszcza Poli, oraz dynamiczna akcja która sprawia, że od książki nie wieje nudą. 

Magdalena Majcher niewątpliwie podjęła się trudnego zadania - poruszyła kontrowersyjny temat, który nie od dziś dzieli społeczeństwo. Trudno jest napisać powieść o takiej tematyce w taki sposób, by nikogo nie urazić i właśnie dlatego daruję sobie ocenę bohaterów. Z jednymi się zgadzam, z innymi nie, jedni są stygmatyzowani, inni gloryfikowani - to kwestia indywidualna każdego sumienia. Chcąc nie chcąc żyjemy jednak w czasach, w których wady genetyczne stają się coraz bardziej powszechne, a kobiety mają coraz szerszy dostęp do różnorodnych form przerywania ciąży. Bez wątpienia takie książki jak "Stan nie! błogosławiony" są więc potrzebne.  

Polecam "Stan nie! błogosławiony" przede wszystkim kobietom, które nie boją się czytać o trudnych tematach i nie są zafiksowane na swoim światopoglądzie. To książka, która nie zawsze jest lekka i przyjemna, ale przecież życie nie zawsze bywa różowe. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Pascal.